Dlaczego La Palma
Przy okazji pobytu na Teneryfie chcieliśmy jeszcze poznać jakąś inną kanaryjską wyspę (nie licząc Fuerteventury i Lanzarote, na których byliśmy w 2023 roku). Patrzyliśmy na atrakcyjność turystyczną oraz na logistykę. Bezapelacyjnie pierwszym wyborem była La Palma. Wyspa określana często jako Isla Bonita (Piękna Wyspa) jest bardzo ciekawa pod względem przyrodniczym, oferuje mnóstwo opcji trekkingowych, ma też bardzo interesujący segment astronomiczny. A przy tym jest o wiele rzadziej odwiedzana przez turystów, co też jest pewnym plusem. Bardzo ważne dla nas było też to, że z La Palma były bezpośrednie loty do Berlina, co oszczędziło nam konieczności powrotu na Teneryfę.
Zakwaterowanie
Na La Palma wynajęliśmy domek w miejscowości Barlovento, na północy wyspy. W tym wypadku lokalizacja nie była najszczęśliwsza. Na mapie La Palma wydaje się być stosunkowo niewielka, więc teoretycznie można przyjąć założenie, że nie ma większego znaczenia, gdzie będziemy stacjonować. Otóż nie! Na tej wyspie nie ma autostrady, drogi są kręte i wąskie, a przemieszczanie się na pozornie niewielkie odległości zajmuje dużo czasu. I akurat Barlovento znajduje się w innej części wyspy niż większość atrakcyjnych miejsc.
Z perspektywy czasu następnym razem szukałbym apartamentu w okolicach Los Llanos lub El Paso, w zachodniej części wyspy. A tak mieliśmy 1 godzinę i 40 minut na początek Ruta dos Volcanos, czy 1 godzinę i 30 minut do wioski w skale. Natomiast sam domek był bardzo fajny i klimatyczny, więc podaję na niego namiary, gdyby komuś jednak nie przeszkadzało jeżdżenie po tej pięknej wyspie.
Wynajem auta
Na La Palma auto jest niezbędne, by w sensowny sposób zaplanować zwiedzanie wyspy. Podobnie jak na Teneryfie, skorzystaliśmy z wypożyczalni Topcar i nie mamy do niej żadnych zastrzeżeń. Bardzo podobała nam się organizacja wynajmu auta. Stanowisko Topcar jest na lotnisku tuż obok odbioru bagażu, a przy oddaniu auta oznakowanie drogi na stanowisko Topcar też jest bardzo dobre.
Jazda po wyspie
Na La Palma ruch jest o wiele mniejszy niż na Teneryfie i jeździ się przyjemniej. Pod warunkiem, że nie mamy presji czasowej i musimy na coś zdążyć. Drogi są bardzo kręte, często wąskie i czasami o bardzo dużym nachyleniu. Zdarzają się też drogi fatalne jakościowe i chyba najbardziej nasze auto dostało w kość na zjeździe do skalnej wioski Poris de la Candelaria.
Inna sprawa, że kilka razy nawigacja GPS poprowadziła nas, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt optymalną drogą. W drugiej części naszego pobytu staliśmy się mocno nieufni wobec wskazań nawigacji i gdy kazała nam zjeżdżać z drogi asfaltowej na jakąś bardzo podejrzaną drogę gruntową, by „zaoszczędzić” 2 minuty, to zatrzymywaliśmy się i sprawdzaliśmy dokładnie, czy to aby na pewno mamy tak jechać. Pięknym podsumowaniem dróg na La Palmie jest dojazd do Roque de los Muchachos od zachodu – kilometry serpentyn pokonywanych w zupełnej samotności. Na La Palma nie ma za to problemów z miejscami do parkowania, może poza ścisłym centrum Santa Cruz.
Pogoda
Byliśmy na wyspie w drugiej połowie lutego. Mieliśmy pogodę idealną – ok. 25 stopni, słonecznie, nawet po zachodzie słońca przyjemnie ciepło. Dopiero w dniu wyjazdu niebo było zachmurzone i trochę popadało. Trzeba jednak wiedzieć, że taka pogoda o tej porze roku wcale nie jest regułą. Niedługo po naszym wyjeździe temperatura mocno spadła, padało kilka dni z rzędu i do tego wiały silne wiatry. Niestety, pogoda bywa tu loteryjna i po prostu trzeba dobrze trafić.
Czy 3 dni wystarczą na zwiedzenie La Palma?
Na zwiedzenie wyspy mieliśmy trzy pełne dni. Czy to wystarczy, by zobaczyć najciekawsze miejsca? Odpowiedź brzmi – nie. Gdybyśmy jeszcze raz mieli planować pobyt tutaj, to na pewno zostalibyśmy jeszcze co najmniej 2 dni dłużej. A tak, to zabrakło nam czasu, by za dnia zajechać na Roque de los Muchachos, może zwiedzić wystawy o astronomii czy skorzystać z wycieczki z przewodnikiem po obserwatorium. Nie daliśmy już rady pójść na Los Tilos, wilgotny las laurowy z wodospadami, lewadami i strumieniami. Mieliśmy też pomysł, by przejść cały szlak Barranco de Las Angustias, ale zabrakło nam sił i czasu.
Specyfika La Palma
Bez wątpienia La Palma zasadniczo różni się od wysp, na których mieliśmy okazję już być (czyli Fuerteventura, Lanzarote i Teneryfa). I to zarówno pod względem przyrodniczo-krajobrazowym (zielona, bardzo różnorodna, z wąwozami, krajobrazami wulkanicznymi, z bardzo ciekawym wybrzeżem, ale zarazem bez plaż z żółtym piaskiem), jak i natężenia ruchu turystycznego. Na wyspie niewiele jest większych hoteli, nie ma takich kurortów, jak na pozostałych wyspach. Zwiedzanie jest przyjemniejsze, spokojniejsze, choć trzeba wiedzieć, że nie wszędzie znajdzie się restaurację czy większy sklep.
Czy polecamy odwiedzenie La Palma?
Jednoznacznie i zdecydowanie tak. Ta wyspa spodoba się tym, którzy lubią przyrodę, trekkingi, piękne widoki, a zarazem preferują spokojne zwiedzanie i brak tłumów. La Palma to wyspa wręcz skrojona pod taki profil turysty.
Fotogaleria
Ruta de los Volcanos
Na La Palma wynajęliśmy bardzo fajny domek koło miejscowości Barlovento (gdyby ktoś szukał tego apartamentu, to na booking.com ma on nazwę Facundo B). Sam domek był super, natomiast sama jego lokalizacja względem głównych atrakcji wyspy nie była optymalna. Gdybyśmy mieli drugi szukać noclegu na La Palma, to szukalibyśmy miejsca w południowej części wyspy lub w okolicy Santa Cruz.
Położenie na wysokości 550 metrów n.p.m. sprawia, że klimat jest tu chłodniejszy i wilgotniejszy niż na wybrzeżu. Jednak dzięki tym warunkom roślinność jest tu bujniejsza. Ponadto jest tu niewiele restauracji, sklepów i turystycznych atrakcji. Jest za to poczucie spokoju i ciszy, jakiego nie zaznaliśmy na Teneryfie.
Najbardziej polecanym trekkingiem na La Palma jest Ruta de los Volcanes. To 17-kilometrowy szlak zaczynający się w El Pilar, prowadzący przez liczne wulkany i kończący się w Los Canarios. Nie jest to pętla, zatem trzeba jakoś wrócić w miejsce startu. Kurs taksówką, o ile uda się taką złapać, to ok. 50 euro. My jednak wpadliśmy na inne rozwiązanie.
Pojechaliśmy autem na start trekkingu do El Pilar. Poszliśmy szlakiem Ruta de los Volcanos, przy czym mając już w nogach chodzenie po Teneryfie nie zakładaliśmy przejścia całej trasy. Nasz plan zakładał dojście razem mniej więcej do połowy, potem Andrzej z chłopakami mieli wrócić z powrotem do auta i pojechać do Los Canarios po Gosię, która miała w naszym imieniu pokonać całą trasę.
I tu ważne zastrzeżenie. O wiele lepiej jest pokonać ten szlak z El Pilar do Los Canarios niż na odwrót. Przede wszystkim oszczędza się w ten sposób długiego, męczącego podejścia (różnica poziomów między początkiem i końcem szlaku to 750 metrów). Ponadto pod względem widokowym znacznie lepiej iść z kierunku El Pilar.
Nieco wcześniej niż zakładaliśmy chłopacy stwierdzili, że wystarczy im już tego marszu i poczekają sobie tutaj na tatę, który chciał dojść do połowy szlaku. Początkowe 3-4 km tego szlaku były oszczędne w ładne widoki, głównie szło się przez las. Ale dalej było już tylko lepiej.
Szlak jest tak poprowadzony, że po drodze mijamy kolejne stożki wulkaniczne, depresje i obszary, które stosunkowo niedawno, bo prawdopodobnie na początku XX wieku, zostały pokryte lawą. Turystów jest tu nie za wielu, nie ma żadnych osad ludzkich ani infrastruktury turystycznej, jest za to dziki krajobraz i niezwykle efektowne widoki. Nie bez powodu Ruta de los Volcanes uważany jest za jeden z najbardziej efektownych szlaków po terenach wulkanicznych w Europie.
Oglądając kolejne zdjęcia ze szlaku Ruta de los Volcanes, zastanowimy się, czym La Palma różni się od pozostałych Wysp Kanaryjskich.
Często La Palma bywa określana jako La Isla Bonita, czyli piękna wyspa. W dużej mierze miano to zawdzięcza niezwykle zróżnicowanym krajobrazom na stosunkowo niewielkiej powierzchni. La Palma ma jedynie 708 km2, trzy razy mniej od Teneryfy, ponad dwa razy mniej niż Fuerteventura i Gran Canaria, mniej nawet od Lanzarote.
Mimo tego może pochwalić się bardzo wysokimi górami (Roque de los Muchachos - 2426 m n.p.m.), długimi i głębokimi wąwozami, w których w okresach deszczów pojawiają się okresowe potoki i strumienie, a nawet wodospady. Do tego krajobraz urozmaicają liczne wulkany i ślady po niedawnych erupcjach, a różnicę w stosunku do większości wysp archipelagu robi przede wszystkim bardzo bujna roślinność. Na północy wyspy zachowały się liczne lasy laurowe, gdy na innych wyspach lasy te nie przetrwały lub przetrwały w postaci szczątkowej.
Idąc dalej, La Palma oferuje dzikie, nieskomercjalizowane plaże z czarnym, wulkanicznym piaskiem. Plaż z piaskiem żółtym tutaj nie ma. W świecie nauki La Palma stała się mekką dla astronomów. Panują tu doskonałe warunki do obserwacji astronomicznych i wykorzystano to, budując w okolicy Roque de los Muchachos liczne obserwatoria.
Wreszcie, co jest w naszych oczach ogromną zaletą tej wyspy, La Palma w dużym stopniu oparła się masowej turystyce. Nie ma tu gigantycznych hoteli, kurortów, jakich pełno choćby na Teneryfie czy Fuerteventura. I to od razu czuje się, jeżdżąc po La Palma. Ruch jest tu o wiele mniejszy niż choćby na Teneryfie, znacznie łatwiej o miejsce parkingowe (jedynie w centrum Santa Cruz de La Palma było to problemem), nawet na najpopularniejszych szlakach turystów nie ma wielu.
Wróćmy jednak do naszego trekkingu. Po drodze mijamy wulkan Hoyo Negro (Czarna Dziura), kolejny wulkan Cumbre Viejo i Deseada, o wysokości 1933 metry n.p.m.
La Palma jest miejscem bardzo narażonym na działalność wulkaniczną. Tylko w ostatnich 100 latach odnotowano tu 3 bardzo poważne erupcje. W 1949 roku wybuchł wulkan San Juan. Erupcja trwała 3 tygodnie i przyczyniła się do utworzenia krajobrazów, które w dużej części tworzą dziś Ruta de los Volcanes. Ofiar w ludziach nie było, ale zniszczeniu uległy pola uprawne.
Kolejna erupcja miała miejsce w 1971 roku, także w okolicy Ruta de los Volcanes. Tym razem dał o sobie znać wulkan Teneguía. Także tym razem erupcja trwała 3 tygodnie i nie było ofiar, za to było to zdarzenie bardzo medialne. Lawa płynęła w kierunku oceanu i istotnie zmieniła linię brzegową wyspy. Znów zniszczeniu uległy drogi i pola uprawne.
Za moment przejdziemy do najnowszej erupcji, natomiast warto podsumować nasz trekking. To bardzo ciekawy szlak, z świetnymi widokami, natomiast jest on dość długi i wymagający. Duża część tego szlaku prowadzi terenem otwartym i należy być przygotowanym na to, że słońce będzie mocno świecić. Przejście całości zajęło Gosi ponad 5 godzin, przy przewyższeniu prawie 800 metrów, a trasa liczyła ok. 17 km. Niemniej, warto podjąć ten wysiłek.
Niedaleko od końca szlaku Ruta de los Vulcanes znajduje się wulkan Tajogaite, główny bohater erupcji z 2021 roku. Czasem spotyka się też nazwę Cumbre Viejo, ale to nazwa całego masywu. To była najbardziej niszczycielska erupcja spośród trzech opisywanych w tej galerii. Trwała prawie 3 miesiące, zmieniła życie okolicznych mieszkańców w piekło. Żywioł pochłaniał już nie tylko pola uprawne czy drogi, ale także domy. Powietrze było pełne toksycznych gazów i pyłów. Ewakuowano tysiące ludzi, ostatecznie lawa pochłonęła 3 tysiące domów, a oficjalnie policzone straty to 843 mln euro.
To droga, która została odbudowana po erupcji. Po obu stronach drogi widać było lawę i pył, a gdzieniegdzie widać było nawet fragmenty domów, które zostały zniszczone przez żywioł. Warto też nadmienić, że na skutek tej erupcji La Palma powiększyła się o 0,32 km2.
Na sam wulkan organizowane są wycieczki z przewodnikiem w cenie ok. 40 euro od osoby. Nie wolno tego terenu eksplorować indywidualnie, ponoć z powodu potencjalnych zagrożeń. My jednak zdecydowanie woleliśmy pójść na Ruta de los Volcanos.
Z punktu widokowego Mirador el Time jest dobry widok na drugie co do wielkości miasto na wyspie, Los Llanos. Mieszka w nim 21 tys. ludzi, a panujący tu ciepły i względnie suchy klimat jest idealny do uprawy bananów. Te zielone przestrzenie wokół zabudowań to właśnie plantacje bananowców.
Linia brzegowa wyspy znacznie różni się od pozostałych wysp archipelagu. Jest w przeważającej części skalista, poszarpana, stroma. Wybrzeże północne jest mniej dostępne, dominują tam klify i głębokie wąwozy schodzące w kierunku oceanu. Jest tam też chłodniej i bardziej wilgotno. Wybrzeże południowe jest łagodniejsze, z większą liczbą zatoczek i plaż, a pogoda często jest cieplejsza, z mniejszą ilością opadów.
Caldera de Taburiente, Barranco de Las Angustias
Lokalizacja naszego apartamentu w Barlovento miała pewne mankamenty, ale miała też plusy. Jednym z nich była możliwość obserwowania zjawiska pogodowego zwanego morze chmur. To zjawisko bardzo charakterystyczne dla La Palma. Powstaje, gdy wieje pasat i nad wyspę nadciąga znad oceanu wilgotne powietrze. Na La Palma napotyka ono przeszkodę w postaci dość wysokich gór, gdzie panują niższe temperatury. To doskonałe warunki do tworzenia chmur.
Aby powstało morze chmur, potrzeba jeszcze jednego elementu. Mianowicie nad warstwą chmur musi znajdować się warstwa suchego i cieplejszego powietrza. Powoduje to inwersję temperatur, która utrzymuje chmury poniżej określonej wysokości - zwykle jest to pomiędzy 800 a 1500 metrów n.p.m. Na La Palma widzieliśmy morze chmur kilka razy i trzeba przyznać, że to piękny widok.
Wspominaliśmy, że na Teneryfie na najpopularniejsze szlaki wymagane są pozwolenia, często płatne. Na La Palma ta moda nie dotarła, ale z jednym wyjątkiem. Pozwolenie jest wymagane, aby zaparkować auto na parkingu przy Mirador de La Cumbrecita. Trzeba wybrać slot godzinowy i zrobić rezerwację np. na godzinę, dwie lub dłużej. My rezerwację robiliśmy 2-3 dni wcześniej i zbyt wielkiego wyboru nie było, ale udało nam się zarezerwować parking na 2 godziny, co akurat pozwala na spokojne pójście na dwa efektowne punkty widokowe.
Miejsce to znajduje się na skraju Caldera de Taburiente, ogromnego zagłębienia, o średnicy 8 kilometrów i głębokości do 1500 metrów. Trwają spory co do genezy tego miejsca - prawdopodobnie jest to skutek zjawisk wulkanicznych połączonych z erozją wodną, która wyżłobiła doliny i wąwozy. Najczęściej występującym gatunkiem drzewa w tej okolica jest sosna kanaryjska.
Spacer do dwóch punktów widokowych liczy 4 km, jest trochę podejść (280 metrów przewyższenia), nam przejście tego mini szlaku wraz z dwoma przystankami na punktach widokowych (na zdjęciu Mirador Lomo de las Chozas) zajęło niespełna półtorej godziny. W naszej opinii jest to miejsce ciekawe, z miradorów mamy efektowne widoki, aczkolwiek niekoniecznie jest to miejsce must see.
Po rannym rozruchu na La Cumbrecita następnym naszym celem był wąwóz Barranco de las Angustias. Cały szlak liczy 15 km w jedną stronę i prowadzi dnem wąwozu. Przejście go zajmuje zwykle 5 do 7 godzin. Najpopularniejszy sposób przejścia to zostawienia auta na dole wąwozu, skorzystanie z taksówki, która za 50 euro zawozi na górę wąwozu i potem zejście dnem wąwozu.
Nie będziemy ukrywać, że po 7 intensywnych dniach na Teneryfie i La Palma niezbyt uśmiechał nam się wielogodzinny, wymagający trekking. Dlatego postanowiliśmy zacząć na dole wąwozu, pójść tak daleko jak będziemy mieli ochotę, po czym wrócić z powrotem.
I tak też zrobiliśmy. Szlak prowadził dnem początkowo suchego wąwozu. Potem pojawiła się w nim woda. Niekiedy musieliśmy przeskakiwać przez strumień, w kilku miejscach były też ostrzeżenia o spadających kamieniach i szlak prowadził wówczas zboczem góry.
Szlak był urozmaicony, skały przybierały ciekawe kształty. Wiedzieliśmy, że charakterystycznym miejscem na szlaku jest wodospad Cascada de Colores. Jego nazwa wzięła się z tego, że okoliczne skały przybierają różne kolory - zielony, czerwony i żółty. Jednak znajdował się on na tyle daleko od startu, że wiedzieliśmy, że do niego nie dotrzemy.
Wyczytaliśmy, że po drodze jest kilka miejsc, w których można się kąpać, więc wzięliśmy ręczniki i kąpielówki. Jednak poziom wody był na tyle niski, że co najwyżej można było zamoczyć stopy, a o kąpieli mowy nie było.
Wąwóz Barranco de las Angustias charakteryzuje się wysokimi, niemal pionowymi skałami, wieloma ogromnymi głazami naniesionymi przez wodę, a także licznymi sosnami kanaryjskimi rosnącymi na zboczach.
Pod drodze spotkaliśmy dwie albo trzy takie konstrukcję. Nieco nas zaintrygowało, co to jest. Okazało się, że to nie jest most, ale kanał do transportu wody. Choć cały system uległ degradacji i wody już nie transportuje.
Po przejściu 3 km zawróciliśmy, zatem przeszliśmy 6 km, przy przewyższeniu 350 metrów, co zajęło nam 2,5 godziny. Nie będziemy ukrywać, że byliśmy już nieco zmęczeni intensywnym zwiedzaniem z poprzednich dni. Być może, gdyby był to początek wakacji, to pokusilibyśmy się o przejście całego szlaku. Ale i tak byliśmy zadowoleni - zobaczyliśmy kolejne ciekawe miejsce.
Poris de Candelaria
Będąc na La Palma bardzo chcieliśmy odwiedzić wioskę zbudowaną w... skalnej jaskini. Zlokalizowaliśmy Porís de Candelaria, bo tak nazywa się to miejsce, na mapie i okazało się, że jest prawie po drodze z wąwozu Barranco de las Angustias. Prawie, bo musieliśmy zboczyć 2 km w linii prostej z drogi LP-1 (głównej drogi wzdłuż wybrzeża). Okazało się, że te dwa kilometry w linii prostej to faktycznie 5 km. I do tego te 5 km zapamiętamy na długo. Na zdjęciu widok na końcówkę tej drogi, która była najłatwiejszym fragmentem.
Nawigacja poprowadziła nas przez drogę o nazwie Cam. Lomo Felipe. Jest to droga ciut krótsza niż C. La Molina, ale jest w fatalnym stanie. Bardzo wąska, nierówna, dziurawa szutrówka dała nam się mocno we znaki. A to był dopiero początek, bo potem jest już jedna droga do wioski, bardzo wąskie serpentyny z nielicznymi miejscami na mijanki. Wyjątkowo nieprzyjemna droga. Te 2 km w linii prostej kosztowały nas 20 minut i sporo stresów. Na szczęście ruch na drodze był znikomy i udało się.
Auto trzeba zostawić na parkingu i dojść jeszcze kilkuminutowym spacerem do samej wioski. Porís de Candelaria jest położona w skalnej niszy, osłoniętej przed wiatrami, choć niekoniecznie przed falami. Akurat, gdy my odwiedziliśmy to miejsce, fale niesamowicie kotłowały się w tej maleńkiej zatoczce. Zastanawialiśmy się, jak w takich warunkach mogą tu cumować łodzie, chyba że łodzie pływają jedynie przy spokojnym oceanie.
Kilka słów o historii tego miejsca. Od początku XX wieku miejscowi rybacy zaczęli wykorzystywać skalne jaskinie jako schronienie dla łodzi i sprzętu. Z biegiem czasu zaczęli budować niewielkie białe domki. Miejsca na budowę było bardzo niewiele, stąd domki były wkomponowane w skały.
Przez jakiś czas Porís de Candelaria funkcjonowała jako osada, ze stałymi mieszkańcami, którzy trudnili się rybactwem. Z biegiem czasu jednak wioska wyludniała się, gdyż warunki życia były tutaj trudne. Droga dojazdowa była niezwykle uciążliwa, miejsca na jakąkolwiek infrastrukturę brakowało, stąd też mieszkańcy stopniowo przenosili się do innych miejscowości.
Ale gdy przyjrzeliśmy się z bliska tym domkom, to nie wyglądały one na porzucone i zaniedbane. Obecnie pełnią one funkcję domów wakacyjnych, zamieszkiwanych w okresie letnim, niektóre są też wynajmowane. Akurat w lutym, gdy odwiedziliśmy to miejsce, raczej nikt tam nie mieszkał, ale latem to się zmienia.
Patrząc na naprawdę spore fale w zatoczce przy wiosce zastanawialiśmy się, czy przy sztormach nie ma problemu z zalewaniem domów, które są położone raptem kilka metrów powyżej poziomu oceanu. Otóż nie jest to problem. Wejście do zatoczki nie jest ustawione na wprost oceanu, a pod sporym kątem, dzięki czemu okoliczne skały przyjmują na siebie energię fal. Bardzo rzadko zdarza się, by fale docierały do domostw.
Miejsce to skłoniło nas do rozważań, że ludzie niekiedy nie szukają najprostszych rozwiązań. Zbudowanie tych domów w tym miejscu było o wiele trudniejsze niż w jakimkolwiek innym miejscu na wyspie, warunki bytowe też nie należą tu do łatwych, a mimo to zbudowano tu osadę i przez dłuższy czas była ona zamieszkana. Całościowo Porís de Candelaria bardzo nam się spodobała, jest to nietypowe, niezwykłe miejsce, choć dojazd do niego był wyjątkowo trudny. Jeszcze tip na koniec - wyjeżdżając z wioski należy jechać drogą Cam. del Prois. To dłuższy dojazd do LP-1, ale znacznie łatwiejszy.
Wracając drogą LP-1 zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę na Mirador de Los Dragos. Spodziewaliśmy się bardzo ładnych widoków, jak to na miradorach, a tu mała niespodzianka. Widoki były zupełnie przeciętne, natomiast atrakcją są tu drzewa smocze. Nie tak okazałe jak Drago Milenario na Teneryfie, ale też ładne.
Jazda drogą LP-1 była ciekawym doświadczeniem. Prowadzi ona łukiem wzdłuż północnych brzegów wyspy z Los Llanos do Santa Cruz. W szczególności odcinek z Los Llanos do Barlovento prowadzi przez najmniej turystyczne rejony La Palma, mało jest tu miejscowości, droga jest bardzo kręta, często w górę i w dół. Jedzie się tu wolno, ale jest to niesamowita odmiana po zatłoczonych, autostradowych odcinkach na Teneryfie. W tej części La Palma jest cicho, spokojnie, pusto, jedynie trzeba mieć sporo czasu na jazdę tą drogą.
Santa Cruz de la Palma
Witamy w Santa Cruz de La Palma. A niewiele brakowało, byśmy nie witali ze stolicy La Palma. Otóż początkowo nie mieliśmy w planach zwiedzać tego miasta, ale już w trakcie pobytu na wyspie nasze plany uległy modyfikacji. I korzystając z okazji napiszemy, jak powstaje nasz plan zwiedzania danego miejsca i dlaczego niekiedy ulega on zmianom.
Przykładowo na La Palma określiliśmy miejsca, które koniecznie chcemy zobaczyć czy zwiedzić. To był trekking Ruta de los Volcanes, wąwóz Barranco de las Angustias, Roque de los Muchachos czy wioska w skale Poris de la Candelaria. Mniej więcej rozplanowaliśmy sobie, którego dnia co chcemy zwiedzić. Poza tym mieliśmy zaznaczonych kilka innych miejsc, do których można zajrzeć, jeśli starczy czasu, jeśli będą po drodze, jeśli będzie nam pasować. Między innymi był to Mirador Astronómico del Llano del Jable czy solniska Salinas de Fuencaliente.
W trakcie pobytu na La Palma okazało się, że na mirador możemy podjechać po drodze, ale już solniska leżały pół godziny dalej i stwierdziliśmy, że nie dojedziemy tam. Bardzo rzadko zdarza się, byśmy nie dali rady zajechać do miejsc typu must see, za to często nie dojeżdżamy do takich atrakcji drugiego rzędu. Niekiedy jednak zdarza się, że będąc już na miejscu coś nas zaintryguje, o czymś ciekawym doczytamy i wtedy zmieniamy plany, by w takie miejsce dotrzeć.
I tu dochodzimy do wątku Santa Cruz de La Palma. Drugiego dnia pobytu na wyspie przyjechaliśmy do tego miasta tylko na bardzo późny obiad. Mieliśmy upatrzoną restaurację, w której byliśmy poprzedniego dnia i nas zachwyciła. Chcieliśmy tylko zjeść i wrócić do Barlovento, gdzie mieszkaliśmy. Traf chciał, że restauracja Mestizo (gorąco polecamy!) była zajęta, więc chcąc nie chcąc, zapuściliśmy się w głąb Santa Cruz, w poszukiwaniu innej restauracji.
I ten krótki spacer, gdy na dworze już było ciemno, sprawił, że zachwyciliśmy się tym miastem. Piękne balkony, klimatyczne uliczki, ładne kamienice, a do tego sympatyczny gwar, ale nie tłok - wszystko to spowodowało, że zmieniliśmy plany na kolejny dzień.
Zamiast trekkingu do Los Tilos stwierdziliśmy, że od rana pojedziemy do Santa Cruz, uważanego za najpiękniejszą stolicę ze wszystkich kanaryjskich wysp. Spędziliśmy tutaj pół dnia i utwierdziliśmy się w przekonaniu, że jest to naprawdę bardzo ładne miasto. Jednym z symboli Santa Cruz są kolorowe, drewniane balkony na Avenida Maritima, szerokiej ulicy nad brzegiem morza.
Miasto ma dobrze zachowaną architekturę kolonialną z XVI-XVII wieku. Mamy tu więc kamienice z dziedzińcami, wąskie, brukowane uliczki. Centrum Santa Cruz bywa nazywane żywym muzeum architektury, z uwagi na mnogość starych, dobrze utrzymanych kamienic.
La Palma jest wśród turystów znacznie mniej popularna niż inne kanaryjskie wyspy. Spójrzmy na liczby. Teneryfę rocznie odwiedza ok. 7,2 mln turystów, Gran Canaria 4,6 mln, Lanzarote 3,3 mln, Fuerteventura 2,5 mln, a La Palma... 170 tys. Różnica jest ogromna. Zapewne jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest to, że na La Palma wcale nie jest tak łatwo się dostać.
Lotów bezpośrednich z Polski nie ma. Bezpośrednie połączenia z La Palma mają oczywiście miasta hiszpańskie, są połączenia z Niemiec i dosłownie pojedyncze z innych krajów. Oznacza to, że z większości państw europejskich trzeba najpierw polecieć na Teneryfę lub Gran Canaria i dopiero stamtąd przedostać się na La Palma.
Jak to zrobić? Napiszemy na przykładzie Teneryfy, skąd dotarliśmy na La Palma. Możliwości są trzy. Po pierwsze, rejs promem z Teneryfy, co trwa trochę ponad 2 godziny i kosztuje ok. 60 euro za osobę. Po drugie, lot liniami Binter z lotniska Tenerifa Sur - trwa ok. 30 minut, a ceny są bardzo różne, w zależności od terminu - 38-94 euro. Na datę, która nam pasowała, akurat 94 euro. Po trzecie lot liniami Canaryfly z lotniska Tenerife Norte. Lot także trwa 30 minut i ceny także bardzo się różnią, 20-104 euro od osoby. My skorzystaliśmy z opcji numer 3.
A przed nami najważniejszy kościół w mieście - Iglesia de El Salvador. Jego budowa zaczęła się w XVI wieku, a widoczne na zdjęciu wejście zaprojektowano w stylu renesansowym. Wewnątrz kościoła znajdują się drewniane stropy w stylu mudejar, bardzo charakterystycznym dla architektury hiszpańskiej.
Ten niepozorny mural jest pamiątką po jednej z pierwszych globalnych kampanii reklamowych. W pierwszej połowie XX wieku jednym z najważniejszych produktów eksportowych Chile była saletra. Wykorzystywano ją w rolnictwie i przy produkcji materiałów wybuchowych. Producent wpadł na pomysł, by zareklamować swój produkt poprzez takie właśnie murale, umieszczane w widocznych miejscach w ważnych miastach portowych, bo to do nich dostarczano saletrę. Jednym z nich było właśnie Santa Cruz de La Palma, w którym w 1955 roku zainstalowaną tę reklamę. Mural przetrwał do dziś i jest pamiątką kampanii reklamowej sprzed kilkudziesięciu lat.
Co zwiedziliśmy w Santa Cruz? Przeszliśmy się nadmorską Avenida Maritima, zajrzeliśmy na tutejszą miejską plaże, wróciliśmy deptakiem Calle O’Daly, który jest najważniejszą handlową ulicą w mieście. Swoją dość oryginalną nazwę zawdzięcza ona irlandzkiemu kupcowi Bernardowi O’Daly’emu, który mieszkał na wyspie w XIX wieku i był znaczącą postacią w tutejszej gospodarce.
Co ciekawe, Santa Cruz nie jest największym miastem na La Palma. Liczy ledwie 15 tys. mieszkańców, a Los Llanos ma ok. 20 tys. mieszkańców. Jak widać na zdjęciu, przestrzeń do rozwoju Santa Cruz jest bardzo ograniczona, gdyż z miastem sąsiadują wysokie góry. Konsekwencją tego sąsiedztwa jest też to, że wiele uliczek w Santa Cruz ma spore nachylenie.
Przed nami bardzo ciekawa... budowla. Tak, to jest budowla, a w środku znajduje się muzeum morskie o długiej nazwie Museo Naval del Barco de la Virgen. Sama budowla zaś jest repliką statku Santa Maria, na którym Krzysztof Kolumb dopłynął do Ameryki. Miejsce to ma być symbolem morskich tradycji mieszkańców La Palma.
I na tym kończymy naszą wizytę w stolicy La Palma. Jakże to miasto różniło się od ładnych, ale zatłoczonych i hałaśliwych miast na Teneryfie. Bardzo przypadło nam do gustu!
Playa de Nogales, El Charco Azul
Ostatni dzień na La Palma chcieliśmy spędzić spokojnie, na relaksie. A gdzie się relaksować, jak nie na jednej z najpiękniejszych plaż na wyspie? Jednak aby dostać się na Playa de Nogales, trzeba najpierw zrobić 15-minutowy spacer brzegiem oceanu.
Wkrótce ukazała nam się Playa de Nogales. Podobnie jak na innych plażach na wyspie, piasek jest tu czarny, pochodzenia wulkanicznego. Znów wzięliśmy ze sobą kąpielówki z nadzieją na kąpiel w oceanie, a pierwszy kontakt z wodą pokazał, że temperatura wody jest zachęcająca. Ale niestety, czerwona flaga rozwiała nasze nadzieje.
Początkowo myśleliśmy, że czerwona flaga jest efektem sporych fal. Zwłaszcza, że akurat ta plaża jest znana z tego, że rzadko kiedy ocean jest tu spokojny. Ale po rozmowie z lokalsem okazało się, że powód zamknięcia plaży jest inny. W okolicach plaży pojawiły się meduzy, które zagrażają ludziom i stąd właśnie czerwona flaga.
Playa de Nogales ma 500 metrów długości, a my byliśmy na niej praktycznie sami. Wielkie wrażenie zrobiła na nas skała, otaczająca plażę. Widać było na niej 10 kolejnych warstw skalnych - to ślady kolejnych erupcji wulkanicznych na przestrzeni tysięcy, a może nawet milionów lat. Odrobinę szkoda tej czerwonej flagi, ale miejsce to jest przepiękne.
Zwiedzając La Palma wielokrotnie napotykaliśmy plantacje bananów. To główny produkt eksportowy tej wyspy. Najwięcej plantacji jest na niżej położonych obszarach przybrzeżnych. To tam są najlepsze warunki do rozwoju bananowców - jest dużo słońca, żyzne gleby, a woda jest zapewniana przez systemy nawadniające.
Plantacje często są zlokalizowane na tarasach, niekiedy są osłonięte folią. Banany z La Palma są cenione ze względu na intensywny smak i naturalną słodycz. Największym rynkiem zbytu dla tutejszych bananów jest Hiszpania. Owoc ten wykorzystywany jest też w lokalnej kuchni, w deserach, koktajlach i innych potrawach.
Co jeszcze produkuje się na La Palma? Bardzo długą tradycję ma tu uprawa wina i choć dziś nie jest to już tak ważny segment rolnictwa, jak kiedyś, to nadal można tu spotkać winnice. Kolejnym produktem charakterystycznym dla wyspy jest ser kozi Queso Palmero. Produkowany tu jest także miód, liczne owoce (awokado, papaja, mango) oraz ziemniaki kanaryjskie.
Z racji tego, że La Palma opiera się głównie na rolnictwie, a w dużo mniejszym stopniu na turystyce, to PKB na mieszkańca jest tu zauważalnie niższe niż na bardziej nastawionych na turystykę wyspach. O ile na Lanzarote wskaźnik ten wynosi 28 tys. dolarów, na Fuerteventura, Teneryfie i Gran Canaria ok. 26 tysięcy, to na La Palma jest to tylko niespełna 24 tys. dolarów. Gorzej pod tym względem jest tylko na dwóch najmniejszych wyspach archipelagu.
Bedąc niespełnionym pod względem kąpielowym, szukaliśmy jeszcze jakiejś okazji do wskoczenia do wody. Dlatego pojechaliśmy do naturalnych basenów Charco Azul. Na zdjęciach woda w basenie mieniła się w turkusowych kolorach, co tylko zachęciło nas do zajechania w to miejsce.
Cóż, turkusowej wody tu nie znaleźliśmy, być może to kwestia pory dnia i odpowiednich warunków słonecznych, ale w końcu zamiast czerwonej flagi była żółta! Andrzej skorzystał z możliwości kąpieli, choć woda była lekko chłodnawa.
Na koniec ostatniego dnia bardzo chcieliśmy pojechać jeszcze na Roque de los Muchachos. Jest to miejsce niezwykle ważne dla astronomii. Wspomniane wcześniej zjawisko inwersji temperatur, stabilne warunki pogodowe oraz niewielkie zanieczyszczenie światłem (na La Palma obowiązują restrykcyjne przepisy, które ograniczają sztuczne oświetlenie) powodują, że to jedno z najlepszych miejsc na świecie do obserwacji gwiazd. Zlokalizowanych tu jest wiele teleskopów, w tym największy w Europie teleskop optyczny Gran Telescopio Canarias o średnicy 10,4 metra. Trochę żałowaliśmy, że dotarliśmy dosłownie 15 minut za późno, by załapać się na zachód słońca.
Poczekaliśmy, aż się ściemni i choć w obserwacji nieba nieco przeszkadzał księżyc (najlepsze warunki do obserwacji były kilka dni wcześniej, gdy księżyc znajdował się w fazie nowiu), to i tak mogliśmy zobaczyć na niebie tysiące gwiazd.
I tym akcentem kończymy naszą krótką, pewnie nawet zbyt krótką wizytę na La Palma. Ta wyspa nas urzekła i mamy poczucie, że nie odkryliśmy jeszcze wszystkich sekretów tego miejsca. Może kiedyś to nadrobimy.
Dodaj komentarz