Naszą wyprawę na Wyspy Kanaryjskie postanowiliśmy podzielić na Fuerteventurę i Lanzarote. Na tę drugą wyspę przeznaczyliśmy 4 dni. Jak przedostać się z jednej wyspy na drugą? Mamy spory wybór promów, podróż trwa nieco ponad pół godziny. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie jest to przyjemność tania, dla naszej rodziny razem z autem oznaczało to wydatek 115 euro w jedną stronę.
Lanzarote jest znacznie mniejsze od Fuerteventury. O ile przejazd z północy Fuerty na południe zabierał ok. 2 godziny (na Cofete jeszcze należy doliczyć godzinę), to na Lanzarote nawet w najdalsze zakątki wyspy mogliśmy dotrzeć w niespełna godzinę. Popularne są jednodniowe wycieczki z Fuerty na Lanzarote, jednak w naszym odczuciu pozwala to zobaczyć tylko Park Timanfaya i może coś jeszcze. Na spokojne zwiedzenie Lanzarote naszym zdaniem warto przeznaczyć 3-4 dni.
Wideopocztówka z Lanzarote
Fotorelacja z Lanzarote
Playa de Papagayo, Las Grietas, Park Timanfaya
Po przedostaniu się na Lanzarote pierwsze kroki skierowaliśmy na Playa de Papagayo - to plaża widoczna za nami. Spośród wszystkich plaż podczas całych wakacji na Kanarach to tu były najmniejsze fale. Oczywiście skorzystaliśmy z tego 🙂. Za plażą rozciąga się Park Narodowy Los Ajaches. To najstarsza część wyspy, podlegająca silnej erozji. Przeważają tu kamieniste równiny. Zaznaczyć jeszcze należy, że dojazd w to miejsce jest kłopotliwy - bardzo długa, sześciokilometrowa, dziurawa droga szutrowa lub długa, trzykilometrowa, dziurawa droga szutrowa.
Kolejna atrakcja dość niespodziewanie okazała się jednym z hitów Lanzarote. Mieliśmy zaznaczone to miejsce jako interesujące formacje skalne. Tymczasem okazało się, że są tu fantastyczne labirynty skalne!
Takich fantazyjnie poskręcanych korytarzy było kilka, chłopacy byli niesamowicie podjarani możliwościami tego miejsca - przeciskania się między skałami, próbami wspięcia się do góry, zniknięciem w jednym miejscu i pojawieniem się zupełnie gdzie indziej. Trzeba było tylko uważać, bo skała jest nadzwyczaj szorstka i niemiła w dotyku.
Niekiedy nazywa się to miejsce miniaturą słynnej Jaskini Antylop i choć pewnie to mocno przesadzona opinia, to nam Las Grietas bardzo się podobało.
Pod wieczór zajechaliśmy na chwilę na Playa Lima. Sama plaża jest bardzo słaba, ale znajduje się tuż za pasem startowym lotniska. Można tu obserwować lądujące samoloty tuż przed przyziemieniem. No, przelot pierwszego samolotu był nawet ciekawy, ale to zdecydowanie jednorazowa atrakcja. Drugi już takiego wrażenia nie robił 🙂.
Nadszedł czas na największą atrakcję Lanzarote - Park Narodowy Timanfaya. Zacząć należy od tego, że całkiem niedawno, w latach 1730-36 na obszarze tym nieprzerwanie trwała erupcja wulkaniczna. Z ok. 300 kraterów wypływała lawa, niszcząc wszystko wokoło.
Nie była to ostatnia erupcja na tym terenie. Wulkany wybuchały tu jeszcze w 1824 roku, ale skala erupcji była znacznie mniejsza.
W 1974 roku na terenach pokrytych lawą utworzono park narodowy, jeden z 15 na terenie Hiszpanii, ale jedyny o charakterze geologicznym.
Park Timanfaya można zwiedzać na kilka sposobów. Pierwszy to przejazd ogólnodostępną drogą przez centrum parku. Zrobiliśmy to i trzeba przyznać, że było to bardzo ciekawe doświadczenie. Droga bardzo dobrze komponowała się z otoczeniem, choć dopiero później dowiedzieliśmy się, ze specjalnie została zaprojektowana tak, aby jak najmniej ingerować w krajobraz.
Drugi sposób to skorzystanie z wycieczki autobusowej po różnych zakamarkach Parku Timanfaya. Tu skorzystaliśmy z podpowiedzi miejscowych i pojechaliśmy tam z samego rana. Dzięki temu uniknęliśmy długiego czekania na wycieczkę. Gdy kończyliśmy przejazd autobusem, kolejka aut, czekająca na możliwość wjazdu na parking była imponująca.
Sam przejazd autobusem był niezwykłym przeżyciem. Oczywiście można lekko utyskiwać, że wszystko trzeba było obserwować zza szyb autobusu, ale widoki były porywające.
Jak widać na zdjęciu, biznes autobusowy kwitnie 🙂. W trakcie jazdy lektor w trzech językach czytał informacje o Parku Timanfaya, a autobus zatrzymywał się na zdjęcia w najciekawszych miejscach.
Choć ostatnie wybuchy miały miejsce 200 lat temu, to nadal jest to miejsce aktywne geologicznie. Aby to uświadomić, w Islet Hilario, skąd startują autobusy, organizowane są ciekawe pokazy. W gruncie wydrążone są dziury, do których przewodnik wlewa wiaderko wody. Temperatura kilka metrów pod ziemią jest tak wysoka, że po kilku sekundach z dziury wylatuje fontanna pary wodnej, taki mały gejzer.
Zajrzeliśmy też do muzeum poświęconemu wulkanom, można tam wstąpić, ale porównania do przejażdżki autobusem muzeum zupełnie nie wytrzymuje 🙂.
W niektórych zakątkach Parku Timanfaya zauważyliśmy nieśmiałe próby wdarcia się roślinności na tereny lawowe. Jest też trzeci sposób poznania tego parku - są w nim wytyczone szlaki piesze. Jeden z nich postanowiliśmy przejść, ale zdjęcia z tego szlaku są już w następnej galerii.
Szlak do Caldera Blanca, Jezioro Charco Verde, Caldera de Los Cuervos
Przejazd autobusem po Parku Timanfaya tylko nas zachęcił do dalszej eksploracji terenów pokrytych lawą. Wybór padł na trekking do Caldera Blanca.
Plan wyglądał tak: startujemy z parkingu, idziemy jakiś czas ścieżką pomiędzy gruzowiskiem powstałym po erupcji wulkanu, mijamy pierwszą, niższą widoczną górę (Montana Caldereta), wspinamy się na drugą, wyższą górę (Caldera Blanca), a następnie idąc po koronie kaldery dochodzimy do punktu widokowego na Park Timanfaya. I potem powrót tą samą drogą.
Teren był nieco niegościnny, a zastygająca lawa formowała się w najdziwniejsze kształty. Po drodze były też tablice edukacyjne, poszerzające wiedzę o wulkanach w ogóle, i o konkretnych formach geologicznych z Parku Timanfaya.
Z małymi przebojami (o czym za chwilę) dotarliśmy na koronę Caldera Blanca. Ten wulkan jest ogromny, średnica krateru to ok. 1 km. My chcieliśmy dotrzeć na przeciwległą stronę wulkanu.
Spacer po koronie wulkanu był niezwykle widowiskowy - po jednej stronie mieliśmy krater...
... a po drugiej takie oto widoki na Park Timanfaya. Ta jasna góra to Montana Caldereta, obok której przechodziliśmy. Co ciekawe, zarówno Montana Caldereta jak i Caldera Blanca pochodzą z wcześniejszych erupcji niż cała okolica. I też obie góry charakteryzują się zupełnie inną kolorystyką od otaczających je pól lawowych. Wyglądają, jakby były tu trochę na silę doklejone.
Do punktu widokowego dotarliśmy już bez dzieci, które zgodnie stwierdziły, że skoro i tak będziemy wracać tą samą drogą, to one wolą na nas poczekać.
Park Narodowy Timanfaya zajmuje obszar 51 km2, co stanowi 6% powierzchni Lanzarote. Jednak Park Narodowy obejmuje tylko centralną część pól lawowych. Cały obszar powulkaniczny zajmuje znacznie większy teren.
Z całego szlaku byliśmy bardzo zadowoleni. Najpierw mieliśmy księżycowe krajobrazy - wielkie pola lawy, potem całkiem przyjemne wejście na górę, wreszcie świetne widoki z korony wulkanu.
W drodze powrotnej zaszliśmy do wnętrza Montana Caldereta. Choć do samego środka kaldery dotarł tylko Adaś, który potem z dumą oznajmiał, że jako jedyny z naszej rodziny był w samym środku wulkanu.
Na mapie naszego trekkingu widać wyraźnie, w którym momencie wystąpiły "małe przeboje", o których wspomniałem kilka zdjęć temu. Półkolisty kształt z czerwoną kropką to droga po koronie Caldera Blanca, natomiast druga, znacznie szybciej urwana droga to pójście w złą stronę dookoła wulkanu. Ten szlak, jak i prawie wszystkie pozostałe na Wyspach Kanaryjskich, w zasadzie wcale nie był oznakowany. Jeśli ścieżka była widoczna, pół biedy, gorzej kiedy zanikała lub rozdwajała się i trzeba było zgadywać, gdzie iść. Ten jeden raz poszliśmy źle. Jako że Caynax przestał działać chwilę po połowie drogi, to można spokojnie przyjąć, że dystans to ok. 11 km, a czas ok. 3,5 h.
A to już okolice El Golfo, osady położonej między polami lawowymi a Oceanem Atlantyckim.
Zielone jeziorko w niezwykle malowniczym otoczeniu to powód, dla którego jest to jedno z popularniejszych miejsc na Lanzarote. Wody do jeziorka dostarcza ocean - gdy fale są odpowiednio duże, woda przelewa się przez plaże i zasila jeziorko. Aby chronić ten ekosystem, zabroniono podchodzenia na brzeg jeziora i można je oglądać tylko z punktu widokowego.
Tutaj była też kolejna już na Wyspach Kanaryjskich czarna plaża. Przy czym tutaj, biorąc pod uwagę sąsiedztwo Parku Timanfaya, wydawało się to najzupełniej naturalne.
Cały jeden dzień przeznaczyliśmy na Park Timanfaya. Ostatnim akordem był krótki spacer do Caldera de Los Cuervos. Dzień zmierzał już ku końcowi, byliśmy już nieco podmęczeni poprzednimi atrakcjami, więc taki niespełna godzinny spacer po płaskim terenie był idealny.
Ten stożek powstał podczas erupcji w latach 1730-36. Jeszcze gdy wewnątrz krateru była płynna lawa, w jednej ze ścian wulkanu powstała wielka wyrwa. W efekcie lawa wylała się z krateru na okolicę, a do środka wulkanu prowadzi wygodna ścieżka 🙂.
Zadowolony Adaś zaliczył wejście do środka drugiego wulkanu, i to w ciągu jednego dnia! Na tym kończymy eksplorację Parku Timanfaya - krainy wulkanów i ognia.
La Graciosa
Jeden dzień podczas naszego pobytu na Lanzarote postanowiliśmy poświęcić na popłynięcie na wyspę La Graciosa. W relacji z Fuerteventury wspomniałem, że do niedawna uznawano, że na Wyspy Kanaryjskie składa się 7 głównych wysp i do tego kilka mniejszych. Jedyną zamieszkałą wyspą spośród tych mniejszych jest La Graciosa, niewielka wyspa o powierzchni raptem 29 km2, leżąca tuż przy Lanzarote.
Mieszkańcy La Graciosy domagali się uznania ich wyspy za jedną z wysp głównych archipelagu i w 2018 roku dopięli swego. La Graciosa jest traktowana na równi z pozostałymi siedmioma wyspami. Jedynym sposobem dostania się na La Graciosę jest przepłynięcie promem z Orzoli do Caleta del Sebo. Zrobiliśmy wcześniej rozeznanie i wiedzieliśmy, że najlepszym środkiem transportu na La Graciosie jest... rower.
Wypożyczyliśmy zatem rowery (15 euro/osobę) i nie zwlekając ruszyliśmy w drogę. Mieliśmy dwie opcje - jazdę na zachodnie krańce wyspy (opcja krótka i mniej atrakcyjna turystycznie) lub dużą pętlą początkowo przez centralną część wyspy, a potem wschodnim wybrzeżem.
Wybraliśmy oczywiście opcję bardziej ambitną 🙂. Najpierw przejechaliśmy pomiędzy dwoma solidnymi górami - Montana del Mojon (189 m n.p.m.) oraz Agujas Grandes (267 m n.p.m.), by dotrzeć na przeciwległy brzeg wyspy.
To był nasz pierwszy cel - Playa de las Conchas, najładniejsza plaża na wyspie.
Najładniejsza, ale zarazem niebezpieczna. Jeszcze przed przyjazdem na La Graciosę wiedzieliśmy o wypadku sprzed kilku lat, gdy właśnie z tej plaży fale porwały mężczyznę i jego nastoletnią córkę, w wyniku czego oboje zginęli. Ale też przy wypożyczaniu rowerów dostaliśmy ostrzeżenie, aby w żadnym razie nie kąpać się na tej plaży.
Ale i tak znalazł się jeden śmiałek, który zdecydował się na pływanie na tej plaży. Widoczne w oddali skały to niewielkie, niezamieszkane wysepki, ta najbliżej nas to Isla de Montana Clara. A sama Playa de las Conchas jest przepiękna.
Mieliśmy opcję wejścia na Montana Bermeja (do góry i z powrotem niecała godzinka), z bonusem w postaci ładnego widoku na całą wyspę, ale nikt z naszej ekipy nie przejawiał zbytniego entuzjazmu na ten pomysł, więc pojechaliśmy dalej. Droga była piaszczysta, ale piachu było na tyle mało, że nie utrudniało to jazdy.
Podjechaliśmy na niewielki, ale ładny łuk skalny o nazwie Los Arcos de los Caletones, potem jechaliśmy wzdłuż Playa Lambra, by wreszcie dotrzeć do jednej z dwóch osad na wyspie, o nazwie Pedro Barba.
O ile główne miasteczko Caleta del Sebo w miarę tętniło życiem - były w nim restauracje, wypożyczalnie rowerów, przystań, trochę ludzi kręciło się po ulicach, to ta położona nieco na uboczu osada wydawała się być zapomniana przez świat.
Na całej wyspie La Graciosa mieszka na stałe nieco ponad 700 mieszkańców. W Pedro Barba naliczyliśmy kilkanaście domów, więc pewnie mieszka tu nie więcej niż 100 osób.
Aby wrócić do Caleta del Sebo, musieliśmy podjechać całkiem solidnym podjazdem. A że mieliśmy już w nogach kilkanaście kilometrów, to się trochę nasapaliśmy. Po prawej widzimy dwie góry - Agujas Chicas i Agujas Grandes.
Adaś, jak to Adaś, musiał mieć jakąś przygodę. Jak widać, droga jest szeroka, ale i tak udało mu się jakimś cudem znaleźć w rowie. O dziwo, nawet nie spadł z roweru, więc uznał całą przygodę za bardzo zabawną 🙂.
To był chyba najlepszy fragment drogi - dobrze utwardzony, bez dziur, elegancko się tędy jechało.
Wycieczka rowerowa po La Graciosie była taka akurat. Do przejechania prawie 20 km - wystarczająco dużo, aby nie mieć niedosytu, a jednocześnie na tyle niewiele, że nie byliśmy jakoś bardzo zmęczeni. Zajęła nam łącznie z podziwianiem atrakcji 3,5 godziny. Droga nie była jednostajna, Playa de las Conchas bardzo ładna, łuk skalny też ciekawy, do Pedro Barba także warto zajrzeć. I nawet oddanie rowerów było dobrze zorganizowane. Pracownicy na sjeście, ale zostawili instrukcje, gdzie zostawić rowery.
Na koniec zostało nam przejście po uliczkach Caleto del Seba, największej osady na wyspie. Co wyróżnia to miejsce od wielu innych - jak widać, nie ma tu ani kawałka asfaltu. Ani tu, ani w żadnym innym miejscu na wyspie. Czy to oznacza, że nie ma tu samochodów? Aż tak to nie, jest trochę aut terenowych, kilka nawet spotkaliśmy po drodze. Ale asfaltu nie ma. Na zdjęciu Kościół De Nuestra Señora del Carmen.
Wnętrze kościoła było niezwykle ciekawe - mnóstwo w nim było nawiązań do morza. Krzyż - na łodzi, świeczki - na rybach, przy mikrofonie - koło sterowe, a gromnica wsparta na czym? Na wiosłach.
Podsumowując - wycieczka na La Graciosę była bardzo dobrym pomysłem, jest to miejsce zupełnie nietypowe, miejscowości wyglądające trochę jak osady z filmów o dzikim zachodzie. A rowery są idealną pomocą, by spokojnie zwiedzić ciekawe miejsca na wyspie. Na piechotę też można, nawet spotkaliśmy takich turystów, ale odległości są na tyle duże, że z rowerem jest znacznie łatwiej.
Jameos del Agua, Targ w Teguise, Dom Cesare Manrique, Mirador del Rio, Stratified City
Ta galeria będzie w dużym stopniu poświęcona Cesare Manrique. Wywarł on olbrzymi wpływ na to, jak dzisiaj wygląda Lanzarote. Zaczynamy od jednego z najbardziej znanych dzieł Manrique, Jameos del Agua.
Jedną z atrakcji tego miejsca są małe, ślepe, białe kraby.
Mają one do 1 cm długości i są endemitami, czyli żyją tylko i wyłącznie na Lanzarote. Wracając jednak do Jameos del Agua - skąd wziął się pomysł na to miejsce? Otóż punktem wyjścia były trzy jaskinie, jeziorko w jednej z nich i wyjątkowe krabiki. Manrique postanowił zrobić z tego miejsce, które stałoby się znane na całym Lanzarote i daleko poza wyspą.
Wykorzystując naturalną rzeźbę terenu, czyli wspomniane jaskinie, Manrique wybudował tu restaurację, ogrody, efektowny basen, salę koncertową i muzeum. Do tego dochodziło jeszcze wkomponowane w to wszystko istniejące już wcześniej niewielkie jezioro z krabami.
Cały ten kompleks wzbudził w nas lekko mieszane uczucia, ale sala koncertowa robiła bardzo pozytywne wrażenie.
A to zaprojektowany przez Manrique basen. Całość ukończono w 1977 roku i od tego momentu jest to, obok Parku Timanfaya, jedna z największych atrakcji na wyspie.
Korzystając z tego zachodu słońca nad Lanzarote wspomnę, że północ wyspy była najbardziej zielonym zakątkiem obu kanaryjskich wysp, które zwiedziliśmy. Pozostała część Lanzarote i cała Fuerteventura są dość jałowe i bardzo ubogie w roślinność (na tyle, że w miasteczkach jedynymi zielonymi miejscami potrafiły być płachty... sztucznej trawy). Natomiast na północy Lanzarote było miejscami dość zielono, choć przeważały trawy i niewielkie krzewy.
Tego zdjęcia nie mogło zabraknąć! Kiedyś oglądaliśmy film o zagadkowych strukturach na naszej planecie. Jednym z analizowanych miejsc były dokładnie takie półkoliste, kamienne murki z wyspy Lanzarote. Jak zawsze w tym programie, budowano napięcie, podawano różne fantastyczne hipotezy, by na końcu zdradzić tajemnicę, że to hodowla winorośli na Lanzarote. A te murki mają dwojakie zadanie - chronić przed wiatrem oraz zbierać niezwykle cenne krople wody. Najlepsze zdjęcie takiej plantacji pewnie byłoby z drona, ale i tu widać rozmiary tych upraw.
Już w trakcie pobytu na Lanzarote wyczytaliśmy, że w każdą niedzielę w mieście Teguise odbywa się targ, słynny na całą wyspę. Na farcie, w niedzielę jeszcze tu byliśmy. Wiedzeni nieco ciekawością wybraliśmy się do miasteczka, które przez 4 wieki, aż do 1852 roku, było stolicą Lanzarote.
Dziś Teguise to małe, ledwie 2-tysięczne miasteczko, które ożywa raz w tygodniu, gdy do miasta ściągają przede wszystkim turyści na targ. Wszystkie okoliczne parkingi robią się płatne na tę okoliczność 🙂.
Jak na 2-tysięczne miasteczko, targ był bardzo duży. Żeby w miarę spokojnie przejść po wszystkich stoiskach, pewnie potrzeba by było kilka godzin.
Asortyment był bardzo zróżnicowany. Od jedzenia, przez napoje, ubrania, mniej lub bardziej tandetne pamiątki, dzieła rzemieślnicze, itd. itp.
Szczególnymi talentami w zachwalaniu swoich towarów wykazał się sprzedawca czapeczek i kapeluszy z Senegalu, dzięki czemu nasi chłopacy wrócili z targu bogatsi o nowe nakrycia głowy w stylu afrykańskim.
Wiele biur podróży organizuje specjalne wycieczki na ten targ.
Gdy już zmęczyliśmy się nieco chodzeniem po straganach, obejrzeliśmy centrum Teguise. Na zdjęciu Plac Konstytucji.
I ponownie wracamy do postaci Cesare Manrique. Do zwiedzania udostępnione są dwa domy, które zbudował i w których mieszkał ten artysta. Jeden z nich (Casa del Volcano) znajduje się na obrzeżach pól lawowych Timanfaya i jest wkomponowany w okoliczną lawę, drugi leży w miasteczku Haria. Nam bardziej pasował ten drugi dom. Na zdjęciu projekt udekorowania auta autorstwa Manrique. Dziś wiele aut z wypożyczalni na wyspie jest pomalowanych w te wzorki.
I tu zaczniemy opowieść o Cesare Manrique. Jego marzeniem było to, by Lanzarote zachowało swój specyficzny charakter, Warto tu zaznaczyć, że na początku XX wieku Lanzarote było uważane za najbiedniejszą i najbardziej zacofaną z wszystkich Wysp Kanaryjskich.
Jakie zasady proponował Manrique? Żadnych hoteli molochów. Zakaz billboardów i reklam. Domy powinny być pomalowane na biało, z zielonymi okiennicami w centrum wyspy i niebieskimi nad oceanem. W domach nie wolno używać blachy ani plastikowych okien. Przy budowie można używać tylko tradycyjnych materiałów. Zasady te zostały zaakceptowane przez władze wyspy i w konsekwencji zmieniły Lanzarote.
Manrique był taki zaangażowany, że potrafił osobiście niszczyć reklamy, które jego zdaniem psuły krajobraz Lanzarote. Gdy zauważył, że ktoś buduje dom, który będzie szpecił okolicę, potrafił pójść do takiego człowieka i przekonywać go do zmiany projektu na lepszy.
Manrique zostawił też po sobie wiele charakterystycznych obiektów. Obok wspomnianego już Jameos del Agua, także Cueva de los Verdes (jaskinia z wkomponowaną w nią salą koncertową), punkt widokowy Mirador del Rio, Islote de Hilario w Parku Timanfaya (centrum turystyczne z restauracją), Jardin de Cactus (ogród kaktusów) i wiele, wiele innych.
W wielu miejscach na Lanzarote można też napotkać rzeźby i instalacje artystyczne autorstwa Cesare Manrique. Cytując prezesa fundacji Manrique: "Cesare Manrique nie da się zrozumieć bez Lanzarote; Lanzarote nie da się pojąć bez Cesare Manrique".
Marzeniem Manrique było to, by Lanzarote stało się wyspą elitarną, by dla turysty możliwość zwiedzenia tej wyspy była nobilitacją i nagrodą. Cóż, to marzenie nie spełniło się, dziś na Lanzarote co chwilę lądują samoloty z setkami turystów. Natomiast pozytywne efekty wielu zasad wspomnianych przed paroma chwilami widać na każdym kroku. Lanzarote w wielu aspektach pozytywnie odróżnia się od Fuerteventury.
I to już widok z kolejnego miejsca zaprojektowanego przez Manrique - Mirador del Rio. Z tego punktu widokowego na północnym skraju Lanzarote rozciąga się widok na La Graciosę. Na zdjęciu Caleta del Sebo, gdzie byliśmy poprzedniego dnia.
Manrique tak wkomponował punkt widokowy z restauracją w klif, że z La Graciosy niezwykle trudno jest dojrzeć to miejsce. I to nawet, jeśli wie się, gdzie mniej więcej należy go szukać. Z Mirador del Rio widać też kawałek północnego brzegu Lanzarote.
I jeszcze inna perspektywa na La Graciosę z wysokości 475 m n.p.m.
Zahaczyliśmy też o miejsce zwane Stratified City. Widzieliśmy tu pewne podobieństwo do Las Grietas, które odwiedziliśmy przed kilkoma dniami.
I choć te skałki też wyglądały efektownie, to jednak z tych dwóch atrakcji wyżej stawiamy Las Grietas.
Tuż obok tego miejsca było koryto rzeki. Oczekiwałem, że jak prawie wszędzie na wyspach, będzie to wyschnięte koryto. A tu niespodzianka, na dnie wąską strużką sączyła się woda.
I tym akcentem żegnamy się z Lanzarote. Bardzo nam się tu podobało. Jest coś, co wyróżnia to miejsce spośród wielu innych - ogromne pola lawowe z całkiem niedawnych erupcji. Spory urok miało też odkrywanie śladów (bardzo licznych) Cesare Manrique na wyspie. Przerywnik w postaci wyprawy na La Graciosę też będziemy miło wspominać.
Pozostało nam już tylko wrócić promem na Fuerteventurę. Na zdjęciu miejscowość Corralejo na tle wulkanu Bayuyo.
Do wylotu z Puerto Rosario mieliśmy jeszcze kilka godzin, które spędziliśmy w Corralejo. Ze wszystkich miasteczek na Fuerteventurze to tu trafialiśmy najczęściej. Albo żeby zrobić zakupy, albo żeby coś zjeść, albo żeby nieco zabić czas w oczekiwaniu na samolot.
Z miejsc na tym drogowskazie zaliczyliśmy Sotavento, Cotillo i La Pared. Jak widać, coś nam jeszcze zostało na inny raz 🙂.
I tym optymistycznym akcentem żegnamy Fuerteventurę i Wyspy Kanaryjskie.
Nasze wrażenia z Lanzarote
Na pewno Lanzarote różni się, i to znacznie, od sąsiedniej Fuerteventury. I to zarówno pod względem geologicznym (tereny lawowe), przyrodniczym (zwłaszcza na północy Lanzarote roślinność jest znacznie bardziej obfita niż na Fuerteventurze), jak i architektonicznym. Nie ma tu gigantycznych kompleksów hotelowych (wprowadzono zakaz budowy takich obiektów), wszystkie (no, prawie wszystkie) budynki są pomalowane na biało, co daje świetny efekt. Wiele miejsc na wyspie urządzono wedle pomysłów Cesare Manrique. Rzadko zdarza się, by ktoś wywarł na jakieś miejsce taki wpływ, jak Manrique na Lanzarote.
Która spośród dwóch kanaryjskich wysp podobała nam się bardziej? Naprawdę trudno się zdecydować. Każda z wysp ma swoją specyfikę, każda ma inne zalety. Jeśli możemy coś doradzić, to decydując się na zwiedzenie obu wysp, lepiej trochę więcej czasu poświęcić na Fuerteventurę.
1 komentarz
1 pingback