Zachęceni udanymi przerywnikami naszej długiej zimy z poprzednich lat, postanowiliśmy także i w tym roku poszukać słońca, dłuższych dni i przede wszystkim nowych wrażeń. Wiedzieliśmy już, czego można spodziewać się o tej porze roku w basenie Morza Śródziemnego, więc szukaliśmy dalej. Ostatecznie wybór padł na Wyspy Kanaryjskie. Ale tych wysp, dogodnych do zwiedzania, jest kilka – Teneryfa, Gran Canaria, Fuerteventura i Lanzarote. Jednym ważnym kryterium była dostępność pod względem lotów – musiało się to dobrze zgrać z feriami zimowymi. Drugim – chcieliśmy zwiedzić te wyspy, które najbardziej różnią się od miejsc, które już znamy. W ten sposób doszliśmy do Fuerteventury.
Wyjazd łączony z Lanzarote
Aby jednak uatrakcyjnić ten wyjazd, postanowiliśmy podzielić 10-dniowe wakacje na dwie wyspy. Z Fuerteventury bez problemów (poza kosztami – dość wysokimi) można dostać się na pobliskie Lanzarote. Zatem podzieliliśmy nasz pobyt na Wyspach Kanaryjskich w ten sposób, że 6 dni przeznaczyliśmy na większą i oferującą więcej atrakcji Fuerteventurę, a 4 dni na Lanzarote.
Wideopocztówka z Fuerteventura
Fotorelacja z Fuerteventura
Las Dunas de Corralejo, Trekking na wulkan Bayuyo, Popcorn Beach, El Cotillo
Na początek pojechaliśmy na północną część Fuerteventury. Będąc w tej części wyspy nie sposób ominąć Park Krajobrazowy Las Dunas de Corralejo. Jest to pas wydm o powierzchni 2669 hektarów (prawie 27 km2), ciągnący się wzdłuż północno-wschodniego brzegu wyspy.
Choć akurat to zdjęcie zupełnie tego nie potwierdza, jest to miejsce bardzo cenione przez surferów. Wzdłuż brzegu ciągnie się droga FV-104. Po bokach tej drogi można zostawić auto i eksplorować wydmy. A jest co eksplorować, bo wymiary tego wielkiego pola wydmowego, największego na Wyspach Kanaryjskich, to 10 km długości i 2,5 km szerokości.
Co jeszcze zwraca uwagę na tych wydmach, to kolor piasku. Jest bardzo jasny ,co różni go od piasku nawiewanego znad Sahary, który ma kolor rdzawy. Eksplorację można prowadzić albo w stronę oceanu (wówczas po wąskim pasie wydm trafiamy na jedną z kilku plaż), albo...
... albo w stronę głębi wyspy. W tym przypadku nie było utartych ścieżek, więc każdy mógł pójść tam, gdzie poniosą go nogi. Wydmy Corralejo to największe pole wydmowe na Wyspach Kanaryjskich i zarazem jest to miejsce, które, do pewnego stopnia, pokazuje krajobraz pustynny.
Dwa słowa o specyfice wypożyczania aut na Fuerteventurze. Wszystkie wypożyczalnie, w których sprawdzaliśmy warunki, wyraźnie zastrzegały, że nie wolno opuszczać dróg asfaltowych. Teoretycznie nie jest to wielkie ograniczenie, ale akurat na Fuercie dojazd do wielu atrakcji bez opuszczania asfaltu jest mocno utrudniony lub wręcz niemożliwy. Pierwszy taki przypadek mieliśmy przy okazji trekkingu na wulkan Bayuyo. Do startu trekkingu prowadziła droga szutrowa. Tym razem i kilka innych razów ten zakaz złamaliśmy, aczkolwiek raz, przy wyprawie na plażę Cofete, nie ryzykowaliśmy.
Wulkan Bayuyo, o wysokości 217 m n.p.m., jest przedstawicielem licznej grupy wulkanów na północy Fuerteventury. Około 10 tysięcy lat temu miały tu miejsce liczne erupcje wulkaniczne, dzięki którym powierzchnia wyspy powiększyła się o 100 km2. Od tej pory więcej erupcji wulkanicznych na tej wyspie już nie odnotowano.
Fuerteventura często jest określana jako wyspa wiatrów. Faktycznie, na wyspie często wieje, i to dość mocno. Powodów jest kilka, jednym z nich jest brak naturalnych barier dla wiatru, choćby lasów. Wielu turystów skarżyło się, że wiatr bardzo im dokuczał. My jakichś dramatycznych przeżyć związanych z wiatrem nie mieliśmy, ale akurat w trakcie podejścia na wulkan Bayuyo wiało najbardziej podczas naszych 6 dni na Fuercie.
Ze szczytu Bayuyo mieliśmy widok na Corralejo, a nieco dalej na Isla de Lobos. Ta ostatnia to mała wysepka, niezamieszkała, ale będąca celem dla wielu turystów. Można tam dopłynąć łódką z Corralejo, zrobić pieszą wycieczkę po wyspie z wejściem na widoczną górę i wrócić z powrotem. Gdybyśmy mieli jeszcze jeden dzień więcej na Fuercie, to bardzo możliwe, że skusilibyśmy się na tą opcję.
Roślinność na Fuercie jest nadzwyczaj uboga. Najważniejszy powód tak ubogiej flory to bardzo skąpe opady deszczu. Nie może dziwić, że rosną tu głównie rośliny, którym nie przeszkadza mała dostępność wody, np. kaktusy. Niemniej jest na Fuercie kilka gatunków endemicznych, nigdzie indziej nie występujących.
Kolejnym miejscem, do którego nie sposób dotrzeć drogą asfaltową. jest Popcorn Beach. Z tej plaży widać odległą o 13 km od Fuerty wyspę Lanzarote.
Dlaczego Popcorn Beach jest ciekawa? Jeśli komuś zależy na kąpieli w oceanie lub na drobnym piasku, to ta plaża będzie mało interesująca. Pod pewnym względem jest to jednak plaża zupełnie wyjątkowa.
Ten powód to skamieniałe korale, które w dużej liczbie znajdują się właśnie na tej plaży. Te małe skamieniałości do złudzenia przypominają popcorn, stąd wzięła się też nazwa plaży.
Niestety, część turystów zabiera ze sobą popcorn na pamiątkę (my oczywiście tego nie zrobiliśmy), skutkiem czego dziś plaża wygląda znacznie skromniej niż jeszcze kilka lat temu.
Proces powstania takiego "ziarna" popcornu jest dość długotrwały i może trwać nawet 250 lat. A wedle naukowców niektóre z tych skamieniałości mogą mieć nawet 4 tysiące lat.
Jadąc dalej wybrzeżem trafiliśmy do El Cotillo. Miejsce to określane jest jako mekka surferów i stolica 'slow life' na Fuerteventurze.
Slow life nawet w pewnym stopniu się potwierdziło, miasto wyglądało na niemal wymarłe.
Był wielki kontrast między turystycznym, nawet nieco tłocznym Corralejo, a położonym na uboczu El Cotillo. Nas jednak ta wioska jakoś specjalnie nie zauroczyła.
Ale warto było wyjść z auta i się przejść! Na miejscowym wybrzeżu Adaś zauważył, że na kamieniach coś się rusza. Okazało się, że to wielki krab! Dalsze dochodzenie wykazało, że jest ich tam dużo, dużo więcej.
Na tym zakończyliśmy objazd północnego brzegu Fuerteventury, który zajął nam jeden dzień. W pamięci pozostaną nam fantastyczne wydmy Corralejo, a w drugiej kolejności wyjątkowa Popcorn Beach. Natomiast miasto Corralejo jest dobrym miejscem na obiad czy zrobienie zakupów.
Betancuria
Fuerteventura ma sporo górek. Dzięki temu jest wiele dobrych miejsc, by oglądać resztę wyspy z odpowiedniej perspektywy. Służą temu przygotowane miejsca, zwane Mirador. Jest ich naprawdę sporo na całej wyspie.
Pozostaje jeszcze kwestia przejrzystości powietrza. Na tym zdjęciu widoczność jest niezła (choć nie idealna), ale był jeden dzień, gdy wiatry nawiały piach znad Sahary i wówczas przejrzystość powietrza zmniejszyła się w sposób dramatyczny. Nie była to jednak podręcznikowa kalima (zjawisko atmosferyczne polegające na przywianiu z Afryki piachu i gorących mas powietrza), bowiem trwało to raptem parę godzin, a prawdziwa kalima może trwać wiele dni i łączy się z nagłym wzrostem temperatury. Największe prawdopodobieństwo wystąpienia kalimy to okres od listopada do kwietnia, niemniej nie jest to zjawisko bardzo częste.
Poprzednie zdjęcie jest zrobione z najsłynniejszego punktu widokowego na wyspie - Mirador De Morro Velosa. Prowadzi do niego wąska droga, a na końcu jest restauracja, z której są najlepsze panoramiczne widoki na wyspę. Restauracja była zamknięta, więc trzeba było wleźć na murek, żeby zrobić zdjęcie 🙂. Na zdjęciu ogródek tejże restauracji.
Kawałeczek dalej jest drugi, bardzo znany punkt widokowy. To Mirador de Guise y Ayosa. Postawiono tu ogromne pomniki dwóch ostatnich królów Fuerteventury, Guise i Ayosa - wówczas na Fuercie istniały dwa osobne królestwa. W 1404 roku oba królestwa zostały jednak podbite przez Hiszpanów pod wodzą Jeana de Bethencourta. Oficjalny powód wyprawy to chęć chrystianizacji tubylców, prawdziwy powód był natury ekonomicznej (zdobycie bogactw oraz składnika do produkcji purpury).
Ciągnąc dalej wątek historyczny - po podboju wyspy Jean de Bethancourt, Francuz na służbie Hiszpanii, założył w centralnej części wyspy nowe miasto. Nadał mu nazwę Betancuria i uczynił stolicą wyspy. I właśnie Betancurię postanowiliśmy gruntownie zwiedzić, gdyż wedle naszych informacji jest to najładniejsze małe miasteczko na wyspie.
Organizacyjnie wszystko przygotowane było perfekcyjnie. Na uboczu Betancurii był duży parking. Stamtąd prowadziła wąska, ciekawa ścieżka wprost do centrum miasteczka. Jak na standardy Fuerteventury, było tam naprawdę dużo zieleni.
Sama Betancuria jest niewielka, liczy ledwie 700 mieszkańców, wszystko więc jest w zasięgu krótkiego spaceru.
I wracając do historii - Betancuria długo była stolicą wyspy, od 1405 do 1834 roku, gdy straciła to miano na rzecz Antiguy.
I tak sobie niespiesznie idąc doszliśmy na drugi kraniec miejscowości. Na pomniku mamy dwa bardzo istotne dla tutejszych zwierzaki - kozę (z koziego mleka pochodzą bardzo znane sery majorero) oraz psa.
Na tej kamiennej mapie widnieje siedem głównych wysp należących do Kanarów (Fuerteventura to ta w prawym dolnym rogu). Ale no właśnie, na pewno siedem? Historycznie uznawano, że wysp jest siedem: El Hierro, La Palma, La Gomera, Teneryfa, Gran Canaria, Fuerteventura i Lanzarote. Ale od niedawna do tego grona dołączyła jeszcze ósma wyspa, zdecydowanie najmniejsza spośród nich, La Graciosa. Ale do tego jeszcze wrócimy.
Ciekawa jest historia biskupstwa w Betancurii. Na początku XV wieku jedyne biskupstwo na Wyspach Kanaryjskich istniało na Lanzarote. Tamtejszy biskup popierał jednak antypapieża Benedykta XIII i nie uznawał papieża Marcina V. W związku z taką niesubordynacją Marcin V ustanowił nowe, posłuszne sobie biskupstwo na Fuerteventurze, właśnie w Betancurii.
Niestety dla Betancurii już po 7 latach obie diecezje połączyły się, ale na siedzibę wyznaczono Lanzarote. Na pocieszenie pozostał tu kościół de Santa Maria. Wybudowany w XV wieku obiekt uległ zniszczeniu podczas najazdu piratów w 1593 roku, ale w XVII został odbudowany.
Ten Francuz założył Betancurię.
Takie wiatraki spotykaliśmy dość często - kiedyś służyły one do wydobycia tak cennej tutaj wody z głębi ziemi.
Niezwykle klimatycznie urządzony bar w centrum miejscowości zachęcił nas do zatrzymania się na drugie śniadanie.
W barze z tapasami wybraliśmy miejscowe specjały: ziemniaczki kanaryjskie (tu były bardzo dobre, ale trafialiśmy też na tak słone, że zjeść się ich nie dało!), ser majorero, sosy mojo, a także czipsy ziemniaczane. Rewelacja!
Tablice na deptaku w Betancurii przybliżały różne ciekawe historie związane z miasteczkiem, a także pokazywały, jak się tu żyło w dawnych czasach.
Betancuria jest bardzo niewielka, raptem to kilka uliczek, ale to wystarczy, by poddać się urokowi tego miasteczka. Tak, tu jest po prostu ładnie.
Jaka była pogoda podczas naszego styczniowego pobytu na Fuerteventura? Podczas naszego pobytu w Betancurii było, jak widać 14 stopni (odczuwalnie było więcej). Zdarzały się też nieco cieplejsze dni - w okolicach 18-22 stopni. O dziwo, kilka razy trochę pokropiło, a raz nawet nieco bardziej popadało. Nie było to jednak nic takiego, co psułoby plany albo zmuszało do siedzenia w domu. Odczuwalna temperatura najbardziej zależała od tego, czy świeciło słońce, czy nadciągały chmury. Przy słońcu przyjemnie było w krótkim rękawku. Gdy jednak pojawiała się chmura, nieodzowny stawał się długi rękaw, a w przypadku wiatru nawet lekka kurtka.
Trekking do Ermita de la Peña, Ajuy, Muzeum del Queso Majorero
Przejazd drogą FV-30 z Betancurii do Ajuy był atrakcją samą w sobie. Drogę tę charakteryzowały piękne widoki, jazda po zboczach kolejnych wzniesień i punkty widokowe. Najbardziej znanym był Mirador del Risco de Las Peñas, z widokiem na dolinę Valle de los Granadillos oraz z główną atrakcją w postaci...
... takich oto zwierzątek - berberyjek marokańskich. To gryzoń z podrodziny afrowiórek z rodziny wiewiórkowatych. Kilkanaście gatunków tych gryzoni żyło w przeszłości na terenie Europy, Azji i Afryki, ale do czasów obecnych przetrwał tylko jeden - właśnie berberyjka marokańska. Co ciekawe, gatunek ten w naturze występował w północno-zachodniej Afryce, głównie w Maroku. Został jednak przewleczony przez człowieka na Fuerteventurę i dziś jest bardzo powszechny na tej wyspie. Berberyjka jest bardzo szybka, płochliwa i łasa na ziarna słonecznika.
Szukaliśmy opcji na trekking, przy czym musiał on spełniać dwa warunki. Po pierwsze, być stosunkowo krótki (napięty plan tego dnia) oraz być ciekawy. Udało się taki znaleźć! Naszym celem była Ermita de la Peña, maleńka kapliczka na zboczu góry.
Trasa prowadziła wzdłuż tej dolinki i była wyjątkowo malownicza. Nieco zdumiało nas, że dnem tej dolinki płynęła woda. Niby nic nadzwyczajnego, ale na Fuerteventurze jest to widok bardzo rzadki. Jest to też rejon opanowany przez wspinaczy, widzieliśmy ich tu kilkunastu. Dość daleko na końcu doliny wyłaniała się zagadkowa konstrukcja. Pustelnia - nasz cel, to ten biały domek. My jednak poszliśmy znacznie dalej, zaciekawieni, co to za konstrukcja. Wkrótce będzie rozwiązanie tej zagadki.
Najpierw jednak była pustelnia. Jej głównym walorem jest bardzo fajne położenie.
A tu widoczek na miejsce, z którego przyszliśmy. Takie palmy poza miasteczkami to wielka rzadkość.
Wiele razy w trakcie tego szlaku przystawaliśmy, by zrobić fotki albo dokładnie się przyjrzeć czemuś, czego jeszcze nie widzieliśmy.
Gdy doszliśmy do wspomnianej kilka zdjęć temu tamy z kamieni i wspięliśmy się na szczyt tamy, pokazał nam się taki widok. Ścieżka prowadziła jeszcze dalej, ale dalszą eksplorację sobie odpuściliśmy, bo tego dnia czekało nas jeszcze zwiedzanie Ajuy.
Szlak do pustelni w liczbach: 2,7 km w obie strony, trochę w górę, trochę w dół, zeszło się nam półtorej godziny. Nasza ocena - rewelacja, bardzo zróżnicowany, super widowiskowy szlak, polecamy!
Na koniec dnia zostawiliśmy sobie miasteczko Ajuy. Chłopaków trochę niestandardowo zachęciliśmy, by tam pojechać. Zapytaliśmy po prostu: "Chcecie pojechać do Ajuy?". A w hiszpańskim 'j' wymawia się jak 'h'. Nietrudno zgadnąć, że chcieli 🙂.
Bardzo ciekawa w Ajuy jest plaża - cała czarna. Skąd ten kolor? To piasek pochodzenia wulkanicznego.
Pierwsze spotkanie z berberyjką było wielką atrakcją. Okazało się jednak, że to zwierzak dość pospolity na Fuerteventurze i spotykaliśmy go jeszcze wiele razy. Także w Ajuy.
Ajuy znane jest nie tylko z czarnej plaży, ale także z jaskiń. Prowadzi do nich niezbyt długa droga brzegiem oceanu.
Powstanie tych jaskinie jest skutkiem działalności wulkanicznej i długotrwałego działania bardzo silnych w tym miejscu fal.
Można dojść do dwóch bardzo dużych jaskiń. Są one bardzo wysokie i można pójść kawałek w głąb. W jednej z nich zaczęto nawet kopać korytarz, który w zamierzeniu miał połączyć jaskinie z wioską Ajuy, ale dość szybko zarzucono prace.
Co to za kształt? Jednogłośnie orzekliśmy, że to słoń. Wystarczyło jednak odejść albo podejść kilka metrów do przodu i już słoń w ogóle nie przypominał słonia.
Jak wspomniałem, do Ajuy zajechaliśmy na koniec dnia. Słońce pomału już zmierzało ku zachodowi, a to właśnie wówczas czarna plaża wygląda najefektowniej.
Na takiej plaży nie sposób było odpuścić kąpiel, choć woda była dość zimna, a fale spore.
Na Fuerteventurze są trzy współpracujące ze sobą muzea, prezentujące specyfikę tej wyspy. Są to Muzeum Sera Majorero, Muzeum Gofio i Muzeum Soli. My zdecydowaliśmy się zwiedzić dwa z nich. Na pierwszy ogień poszło Muzeum Sera Majorero.
Jest to kompaktowe muzeum, do spokojnego zwiedzenia w godzinę, może półtorej. Jest tam wiatrak, do którego można wejść...
.. jest też ekspozycja prezentująca historię wytwarzania sera majorero, proces jego powstawania, różne rodzaje w zależności od rasy kóz itd....
... ale najbardziej podobał nam się ogród kaktusów. Rośnie w nim mnóstwo różnorodnych kaktusów🙂.
Trekking do Playa de Las Razas
Przy planowaniu kolejnych atrakcji badaliśmy, czy jest w okolicy opcja jakiegoś fajnego trekkingu. Na północy i w centralnej części wyspy wybraliśmy raczej krótkie piesze wycieczki. Na południu wyspy zaciekawił nas trekking brzegiem Oceanu Atlantyckiego.
Zachęciły nas ładne zdjęcia ze szlaku oraz to, że trasa była w dużej części pętlą. Przy starcie wiedzieliśmy, do jakiego miejsca chcemy dojść (Playa De Agua Liques) i mniej więcej którędy należy iść.
Nie wiedzieliśmy, że naszą drogę będą przecinać koryta wyschniętych rzek. Co nas bardzo zaciekawiło i zastanowiło, to dlaczego obie strony tego koryta kompletnie do siebie nie pasowały. Jedna strona piaszczysta, z drobnymi kamieniami, druga z ciemnej gleby i widocznymi skałami.
Podejrzewaliśmy, że te koryta napełniają się tylko po solidnych opadach deszczu, czyli bardzo rzadko.
Fuerteventura jest drugą co do wielkości wyspy spośród wszystkich Wysp Kanaryjskich, większa jest tylko Teneryfa.
Jednak, dzięki swojemu podłużnemu kształtowi to Fuerteventura ma najdłuższą linię brzegową spośród wszystkich wysp archipelagu. Liczy ona 340 km, z czego aż 150 km zajmują piaszczyste plaże. Nic dziwnego, że Fuerteventura słynie ze swoich plaż - jest z czego wybierać.
W tym miejscu Adaś postanowił zmierzyć się z tatą w wyścigu, z wydmy na dół. Przyjąłem wyzwanie, profesjonalnie zrobiliśmy start, metę i jazda. Bieg był wyrównany, tata minimalnie prowadził, Adaś ambitnie gonił, tak ambitnie, że tuż przed metą poplątały mu się nogi i runął jak długi. Prosto twarzą w piach.
Po lewej stronie widać ślady samochodów. Aby tu dotrzeć potrzebne jest auto terenowe. A gdzieś tam w oddali majaczy chyba najbardziej znana plaża na wyspie, Playa Cofete.
Nasza pętla zakładała, że początkowo idziemy w pewnym oddaleniu od brzegu oceanu, ale w pewnym momencie trzeba było zejść nad sam brzeg. Tak też zrobiliśmy a samo zejście było tak atrakcyjne, że po zejściu Adaś jeszcze raz wspiął się do góry, żeby zbiec jeszcze raz 🙂.
Była tu tylko natura i my. To miejsce jest oddalone od siedzib ludzkich, nie ma tu żadnej drogi dojazdowej, nie jest to też popularny cel turystyczny.
Dotarliśmy do pierwszego celu, to Playa de Las Razas. Tu sobie odpoczęliśmy, posililiśmy się i naradziliśmy co dalej.
Fale były bardzo zdradliwe. Bywało tak, że kilka, kilkanaście fal było stosunkowo niewielkich, a niespodziewanie kolejna była o wiele większa. Jedna z takich większych fal zaskoczyła nieco Adasia, który musiał błyskawicznie ewakuować się z kamienia. Zdążył 🙂.
Wyniki rodzinnej narady były następujące - rodzice chcieli pójść dalej, do następnej plaży, natomiast młodzież wolała się zrelaksować na Playa de Las Razas i poczekać, aż rodzice wrócą. Taki układ wszystkim odpowiadał.
Tym samym chłopacy nie zobaczyli bodaj najciekawszej części naszego trekkingu. Formy skalne na brzegu oceanu były chwilami zdumiewające.
Dodatkowy plus zostawienia chłopaków był taki, że zostawiliśmy też plecaki i bez nich było nieco lżej 🙂.
W wielu miejscach widać było efekt działania fal.
I kolejne ciekawe formy skalne, utworzone przez wiatr i wodę.
No, nie było nas tak długo, że dzieci zdążyły się nieco zaniepokoić.
Co ciekawe, w drodze powrotnej zdarzało nam się odkryć jakiś ciekawy szczegół, którego nie zauważyliśmy idąc na Playa de Las Razas.
Tak, to jest bardzo dobra ocena tego trekkingu.
I kolejne zdumiewające miejsce. Jak diametralnie różniły się skały położone tuż obok siebie.
Ten trekking dostarczył nam mnóstwo satysfakcji, Może nawet było to miejsce, które zauroczyło i zafascynowało nas najbardziej na całej Fuerteventurze. Szliśmy po terenach nietkniętych ręką człowieka, gdzie nawet ścieżki nie wszędzie były wyraźne. Mieliśmy tu połączenie krajobrazu pustynnego z niezwykle urozmaiconym wybrzeżem oceanu. Dodatkową atrakcją były koryta wyschniętych rzek, które musieliśmy pokonywać. I choć nie jest to miejsce wspominane w przewodnikach czy blogach o Fuercie, to dla nas jest to absolutny 'must see'.
Playa de Sotavento, Wulkan Hondo, Playa de Cofete
Na Fuerteventurze żyje kilkaset wielbłądów i w kilku miejscach na wyspie jest możliwość przejażdżki na tych zwierzakach. Gdy Adaś usłyszał o tym, zrodziło mu się w głowie marzenie, by przejechać się na wielbłądzie. Rozeznaliśmy temat i okazało się, że całkiem niedaleko naszego miejsca zamieszkania pan Nicholas ma hodowlę wielbłądów i raz dziennie organizuje wycieczki wielbłądami na wulkan Hondo.
Zamysł tej wycieczki był taki: najpierw przejazd na grzbiecie wielbłąda do podnóża widocznego w tle wulkanu, potem wysiadka, 45 minut na dojść na szczyt, zrobienie zdjęć, powrót do podnóża i powrót na wielbłądzie do punktu startu.
Dodatkową atrakcję stanowił pan Nicholas, Niemiec, były pracownik korporacji, który przeprowadził się na Fuerteventurę, aby hodować wielbłądy. Nicholas ciekawie opowiadał o wielbłądach, ich zwyczajach, o różnicach między wielbłądami transportowymi i wyścigowymi. Droga minęła naprawdę dość szybko.
Wulkan Hondo uważany jest za największy, najlepiej zachowany wulkan na wyspie. Wiele innych wulkanów nosi wyraźne ślady erozji, stożki są niepełna albo mają inne defekty. Wysokość wulkanu Hondo to 278 m n.p.m., natomiast głębokość krateru to 70 metrów.
Dodatkowa atrakcja wulkanu, choć dla nas już lekko spowszedniała, to berberyjki, bardzo tutaj liczne.
A jakie wrażenia z jazdy wielbłądami? Trochę trzęsło 🙂, jazda była dość powolna, wyprzedzali nas maszerujący turyści. Fajnie, że gadatliwy Nicholas w ciekawy sposób wypełnił nam przejażdżkę. Cena takiej przyjemność to 25 euro/osobę.
Drugim muzeum, do jakiego zajrzeliśmy na Fuerteventurze było muzeum poświęcone uprawom gofio. Gofio jest to uprażone zboże, może być jęczmień, kukurydza lub mieszanka innych zbóż. Tradycja uprawy gofio sięga czasów Guanczów, czyli jeszcze sprzed podboju tych terenów przez Hiszpanów.
Podobnie jak muzeum poświęcone serom majorero, tak i to było bardzo kameralne i do przejścia maksymalnie w godzinę. Na koniec można było spróbować ciastek z gofio. No nie zachwyciły nas, takie bezsmakowe trochę 🙂.
Plażę Sotavento chcieliśmy odwiedzić przy okazji trekkingu na Playa De Agua Liques, ale na trekkingu zeszło się nam tyle czasu, że musieliśmy odpuścić Sotavento. Jednak innego dnia wróciliśmy na tę plażę, położoną na południu Fuerteventury.
Jeszcze nigdy nie mieliśmy okazji być na tak ogromnej plaży. Ona jest po prostu gigantyczna, szeroka na kilkaset metrów i długa na 9 kilometrów.
Plaża ta uważana jest za najładniejszą, a na pewno najsłynniejszą na wyspie. Dodatkowego uroku dodają jej pasma wzgórz widoczne w tle.
Gdy przyjechaliśmy na Sotavento, na niebie rozciągała się wielka chmura. W związku z tym było chłodnawo i niekoniecznie zachęcało to do wejścia do wody. Ale wiał też wiatr, który tę chmurę przesuwał. Postanowiliśmy zatem zaczekać, aż pojawi się słońce i wtedy wejść do wody. No ale czekaliśmy, czekaliśmy, chmura się przemieszczała, jednak bardzo powoli. W końcu po 45 minutach sukces, mamy słońce, można się kąpać!
Tę plaże upodobali sobie kitesurferzy, rozgrywane są tu nawet zawody w tej dyscyplinie. Plaża Sotavento to jedno z tych miejsc, które naszym zdaniem będąc na Fuerteventurze, trzeba zobaczyć.
I na koniec wyprawa na Playa de Cofete. Na tę plażę prowadzi jedna, szutrowa, mocno dziurawa droga. Niektórzy turyści, łamiąc zakazy, zapuszczają się wypożyczanymi autami na Cofete, ale my nie ryzykowaliśmy. Co innego kilometr czy dwa szutrówką, a co innego 18 km w jedną stronę, z dala od siedzib ludzkich. Więc postawiliśmy na transport zbiorowy. Na zdjęciu widok na plażę Cofete.
Wiedzieliśmy, że o godz. 10.00 z miejscowości Morro Jable startuje autobus linii 111 na Cofete. Kolejny autobus jechał cztery godziny później. Zameldowaliśmy się na pętli autobusu o 9.30 i okazało się, że był to dosłownie ostatni moment, aby załapać się na kurs. W terenowym autobusie było może z 25 miejsc, sprzedano tyle biletów, a ci, którzy przyszli 2-3 minuty po nas, już się do autobusu nie zmieścili.
Mieliśmy mniej więcej dwie godziny na Cofete, a potem autobus zabierał nas z powrotem. Aby wprowadzić mały element tajemniczości, przeszliśmy się do odległej o półtora kilometra od plaży tajemniczej willi, zwanej willą Wintera. Została zbudowana prawdopodobnie w 1937 roku przez Gustava Wintera, a w następnych latach, wedle miejskich legend, była wykorzystywana do nielegalnych działań przez hitlerowców.
Dość zaskakująco przy samej plaży zlokalizowany jest niewielki cmentarz.
Gdybyśmy jeszcze raz mieli pojechać na Cofete, to prawdopodobnie odpuścilibyśmy spacer do willi Wintera, a ten czas spędzili na plaży.
Cofete ciągnie się przez 12 kilometrów, a ślady cywilizacji można odnaleźć jedynie w okolicy przystanku autobusu - jest to kilka zabudowań, nawet restauracja i wspomniana willa Wintera. Dalej jest już dziewicza plaża. Na tym kończymy naszą przygodę z Fuerteventurą, przed nami Lanzarote.
Nasze wrażenia z pobytu na Fuerteventura
Po 6 dniach opuszczaliśmy Fuerteventurę usatysfakcjonowani. Najciekawsze miejsca na wyspie zwiedziliśmy, zaliczyliśmy kilka udanych trekkingów, przejechaliśmy się na wielbłądach, do tego bardzo dobrze trafiliśmy z apartamentem. Oczekiwaliśmy czegoś innego, nowego i dokładnie to otrzymaliśmy.
Czy zimą pogoda na Kanarach różni się od pogody np. na Majorce? Tak, przede wszystkim na Kanarach jest nieco cieplej, a ryzyko deszczu jest znacznie mniejsze. Głównym zagrożeniem pogodowym pozostaje wiatr (nam nie dał się szczególnie we znaki) oraz kalima, wiatr przynoszący piach znad Sahary oraz wysokie temperatury (na szczęście dość rzadka sytuacja). Do zwiedzania, na piesze wyprawy taka pogoda jest idealna. Kąpiele w oceanie są jak najbardziej możliwe, przetestowaliśmy, woda jest chłodnawa, ale pewnie i tak cieplejsza niż latem w Bałtyku 🙂. Teraz czekało na nas Lanzarote.
Dodaj komentarz