Dlaczego Malezja?
Kolejnym naszym podróżniczym celem była Azja Południowo-Wschodnia. Rozważaliśmy przez chwilę Tajlandię, nieco dłużej Wietnam, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na Malezję. Dlaczego akurat na ten kraj? Zachęciło nas kilka rzeczy. Przede wszystkim jest to kraj bardzo ciekawy pod względem turystycznym. Oferuje piękną, różnorodną przyrodę, nowoczesne miasta, ale zarazem zachowane miejsca, które nie zmieniły się od ponad 100 lat. Do tego, w porównaniu z krajami sąsiednimi, Malezja jest krajem bardziej rozwiniętym, bezpiecznym, a do tego powszechna jest tu znajomość języka angielskiego.
Jak dotrzeć do Malezji?
Oczywiście tylko samolotem i, niestety, z przesiadkami. Najpopularniejsze są przesiadki w Stambule lub w Emiratach Arabskich (Dubaj lub Sharjah). My zdecydowaliśmy się na opcję ekonomiczną i linie Air Arabia. Bilet Warszawa – Kuala Lumpur z przesiadką w Sharjah i z powrotem kosztował nas ok. 3300 zł za osobę. Lot liniami bardziej prestiżowymi (Qatar Airways, Etihad) oznaczał wydatek ok. 4500 zł za osobę. Mieliśmy do wyboru opcję ryzykowną przesiadki (1 godzina między lotami) lub kilkanaście godzin przerwy w Sharjah. W stronę do Kuala Lumpur nie ryzykowaliśmy i te kilkanaście godzin spędziliśmy na zwiedzaniu Dubaju, natomiast w drodze powrotnej zależało nam na szybkim transferze i zdecydowaliśmy się na opcję z szybką przesiadką. Było trochę pośpiechu na lotnisku w Sharjah, ale zdążyliśmy. Niezależnie od wybranego wariantu, taka podróż jest dość długa i męcząca, co należy mieć na uwadze przy układaniu planu zwiedzania.
Szczepienia
Nie są wymagane żadne dodatkowe szczepienia podczas podróży do Malezji, ale będąc ostrożnym zdecydowaliśmy się na te zalecane, czyli dur brzuszny, WZA i WZB oraz tężec, krztusiec, błonica. Warto pomyśleć o tym nieco wcześniej, gdyż niektóre szczepionki są podawane w kilku dawkach.
Teoretycznie jest to region malaryczny, choć miejscowi twierdzili, że w Malezji malaria nie występuje. Pojawiają się natomiast przypadki dengi. My z komarami spotkaliśmy się jedynie dwukrotnie – w Cameron Highlands, gdzie mieliśmy nocleg w otoczeniu dżungli (nad łóżkami były moskitiery) oraz przez chwilę w Taman Negara. Repelenty stosowaliśmy bardziej dla komfortu psychicznego niż z konieczności 🙂
Warto też przygotować organizm na odmienną florę bakteryjną, bo mogą dopaść problemy brzuszne.
Polacy nie potrzebują wiz przy wizycie w celu turystycznym, ale trzeba wypełnić formularz Digital Arrival Card (MDAC). Co ważne, trzeba go wypełnić każdorazowo przed wjazdem na teren Malezji. Gdy polecieliśmy na 4 dni do Singapuru i potem wróciliśmy do Kuala Lumpur, ponownie musieliśmy wypełnić MDAC. W internecie można znaleźć informacje, że potrzebne jest też potwierdzenie noclegu i bilet powrotny, ale od nas niczego takiego nie wymagano.
Plan na Malezję
Na pobyt w Malezji mieliśmy przeznaczone 14 dni, do tego jeszcze 4 dni na Singapur. Chcieliśmy w tym czasie zobaczyć wszystkie najciekawsze miejsca w tym kraju. Pominęliśmy część Malezji na wyspie Borneo. Po namyśle zdecydowaliśmy się na taki ramowy plan:
- 2 noclegi w Cameron Highlands
- 3 noclegi w Taman Negara
- 5 noclegów na wyspie Langkawi
- 2 noclegi w Georgetown
- 1 nocleg w Kuala Lumpur
Pierwotnie planowaliśmy dłużej zostać w Kuala Lumpur, ale linie Air Arabia przełożyły nam lot o 2 dni i musieliśmy nasz program dostosować do nowego terminarza. Na pierwsze 6 dni, w trakcie których zwiedzaliśmy Cameron Highlands i Taman Negara, wypożyczyliśmy auto, a potem przemieszczaliśmy się samolotami, a lokalnie taksówkami Grab.
Wypożyczenie auta
Kierując się opiniami w internecie, zdecydowaliśmy się na ofertę lokalnej firmy Agtran. Nie mamy do niej żadnych uwag – szybki i dobry kontakt przez Whatsapp, auto bez zarzutu. Wybraliśmy konkretny model Perodua Alza, samochód produkcji malezyjskiej. Za auto z pełnym ubezpieczeniem za 6 dni zapłaciliśmy 1500 zł.
Jazda po Malezji
W Malezji obowiązuje ruch lewostronny, co jest pewnym utrudnieniem. Jeździliśmy praktycznie tylko na trasach, nie pchaliśmy się do dużych miast. Nie napotkaliśmy na większe problemy. Drogi są całkiem niezłe, kultura jazdy też na dobrym poziomie. Warto kupić kartę prepaid do płatności na autostradach.
Loty wewnętrzne
Najwygodniejszym środkiem podróży między różnymi regionami Malezji jest samolot. Lotów jest bardzo dużo i do tego są relatywnie tanie. Wszystkie loty wewnętrzne kupowaliśmy już będąc w Malezji, nie trzeba kupować ich z dużym wyprzedzeniem. Za lot Langkawi – Georgetown zapłaciliśmy 130 zł od osoby, najdroższy był lot Georgetown – Singapur (450 zł od osoby).
Dane mobilne, telefony
Na dwa telefony kupiliśmy e-simy, a na kolejne dwa na miejscu kupiliśmy lokalne simy. Każde z tych rozwiązań ma pewne plusy. E-sima można załatwić jeszcze w Polsce i potem już nie martwić się o szukanie lokalnych kart. Fajne było to, że nasz e-sim działał zarówno w Malezji, jak i w Singapurze. Z kolei lokalny sim działał tylko w Malezji, miał za to o wiele większy limit danych mobilnych, co też się przydawało.
Gniazdka elektryczne
W Malezji są gniazdka typu brytyjskiego i dla własnej wygody najlepiej wziąć ze sobą kilka adapterów.
Ceny
Generalnie w Malezji jest taniej niż w Polsce. Na pewno znacznie tańsze jest jedzenie, zwłaszcza street food. Śmiesznie wręcz tanie jest jeżdżenie taksówkami Grab. Za krótsze kursy płaciliśmy 5-6 zł, za jazdę trwającą 40 minut płaciliśmy 25-30 zł.
Można też znaleźć naprawdę tanie noclegi. My nie wybieraliśmy tych najtańszych, a za niezwykle klimatyczny nocleg w Cameron Highlands płaciliśmy 330 zł za noc, w Kuala Lumpur za pokój z widokiem na Petronas Towers i basenem infinity 380 zł.
Zachęcające są też ceny rejsów łódkami czy typowo turystycznych atrakcji typu parasailing czy pływanie na bananie. Porównywalne do polskich były natomiast ceny jazdy gokartami.
Noclegi
Mieliśmy spore wymagania co do miejsc noclegowych. Musiało było czysto, wygodnie, a na Langkawi pozwoliliśmy sobie na trochę luksusu. Jako że z naszych noclegów byliśmy co najmniej zadowoleni, a w kilku przypadkach zachwyceni, podamy miejsca, w których zatrzymaliśmy się:
- Cameron Highlands: Rain Forest Inn – Ringlet; bambusowa chatka w dżungli, niesamowicie klimatyczna, z bardzo smacznym śniadaniem i możliwością wykupienia kolacji; bardzo polecamy!
- Taman Negara: Balai Serama Guesthouse; w tej okolicy wybór noclegów jest dość skromny, ale udało nam się znaleźć bardzo fajny ośrodek; plusem był piękny ogród, bardzo smaczne śniadania i kolacje oraz możliwość wykupienia u gospodarza wycieczek do dżungli, z czego skorzystaliśmy; jedyny mankament to z racji bliskości dżungli sporo nieproszonych gości biegających i latających po apartamencie; całościowo bardzo polecamy!
- Langkawi: The Sanctuary Langkawi; absolutnie genialne miejsce, rewelacyjne do relaksu i wypoczynku; nowoczesne pomieszczenia, super czyste, bardzo uczynny gospodarz, rewelacyjne śniadania, bardzo fajny basen tylko do naszego użytku; ani przez moment nie żałowaliśmy ani jednej złotówki z 810 zł za noc;
- Georgetown: Citadines Connect Bertam Georgetown Penang; typowy, duży hotel; dostaliśmy bardzo przyjemny, obszerny apartament, był też basen (choć z dość zimną wodą) i nowa siłownia; hotel był trochę oddalony od centrum, ale przy tanich Grabach to nie był problem;
- Kuala Lumpur: Eaton Residencies; zależało nam na hotelu z basenem infinity, który miałby widok na Petronas Towers; i ten hotel (choć właściwie to raczej wynajmowane apartamenty typu airbnb niż hotel) ten warunek spełnił, więc byliśmy zadowoleni;
Podsumowanie
Dwa tygodnie w Malezji to był fantastycznie spędzony czas. Trochę pozwiedzaliśmy, przeżyliśmy kilka przygód (najlepsza była całodzienna wycieczka do dżungli), ale też mieliśmy czas na relaks (wyspa Langkawi). Gdybyśmy jeszcze raz mieli układać plan na Malezję, to jedynie przy Cameron Highlands zastanowilibyśmy, czy warto ten region odwiedzać. Tam było relatywnie niewiele ciekawych miejsc, a zwiedzanie było utrudnione przez duże korki na jedynej drodze przez ten region. Pozostałe miejsca były świetne i bez wątpienia warto je uwzględnić przy zwiedzaniu Malezji. Należy podkreślić, że przez cały czas pobytu w tym kraju czuliśmy się bezpiecznie i komfortowo. Nie mieliśmy żadnych nieprzyjemnych przygód. Malezja pozostanie w naszej pamięci jako super miejsce na egzotyczne wakacje!
Fotogaleria
Cameron Highlands
Nasz plan podróży po Malezji zakładał zwiedzenie najciekawszych miejsc w tym kraju. Na każde z tych miejsc przeznaczyliśmy kilka dni. Na pierwszy ogień poszedł region zwany Cameron Highlands. Na naszą bazą na dwie nocy obraliśmy bambusowy domek w dżungli...
Klimat tego miejsca był niesamowity. Mieliśmy dookoła dżunglę, była rzeczka z wodospadem, był domek zbudowany z bambusa (choć podmurówka była solidna i niewidoczna na zdjęciu łazienka też była z solidniejszych materiałów), dach był pokryty zwykłą folią. W tych warunkach moskitiery nad łóżkami to nie luksus, to konieczność.
Był to drastyczny kontrast z warunkami, jakie zazwyczaj mieliśmy w wynajmowanych apartamentach, ale było to dla nas niezwykle ciekawe doświadczenie. Dorosła część naszej rodziny była wyborem tego miejsca noclegowego zachwycona, natomiast dzieci miały pewne uwagi :).
Ledwie zdążyliśmy się rozgościć w Rain Forest Inn, bo tak nazywało się to miejsce, mieliśmy okazję zaznajomić się ze specyfiką klimatu tropikalnego. Często późnym popołudniem przechodziła tu ulewa. Krótka, ale bardzo intensywna. I to pomimo tego, że przełom czerwca i lipca to wcale nie jest w Malezji pora deszczowa.
Pierwsza noc w Rain Forest Inn zakończyła się fatalnym fuckupem. Raz że byliśmy wykończeni po dwóch kolejnych nocach spędzonych w samolotach, dwa, że z uwagi na szum wodospadu mieliśmy problemy z zaśnięciem i wreszcie trzy, że ten sam szum rano bardzo skutecznie zagłuszył alarm w telefonie - wszystko to spowodowało, że kolejnego dnia obudziliśmy się o 11.30! A to był nasz jedyny dzień przeznaczony do zwiedzanie Cameron Highlands.
Oglądając zdjęcia z Bharat Tea Factory, czyli jednej z licznych w tym regionie plantacji herbaty, przybliżymy nieco ten region Malezji. Cameron Highlands zostały odkryte dla świata zachodniego dopiero w 1885 roku przez Williama Camerona i stąd nazwa tego miejsca. Tereny te nie były bezludne, znajdowały się tu ludy tubylcze. Jednak dopiero od 1926 roku nastąpił gwałtowny rozwój tego regionu.
Wówczas to Brytyjczycy, którzy sprawowali tu władzę, doszli do wniosku, że klimat Cameron Highlands jest odpowiedni dla upraw wielu roślin. Przede wszystkim postawiono na uprawę herbaty, ale także truskawek, kwiatów i warzyw. Ponadto zauważono wówczas, że klimat wewnątrz półwyspu jest łagodniejszy niż na wybrzeżu. Za sprawą wysokości (ok. 1500 m n.p.m.) jest tu o kilka stopni chłodniej niż na upalnym wybrzeżu. Stąd też rozpoczęła się "kariera" Cameron Highlands jako miejsca idealnego na wypoczynek.
Brytyjczycy uznali, że chłodny (w porównaniu z innymi regionami Malezji), górski, wilgotny klimat będzie sprzyjał uprawie herbaty. W latach 20. ubiegłego wieku założono tu wiele plantacji herbaty. Charakterystyczne widoki zielonych dywanów wielokrotnie widać z głównej drogi przez Cameron Highlands. W niektórych plantacjach zorganizowano strefy zwiedzania dla turystów, z możliwością poczęstunku, z czego oczywiście skorzystaliśmy.
Spodziewaliśmy się, widząc tyle pól herbacianych, że Malezja jest istotnych graczem na rynku producentów herbaty, ale ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że kraj ten produkuje ledwie 0,03% światowej produkcji herbaty. Trzej najwięksi producenci to Chiny, Indie i Kenia.
Znaleźliśmy też potwierdzenie tego, że nie tylko herbata jest uprawiana w tej okolicy. Z uwagi na wspomniany wcześniej fuckup z naszym zaspaniem, musieliśmy mocno zrewidować nasze plany na ten dzień. Zwłaszcza, że nieprzewidzianą trudnością okazały się ogromne korki na głównej drodze przez Cameron Highlands. To, co na mapie wydawało się bliskim celem, w rzeczywistości było o dwie godziny jazdy od nas. A dróg alternatywnych tu po prostu nie ma - wszyscy stoją w korku na jedynej drodze.
Pierwotnie jednym z naszych celów w Cameron Highlands był spacer po Mossy Forest. Jest to tropikalny las górski, bardzo często spowity mgłami, które nadają mu tajemniczej, nieco mrocznej aury. Ale ze wspomnianych przed chwilą powodów okazało się, że musimy ten las odpuścić. Zamiast tego wybraliśmy się do polecanego przez naszego gospodarza lasu o nazwie Coral Hill. Musieliśmy nieco poczekać na starcie, aż popołudniowy deszcz odpuści i zapuściliśmy się w gęsty las.
Celem spaceru było zdobycie wzgórza. Na szczycie powiewała dumnie flaga Malezji. Od razu wyjaśnimy jej symbolikę. 14 poziomych pasów symbolizuje 13 stanów Malezji oraz rząd federalny, półksiężyc oznacza islam, gwiazda zaś władzę królewską. Kolor niebieski ma symbolizować jedność narodu malezyjskiego, czerwień odwagę i siłę, zaś biel czystość. Co ciekawe, układ flagi był inspirowany przez flagę USA.
Na zdjęciu widok ze szczytu Coral Hill. Na drodze widać korek, w którym my też wcześniej utknęliśmy. Sam trekking na Coral Hill był krótki, niezbyt męczący i ciekawy, czyli, biorąc pod uwagę nasz deficyt czasu tego dnia, był to strzał w dziesiątkę.
Zrobiliśmy sobie mały spacer po największym mieście tego regionu - Tanah Rata. Nazwa ta oznacza "płaski ląd", gdyż w tej górzystej okolicy jest to jedno z nielicznych względnie płaskich miejsc. Ciekawostką jest fakt, że przez cały rok jest tu niemal stała temperatura - waha się ona między 17 a 19 stopni Celsjusza.
Na zakończenie naszego pobytu w Rain Forest Inn nasz gospodarz oprowadził nas po okolicy i opowiedział o tym, jak tubylcy wykorzystywali i niekiedy nadal wykorzystują rośliny z dżungli. Jedne z nich służą do opatrywania ran, inne do pakowania jedzenia, a jeszcze inne jako zamiennik mydła.
To bardzo popularna roślina w Malezji, kwiatniczek okazały, znany jako imbir. Różnych odmian imbiru widzieliśmy znacznie więcej, zarówno w Cameron Highlands, jak i potem w Taman Negara. Jak oceniamy nasz pobyt w Cameron Highlands? Przez jeden, nieco skrócony, dzień za wiele zobaczyć się nie da. Na pewno jest to miejsce bardzo popularne, mnóstwo tu turystów. Przez to, że jest tu jedna droga, powoduje to poważne zatory komunikacyjne i przemieszczanie się jest tu bardzo kłopotliwe. Na pewno zaletą Cameron Highlands są niższe temperatury oraz bardzo ładne widoki na pola herbaciane.
Nasz plan na kolejny dzień zakładał przejazd z Cameron Highlands to Taman Negara. Droga była długa, dlatego zdecydowaliśmy się zrobić sobie przerwę w leżącym mniej więcej w połowie drogi mieście Kuala Lipis. Jest to miejsce rzadko odwiedzane przez turystów, pomijane we wszelkich Top10 miejsc wartych odwiedzenia w Malezji. I my, w gruncie rzeczy, też znaleźliśmy się tam dość przypadkowo.
Tymczasem, nieoczekiwanie, spacer po Kuala Lipis okazał się bardzo ciekawym doświadczaniem. Weźmy choćby widoczną na zdjęciu świątynię chińską. Zaciekawieni weszliśmy do środka, nikogo nie ma, obejrzeliśmy sobie wnętrze, podeszła do nas pani, która opiekuje się tym miejsce i zagadnęła. Chwilę porozmawialiśmy, po czym zaprosiła nas, byśmy obejrzeli zaplecze - małą kuchnię, gdzie przygotowywała posiłki. Tam poczęstowała nas malezyjskim przysmakiem, owocem o nazwie durian. O samym owocu jeszcze napiszemy, ale takie drobne gesty bardzo pozytywnie wpływają na odbiór nie tylko tej konkretnej świątyni, ale całego miasteczka.
A Kuala Lipis dziś leży nieco na uboczu i jest nieco zapomniane, ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu było stolicą regionu Pahang, ważnym węzłem kolejowym oraz... ośrodkiem wydobycia złota.
Dziś pozostały tu budynki z epoki kolonialnej (niestety w dużej części niszczejące), spokojna, wręcz senna atmosfera i spora liczba murali.
W Kuala Lipis odczuliśmy też wyraźnie zmianę klimatu. Było tu wyraźnie cieplej niż w Cameron Highlands. Byliśmy ciekawi, jak będziemy znosić temperatury ponad 30 stopni połączone z dużą wilgotnością powietrza, bo takie są warunki o tej porze roku na niemal całym obszarze Malezji. Okazało się, że było całkiem znośnie. W kilku momentach w pełnym słońcu gorąc bywał dokuczliwy, ale w porównaniu z ekstremalnymi warunkami w Dubaju malezyjskie upały nie mogły zrobić na nas większego wrażenia.
Z Kuala Lipis żegnamy się rzutem oka na jeden z najcenniejszych zabytków w mieście - drewniany meczet Masjid Negeri Lama z 1888 roku. Ufundował go kupiec z Jemenu Habib Hassan. Meczet jest usytuowany tuż przy rzece Jelai, a mimo to przetrwał dwie wielkie powodzie. W 1971 roku wybudowano nowy, znacznie większy meczet i ten drewniany stracił na znaczeniu. Żegnamy się z Kuala Lipis, przed nami dżungla Taman Negara!
Taman Negara
Jednym z miejsc, które koniecznie chcieliśmy w Malezji odwiedzić, była dżungla Taman Negara. To postanowienie miało pewne konsekwencje. Musieliśmy wypożyczyć w Kuala Lumpur auto, którym pojechaliśmy najpierw do Cameron Highlands, a potem do Taman Negara. Bez auta byłoby to bardzo trudne, choć jakiś transport autobusowy (a nawet rzeczny!) między tymi miejscami istnieje.
O ile w Kuala Lumpur czy w Langkawi nie ma żadnego problemu z wyborem noclegów, tak w Taman Negara jest to znacznie cięższa sprawa. W zasadzie wszystkie największe atrakcje Taman Negara są zlokalizowane wokół osady Kuala Tahan i tam też trzeba szukać noclegów. A te są albo drogie albo o dość niskim standardzie. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na wariant nieco droższy (Balai Serama Guesthouse), ale w zamian dostaliśmy apartament z pięknym ogrodem i pełnym, bardzo dobrym wyżywieniem. Na zdjęciu widok z ogrodu na rzekę Tembeling. Za rzeką jest już dżungla Taman Negara.
Auto wynajęliśmy w lokalnej, malezyjskiej wypożyczalni Agtran. Auto też malezyjskie, marki Perodua Alza - duży, wygodny samochód. Perodua to druga najpopularniejsza marka aut w Malezji, za Protonem. Ale uwaga! Ruch w Malezji jest lewostronny, to pozostałość po czasach, gdy to terytorium było kolonią brytyjską. Pomimo tego jazda po Malezji była raczej niezbyt stresująca. Zaopatrzyliśmy się w kartę prepaid do płatnych autostrad i bez żadnych przygód przejechaliśmy 950 km w 6 dni. Za wynajęcie auta z pełnym ubezpieczeniem zapłaciliśmy 1500 zł.
Co to jest Taman Negara? To jeden z najstarszych lasów deszczowych na świecie. Uważa się, że lasy te mają ok. 130 milionów lat, czyli istniały już w czasach, gdy na Ziemi panowały dinozaury. Taman Negara zajmuje obszar 4300 km2 i jest w całości parkiem narodowym.
Zdecydowana większość tego terenu jest niedostępna dla turystów, ale stacjonując niedaleko Kuala Tahan jest wiele opcji, by lepiej poznać dżunglę. My zdecydowaliśmy się spędzić w tym miejscu dwa pełne dni.
Jedną z cech charakterystycznych Taman Negara jest wielka różnorodność zwierząt. Pierwsze z nich zobaczyliśmy już podczas wieczornego zwiedzania dżungli po specjalnie wytyczonych ścieżkach. Bez przewodnika pewnie nie zauważylibyśmy 90% zwierzaków, zwłaszcza że większość z nich była dość mała (skorpiony, stonogi, pająki, patyczaki). Bardzo pozytywną niespodzianką było to, że przewodnik podawał nazwy napotkanych zwierząt w różnych językach, w tym... po polsku! Na większe zwierzaki, takie jak widoczny na zdjęciu waran, musieliśmy poczekać do następnego dnia.
Żeby lepiej poznać dżunglę wykupiliśmy całodzienną wycieczkę do dżungli. Mieliśmy pewne rozterki, bo nie była to najtańsza atrakcja (ok. 250 zł od osoby), ale wykupienie tej wycieczki było jedną z naszych najlepszych decyzji podczas tych wakacji. Na zdjęciu porzucony budynek w dżungli. To skutek ogromnej powodzi z 2014. roku.
Powódź ta przyniosła ogromne straty w wielu regionach Malezji (zginęło 25 osób), a w samym Taman Negara zalała niżej położone wioski rdzennego ludu Orang Asli. W efekcie podjęto decyzję o relokacji niektórych wsi. I my w trakcie tej wycieczki odwiedziliśmy zarówno wioskę porzuconą w 2014 roku, jak i nowo lokowaną. W naszym apartamencie mogliśmy obejrzeć zdjęcia jak bardzo wezbrała wówczas rzeka Tembeling, niszcząc nawet miejsca położone 8-10 metrów ponad rzeką.
Te bawoły to największe zwierzęta, jakie napotkaliśmy podczas naszej wycieczki. To gaur indyjski, jeden z największy z rodziny wołowatych. Jego długość dochodzi do 330 cm, a waga do 1000 kg, przy czym samce są znacznie większe od samic. Ponadto w Taman Negara żyją słoń malajski, tygrys malajski, lampart sundajski, nosorożec sumatrzański, a także liczne małpy, warany, węże i wiele, wiele innych.
My spotykaliśmy mniejsze i mniej groźne zwierzaki, np. krocionoga, czyli popularną stonogę. Niektórym z naszej wycieczki, zwłaszcza dotyczyło to skąpo ubranych dziewczyn, bardzo dały się we znaki komary. My byliśmy lepiej ubrani i dzięki temu nas te uciążliwe stworzenia omijały.
Wielką zaletą tej wycieczki był nasz przewodnik. Sporo opowiadał o dżungli, o roślinach, o zwierzętach, o tubylcach, chętnie odpowiadał na nasze pytania. Kilka razy przystawaliśmy, zrywał z drzewa jakieś owoce i szukał chętnych na próbowanie. My należeliśmy do tych odważnych, próbowaliśmy wszystkiego!
Przed wizytą w Taman Negara mieliśmy trochę obaw związanych z chorobami przenoszonymi przez komary. Profilaktycznie zaszczepiliśmy się przeciw kilku chorobom, ale zawsze jakieś tam ryzyko jest. Nasza gospodyni ze śmiechem zareagowała na nasze obawy. Stwierdziła, że o przypadkach zarażenia przez komary malarii to w tej okolicy nikt nie słyszał, może gdzieś tam w głębokiej dżungli jakieś małe ryzyko istnieje, ale tu to na pewno nie. A co do samych komarów, wysunęła tezę, że łatwiej być ugryzionym przez komara w Kuala Lumpur niż na obrzeżach dżungli. Tu trochę przesadziła :).
Jednym z punktów naszej wycieczki była wizyta w wiosce rdzennego ludu Orang Asli. W Taman Negara jest kilkanaście wiosek tego ludu, który przyswoił sobie pewne zdobycze cywilizacyjne, zachowując jednak bardzo dużo ze swojej tradycji.
Tradycyjne pozostały ich zajęcia - koczownictwo i zbieractwo, a także sposób budowania chat. Ze zdobyczy cywilizacyjnych przyswoili sobie elektryczność, telefony komórkowe, szkoły dla dzieci. W szkołach malezyjskich obowiązkowym językiem jest angielski, co niesamowicie ułatwia podróżowanie po tym kraju. Oczywiście znajomość angielskiego jest różna, ale niemal każdy chociaż parę słów zna i na bardzo podstawowym poziomie potrafi się komunikować.
W całej Malezji liczbę Orang Asli szacuje się na 215 tys. ludzi, którzy mieszkają w ponad 800 wsiach.
Kolejna atrakcja - zaprószenie ognia. Gdy demonstrację robił tubylec, wydawało się to względnie proste, ale miałem przeczucie, że łatwo nie będzie. I miałem rację - nim coś zaczęło się tlić, dopadło nas zmęczenie i zniechęcenie :).
Jechaliśmy już autem na pace, szliśmy przez dżunglę, teraz przyszła kolej na płynięcie takimi oto łódkami.
Obserwacja dżungli z poziomu rzeki była bardzo ciekawa. Zupełnie inaczej wygląda dżungla z perspektywy wąskiej ścieżki, niż z rzeki, gdzie perspektywa jest o wiele szersza.
W wielu miejscach mogliśmy zobaczyć, co potrafią zrobić liany. Często tak opasywały drzewa, jakby je brały w niewolę. A po tej linie zrobionej z lian po prawej stronie chętni mogli spróbować się powspinać.
Te nacięcia na drzewach zrobili tubylcy. Z tych drzew pozyskują oni surowiec do wytwarzania trucizny do swoich strzał.
I kolejna ciekawostka z dżungli. Jak jesteś spragniony, to w dżungli można znaleźć wodę. Jedyne co, to trzeba wiedzieć, gdzie szukać i mieć odpowiednie narzędzie.
Była część trekkingowa naszej wycieczki, była część edukacyjna, czas na część relaksacyjną :). Najpierw mogliśmy sobie na tych oponach popływać przy plaży. Niby prościzna, ale trzeba było uważać na dość wartki nurt rzeki.
A potem przewodnicy oznajmili nam - bierzcie opony i płyńcie rzeką. To było naprawdę fajne doświadczenie!
Nasz gospodarz wspominał nam, że gdy był młody, czyli jakieś 40 lat temu, rzeka Tembeling miała niebieski kolor, jak wiele innych rzek. W miarę rozwoju rolnictwa i wyrębu lasów coraz bardziej zmieniała się barwa rzeki. Najpierw sezonowo rzeka robiła się żółto-brązowa, a później już na stałe miała taki kolor.
Podsumowując, całodzienna wycieczka do dżungli była jednym z najciekawszych doświadczeń, jakie mieliśmy podczas naszych azjatyckich wakacji. Cały czas coś się działo, robiliśmy dużo różnych rzeczy, poznawaliśmy dżunglę od różnych stron.
W drugim dniu w Taman Negara zaplanowaliśmy dwie atrakcje. Najpierw wybraliśmy się na Kanopi Walkway. Jest to ścieżka poprowadzona wśród drzew. Wcześniej działała inna, podobna ścieżka, a przy tym bezpłatna. Z niejasnych powodów tamta ścieżka została zamknięta, przygotowano za to inną, dłuższą i w zgodnej opinii lepszą, ale już płatną.
Ścieżka była bardzo dobrze zabezpieczona, choć w lepszym odbiorze otaczającej nas dżungli nieco przeszkadzał fakt, że za nami szli ludzie i nie za bardzo można było się zatrzymywać, zwłaszcza na odcinkach pomiędzy drzewami.
Pomimo tego zastrzeżenia warto było wybrać się na ten spacer i spojrzeć na dżunglę z innej perspektywy niż poprzedniego dnia.
Ostatnią atrakcją w Taman Negara był rejs po rzece Tembeling. O ile wycieczkę po dżungli i spacer wśród drzew wykupiliśmy u naszych gospodarzy, to ten rejs wykupiliśmy bezpośrednio na przystani.
Atrakcja polega na tym, że płynie się jakieś pół godziny w jedną stronę rzeki, obserwując, co się dzieje na obu brzegach, a potem z powrotem. Aby uatrakcyjnić całą podróż, w miejscach, w których rzeka lekko przyśpiesza, nasz sternik z premedytacją bujał łódką, abyśmy mieli nieco emocji. W porównaniu z raftingiem w Kanadzie emocje były mniejsze, ale też były.
Pomysł, by poświęcić część naszego pobytu w Malezji na zwiedzenie Taman Negara, okazał się strzałem w dziesiątkę. To było dla nas coś nowego, ciekawego. Bardzo dobrze trafiliśmy też z apartamentem, co na pewno też korzystnie wpłynęło na odbiór tego miejsca.
Langkawi I
Langkawi to archipelag 99 wysp w północno-zachodniej Malezji, przy granicy z Tajlandią. Langkawi to również nazwa zdecydowanie największej wyspy w tym archipelagu. I właśnie na tej wyspie spędziliśmy kolejne 4 dni naszych azjatyckich wakacji.
Skąd pomysł, by kilka dni spędzić na Langkawi? Po zeszłorocznych wakacjach nasi chłopcy zawnioskowali, by następnym razem część wakacji przeznaczyć na relaks. Langkawi wydawało się być idealne, by po kilku intensywnych dniach w Cameron Highlands i Taman Negara nabrać sił na nowe podróżnicze wyzwania.
Langkawi to wyspa o powierzchni 498 km2, w większości pokryta dżunglą, górami, lasami namorzynowymi, ale zarazem oferująca piękne, piaszczyste plaże, dobre restauracje i sporo ciekawych atrakcji. Przez cały roku panuje tu też bardzo ciepła, wilgotna pogoda. O tym ostatnim przekonaliśmy się jeszcze lecąc na Langkawi, gdy z powodu gwałtownej ulewy przez godzinę krążyliśmy nad lotniskiem w oczekiwaniu na poprawę pogody.
Pierwszą naszą aktywnością na Langkawi była wycieczką łodzią po lasach namorzynowych. Standardowo taki rejs odbywa się w łodzi jak na zdjęciu, trwa ok. 2 godziny i polega na pływaniu kanałami, zatoczkami i przez pewien fragment po otwartym morzu. Co jakiś czas są zaplanowane atrakcje. Jedną z nich było obserwowanie dzikich orłów.
Rejsy są reklamowane jako Mangrove Tour, czyli tour po lassach namorzynowych. Faktycznie, w trakcie tej wycieczki widzieliśmy sporo lasów namorzynowych i była to dla nas spora atrakcja, gdyż w naszym klimacie takie lasów nie ma.
Nasz przewodnik uprzedził, że na pewno napotkamy małpy i miał rację. W zaroślach namorzynowych dokazywały makaki jawajskie. Są to małpy żyjące w stadach liczących kilkadziesiąt osobników, świetnie pływają, są inteligentne i bardzo ciekawskie. Trzeba się liczyć, że taka ciekawska małpa może wskoczyć na łódź i zabrać pozostawioną bez opieki torbę czy plecak.
Cechą charakterystyczną Langkawi są liczne wapienne skały, zwłaszcza w obszarach nadbrzeżnych. Przy czym często skały są zasłonięte przez bardzo bujną roślinność.
Kolejnym punkcie naszej wycieczki była Bat Cave, czyli Jaskinia Nietoperzy. Nazwa oczywiście nieprzypadkowa, nietoperzy było mnóstwo. Ciekawostka - na ścianach i stropie tej jaskinie odkryto liczne muszle, których wiek oceniono na 5 tys. lat. Prowadzi to do wniosku, że poziom Morza Andamańskiego był wówczas o ok. 2 metry wyższy niż obecnie.
Namorzyny potrafią przeżyć w warunkach, które dla większości roślin byłyby zabójcze. Słona lub słonawa woda, błoto pozbawione tlenu i regularne zalewanie przez przypływy to warunki, do których przystosowały się lasy namorzynowe. Pełnią one mnóstwo pożytecznych funkcji. Są świetnym środowiskiem dla wielu zwierząt - ryb, krabów, waranów, makaków, orłów. Stanowią też barierę dla erozji brzegu wyspy.
Makaki jawajskie niegdyś były gatunkiem pospolitym, ale niedawno ich status został zmieniony na gatunek zagrożony. Choć akurat w Malezji makaki występują dość powszechnie. Małpy te znane są z tego, że doskonale przystosowują się do różnych warunków środowiskowych. Stąd mogą występować w lasach deszczowych, namorzynowych, na plantacjach, terenach podmokłych, a nawet w miastach, w pobliżu ludzi.
W niektórych rejonach Malezji transport rzeczny odgrywa bardzo ważną rolę. Tam, gdzie utwardzonych dróg jest niewiele, gdzie dominują gęste dżungle, tam łodzie bywają najlepszym środkiem transportu, i dla ludzi, i dla towarów. Szczególnie duże znaczenie transport rzeczny ma na Borneo oraz w Taman Negara. W tym ostatnim miejscu widzieliśmy nawet tablicę dla turystów z możliwościami transportowymi do Kuala Lumpur i innych miast. I były opcje - busem tyle godzin, a łodzią tyle godzin. Na zdjęciu łódka przy Bat Cave, oferująca świeży sok z kokosów.
Kilim Geoforest Park uważany jest za szczególnie cenny przyrodniczo, z uwagi na rzadkie połączenie lasów namorzynowych i wapiennego krajobrazu krasowego. Zazwyczaj lasy namorzynowe rosną na mule, a w tym parku podłożem dla tych lasów są skały wapienne.
Bardzo fajne w naszej wycieczce było to, że krajobrazy co chwilę całkowicie się zmieniały. Najpierw płynęliśmy wąskimi rzekami z lasami namorzynowymi, potem były jaskinie, a następnie wypłynęliśmy na otwarte morze, co dawało bardzo szeroką perspektywę na okolicę. Ciekawostka - te góry w dalszym planie to już wyspy należące do Tajlandii.
Wyspa Langkawi znana jest z pięknych, piaszczystych plaż, ciepłej wody i pięknego otoczenia w postaci lasów i wapiennych skał. Mamy na wyspie do wyboru plaże z pełną infrastrukturą turystyczną, tętniące życiem (najbardziej znana to Pantai Cenang), są też bardziej dzikie, ale przepiękne (np. Tanjung Rhu), wreszcie jest też sporo małych, kameralnych i znacznie mniej odwiedzanych przez turystów plaż.
Kolejnym punktem naszej wycieczki była wizyta na pływającej farmie rybnej. Było tu kilka niewielkich basenów z różnymi rybami. Mogliśmy dotknąć niektórych z nich (płaszczki były ciekawym doświadczeniem), ale były też takie agresywne gatunki, że przewodnicy podchodzili do nich z respektem.
Podsumowując, wycieczka Mangrove Tour była dla nas bardzo ciekawa. W ciągu 2 godzin przepłynęliśmy 30 km. Mieliśmy całą łódkę dla siebie, a kosztowało nas to niecałe 300 zł. Bardzo podobało nam się to, że w trakcie tych dwóch godzin mieliśmy kilka różnych atrakcji, zmieniające się krajobrazy, możliwość obserwacji zwierząt (orły, małpy, nietoperze, ryby). Ani przez chwilę nie nudziliśmy się.
Po wycieczce czas na relaks. Skorzystaliśmy z pobliskiej plaży Tanjung Rhu. Widoki mieliśmy fantastyczne, plaża bardzo ładna i względnie pusta, a woda niezwykle przyjemna. Zgodnie orzekliśmy, że cieplejsza woda była tylko w Morzu Martwym.
Na tym kończymy eksplorację północnych krańców Langkawi. Ale wiedzieliśmy, że ta wyspa ma do zaoferowania jeszcze wiele innych atrakcji!
Langkawi II
Jak najlepiej przemieszczać się po Langkawi? Jest to na tyle duża wyspa, a atrakcje na tyle rozproszone, że nie obędzie się bez jakiegoś środka transportu. Początkowo rozważaliśmy wynajęcie auta. Koszt to ok. 120 zł dziennie za średniej wielkości auto. Druga opcja to korzystanie z malezyjskiego Ubera, czyli aplikacji Grab.
Po krótkim rozeznaniu wybraliśmy opcję z Grabem. Po pierwsze jest to opcja wygodniejsza. Od momentu zamówienia do podjazdu auta czekaliśmy od 2-3 minut, maksymalnie do 15 minut. Ponadto nie ma problemu z parkingami, gdzie zostawić auto. Po drugie zaś, jest to po prostu tańsze. Krótkie kursy (1,5-2 km) kosztowały nas jakieś 5 zł, dłuższe, na drugi koniec wyspy (30 km) wyniosły nas 30-35 zł. W żaden dzień nawet nie zbliżyliśmy się do stawki za wynajem auta, a tam jeszcze doszłaby benzyna. Całościowo, bardzo Graba polecamy!
Rzadko reklamujemy miejsca, w których zatrzymujemy się, ale w tym przypadku zrobimy wyjątek. The Sanctuary Langkawi to miejsce fantastyczne pod każdym względem. Przestronne apartamenty, pięknie wykończone i zadbane, fantastyczny basen, super smaczne i zróżnicowane śniadania, do tego bardzo sympatyczny i służący pomocą gospodarz. Po prostu rewelacja! Cena ok. 900 zł za dobę.
Spacerując niedaleko naszego apartamentu natknęliśmy się na takiego dorodnego warana. Jednak trzeba było patrzeć nie tylko w zarośla, ale i w górę. Raz tuż obok nas spadł z drzewa całkiem spory kokos. Lepiej nie myśleć, co by się stało, gdyby trafił kogoś w głowę...
Podróżując przez Malezję zastanawialiśmy się, jak wypada Malezja na tle innych krajów regionu. W Malezji w dużych miastach widać było rozwiniętą infrastrukturę, efektowne wieżowce, wielopasmowe drogi, itd. Ale już na prowincji, jak np. w Taman Negara czy nawet w mniejszych miejscowościach na Langkawi, na pierwszy rzut oka było znacznie skromniej, czasem nawet dość biednie.
Na tle krajów sąsiednich Malezja sytuuje się raczej na górnej półce krajów rozwiniętych. Bezkonkurencyjny w regionie jest Singapur i bogate w ropę Brunei, ale za nimi jest właśnie Malezja i dopiero sporo dalej Tajlandia, Indonezja, Wietnam, a na samym dole Laos, Birma czy Kambodża.
Pantai Cenang to szeroka, długa na 2 km piaszczysta plaża, która jest centrum życia turystycznego wyspy Langkawi. Jest tu mnóstwo restauracji, barów, sklepów i punktów usługowych. Na samej plaży można skorzystać z rozmaitych form sportów wodnych - parasailingu, skuterów wodnych, jazdy na bananie i innych.
Po zapadnięciu zmroku życie na plaży wcale nie zamiera. Organizowane są efektowne pokazy ogni, które przyciągają sporo turystów. Trzeba przy tym mocno uważać, bo niektórzy "artyści" potrafili dość ryzykownie wyrzucać te pochodnie w górę i kilka razy byliśmy świadkami, jak lądowały one tuż przy przerażonych turystach.
Mocnym punktem plaży Pantai Cenang są też efektowne zachody słońca. Akurat nas ta plaża niekoniecznie zachwyciła, gdyż nie przepadamy za tłumami, ale jeśli komuś nie przeszkadza liczne towarzystwo, to powinno mu się tu spodobać.
Odwiedziliśmy też miejsce bardzo charakterystyczne dla Malezji - night market. Jest to targ z jedzeniem. Na ulicy postawionych jest kilkadziesiąt budek, które oferują rozmaite fast foody, zupy, makarony, pierogi, coś na słodko, soki i wiele innych rzeczy. Wszystko bardzo tanie (ceny zaczynały się od 1 zł, a za 5 zł często można było dostać sporą porcję), w większości smaczne. Targi te działają w godzinach wieczornych.
Nieco na południe od Pantai Cenang znajduje się plaża Pantai Tegah. Nie jest tak szeroka jak Pantai Cenang i wokół niej jest mniej infrastruktury turystycznej, ale dla nas była przyjemniejsza. Kąpiel w tym miejscu była niezwykle przyjemna. Raz, że zejście do morza była bardzo łagodne, a dwa, że fale tego dnia były całkiem spore i dawały mnóstwo frajdy.
Czas na kolejną wycieczkę! Tym razem wykupiliśmy rejs łódką zwany hop on islands. Idea jest taka, że łódka zawozi nas na pierwszą wyspę, tam mamy godzinę na samodzielne zwiedzanie, potem zatrzymujemy się na parę minut na oglądanie orłów, a następnie płyniemy na drugą wyspę i tam też wysadzają nas na godzinę. Nasz gospodarz dość sceptycznie wypowiedział się o tej wycieczce, ale poczytaliśmy nieco opinii o tych rejsach i ostatecznie zdecydowaliśmy się wydać 200 zł na tę atrakcję.
Jak widać na wielu zdjęciach, praktycznie codziennie towarzyszyło nam słońce, niekiedy lekko zasłonięte przez chmury. Przez cały nasz wyjazd wyjątkowo skrupulatnie pilnowaliśmy się, by odpowiednio zabezpieczać skórę przed promieniami równikowego słońca. Mieliśmy w pamięci wspomnienia z kilku poprzednich wakacji, gdzie prawie zawsze ktoś albo niedokładnie się posmarował, albo zapomniał o tym i potem było kilka dni cierpienia. Tym razem pełen sukces - przez całe 3 tygodnie nie mieliśmy żadnych problemów powiązanych ze słońcem!
W tym miejscu wspomnimy o jednej rzeczy, która nieco zaburzyła odbiór tego pięknego miejsca. Gdy wypłynęliśmy nieco dalej od brzegu, zaczęliśmy napotykać w wodzie coraz więcej śmieci. Chwilami liczba butelek, plastików, worków i różnych innych rzeczy była wręcz przytłaczająca. Na samych plażach tego problemu nie widać, ale wystarczy nieco odpłynąć od brzegu, by mocno psuło to sielskie krajobrazy.
Wracając do rejsu, tym razem kupiliśmy bilety do łodzi wieloosobowej. Stwierdziliśmy, że łódź prywatna nie poprawi znacząco komfortu całej eskapady, a trzeba by za nią trochę dopłacić.
Pierwszym punktem naszej wycieczki była wyspa Dayang Bunting. Jest to druga co do wielkości wyspa archipelagu Langkawi. Wiedzieliśmy, że wyspa jest rezerwatem przyrody i za wstęp na nią trzeba dodatkowo zapłacić.
Po krótkim spacerze przez las dotarliśmy do Jeziora Ciężarnej Dziewicy. Nazwa wzięła się od kształtu otaczających jezioro wzgórz. Nad jeziorem każdy z naszej ekipy miał atrakcje dla siebie! Chłopacy pobiegli na wodny plac zabaw, mama poszła na spacer ścieżką wzdłuż jeziora, a tata zaopatrzył się w obowiązkowy kapok i zażył kąpieli w jeziorze.
Trzeba przyznać, że to jest piękne miejsce. Z jednej strony jezioro otoczone wzgórzami z bujną zielenią, a wystarczy się odwrócić, by mieć widok na morze i sąsiednie wyspy.
A jak to jezioro powstało? Otóż jest ono efektem... zawalenia się stropu wielkiej jaskini. Dziś jezioro przyciąga turystów zwabionych pięknymi krajobrazami oraz... kobiety, które mają problem z zajściem w ciążę. Popularna jest legenda, jakoby kąpiel w tym jeziorze ułatwiała zajście w ciążę.
Po drodze mieliśmy niesamowite złudzenie optyczne - drzewa rosnące na wodzie. Gdy podpłynęliśmy bliżej okazało się, że jest tam bardzo wąski pasek lądu.
Podobnie jak na poprzedniej wycieczce, tak i tu zatrzymaliśmy się na karmienie orłów. Sternicy w łódkach mają przygotowane ryby, które wrzucają do wody i po chwili pojawiają się orły. Na zdjęciu bielik białobrzuchy, bardzo charakterystyczny ptak dla malezyjskich wybrzeży.
Drugim naszym przystankiem była wyspa Pulau Beras Basah. Postój trwał godzinę i do wybory mieliśmy: kąpiel w morzu, krótki spacer wybrzeżem, skorzystanie z baru lub ze sportów wodnych. Mama wybrała opcję spacer, natomiast tata z Adamem poszli popytać o sporty wodne.
Najpierw spróbowaliśmy jazdy na bananie. Przez jakieś 10 minut ciągnęła nas motorówka, a na końcu zrobiła kilka gwałtownych manewrów, przez co pozostali dwaj pasażerowie wylądowali w morzu, a tata z Adamem mocno trzymali uchwytów i nie spadli do wody. Atrakcja taka 7 na 10.
Rozochocony Adam nabrał chęci na atrakcję z większą adrenaliną - parasailing, czyli lot spadochronem ciągniętym przez motorówkę. Trzeba przyznać, że wzniósł się naprawdę wysoko, miał fajny widoczek na okolicę, były emocje. Lot trwał kilka minut i kosztował 150 zł.
Cała wycieczka trwała trochę ponad 3 godziny i byliśmy z niej zadowoleni. Dobrze że nie posłuchaliśmy naszego gospodarza :).
Langkawi III
Spędziliśmy 4 dni na Langkawi, by odpocząć, zrelaksować się i nabrać sił przed dalszą częścią naszej azjatyckiej przygody. Z poprzednich galerii można by wyciągnąć wniosek, że jedynymi atrakcjami na wyspie są plaże i rejsy łódkami po lasach namorzynowych czy na pobliskie wyspy. Tak nie jest. Langkawi oferuje znacznie więcej i chcieliśmy z tego skorzystać.
Historia tego miejsca rozpoczyna się w 1999 roku, gdy padł pomysł zbudowania kolejki linowej na szczyt Gunung Mat Cincang. W 2001 roku rozpoczęto budowę kolejki, a rok później udostępniono ją turystom. Obecnie kolejka nosi nazwę Langkawi SkyCab i po 15 minutach jazdy dowozi pasażerów na wysokość 708 m n.p.m.
Po prawej stronie widać stację końcową kolejki. W ramach uatrakcyjnienia tego miejsca w 2003 roku rozpoczęto budowę Sky Bridge, czyli kładki dla pieszych, oferującej fantastyczne widoki na okolicę. Już to zdjęcie daje wyobrażenie, jak skomplikowana była budowa tej kładki.
Trudny, górzysty teren, do tego wokoło gęsty las, a na wysokość 660 m n.p.m. trzeba było dostarczyć ciężkie elementy całej konstrukcji. Wykorzystano do tego ciężkie helikoptery. Do dziś Sky Bridge uważany jest za perełkę inżynieryjną.
W kolejnych latach dobudowano jeszcze Sky Glide, czyli następną kolejkę umożliwiającą przejazd ze stacji końcowej Sky Cab do Sky Bridge. Alternatywą jest pokonanie niespełna 50 metrów przewyższenia ścieżką ze schodami i tę właśnie opcję my wybraliśmy.
Nie była to atrakcja tania, jak na malezyjskie warunki. O ile ceny dla Malezyjczyków były raczej niskie, to taryfa dla turystów zagranicznych była już mniej przyjazna. Za wjazd kolejką na górę i wejście na Sky Bridge zapłaciliśmy ok. 400 zł, przy czym ta cena nie obejmowała tej drugiej kolejki, za to w cenie mieliśmy kilka atrakcji na dolnej stacji (m.in. pokaz 5D w świecie dinozaurów, nawet całkiem fajny).
Przed odwiedzeniem Sky Bridge zdecydowanie warto sprawdzić prognozę pogody. Przy zachmurzonym niebie, a tym bardziej deszczu, miejsce to bardzo wiele traci. Na szczęście my mieliśmy bardzo ładną pogodę, a majaczące w oddali chmurki w niczym nie zakłócały odbioru tego pięknego miejsca.
I mimo że jest to bardzo popularna atrakcja, nieco zatłoczona, to jednak pozostawiła u nas bardzo pozytywne wrażenia. Rzadko się zdarza, by móc nieco z góry oglądać takie krajobrazy, jak na tym zdjęciu - dość dramatyczne, z niesamowicie bujną zielenią, a w tle jeszcze przebija się błękitne morze.
Dosłownie kilkaset metrów od dolnej stacji kolejki Sky Cab znajduje się początek jednego z najciekawszych szlaków trekkingowych na Langkawi - Seven Wells Waterfall. Ciekawym momentem był wpis do księgi gości. Mogliśmy rzucić okiem, skąd pochodzą turyści odwiedzający to miejsce i okazało się, że Europejczycy stanowili mniejszość. Sporo było Chińczyków, Japończyków, Australijczyków czy Hindusów.
Na tym szlaku wielokrotnie spotykaliśmy makaki. Trzeba na nie uważać, bo nie boją się ludzi, potrafią zaczepiać, a czasem nawet coś zabrać i uciec z łupem. Gdy poruszyliśmy ten temat z jednym z kierowców Graba, to stwierdził, że makaki są niebezpieczne, gdy są głodne. Wtedy potrafią być bardzo agresywne. To był natomiast jedyny raz, kiedy zobaczyliśmy obecnego na zdjęciu langura okularowego.
Nazwa szlaku wskazuje, że jest tu siedem wodospadów. My całej trasy nie przeszliśmy, ale dwa wodospady, które odwiedziliśmy były naprawdę bardzo ładne. Świetne były naturalne baseny poniżej wodospadów, w których można było się schłodzić w ten upalny dzień.
Cały trekking z przerwami na relaks zajął nam niespełna 3 godziny i był świetnym dopełnieniem wycieczki na Sky Bridge. A co jeszcze można robić na Langkawi? Pojeździliśmy na gokartach w Morac Adventure Park (tor okej, natomiast gokarty były takie sobie), byliśmy w parku wodnym Splash Out (najlepsze lata już dawno temu miał, niewiele atrakcji, tylko dla fanatyków parków wodnych), a także degustowaliśmy na nocnym targu jedzeniowym w Kuah (spory wybór, tanio i smacznie).
Podsumowując nasz 4-dniowy pobyt na Langkawi - to był świetny czas, pozwolił nam nieco odpocząć, trochę pochillować, trochę pozwiedzać. Sama wyspa ma wiele pięknych miejsc, świetne plaże, ciekawe wyspy wokół, bujną dżunglę. Dodawszy do tego fantastyczny apartament Langkawi spełniło wszystkie nasze oczekiwania.
George Town I
Kolejne dwa dni spędziliśmy w prowincji Penang, w mieście Georgetown. Z dużą łatwością przyszło nam układanie planu na Malezję i Singapur, które wymagało kilku lotów pomiędzy różnymi miejscami w obu krajach. A to dlatego, że loty na krótkie dystanse w Azji są relatywnie tanie i jest ich sporo. Przykładowo za lot Langkawi - Georgetown zapłaciliśmy ok. 120 zł za osobę, a najdroższy z tych lotów, Georgetown - Singapur, kosztował ok. 450 zł za osobę.
Oglądając kolejne zdjęcia świątyni Kek Lok Si, od której zaczęliśmy poznawanie Georgetown, wyjaśnijmy, czemu w ogóle ten region odwiedzamy.
Przede wszystkim Georgetown jest mieszanką różnych kultur, tradycji, a do tego ma kilka wyróżników spośród innych miast w Malezji. Historyczne centrum Georgetown jest na liście UNESCO, sztuka uliczna w postaci licznych murali uważana jest za najlepszą w Azji Południowo-Wschodniej, ponadto miasto to jest określane jako kulinarna stolica Malezji. A to nie wszystko, bo kolejną perełką tego miejsca są jetties, czyli domki na palach, zbudowane w XX wieku i funkcjonujące do dziś.
Przejdźmy do świątyni Kek Lok Si. To jeden z najważniejszych kompleksów buddyjskich w całej Malezji. Wrażenie może robić ogrom tego kompleksu - to wiele budynków, pagód, posągów, zdobionych dziedzińców położonych na zboczu wzgórza. Dla wygodnych kursuje kolejka z dołu na górę, ale wtedy omija się większość tego kompleksu.
Nazwa tej świątyni w tłumaczeniu oznacza "świątynie najwyższego błogosławieństwa". Budowę Kek Lok Si rozpoczęto w 1890 roku. W kompleksie można odnaleźć liczne wpływy chiński, tajwańskie i birmańskie.
Ciekawe, że w licznych miejscach spotykaliśmy symbol swastyki. Nie powinno to dziwić, gdyż symbol ten od stuleci jest zakorzeniony w religiach azjatyckich. Kojarzony jest z pomyślnością i dobrym losem. Co ciekawe, w buddyzmie spotykane są dwa rodzaje swastyk - takie z ramionami zgodnymi ze wskazówkami zegara oraz w kierunku przeciwnym.
Pagoda Dziesięciu Tysięcy Buddów (Ban Po Thar) to, niestety, miejsce, które obejrzeliśmy tylko z zewnątrz. Na skutek małych niedociągnięć logistycznych nie mieliśmy przy sobie gotówki, a to był jedyny sposób zapłaty za wejście do pagody. Szkoda, bo to jedno z najważniejszych miejsc w całym kompleksie.
Malezja nie jest krajem jednorodnym pod względem religijnym. Ponad 60% ludności wyznaje islam, który zarazem jest religią oficjalną. Ok. 20% mieszkańców praktykuje buddyzm, a 10% chrześcijaństwo. 6%ludzi wyznaje hinduizm.
Podział religijny jest w dużej mierze zgodny z pochodzeniem etnicznym. Malajowie w przeważającej części wyznają islam, społeczność pochodzenia chińskiego buddyzm, ludzie pochodzenia indyjskiego hinduizm, natomiast chrześcijanie mają największe skupiska na wyspie Borneo, w prowincjach Sabah i Sarawak.
Po dotarciu na górę cały kompleks jest zwieńczony ogromnym posągiem bogini Guanyin, która jest uważana za boginię współczucia. Posąg powstał w 2002 roku w miejsce poprzedniego, mniejszego. Nowy posąg ma 30 metrów wysokości i jest obudowany dachem wspartym na kolumnach.
Przed nami panorama Georgetown, miasta liczącego 800 tys. mieszkańców i założonego w 1786 roku przez Anglików. Nazwa miasta pochodzi od króla Anglii George'a III, który wówczas panował.
W zasadzie jedyną uciążliwością przy zwiedzaniu Kek Lok Si było połączenie mozolnego wchodzenia pod górę z gorącą, wilgotną pogodą. Warto też zaznaczyć, że poza wejściem do Pagody Dziesięciu Tysięcy Buddów, gdzie trzeba było uiścić symboliczną opłatę, resztę kompleksu można zwiedzić za darmo.
Czy warto odwiedzić Kek Lok Si? Bez wątpienia tak. To miejsce bardzo ciekawe, różnorodne, zupełnie inne od obiektów sakralnych, które znamy w Europie. A przy tym kompleks ten jest bardzo ładny wizualnie.
Bardzo niedaleko od Kek Lok Si jest zlokalizowane wzgórze Penang, na które można wjechać kolejką. Trzeba jedynie przejść 2,5 km, by dostać się do dolnej stacji kolejki. Rozważaliśmy wzięcie Graba, ale ostatecznie postanowiliśmy się przespacerować i zobaczyć jak wyglądają mniej uczęszczane przez turystów rejony Georgetown.
I było to ciekawe doświadczenie. Brak chodników, chaotyczna architektura,, zewsząd zwisające przewody, taki ogólny rwetes to cechy charakteryzujące te okolice.
Ale gdy tylko skręciliśmy w boczną uliczkę, to nagle zrobiło się znacznie spokojniej. Czasem ktoś na nas spojrzał z zaciekawieniem, czasem ktoś przemknął na motorku, ale ewidentnie tutaj życie toczyło się znacznie wolniej.
Na przełomie XIX i XX wieku podjęto kilka prób budowy kolejki na wzgórze Penang, ale dopiero w 1923 roku udało się oddać inwestycję do użytku. Pozwala ona na wjazd na wysokość 800 m n.p.m. Alternatywą dla 10-minutowej jazdy kolejką jest ciężki, kilkugodzinny trekking na wzgórze. Po drodze kolejka kilka razy musiała się zatrzymać ze względu na... makaki na torach. Dopiero gdy małpy zeszły na bok, kolejka ruszyła dalej.
A po co w ogóle wjeżdżać na wzgórze Penang? Z trzech zasadniczych powodów. Po pierwsze, mamy z tego miejsca bardzo fajną panoramę na Georgetown. Po drugie, jest tam odczuwalnie chłodniej niż w mieście i można trochę odsapnąć od upału. Po trzecie, przy stacji końcowej kolejki jest kilka atrakcji, w postaci droniarzy, którzy oferują personalizowane filmy czy też...
Wzgórze Penang jest porośnięte przez las deszczowy i można nawet zapuścić się ścieżkami w głąb lasu. My po doświadczeniach z dżungli Taman Negara odpuściliśmy tę atrakcję.
Lokalny artysta skusił nas niskimi cenami. Za czarno-białą karykaturę liczył sobie niespełna 10 zł, a za kolorową 27 zł. Na pierwszy ogień poszedł Adam.
I choć podobieństwo było dość umowne, to ostatecznie i dorośli skusili się na takie portrety jako unikalną, do tego tanią pamiątkę z wakacji:)
George Town II
Drugi dzień w Georgetown przeznaczyliśmy na poznawanie centrum tego miasta. Najpierw wybraliśmy się do tzw. Clan Jetties. Co to jest? Są to drewniane domy na palach, z wyjściem na długi pomost, znajdujące się nad brzegiem morza, już nad wodą. Na zdjęciu wejście do najbardziej znanego takiego obiektu, Chew Jetty.
Jetties zaczęły powstawać w drugiej połowie XIX wieku. Były to najpierw szopy, w których robotnicy portowi spędzali czas, a potem zaczęto przekształcać szopy w domy. Było to praktyczne rozwiązanie - robotnicy mieli bisko do miejsca pracy, a budowa takich domów była tania.
Takich Jetties do dziś pozostało 6. Każdy z nich zasiedlali członkowie jednego chińskiego klanu. Nie musieli to być ludzie spokrewnieni ze sobą, ale tworzyli zwarte, zamknięte społeczności. Nazwy Jetties odzwierciedlały nazwy klanów. Mamy dziś Chew, Tan, Lee czy Lie Jetty.
Jak wygląda sytuacja w Jetties dziś? Miejsce to stało się atrakcją turystyczną. Niektóre domy przekształcono w sklepy z pamiątkami, ale w sporej części z nich nadal mieszkają ludzie. Część Jetties została rozebrana w XX wieku z uwagi na rozbudowę terminala promowego, ale do dziś pozostało 249 budynków na palach.
Świątynia Hean Boo Thean Kuan Yin jest znacznie młodsza niż Jetties. Pierwsza konstrukcja powstała w 1972 roku, ale była regularnie zalewana i w 2012 roku przeprowadzono gruntowną modernizację tego miejsca. Świątynia jest poświęcona Guanyin, czyli temu samemu bóstwu, które uczczono wielkim posągiem, jaki widzieliśmy poprzedniego dnia w kompleksie Kek Lok Si.
Pospacerowaliśmy sobie po niektórych Jetties. Zaciekawiło nas, że drzwi do niektórych domów były otwarte i można było zobaczyć ich wnętrza. A w każdym z nich, bez wyjątku, urządzony był ołtarzyk.
Bardzo turystyczne było Chew Jetty - tam na każdym kroku były sklepiki, mnóstwo turystów, harmider. Natomiast w pozostałych Jetties było kameralnie, spokojnie i zdecydowanie bardziej nam się podobało.
Forma budownictwa drewnianego na palach nad wodą jest dość popularna w Azji Południowo-Wschodniej. Tego typu domy można spotkać w innych regionach Malezji, Brunei, Tajlandii, Wietnamie czy Indonezji. Jednak Jetties w Georgetown są wyjątkowo z uwagi na to, że były ściśle powiązane z chińskim systemem klanowym. Bardzo nas zaciekawiła historia Jetties i na pewno nie żałowaliśmy, że odwiedziliśmy to miejsce.
Georgetown jest też znany ze street art. To przede wszystkim murale, ale również inne instalacje artystyczne. To stosunkowo nowa atrakcja, bo malowanie murali rozpoczął Ernest Zacharevic w 2012 roku, a potem projekt kontynuowano. Na zdjęciu mural "Brother and Sister on a Swing" autorstwa lokalnego artysty Louisa Gana.
Wspomniane już wcześniej chińskie klany odegrały niezwykle ważną rolę w historii Georgetown. Dlatego chcąc pogłębić naszą wiedzę o klanach odwiedziliśmy jeden z najbardziej efektownych, zachowanych domów klanowych - Leong San Tong Khoo Kongsi.
Wyjaśnijmy, co się kryje za pojęciem chiński klan. To nie była rodzina, ale raczej społeczność ściśle ze sobą związana. Te związki bardzo często brały się z miejsca pochodzenia. Dla przykładu klan Khoo, który wybudował ten piękny budynek, wywodzi się z chińskiego regionu Fujian.
Członkowie klanu byli często powiązani zawodowo, poprzez wzajemną pomoc w trudnych sytuacjach, a także rodzinnie. Gdy z prowincji Fujian przybywał do Georgetown nowy imigrant, mógł liczyć na pomoc klanu w znalezieniu mieszkania, pracy, rozwiązywaniu konfliktów, podtrzymywania tradycji religijnych, a nawet w kwestii pochówku.
Ciekawa jest też historia domu klanowego, który zwiedziliśmy. Pierwsza wersja tego budynku powstała w połowie XIX wieku dla klanu Khoo. Na przełomie XIX i XX wieku klan doszedł do wniosku, że potrzebuje bardziej okazałej siedziby. Dużym nakładem sił i pieniędzy wybudowano niezwykle efektowny dom klanowy. Gdy sześcioletnia budowa zbliżała się do końca, w budynek trafił piorun i pożar strawił wszystko. Pojawiły się komentarze, że był to gniew bogów, którym nie podobała się zbyt wystawna siedziba klanu.
Członkowie klanu Khoo nie zrazili się pechowym zdarzeniem i jeszcze raz postawili niezwykle efektowny dom klanowy, który można podziwiać do dziś. Dodajmy, że w Georgetown było pięć najważniejszych klanów. Obok Khoo istniały także klany Cheach, Lim, Yeoh i Tan. Organizacje te istnieją do dziś, ale nie pełnią już tak ważnej roli gospodarczej i społecznej, jak przed 100 czy 150 laty.
Niezwykle charakterystycznym miejscem w Georgetown jest Armenian Street. Niegdyś mieszkała tu niewielka, ale bardzo wpływowa grupa ormiańskich kupców. Do dziś zachował się dawny układ domów, gdzie na dole zwykle był sklep lub warsztat, a w głębi lub na piętrze mieszkała rodzina, która pracowała w danym lokalu usługowym.
Meczet Kapitan Keling powstał niedługo po założeniu miasta, w 1801 roku. Był on centrum życia religijnego społeczności pochodzącej z południowych Indii. Przez długi czas był to najważniejszy meczet w stanie Penang, obecnie stracił to miano na rzecz Penang State Mosque.
Okolice meczetu świetnie obrazują tolerancję religijną, jaka panuje w Malezji. W bardzo bliskim sąsiedztwie meczetu mamy bowiem Goddess of Mercy Temple (religie chińskie), Sri Maha Mariamman Temple (świątynia hinduistyczna) oraz St. George's Church (kościół chrześcijański).
W kultowym Penang Road Famous Teochew Chendul spróbowaliśmy lokalnego przysmaku, chendul (lub cendol). To zimny deser na bazie kruszonego lodu, mleka kokosowego oraz syropu palmowego. Dodatkiem są zielone makaroniki zrobione z mąki ryżowej. Całość bardzo słodka, ale naprawdę smaczna!
W Georgetown spędziliśmy dwa intensywne dni. Jest to miejsce bardzo ciekawe, ze swoją specyfiką (klany, Jetties, sztuka uliczna, gastronomia). Planując wyjazd do Malezji na pewno warto uwzględnić Georgetown w swoich planach.
Kuala Lumpur
W pierwotnym planie naszej wycieczki do Malezji planowaliśmy przeznaczyć kilka dni na poznanie stolicy tego kraju Kuala Lumpur. Na skutek przełożenia lotu, musieliśmy skrócić naszą eskapadę o dwa dni i trzeba było decydować, z czego zrezygnować. Po długim namyśle skróciliśmy nasz pobyt w Kuala Lumpur do półtora dnia.
Nasze chłopaki wymarzyły sobie, by popływać w basenie infinity z widokiem na Petronas Twin Towers, bo tak brzmi pełna nazwa wież, będących symbolem Kuala Lumpur. Dostali ograniczenie w postaci ceny maksymalnej za noc i sami znaleźli hotel z takim oto basenem i widokiem na wieże.
Pomysł na Petronas Towers narodził się na początku lat 90. ubiegłego wieku. W zamyśle miał to być symbol rozwoju Malezji, z państwa surowcowo-przemysłowego w usługowo-technologiczne. Inwestorem została firma petrochemiczna Petronas. Projekt powierzono słynnemu architektowi Cesarowi Pelli.
Pelli dostał wyraźną instrukcję - to nie miał być kolejny wieżowiec, podobny do setek wieżowców amerykańskich czy europejskich. Miał mieć malezyjską tożsamość. Stąd też projekt połączył islamską geometrię, motywy tradycyjnych malezyjskich tkanin, do tego jako materiałów użyto szkła i stali.
Już w trakcie projektowania wysokość budynków podwyższono do 452 metrów (początkowo zakładano wysokość 427 metrów) tak, aby były to najwyższe budynki na świecie. I tak też było, od 1998 roku do 2004 roku i ukończenia wieżowca Tajpej 101. Dziś, choć nie jest to już nawet najwyższy budynek w Kuala Lumpur, pozostaje on nie tylko symbolem Malezji, ale też fantastycznie prezentuje się, zwłaszcza z sąsiadującego z nim pięknego parku KLCC.
A to jest budynek, który obecnie dzierży miano najwyższego budynku w Kuala Lumpur (oraz drugiego najwyższego na świecie) - Merdeka 118. Warto jednak zauważyć, że bez ogromnej iglicy, Merdeka 118 mierzy "tylko" 518 metrów, a z dodatkiem iglicy 679 metrów.
Jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Kuala Lumpur jest miejsce zwane Batu Caves. Jest to cały kompleks poświęcony wierzeniom hinduistycznym. Kilka razy widzieliśmy w miastach malezyjskich świątynie hinduistyczne, ale ani razu nie było okazji, by dokładnie je eksplorować. Stąd też z zaciekawieniem wybraliśmy się do Batu Caves.
Historia tego miejsca rozpoczyna się pod koniec XIX wieku. W jaskiniach położonych kilkanaście kilometrów od centrum Kuala Lumpur wielki potencjał dostrzegł wpływowy Tamil, o nazwisku Pillai. Wejście do głównej jaskini przypominało mu włócznię bóstwa Murugana.
Miejscowa społeczność tamilska utworzyła tu sanktuarium poświęcone Muruganowi. Mieliśmy już okazję wcześniej oglądać kościoły chrześcijańskie, żydowskie synagogi, meczety, a w Malezji bardzo znacząco poszerzyliśmy nasze horyzonty w kwestii miejsc sakralnych. Najpierw mieliśmy okazję zwiedzić kilka świątyń buddyjskich, a teraz najbardziej różniące się od pozostałych miejsce poświęcone religii hinduistycznej.
Figury w Batu Caves przypominały o ważnych zdarzeniach z mitologii hinduistycznej. Niezwykle charakterystyczny jest styl tych figur, trochę kojarzył nam się z festynami.
Bardzo często w mitologii hinduskiej występują ludzie o cechach małpich lub też małpy, które mają pewne cechy ludzkie. Stąd też u wielu postaci były ogony lub małpie rysy twarzy.
W hinduizmie kolor złoty jest łączony z boskością, potęgą, a także pomyślnością. Stąd też w wielu miejscach trafialiśmy na pozłacane elementy czy to posągów czy budynków.
Widoczne na zdjęciu makaki to nieodłączny element Batu Caves. Jest tu ich mnóstwo i trzeba na nie uważać. Niektóre z nich były agresywne i potrafiły zaczepiać ludzi.
Warto też dodać, że jest to miejsce niezwykle popularne wśród turystów. Raczej nie ma tu mowy o spokojnej kontemplacji, jest za to hałas, gwar, tumult. Natomiast dużym plusem jaskiń jest to, że przy skwarze panującym na zewnątrz, w jaskiniach panuje przyjemny chłód, który dawał wytchnienie.
Hinduizm w znaczący sposób różni się od innych wielkich religii. Nie ma jednego założyciela (jak Jezus, Mahomet, Budda), nie ma jednej świętej księgi, nie ma jednego boga, za to są setki bóstw z niezwykle skomplikowanymi relacjami między nimi, jest też wiara w reinkarnację. Tych różnic oczywiście jest znacznie więcej, ale już po wskazanych powyżej elementach widać, że jest to religia całkowicie odmienna od chrześcijaństwa, judaizmu, islamu czy buddyzmu.
A to jeden z najnowszych elementów całego kompleksu. Złota figura Muragana liczy 42 metry wysokości i została zbudowana w 2006 roku. W ręku trzyma swój atrybut - boską włócznię.
Widoczne na zdjęciu 272 kolorowych schodów prowadzą ze świata zewnętrznego do świata sakralnego. Co ciekawe, wcześniej schody były szare, betonowe, a obecny wygląd uzyskały dopiero w 2018 roku. Z naszej rodziny tylko Andrzej dotarł do góry. Reszta rodziny została zastopowana przez agresywne makaki.
I choć nasze odczucia z tego miejsca były mocno mieszane, to jednak warto Batu Caves odwiedzić. Choćby dlatego, że daje to pewne wyobrażenie o religii hinduistycznej, z którą w Europie bardzo rzadko mamy styczność.
Kolejnym punktem na mapie Kuala Lumpur była świątynia Thean Hou. Jest to budowla stosunkowo młoda, powstała w 1989 roku. Została zbudowana przez Chińczyków pochodzących z prowincji Hajnan.
Świątynia ta jest jest bardzo nietypowa. Nie jest poświęcona jednej religii, ale łączy elementy buddyjskie, taoistyczne oraz chińskiej religii ludowej. Widoczne na zdjęciu czerwone lampiony były podwieszone w wielu miejscach tej świątyni, jest to też motyw bardzo często spotykany w innych chińskich świątyniach.
Innym często spotykanym elementem chińskich świątyń są smoki. W tamtejszej tradycji smoki nie są potworami, które należy pokonać. W Chinach smoki symbolizują wodę, deszcz, siłę, władzę. Świątynia Thean Hou jest poświęcona bogini morza, więc tym bardziej liczna reprezentacja smoków jest uzasadniona.
Podobało nam się w tej świątyni. Było tam ładnie, spokojnie, a zarazem dla nas egzotycznie.
Z tyłu świątyni trafiliśmy na posągi, pod którymi były tabliczkami opisujące ich historie. Niektóre postacie zostały upamiętnione, bo dokonały jakiegoś heroicznego czynu, inne z kolei zostały zapamiętane, bo opiekowały się starszą osobą.
Thean Hou jest usytuowana na wzgórzu i z tarasów roztacza się ładna panorama Kuala Lumpur. W tle widnieje drugi najwyższy budynek na świecie, Merdeka 118. Interesujące, że w zestawieniu 10 najwyższych budynków na świecie aż 9 znajduje się w Azji, a ledwie 1 w USA.
Merdeka po malezyjsku oznacza niepodległość. Tuż obok wieżowca znajduje się stadion Merdeka, miejsce, w którym została ogłoszona niepodległość Malezji. W 1957 roku premier Tunku Abdul Rahman na tym stadionie wykrzyczał siedmiokrotnie "Merdeka!", po czym odbyła się uroczystość utworzenia Federacji Malajskiej, która dała początek dzisiejszej Malezji.
Co ciekawe, Federacja Malajów miała nieco inne granice niż dzisiejsza Malezja. W jej skład wchodziły tylko prowincje z półwyspu Malajskiego, natomiast nie wchodziły prowincje z wyspy Borneo, które weszły w skład Federacji kilka lat później. Przez krótki okres do Federacji przynależał też Singapur, który jednak został z niej... wyrzucony.
Ostatecznie w 1965 roku Malezja uzyskała kształt, jaki jest zachowany do dnia dzisiejszego. Na zdjęciu Bangunan Sultan Abdul Samad, budynek wzniesiony pod koniec XIX wieku przez Brytyjczyków w stylu kolonialnym, ale z elementami architektury islamskiej i indyjskiej. Pierwotnie mieściła się tu administracja brytyjska, a obecnie budynek pełnie funkcje reprezentacyjne.
W tym miejscu, u zbiegu dwóch rzek, Gombak i Klang, powstała osada Kuala Lumpur. W 1909 roku postawiono tu meczet Sultan Abdul Samad Jamek. Budowla, podobnie jak pałac sułtana z poprzedniego zdjęcia, jest w stylu indo-saraceńskim. Dziś ta budowla, choć wcale nie jest taka mała (dwa minarety mają po 27 metrów wysokości), w otoczeniu potężnych wieżowców wygląda jak miniaturka.
Obok siebie współistnieją nowe, szklane wieżowce, które sięgają po 100 czy 200 metrów w górę i starsza zabudowa, pamiętająca jeszcze czasy brytyjskie. Mural River of Life przedstawia historię, ale zarazem i codzienne życie mieszkańców Kuala Lumpur. A sama nazwa Kuala Lumpur w tłumaczeniu na język polski jest mało romantyczne, oznacza "błotne ujście".
Warto też uzmysłowić sobie, że Kuala Lumpur jest ogromnym miastem. Cała aglomeracja liczy ok. 8 mln mieszkańców i szczególnie było to widać, gdy jechaliśmy przez to miasto tranzytem, a bardzo wysokie wieżowce ciągnęły się kilometrami. My przez te półtora dni mogliśmy tylko wstąpić w kilka najbardziej charakterystycznych miejsc tego miasta.
W pobliżu Kuala Lumpur jest miejsce, które chcieliśmy odwiedzić. Mamy w rodzinie fana Formuły 1, a w Malezji, tuż przy międzynarodowym lotnisku w Kuala Lumpur, znajduje się tor Sepang. Rozgrywano na nim wyścigi F1 do 2017 roku, ale w 2026 roku zostanie tu rozegrane GP... Bahrajnu. To wynik konfliktu w Zatoce Perskiej i raczej jednorazowa sytuacja. My na właściwy Sepang nie weszliśmy, ale pojeździliśmy na gokartach oraz odwiedziliśmy muzeum motoryzacyjne na torze Sepang.
Jakie wrażenia wywozimy z Malezji? Bardzo pozytywne! Dla Europejczyków jest to egzotyczny, ciekawy, niezbyt drogi kierunek, z pogodą, w której spokojnie powinniśmy dać sobie radę, z życzliwymi ludźmi, mówiącymi po angielsku, z niezwykle ciekawą historią, a zarazem z nowoczesnością.
Dodaj komentarz