Dlaczego Teneryfa?
Jako że na Cyprze, na który wybraliśmy się na przełomie roku, nie wygrzaliśmy się dostatecznie dużo, jeszcze więcej słońca i wyższych temperatur postanowiliśmy poszukać właśnie na Wyspach Kanaryjskich.
Kilka lat temu zwiedziliśmy Fuerteventurę i Lanzarote, zatem te dwie wyspy odrzuciliśmy. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Teneryfę z racji opinii, że to najbardziej zróżnicowana wyspa archipelagu.
Potem jeszcze dołożyliśmy La Palmę. Pasowały nam loty (z Polski nie ma rejsowych lotów na tę wyspę, my lecieliśmy z Berlina), a sama wyspa też wydawała się interesująca. Zatem ostatecznie 5 dni przeznaczyliśmy na Teneryfę, a 4 dni na La Palmę.
Pogoda
Polecieliśmy w połowie lutego i trafiliśmy na idealną pogodę. Temperatura od 20 do 28 stopni, niemal cały czas na krótki rękawek. Nawet po zachodzie słońca było przyjemnie ciepło. Nieco niższe temperatury były w głębi obu wysp, ale choćby trekking w okolicach Teide na wysokości ponad 2 000 m n.p.m. nadal można było pokonać w krótkim rękawku. Spośród tych 9 dni większość była słoneczna, a delikatny deszcz spadł dopiero ostatniego dnia.
Trzeba mieć jednak na uwadze, że taka pogoda w tym okresie roku nie jest wcale pewna. Niemal zaraz po naszym wyjeździe temperatury mocno spadły, w okolicach Teide spadł nawet śnieg, wiał porywisty wiatr i zamknięto nie tylko kolejkę na Teide i okoliczne szlaki, ale nawet drogi prowadzące do Teide. Sporo więc zależy od szczęścia.
W dniu przylotu na Teneryfę zmierzyliśmy się z jeszcze jednym zjawiskiem pogodowym – kalimą. Wiatr przywiał znad Sahary mnóstwo drobinek piachu i powietrze było zupełnie nieprzejrzyste. Na szczęście w kolejnych dniach kalima ustąpiła i mogliśmy podziwiać widoki największej wyspy tego hiszpańskiego archipelagu.
Zakwaterowanie
Naszą bazą wypadową na Teneryfie była miejscowość Mesa del Mar na północnym brzegu Teneryfy.
Na tej wyspie lokalizacja noclegów ma o tyle mniejsze znaczenie, że wokół dużej części wyspy poprowadzona jest autostrada, umożliwiająca szybki przejazd pomiędzy dość odległymi miejscami. Przykładowo do Siam Parku, położonego na drugim krańcu Teneryfy, mieliśmy raptem godzinę i 10 minut jazdy.
Nasz apartament był na 7. piętrze wieżowca Mar y Sol i choć sam dojazd do tego miejsca był odrobinę uciążliwy, to widoki z okna na ocean i Teide były fantastyczne. Sam apartament miał wszystko, co potrzeba, do tego właściciel bardzo sympatyczny i kontaktowy. Jednym słowem – polecamy – Salitre Suite Oasis w Mesa del Mar na Teneryfie.
Wynajem auta
Auto jest niezbędne, jeśli chcemy sprawnie poruszać się po wyspach. My skorzystaliśmy z wypożyczalni Top Car (również na La Palmie) i nie mieliśmy żadnych uwag ani co do stanu aut, ani do obsługi. Bez problemu dodano nam drugiego kierowcę, stanowiska wypożyczalni były zaraz po odbiorze bagażu, oddanie auta trwało może 30 sekund.
Jazda po Teneryfie
Dzięki autostradzie po Teneryfie jeździ się dość sprawnie, choć w górach trafimy oczywiście na serpentyny. Wyzwanie stanowią natomiast ronda z dziwnym, innym niż w Polsce, systemem zjazdów. Nawigacja GPS okazuje się w tym względzie mało pomocna, trzeba bardzo uważnie patrzeć na znaki, a i tak kilka razy pojechaliśmy w zły zjazd.
Drugą trudność stanowi jazda po miasteczkach. Są one bardzo zatłoczone, kilka razy trafiliśmy na spore korki. Wielokrotnie mieliśmy duży problem ze znalezieniem wolnego miejsca do zaparkowania. Najlepiej wcześniej poszukać na mapach sporego parkingu, by uniknąć niepotrzebnego przepychania się przez ciasne uliczki.
Problem z miejscem parkingowym jest też powszechny w miejscach atrakcyjnych turystycznie, np. pod Teide czy przy Los Gigantes.
Co robić na Teneryfie?
Teneryfa to wyspa bardzo turystyczna, stąd też bogata oferta atrakcji typu parki wodne, zoo, gokarty, rejsy itd. Jest tu też wiele szlaków trekkingowych, choć niektóre z nich wymagają pozwoleń, często płatnych. Miasteczka są ładne, ale dość zatłoczone. Krótko mówiąc – każdy znajdzie coś dla siebie.
To, co może irytować, to dostępność usług gastronomicznych – każda restauracja ma inne godziny otwarcia (sjesty!), a informacje podane na mapach Google często są nieaktualne. Jeśli zaś chodzi o kuchnię kanaryjską – warto spróbować kanaryjskich ziemniaczków (gotowanych w mundurkach z duuuużą ilością soli) z sosem mojo (rojo lub verde), a także niektórych mięs i owoców morza (przede wszystkim grillowanej ośmiornicy). Musimy jednak przyznać, że za kanaryjskim jedzeniem tęsknić nie będziemy.
Uwagi ogólne
Na koniec wrzucimy jeszcze kilka naszych obserwacji, które może przydadzą się naszym naśladowcom:
- znajomość języka angielskiego jest dość powszechna, mieliśmy tylko jeden przypadek, gdy druga strona mówiła tylko po hiszpańsku,
- w wielu miejscach jest zakaz wrzucania papieru toaletowego do ubikacji,
- gniazdka elektryczne są takie same, jak w Polsce,
- słońce potrafi mocno dać się we znaki, krem z filtrem to konieczność,
- płatność kartą jest bardzo rozpowszechniona, nie potrzeba brać wiele gotówki,
- na część szlaków wymagane są pozwolenia – jeśli komuś zależy na konkretnych trekkingach na Teneryfie, to trzeba wcześniej spojrzeć, kiedy uwalniane są pozwolenia na konkretny tydzień i polować na wejściówki – na najlepsze szlaki pozwolenia znikają bardzo szybko,
- po naszych przygodach z (nie)wejściem na sam szczyt Teide zalecamy bardzo uważne przestudiowanie wymogów (nie tylko na stronie, na której kupuje się pozwolenie, ale też w necie), gdyż ich niespełnienie może skutkować niewpuszczeniem na szlak,
- deszcz i chmury nad naszymi głowami nie oznaczają, że tak jest na całej wyspie – często 10 czy 20 km dalej świeci piękne słońce.
Fotogaleria
Park Narodowy Teide
Pierwszego pełnego dnia na Teneryfie mieliśmy zaplanowany trekking na szczyt Teide. Związana z tym logistyka jest dość skomplikowana. Należy z 3-4 tygodniowym wyprzedzeniem kupić zezwolenie na wejście na szlak na Teide (koszt dla 4-osobowej rodziny to ok. 120 zł), z zaznaczeniem konkretnego dnia i 2-godzinowego slotu na wejście na szlak PNT-10.
Ponadto w praktyce niezbędne jest zakupienie biletów na kolejkę, która z wysokości 2300 m zawiezie nas na 3540 m do stacji La Rambleta (dla 4-osobowej rodziny wydatek rzędu 650 zł). Teoretycznie można ten odcinek przejść, ale jest to niezwykle mozolne, długotrwałe i męczące. Zatem z biletami na kolejkę i na szlak, przygotowani w odpowiedni sprzęt (latarki czołówki, koce termiczne, odpowiednie buty) pojechaliśmy kolejką, zameldowaliśmy się na starcie szlaku i...
... ku naszemu ogromnemu rozczarowaniu i frustracji nie zostaliśmy na niego wpuszczeni z powodu braku kijków oraz raków. I o ile jesteśmy w stanie zrozumieć takie wymogi (na ścieżce na szczyt widać było śnieg), to powinniśmy przy kupnie biletów lub później dostać informację o takich wymaganiach. Pozostało nam zatem obejrzeć widoki z górnej stacji kolejki i zjechać na dół.
A samo wejście na szczyt nie jest ani długie, ani jakoś super trudne i pewnie byłaby to spora frajda, by zdobyć mierzącą aż 3715 m n.p.m. górę. Poza Kaukazem i Alpami jest to najwyższy szczyt w Europie.
Należy też zaznaczyć, że w miesiącach zimowych taka ładna pogoda, jak widzimy na zdjęciach, wcale nie jest w okolicach Teide regułą. Kilka dni po naszym pobycie na Teneryfie w centralnych częściach wyspy spadł śnieg, temperatura raptownie spadła i wiał bardzo silny wiatr, przez co zamknięto kolejkę, wejście na wszystkie szlaki, a nawet drogi prowadzące w okolice Teide.
Okej, zostawiamy już nieudaną próbę zdobycia szczytu. Skoro plan A nie wypalił, należało wdrożyć Plan B. Szybko przeanalizowaliśmy możliwości trekkingowe w okolicy i nasz wybór padł na trekking na szczyt Alto de Guajara. Jest to góra znacznie niższa niż Teide (2718 m n.p.m.), ale sam trekking jest zdecydowanie bardziej wymagający niż ten na Teide.
Dużym wyzwaniem okazało się znalezienie miejsca na zaparkowanie auta. Dostępne na starcie szlaku parkingi były tak zapełnione, że problemem było poruszanie się po nich, ale udało nam się zaparkować na odległym o kilkaset metrów punkcie widokowym Azulejos II. Uff, nareszcie można było ruszyć w drogę.
Kilka słów o szlaku, jaki wybraliśmy. Zaczyna się on przy Visitor Centre Parador/Cañada Blanca i prowadzi do szczytu Alto do Guajara, który jest trzecim co do wysokości szczytem na Teneryfie. Ze szczytu można wrócić tą samą drogą lub zrobić pętlę. My wybraliśmy opcję z pętlą, żeby było ciekawiej.
Największym atutem tego szlaku są piękne widoki. Na zdjęciu widać kalderę Las Cañadas, która otacza górę Teide. Warto zwrócić uwagę na przebijający się zielonkawy kolor - to efekt występowania chlorytów i tlenków, a także epidotu. Od tego koloru wzięła się nazwa punktu widokowego Azulejos II.
Z wielu miejsc tego szlaku widać Teide, ale chyba ze szczytu Alto de Guajara widok jest najlepszy. Przy czym Teide to nie jest zwykły górski szczyt - to wulkan. Co więcej, to wulkan aktywny. Ostatni raz erupcja nastąpiła w 1909 roku (erupcja nastąpiła w jednym z bocznych kraterów Teide), wcześniej erupcje notowano też w latach 1798 i 1706 (ten wybuch był szczególnie niszczycielski, zniszczył największy ówczesny port wyspy Garachico).
Jako że jest to wysokość ponad 2000 m n.p.m., spodziewaliśmy się raczej chłodu, tymczasem mieliśmy piękną, słoneczną pogodę, taką na krótki rękawek. Oczywiście użyliśmy odpowiednich kremów przeciwsłonecznych, ale już następnego dnia okazało się, że jednak do tego elementu trzeba było przyłożyć się znacznie bardziej i wszelkie zaniedbania w tym względzie odczuwaliśmy przez kilka następnych dni.
Co istotne, na ten szlak (oznaczony PNT-15) nie potrzeba żadnych pozwoleń. Od niedawna na Teneryfie na kilka najbardziej popularnych szlaków wprowadzono system pozwoleń, częściowo płatnych, częściowo bezpłatnych. Powody tych limitów są zrozumiałe - chęć ograniczenia liczby turystów i ochrona przyrody. Jednak dla turysty planującego pobyt jest to duże utrudnienie. Nie sposób przewidzieć kilka tygodni wcześniej, jaka będzie danego dnia pogoda, plany mogą też ulec zmianie z innego powodu. Do tego niektóre pozwolenia są po prostu drogie. Po naszym nieudanym doświadczeniu ze szlakiem na Teide odpuściliśmy inne szlaki, na które wymagano pozwoleń i cieszyliśmy się tymi bez tych ograniczeń.
Podsumowując - był to trekking dość długi, umiarkowanie trudny (długie, męczące podejście), ale dający satysfakcję, z pięknymi widokami. Zwracam uwagę, że z racji na zaparkowanie auta, startowaliśmy nie z widocznego na mapie punktu Parador, ale z punktu widokowego Azulejos II.
Chcąc wykorzystać w pełni pobyt w centralnej części Teneryfy, poszliśmy jeszcze, już bez dzieci, na krótki trekking oznaczony jako PNT-03, wokół formacji skalnych Roques de Garcia. Na zdjęciu skała Roque Cinchado, a w tle Teide.
Trzeba przyznać, że jest to niezwykle ciekawy szlak. Co chwilę mijamy niezwykłe formacje skalne, w różnych kolorach, kształtach, mając przy tym Teide w tle.
Na zdjęciu skała o nazwie La Catedral. Cały spacer zajął nam niecałe 1,5 godziny, przeszliśmy 4 km, z przewyższeniem 160 metrów. Ten trekking był fantastycznym zwieńczeniem dnia, który zaczął się fatalnie, ale potem było już tylko lepiej.
La Quinta-Boca de Paso, Masca, Los Gigantes
Drugiego dnia rozdzieliliśmy się. Andrzej z Adamem wybrali adrenalinę w parku wodnym Siam Park, natomiast Małgosia z Janem woleli spokojniejszą eksplorację południowo-zachodniej Teneryfy. Aparat podróżował z Małgosią, zatem o Siam Parku za chwilę trochę opowiemy, natomiast go nie pokażemy.
Południowo-zachodnie wybrzeże Teneryfy to turystyczne centrum wyspy. To tu znajdują się wielkie hotele, plaże, atrakcje turystyczne w postaci Siam Parku, jeszcze jednego aquaparku, torów gokartowych, a dla zamożniejszych jest nawet pole golfowe. Jest to też miejsce startu rejsów, na których można zaobserwować wieloryby i delfiny. A jak się komuś znudzą turystyczne atrakcje, to może spędzić sporo czasu w bardzo dużym centrum handlowym Siam Mall.
La Quinta leży kilka kilometrów od wybrzeża i choć jest blisko tego całego zgiełku i rozgardiaszu, to można tu zaznać nieco spokoju i chwilę odsapnąć, a przy tym stąd zaczyna się trekking, który wybrała Małgosia.
O ile na Teneryfie nie brakuje bardzo ciekawych szlaków trekkingowych, to akurat okolice Costa Adeje nie obfituje w takie szlaki. Boca del Paso to jedna z niewielu interesujących propozycji trekkingowych w tym obszarze.
Szlak ten ma kilka wariantów, w związku z czym może liczyć od 4 do 7 km, a jego przejście zajmuje od 1,5 do 3 godzin. Przede wszystkim można tu poznać roślinność charakterystyczną dla Teneryfy, a także tradycyjne zabudowania rolnicze.
Oglądając zdjęcia z Boca del Paso wspomnimy też w kilku zdaniach o Siam Parku. To jedna ze sztandarowych atrakcji wyspy, obok parku zoologicznego Loro Parque. Reklamy tych dwóch miejsc niemal wyskakują z lodówki - jest ich pełno! Loro Parque nie byliśmy specjalnie zainteresowani, ale park wodny, reklamowany jako "Best Water Park in the World" już nas skusił.
Nie jest to atrakcja tania. Bilet dla dorosłych i dzieci powyżej 12. roku życia to koszt 44 euro od osoby, do tego trzeba zapłacić kilka euro za szafkę. Czy to koniec kosztów? Otóż, jeśli chce się czerpać frajdę z pobytu w Siam Parku, to nie!
Nie byliśmy tam w szczycie sezonu, ale ludzi w Siam Parku było przeogromnie dużo. Bardzo szybko przekonaliśmy się, że oznacza to stanie 30 minut, a czasem pewnie i znacznie dłużej do zjeżdżalni, na której zjazd w najlepszym razie trwał 20-30 sekund. Ale jest możliwość, by te gigantyczne kolejki ominąć. Trzeba tylko wysupłać kolejne 38 euro za uproszczoną wersję Fast Pass (pełny Fast Pass to już 99 euro), dzięki której można do każdej z bodaj 12 najlepszych zjeżdżalni dostać się, czekając ledwie kilka chwil w kolejce dla uprzywilejowanych. Po odczekaniu w dwóch pierwszych atrakcjach kupiliśmy Fast Pass, a potem już tylko dobrze się bawiliśmy.
Reasumując - zjeżdżalnie w Siam Parku były bardzo fajne, basen z 3-metrową sztuczną falą też, natomiast bez Fast Passa byłoby to bardzo frustrujące doświadczenie. Wracając już do trekkingu Boca del Paso, oprócz możliwości oglądania roślin, oferuje on też bardzo ładne widoki na Costa Adeje i na ocean. W pogodne dni można też dostrzec Teide. Przez pierwsze dni naszego pobytu na Teneryfie powietrze nie było zbyt przejrzyste z powodu piachu naniesionego z Sahary. Tutaj już widoczność była przyzwoita, ale gdy przylecieliśmy na Teneryfę, kalima (bo tak nazywa się to zjawisko pogodowe) spowodowała, że w odległości dalszej niż 150-200 metrów nie było nic widać, poza mleczną, zamgloną ścianą.
Podsumowując zaś trekking na Boca del Paso - był to całkiem przyjemny spacer, z niewieloma turystami spotkanymi po drodze i miejscami bardzo ładnymi widokami, natomiast na pewno nie jest to punkt obowiązkowy podczas zwiedzania Teneryfy.
Popołudniu połączyliśmy już siły i całą rodziną pojechaliśmy zobaczyć jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na wyspie - klify Los Gigantes. Tutaj prawdziwym wyzwaniem okazało się znalezienie miejsca do parkowania. Ostatecznie po dłuższych poszukiwaniach zaparkowaliśmy na parkingu El Mirador i choć jest on płatny, to po pierwsze jest doskonale położony, a po drugie były tam wolne miejsca.
Los Gigantes to niezwykle wysokie klify skalne, mierzące od 300 do 600 metrów wysokości, które mają ciemny, wulkaniczny kolor. Guanczowie, czyli lud, który zamieszkiwał te tereny przed przybyciem Hiszpanów, nazywał to miejsce "mury piekieł". Pewnie największe wrażenie klify robią podczas rejsu łodzią lub oglądając filmy z drona, ale i tak jest to miejsce warte odwiedzenia.
Dzień nieubłaganie zmierzał do końca, a my mieliśmy w planie jeszcze jedno miejsce. Chcieliśmy zajechać do maleńkiej górskiej miejscowości Masca. Prowadzi do niej wąska, bardzo kręta droga, przy której są zlokalizowane dwa punkty widokowe. Pierwszy nich ominęliśmy, spiesząc się, by zdążyć do Masca przed zachodem słońca, ale z Mirador de Masca był tak fenomenalny widok, że tutaj musieliśmy się zatrzymać chociaż na kilka minut.
Być może tak właśnie miało być, że znajdziemy się na tym punkcie widokowym tuż przed zachodem słońca, co dodało temu i tak pięknemu miejscu dodatkowej aury. Spędzony w tym miejscu czas to był jeden z najfajniejszych naszych momentów na tej wyspie.
A oto i Masca, leżąca na kompletnym odludziu w górach Teno. Jest to raptem kilka, może kilkanaście domów, mała restauracja i niewielki parking. Jednak położenie tej wioski, w niedostępnych górach, otoczonej wysokimi klifami nadają jej wyjątkowy klimat. Jednym z najbardziej znanych szlaków trekkingowych na Teneryfie jest zejście z miejscowości Masca wąwozem do brzegu oceanu. Jest to jednak skomplikowana logistycznie i bardzo kosztowna przyjemność. Dlaczego?
Otóż obowiązkowo trzeba skorzystać z autobusu, by dojechać do Masca (samochodem nie wolno), następnie trzeba kupić drogi bilet na szlak (40 euro), potem należy pokonać szlak (3-4 godziny), następnie trzeba wykupić rejs łodzią za 25 euro i na koniec jeszcze autobusem wrócić do punktu wyjścia. Jak łatwo policzyć, koszt ok. 70 euro za osobę i trzeba na to poświęcić cały dzień. Takie koszty, nawet za ciekawy trekking, skutecznie nas zniechęciły.
Wracając z Masca jeszcze raz zajechaliśmy na Mirador de Masca i tym razem podziwialiśmy widoki tuż po zachodzie słońca. Tym razem naszą uwagę zwrócił ledwie rysujący się na niebie Księżyc - z uwagi na znacznie mniejszą szerokość geograficzną rogal był w pozycji poziomej, a nie mocno pochylonej, jak to ma miejsce w Polsce.
La Orotava, Garachico
Trzeciego dnia naszego pobytu na Teneryfie postanowiliśmy nieco odpocząć od trekkingów i natury. Naszym celem były miasteczka położone na północnym brzegu wyspy. Pierwszy punkt naszej wycieczki stanowiła La Orotava, reklamowana jako jedno z najładniejszych miasteczek na wyspie.
Gdy udało nam się znaleźć miejsce parkingowe, co wcale nie było łatwe, mogliśmy zagłębić się w uliczki La Orotavy. Miejsce to z uwagi na żyzne gleby było zasiedlone jeszcze przez Guanczów. Po podboju wyspy przez Hiszpanów została tu założona osada, która była ośrodkiem rolniczym i administracyjnym ważnym dla północnej Teneryfy.
Istotne znaczenie miała uprawa trzciny cukrowej oraz winorośli. Pozwoliło to na wzbogacenie się lokalnych właścicieli ziemskich, którzy pobudowali w La Orotava okazałe domy w stylu kolonialnym, z których całkiem sporo przetrwało do dnia dzisiejszego i to właśnie ta zabudowa stanowi dziś o atrakcyjności tego miasteczka.
Czym objawia się kolonialny układ urbanistyczny, widoczny w La Orotava i w innych miasteczkach Teneryfy? Centralnym punktem miejscowości jest spory plac i zlokalizowany przy nim kościół. Domy bogatszych mieszkańców są zaś porozmieszczane w bezpośredniej bliskości tego placu. Ale styl kolonialny objawia się także w elementach zdobień, materiale wykończeniowym i stylu budowanych domów. Niezwykle charakterystycznym elementem są drewniane, bogato zdobione balkony, czego przykład widzimy na zdjęciu. Wykonane są z sosny kanaryjskiej i często wystają poza elewację budynku.
Do budowy często używano bazaltu wulkanicznego. Był to materiał dostępny na miejscu, a przy tym odporny na wilgoć i sól morską. Często spotykanym elementem są też drewniane elementy zasłaniające część okna, co ładnie widać na tym żółtym budynku.
Budynki w stylu kolonialnym są przeważnie dość niskie, o prostej bryle, pokryte czerwoną dachówką. Z reguły mury są dość grube, co pozwalało na utrzymanie chłodu wewnątrz domu podczas cieplejszych miesięcy.
Wiele domów miało patio, czyli wewnętrzny dziedziniec. Patio chroniło przed słońcem, zapewniało wentylację, a jednocześnie doświetlało pomieszczenia w domu. Często spotykanym dodatkiem była drewniana galeria wokół patio.
Czym różni się kanaryjski styl kolonialny od tego z Ameryki Łacińskiej? Jest skromniejszy, mniej monumentalny, wykorzystuje więcej drewna jako materiał do budowy rozmaitych elementów, a także sporo materiałów wulkanicznych.
Najbardziej znanym budynkiem w La Orotava jest Casa de los Balcones z 1632 roku. Obecnie mieści się w nim muzeum etnograficzne, którego nie zwiedziliśmy, ale skorzystaliśmy z okazji, żeby zrobić sobie zdjęcie z wulkanem Teide w tle.
Okres świetności La Orotava przypadł od XVI do XVIII wieku. Potem miasto przeżywało kryzys związany z upadkiem winiarstwa, upraw trzciny cukrowej, co spowodowało dużą emigrację, zwłaszcza na Kubę i do Wenezueli. Przestawiono się na uprawy bananów i ziemniaków, a sama miejscowość zaczęła podkreślać swoje walory zdrowotne, a w XX wieku także turystyczne. W odróżnieniu jednak od miejscowości wzdłuż Costa Adeje, a także pobliskiego Puerto de la Cruz, nie rozwijano tu masowej turystyki, nie budowano wielkich hoteli, a raczej skupiano się na autentyczności i historii.
W La Orotava spodobały nam się również ogrody Quinta Roja. Położone na tarasach, z wieloma elementami małej architektury wyglądają po prostu bardzo ładnie. Można poszukać w nich elementów masońskich, gdyż zarówno inwestor, jak i wykonawca tego ogrodu należeli do masonów.
Podsumowując, był to całkiem przyjemny spacer po miasteczku z ciekawą historią, ładnymi budynkami i bez wątpienia warto tu zajechać, gdy poczujemy przesyt chodzenia po szlakach.
Drugim miasteczkiem, które odwiedziliśmy, było Garachico. Losy tej miejscowości mają pewne cechy wspólne z La Orotava - kiedyś oba miasteczka odgrywały znacznie większą rolę niż dziś, ale jednak toczyły się zupełnie innym torem. Zacznijmy od tego, że w Garachico jest bardzo duży parking, położony bardzo blisko centralnego placu miasta, co jest miłą odmianą po kłopotach z parkowaniem w innych miejscowościach.
Założone w XVI wieku Garachico szybko stało się najważniejszym portem w tej części Teneryfy. Kwitł tu handel i miasto dynamicznie rozwijało się. Niestety, w 1706 roku erupcja wulkanu Montaña Negra zniszczyła dużą część miasta, port i zupełnie zmieniła linię brzegową. Do tej linii brzegowej jeszcze wrócimy.
Miasto zostało odbudowane, ale dawnego znaczenia już nie odzyskało. Iglesia de Nuestra Señora de los Ángeles, który widać na zdjęciu, przetrwał w znacznej części niszczycielską erupcję, Kościół powstał jako część klasztoru franciszkanów, co widać w surowym i prostym wnętrzu.
W centrum miasteczka zachowały się brukowane uliczki, domy z drewnianymi balkonami, co nadaje temu miejscu taki trochę starodawny klimat.
Dla ułatwienia zwiedzania Garachico wyznaczono nawet trasę wokół centralnego Plaza de la Libertad, która pozwala zobaczyć najciekawsze uliczki i budynki. Centrum tej miejscowości jest zwarte i stosunkowo niewielkie, zatem godzinny spacer powinien wystarczyć, by zobaczyć wszystkie najciekawsze miejsca.
I na chwilę wrócimy do erupcji z 1706 roku i zmienionej linii brzegowej. Na zdjęciu widzimy naturalne baseny El Caletón, które powstały właśnie w miejscu, gdzie zastygła lawa. Przy czym, jak widać, natura została tu nieco poprawiona przez człowieka, a same baseny akurat nie załapały się w kadrze.
Trochę żałowaliśmy, że nie dane nam było chwilę posiedzieć przy tych basenach i wskoczyć do wody. Pogoda była ku temu sprzyjająca, ale, niestety, akurat trafiliśmy na remont i wszystko było zamknięte.
Na sam koniec wizyty w Garachico wjechaliśmy jeszcze na punkt widokowy Mesa El Volcán, choć widoczna porzucona budowa na pierwszym planie nieco psuje widok na Garachico. W samym miasteczku można sympatycznie spędzić godzinkę, może dwie.
Icod de los Vinos, Puerto de la Cruz
Kolejnym malowniczym miasteczkiem na naszej drodze było Icod de los Vinos. Podobnie, jak w dwóch poprzednich miejscowościach, także i tu mamy domy w stylu kolonialnym, ale nie tak okazałe jak choćby w La Oratava. Dlatego tym razem odpuściliśmy sobie spacer po centrum, za to mieliśmy jeden konkretny cel. Nim do niego dotarliśmy, mogliśmy rzucić okiem na najwyższy szczyt Wysp Kanaryjskich ze stolika knajpki, w której zatrzymaliśmy się na arepas i cachapas..
A oto nasz cel w pełnej okazałości. To najbardziej ikoniczny egzemplarz drzewa smoczego (Dracaena draco) na Teneryfie i jeden z symboli wyspy. Ma ono swoją nazwę - Drago Milenario (tysiącletnie smocze drzewo) i wokół tego drzewa utworzono ładny park, którego celem jest ochrona tego jednego drzewa. Czy jednak drzewo ze zdjęcia ma tysiąc lat?
Prawdopodobnie nie. Z uwagi na jego wielkość niegdyś uważano, że musi mieć tysiąc lat. W XX wieku przeprowadzono badania, które pozwoliły oszacować jego wiek na 250-365 lat (przy czym badania wieku tego gatunku są niezwykle trudne, gdyż w odróżnieniu od zdecydowanej większości innych gatunków drzew, nie ma tu rocznego przyrostu słojów). Obecnie zaś bezpiecznie szacuje się wiek tego drzewa na kilkaset lat. Ale nazwa Drago Milenario przyjęła się i obowiązuje do dziś.
Ciekawa jest też etymologia nazwy tego gatunku. Żywica z drzew smoczych ma kolor ciemno-czerwony. Ludzie skojarzyli to z krwią smoków i stąd powstała nazwa 'drzewo smocze'. Ten gatunek występuje tylko w kilku miejscach na świecie - właśnie na Wyspach Kanaryjskich (Teneryfa, La Palma i Gran Canaria), Maderze, Wyspach Zielonego Przylądka i w znacznie mniejszej liczbie w Maroku.
Drzewo smocze jest ewenementem w świecie drzew. Rośnie zupełnie inaczej niż niemal wszyscy jego kuzyni. Najpierw pień rośnie w górę, po kilku, a nawet kilkunastu latach zaczyna kwitnąć, po czym wierzchołek rozdziela się na kilka gałęzi. Następnie dla każdej gałęzi ten cykl powtarza się, przez co powstaje parasolowata struktura w kształcie grzyba, doskonale widoczna na tym zdjęciu.
Czy to Teide budzi się do życia i zaczyna dymić? Uff, na szczęście to tylko chmury, choć dosłownie kilka dni po naszym pobycie na Teneryfie zarejestrowano liczne, choć słabe wstrząsy w okolicy wulkanu Teide.
Przechadzając się po Icod de los Vinos napiszemy kilka słów o jeżdżeniu po Teneryfie. Generalnie wrażenia z jazdy po wyspie są raczej pozytywne, acz z dwoma ważnymi zastrzeżeniami. Kierowcy są spokojni, nie ma tu charakterystycznego dla krajów południowych chaosu na drodze, przeciwległe krańce wyspy są dobrze skomunikowane (wygodna autostrada). Poza drogą do Teide nie ma też zbyt wielu serpentyn i trudnych odcinków.
Ale dwie rzeczy nam dokuczały. Pierwsza to wyjątkowo nieintuicyjne zjazdy na rondach i węzłach autostradowych. Co gorsza, nawigacja na mapach Google nie pomagała w tych najważniejszych momentach, nie wskazując, na którym pasie należy się ustawić, by jechać w pożądanym kierunku. W efekcie kilka razy pojechaliśmy źle, a kilkanaście razy mieliśmy lekko podniesione ciśnienie w takich newralgicznych momentach.
Po drugie, w niemal każdym większym miasteczku ruch był bardzo duży, a poruszanie się po nim bardzo powolne. Korki, brak miejsc do parkowania - to wszystko potrafiło zmęczyć. A przecież nie byliśmy na Teneryfie w okresie największego napływu turystów, więc podejrzewamy, że latem może być pod tym względem jeszcze trudniej.
Kończąc nasz pobyt w Icod de los Vinos, samo miasteczko jakoś szczególnie nie wyróżnia się spośród innych, natomiast Drago Milenario jest bardzo ciekawą atrakcją i tylko dla niego warto tutaj zajrzeć.
Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża na chwilę zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym Mirador de Los Roques. To miejsce skłoniło nas do refleksji, że jednak przy planowaniu przestrzennym przydaje się trochę wyobraźni. Mamy tutaj bardzo malowniczą zatoczkę, z ciekawymi skałami wystającymi z wody, interesujący klif i trzy wielkie klocowate budynki, które całkowicie zaburzają harmonię tego miejsca.
Zeszliśmy też z punktu widokowego do poziomu morza. by przyjrzeć się skałom, które mają nawet swoje nazwy. Ta bliżej nas to Roque Chico, a ta dalsza to Roque Grande. Jest tu poprowadzona ścieżka, można pójść kawałek dalej i obejrzeć brzeg oceanu już bez tych betonowych budynków w tle.
I kolejny punkt widokowy Mirador La Paz, zlokalizowany w miejscowości Puerto de la Cruz. Ta miejscowość to centrum turystyczne w północnej Teneryfie. Mnóstwo wielkich hoteli, jeszcze bardziej zatłoczone ulice, jeszcze trudniej o miejsce do parkowania. Szybko doszliśmy do przekonania, że fanami tej miejscowości na pewno nie zostaniemy,
W końcu udało nam się zaparkować (polecamy bardzo duży, bezpłatny parking wokół Faro de Puerto de la Cruz) i zrobiliśmy sobie spacer po tej miejscowości.
Odwiedziliśmy Teneryfę w połowie lutego. Jaką mieliśmy pogodę? Jednym słowem - idealną. Temperatura 20-25 stopni, ciepło, przyjemnie, na krótki rękawek. Nawet po zachodzie słońca na dworze było przyjemnie. Na początku naszego pobytu w powietrzu unosiły się drobinki piachu znad Sahary, ale potem zjawisko to ustąpiło. Chmur było niewiele, słońce towarzyszyło nam przez cały czas. Ale taka pogoda wcale nie jest regułą o tej porze roku! Kilka dni po naszym wyjeździe temperatury spadły do 15 stopni, wokół Teide spadł śnieg, wiał bardzo silny wiatr, a do tego wyspę nawiedzały spore deszcze. Na jakiś czas zamknięto nawet drogi wokół Teide. Wiec, niestety, trochę w tej kwestii zależy od szczęścia.
Mieliśmy jeszcze w planie zwiedzić El Sauzal, ale nie starczyło nam już czasu. Przejazd po miasteczkach wzdłuż północnego wybrzeża był interesujący i warto było na to poświęcić jeden dzień. Mogliśmy zobaczyć historycznie najważniejsze miasta wyspy, najpiękniejsze drzewo smocze, ale też miasto opanowane przez masowego turystę.
La Laguna, Mesa del Mar
Ostatni, niepełny dzień na Teneryfie przeznaczyliśmy głównie na zwiedzenie dawnej stolicy, miejscowości La Laguna. Nazwa pochodzi od laguny, która pierwotnie znajdowała się w tym miejscu. Miasto założono w XV wieku i celowo na lokalizację stolicy wybrano miejsce w głębi wyspy.
Powód był prozaiczny - obawa przed piratami, którzy mieli łatwiejszy dostęp do miejscowości nadmorskich, a znacznie trudniejszy do tych położonych w głębi lądu. Za tą lokalizację przemawiała też żyzność okolicznych ziem oraz dostęp do wody, spływającej z gór.
I tu mała dygresja o wodzie. Na Wyspach Kanaryjskich zawsze dostęp do wody był kwestią kluczową dla rolnictwa i dla możliwości zamieszkania. Poszczególne wyspy miały drastycznie różne możliwości pozyskania słodkiej wody. Na La Palma czy La Gomera wody nie brakowało, za to suche wschodnie wyspy Fuerteventura czy Lanzarote miały ogromne deficyty wody. Sytuację zmieniło dopiero wybudowanie odsalarni wody morskiej. Pierwsza powstała na Lanzarote w 1964 roku. Dziś Fuerteventura i Lanzarote korzystają wyłącznie z wody pozyskanej z odsalarni, a Gran Canaria i El Hierro w 90%. Jedyną wyspą, która z takich instalacji nie korzysta, jest La Gomera.
Wracając do La Laguna, miasto to stało się bardzo ważne dla historii urbanistyki. Jest to jedno z pierwszych miejsc w imperium hiszpańskim, gdzie zastosowano styl kolonialny - prostokątny układ ulic bez murów obronnych. Był to wzór, który potem powielono przy budowie wielu miast w Ameryce Łacińskiej.
Dlatego też La Laguna została wpisana na listę dziedzictwa UNESCO, jako jedno z dwóch miejsc na Teneryfie. Drugim jest park narodowy Teide.
Można zadać pytanie, dlaczego La Laguna utraciła miano stolicy? Otóż, w dużej mierze, stało się tak za sprawą wspomnianego kilka galerii wcześniej wybuchu wulkanu, który zniszczył Garachico w 1706 roku. Rolę najważniejszego portu na wyspie przejął Santa Cruz, leżący ledwie kilka kilometrów od La Laguna. Zagrożenie piratami należało już wówczas do przeszłości, więc kolejne instytucje były przenoszone do portowego Santa Cruz. W końcu oficjalnie została tam też przeniesiona stolica wyspy.
Niemniej, w La Laguna pozostał uniwersytet i bardzo ładna zabudowa, a miasto do dziś uważane jest za ważne miejsce kulturalne i historyczne.
Na godzinkę wpadliśmy też do Santa Cruz, ale tylko po to, by wypocząć w Parque García Sanabria, najładniejszym parku w mieście.
Park został założony w 1926 roku i nazwano go na cześć burmistrza Santiago García Sanabria, który rzucił pomysł budowy tego parku. Na zdjęciu Reloj de Flores, czyli zegar kwiatowy. Mechanizm zegara jest podarunkiem od konsula Szwajcarii, a tarczę stanowią kolorowe kwiaty.
Park jest duży (67 tys. m2) i niezwykle różnorodny. Można tu zobaczyć palmy kanaryjskie, drzewa jacaranda, liczne kaktusy, fikusy i wiele roślin z Afryki i Ameryki Południowej. Jest tu też sporo rzeźb, fontanny i inne elementy małej architektury. To naprawdę bardzo fajne miejsce na odpoczynek!
I jeszcze ciekawostka, choć z gatunku tragicznych, o lotnisku Tenerife Norte, skąd lecieliśmy na La Palmę. Otóż w 1977 roku na lotnisku Norte doszło do katastrofy, która do dziś jest najtragiczniejszym wypadkiem w lotnictwie cywilnym. W wyniku zderzenia samolotu KLM i Pan American zginęły aż 583 osoby. Do wypadku doszło z powodu gęstej mgły, błędów w komunikacji, tłoku na lotnisku oraz chęci startu za wszelką cenę jednego z samolotów. Dziś głównym lotniskiem na wyspie jest inne lotnisko - Tenerife Sur.
W okolicy zaliczyliśmy jeszcze jedną atrakcję. W bezpośrednim sąsiedztwie lotniska Tenerife Norte zlokalizowany jest tor gokartowy Karting La Esperanza. Już na wejściu wszystko wyglądało mocno podejrzanie, sam tor był mocno przeciętny, a gokarty jeździły bardzo słabo. Przyjemności nie mieliśmy z tego żadnej, nie polecamy.
Na sam koniec kilka zdjęć z miejsca, gdzie mieliśmy wynajęty apartament i widok z naszej sypialni, znajdującej się na 7. piętrze wieżowca Mar y Sol. Pobudka z takim widokiem - bezcenne!
Mesa del Mar to miejscowość, która jest eksperymentem turystycznym. Jeszcze 70 lat temu był to dziki, niedostępny, bardzo wysoki klif, bez dróg i bez zabudowy. W latach 60. XX wieku kilku inwestorów postanowiło wybudować na tym niegościnnym skrawku ziemi mały kurort. Proponuję bliżej przyjrzeć się budynkowi na zdjęciu. Za moment okaże się, że to wyjątkowa konstrukcja.
Dach tego budynku jest jednocześnie... drogą dojazdową do całego kompleksu. Wracając do początków tego miejsca - najpierw poprowadzono drogę, który przypomina górskie serpentyny, wykuto tunel w skale prowadzący na plażę, a następnie zbudowano dosłownie kilka metrów od brzegu oceanu dwa potężne wieżowce i kilka mniejszych budynków. Pierwotnym przeznaczeniem wieżowców była funkcja hotelowa, ale szybko budynek przerobiono na zwykłe mieszkania.
W tle widać oba wieżowce - po prawej Los Ficus, a po lewej Mar y Sol, w którym mieszkaliśmy. Niestety, ta widowiskowa lokalizacja jest też źródłem poważnych problemów dla mieszkańców i właścicieli apartamentów. Zdarzają się osuwiska skalne, na skutek których kilka razy była zamykana widoczna na zdjęciu Playa de la Arena, sztormy potrafią uszkodzić niższe piętra wieżowców, a problematyczne jest też dostarczanie wody i odbiór ścieków. Problemów z wodą doświadczyliśmy zresztą na własnej skórze, bo była ona w kranach nieregularnie.
Ale nagrodą za te wszystkie niedogodności są fantastyczne widoki na wybrzeże, z Teide w tle. Tu akurat mamy widok z poziomu zero, ale chyba jeszcze bardziej efektownie okolica wygląda z poziomu 7. piętra, na którym mieliśmy apartament.
Dodatkowym bonusem tej lokalizacji był spory naturalny basen lawowy. Już pierwszego dnia skorzystaliśmy z możliwości kąpieli i bardzo dobrze, bo w kolejne dni albo wracaliśmy po zmroku albo wielkie fale wlewały się do basenu i na maszcie powiewała czerwona flaga zakazująca kąpieli. I tym miłym akcentem żegnamy się z Teneryfą.
Anaga
Jeden dzień naszego pobytu na Teneryfie przeznaczyliśmy na najbardziej dziki, a zarazem najmniej zmieniony przez człowieka obszar na wyspie. To położone na północno-wschodnim krańcu Teneryfy góry Anaga.
Góry Anaga to pod względem geologicznym najstarsza część Teneryfy, uformowana 7 mln lat temu. Co ciekawe, wówczas w miejscu dzisiejszej Teneryfy mieliśmy dwie wyspy - dzisiejsze góry Anaga i góry Teno po zachodniej stronie, przedzielone głęboką zatoką. Kolejne erupcje wulkaniczne doprowadziły do połączenia obu wysp, co nastąpiło ok. 3-5 mln lat temu. Natomiast znacznie później, ok. 1-2 mln lat temu uformował się wulkan Teide.
Naszym głównym celem w górach Anaga był trekking Sendero Roque de Taborno. Celem trekkingu jest obejście widocznej na zdjęciu, bardzo charakterystycznej skały o nazwie Roque de Taborno. Warto zacząć ten szlak względnie wcześnie, bo miejsc parkingowych jest bardzo niewiele, a potem kolejni turyści parkowali wzdłuż wąskiej drogi, co może skończyć się mandatem.
Wracając do gór Anaga, zachowały się tutaj lasy laurisilva, czyli wilgotne lasy wawrzynowe. W czasach prehistorycznych lasy te występowały bardzo często, ale obecnie pozostały jedynie na części Wysp Kanaryjskich, na Maderze i na Azorach, często zresztą w bardzo okrojonej formie.
Góry Anaga to obszar obejmujący ok. 150 km2, niemal niezamieszkany, z krętymi, górskimi drogami, zalesiony, choć wcale nie tak zupełnie odludny, bo turystów, zwłaszcza na popularnych trekkingach, było naprawdę dość sporo.
Trekking Sendero Roque de Taborno zaczyna się w bardzo malowniczo położonej wiosce Taborno. Niemal przez całą trasę można podziwiać obłędne widoki. Jeśli spojrzymy w lewo - górski grzbiet, w prawo - inny górski grzbiet, lekko do przodu - dramatyczny brzeg oceanu, przed siebie - imponujący monolit skalny. Pod względem krajobrazów - 10 na 10, nie można wymagać niczego więcej!
Do tego mieliśmy bardzo ładną, słoneczną pogodę, choć w niektórych miejscach wiał porywisty wiatr.
Wracając jeszcze do gór Anaga, charakterystyczne dla nich są strome wąwozy i głębokie doliny, a także wybrzeże klifowe z widokiem na Ocean Atlantycki. Wszystko to mogliśmy podziwiać w trakcie trekkingu.
Najwyższy szczyt w Anaga to Pico del Inglés, który sięga 1024 m n.p.m. Góry te są siedliskiem dla wielu gatunków endemicznych zwierząt, przy czym zdecydowana większość z nich to są niewielkie stworzenia - jaszczurki, chrabąszcze, motyle, żaby, itd. Z większych zwierząt można spotkać tu dzikie kozy i króliki, które zostały tu sprowadzone przez człowieka i powodują sporo szkód w rodzimej florze.
Trekking Sendero Roque de Taborno oceniamy bardzo wysoko, to było niesamowite przeżycie, fantastyczne widoki i bardzo duża satysfakcja. Dla nas to punkt obowiązkowy podczas pobytu na Teneryfie.
Naszym drugim celem w górach Anaga był krótki spacer w okolicy zwanej Sendero de los Sentidos. Sporym wyzwaniem okazało się znalezienie miejsca parkingowego na początku tego mini-szlaku. Parking był pełen, ale wystarczyło poczekać 10 minut, by jakieś miejsce zwolniło się. Już przy samym parkingu mamy efektowny punkt widokowy Mirador Cruz del Carmen, z którego ładnie widać odległy aż o 45 km w linii prostej szczyt Teide.
Sam spacer Sendero de los Sentidos to przejście takim lasem, jak na zdjęciu, przy czym jest tu trochę chodzenia w górę i dół, a przy deszczu prawdopodobnie piach na ścieżce błyskawicznie zamienia się w błoto. Spacer po tym lesie był doświadczeniem ciekawym, ale oczywiście poprzedni trekking był o dwie klasy bardziej emocjonujący.
W połowie spaceru jest jeszcze taki sympatyczny punkt Mirador del Llano de los Loros. Cały spacer liczył 1,7 km długości, przy przewyższeniu 100 metrów i zajął nam 45 minut.
Po łażeniu przez pół dnia mieliśmy wielką ochotę na relaks na plaży i ewentualnie kąpiel w oceanie. Znaleźliśmy bardzo dobrze wyglądającą plażę, przy czym musieliśmy przejechać na drugą stronę gór Anaga, co wymaga sporo czasu. Wreszcie dotarliśmy do Playa de Las Teresitas, bez problemu znaleźliśmy miejsce parkingowe, weszliśmy na faktycznie bardzo ładną plażę i... przeżyliśmy rozczarowanie i frustrację, gdyż wiał tak silny, chłodny wiatr, że o plażowaniu raczej mowy nie było, a i do kąpieli ten wiatr zupełnie nie zachęcał.
I tak nam minął dzień w górach Anaga. Miejscu ciekawym, bardzo różniącym się od reszty Teneryfy, z ciekawymi propozycjami trekkingowymi.
Dodaj komentarz