Kto nie myślał o wakacjach w Toskanii niech podniesie rękę! Toskania to często synonim wymarzonego urlopu w sielskiej krainie, gdzie życie toczy się zupełnie innym rytmem. Również w nas Toskania wzbudzała dodatkowe emocje. Dlatego postanowiliśmy nie zwlekać i odwiedzić ten osławiony, włoski region.
Polecieliśmy z Modlina do Pizy, tam wynajęliśmy auto i udaliśmy się na włoską prowincję do wcześniej zarezerwowanej, typowej toskańskiej willi z basenem (co prawda nie cała willa była „nasza”, ale oprócz nas i naszych współtowarzyszy podróży nie było w niej innych gości). Kamienne mury budynku otoczonego starymi drzewami sprawiały, że mimo upału na zewnątrz, w domu panował idealny chłodek.
Mieliśmy kilka z góry wytypowanych miejsc, które chcieliśmy odwiedzić, a przemieszczając się pomiędzy nimi docieraliśmy do tych, których nie było na liście, a które okazywały się perełkami. Zresztą już samo przemieszczanie się wśród toskańskich krajobrazów było ogromną przyjemnością!
Lukka, Gaiole in Chianti, Siena
Zwiedzanie Toskanii rozpoczęliśmy od miejscowości Lukka. Miasto to zostało założone ponad 2 tysiące lat temu przez Etrusków, a do dziś zachowało układ urbanistyczny z czasów rzymskich. Na zdjęciu jeden z największych zabytków Lukki - Kościół św. Michała Archanioła z XI wieku. Naszą uwagę zwróciła wspaniała romańska fasada z początku XII wieku.
W wielu elementach kościoła św. Michała widać wpływy orientalne, zwłaszcza Maurów. Na samym szczycie fasady umieszczono posąg archanioła Michała, który pokonał smoka. Niesamowite jest to, że przy całej bardzo burzliwej historii tego regionu, który w ostatnich kilkuset latach przechodził z rąk florenckich do austriackich, francuskich, wreszcie włoskich, a i druga wojna światowa też przewaliła się przez te tereny, przepiękny kościół pozostał nienaruszony.
W Lukce podobało nam się to, że zabytkowa, starsza część miasta jest wyraźnie oddzielona murami miejskimi od nowszej zabudowy. Można sobie spokojnie spacerować pomiędzy placykami, kościołami i chłonąć historię.
Inne, poza kościołem archanioła Michała, znaczące zabytki Lukki to: katedra św. Marcina, bazylika San Frediano, pozostałości amfiteatru oraz teatru z czasów rzymskich, a także mury miejskie z XII wieku.
A oto i wspomniana przed chwilą katedra św. Marcina. Można się doszukać pewnych podobieństw między kościołem archanioła Michała i katedrą, choćby delikatne, bardzo liczne kolumny na fasadzie. Wysoka dzwonnica powstała w XI wieku, natomiast kościół budowano przez kolejne 300 lat.
Bez wątpienia o uroku Lukki, podobnie zresztą jak wielu innych toskańskich miast i miasteczek, stanowiły wąskie, klimatyczne, pozbawione aut uliczki.
Bazę wypadową mieliśmy w środkowej Toskanii, w małej miejscowości Gaiole in Chianti. Chianti to region kojarzony głównie z produkcją wina, a samo Gaiole przez 400 lat było miastem granicznym pomiędzy Sieną i Florencją, co skutkowało licznymi zawieruchami przetaczającymi się przez ten obszar.
Chianti znane jest z win, a samo Gaiole in Chianti z wyścigu kolarskiego L'Eroica. Na niemal każdym kroku spotykaliśmy rożne drobiazgi z nim związane, a na zdjęciu sklep, w którym można było kupić wszystko związane z tym wyścigiem.
A to już panorama Sieny, miasta, które bardzo nam się spodobało. Obecnie jest to miasto 50-tysięczne, choć przed sześcioma wiekami miało trzykrotnie więcej mieszkańców. Wówczas Siena była uważana za jedno z najbogatszych miast Europy.
To w Sienie powstał pierwszy europejski bank - Monte Paschi di Siena, istniejący zresztą do dzisiaj. Rozwój miasta został zahamowany w XIV wieku, głównie za sprawą zarazy, która zabiła 2/3 mieszkańców miasta. Od tego czasu Siena znalazła się pod wpływami Florencjami i w jej cieniu.
Siena, jako jedno z nielicznych włoskich miast, zachowało do dziś antyczny układ miasta. Bardzo odważną decyzją władz Sieny było zakazanie w 1966 roku wjazdu samochodów do centrum miasta. Było to pierwsze miasto w Europie, które zdecydowało się na taki krok.
Podczas naszego pobytu w Toskanii (lipiec 2017 roku) było niesamowicie gorąco. Potem okazało się, że pobito wówczas jakieś stuletnie rekordy temperatur. Było tak gorąco, że w trakcie dnia, zwłaszcza w miastach, po prostu nie szło wytrzymać. Tymczasem w Sienie było przyjemnie. Wysokie, często kamienne domy, w połączeniu z bardzo wąskimi uliczkami dawały nie tylko dużo cienia, ale też taki przyjemny chłodek.
Piazza del Campo - główny plac Sieny, sfotografowany z wysokiej wieży Torre del Mangia. Plac ten jest szeroko znany z wyścigów... koni. Wyścigi te są elementów festynu Il Palio - odbywa się on dwa razy w roku i jest swego rodzaju rywalizację pomiędzy przedstawicielami siedemnastu dzielnic Sieny. Kulminacją tego festynu jest wspomniany wyścig koni, rozgrywany na dystansie trzech okrążeń wokół placu.
Widok z odwrotnej perspektywy, z placu del Campo na Palazzo Pubblico, ceglany pałac z początków XIV wieku oraz na Torre del Mangia, także z XIV wieku. Pałac długo pełnił rolę ratusza, natomiast wieża dzwonnicy.
O znaczeniu Sieny w średniowieczu może świadczyć też to, że ulokowano tu jeden z najstarszych europejskich uniwersytetów (założony w 1240 roku), ponadto ze Sieny pochodziło trzech papieżów: Aleksander III, Aleksander VII oraz Pius III.
Piękna gotycka katedra z XIII wieku to kolejny bardzo ważny zabytek Sieny. Co ciekawe, w XIV wieku rozpoczęto rozbudowę tego kościoła i gdyby plany zostały zrealizowane, byłby to największy ówczesny kościół na świecie. Niestety, rozbudowa została zarzucona na dość wczesnym etapie z powodu wspomnianej już wcześniej zarazy.
Wyróżnikiem tej katedry spośród innych kościołów bez wątpienia jest wykonana z marmuru posadzka.
Podsumowując - Siena bardzo nam się spodobała. W odróżnieniu od wielkiej i niesamowicie zatłoczonej Florencji, tu był spokój, porządek, ciekawe zabytki i bardzo fajna atmosfera.
Florencja, Castello di Brolio, San Gusme
Z dzisiejszej perspektywy oceniam, że do zwiedzania Florencji nie przygotowaliśmy się zbyt dobrze, co niestety wpłynęło na nasze ogólne wrażenia z tego miasta. Po przyjeździe do Florencji okazało się, że znalezienie miejsca parkingowego w sensownej granicy od centrum graniczy z cudem. Ponadto wjazd do centrum Florencji objęty jest poważnymi ograniczeniami, oznakowanie tej strefy pozostawia nieco do życzenia, a kary za wjazd bez pozwolenia są pokaźne. Do tego straszliwe korki, południowy chaos, no pierwsze wrażenie nie było najlepsze :). Ale gdy już zaparkowaliśmy, i poszliśmy do centrum, to budowle robiły wrażenie - na zdjęciu Baptysterium Jana Chrzciciela, najstarszy budynek na placu San Giovanni (datowany na IV-VI wiek, potem przebudowywany).
Trochę też nas zdziwiły wzmożone środki bezpieczeństwa. Za żołnierzami widnieje wejście do katedry Santa Maria del Fiore. Budowano ją, z przerwami, 600 lat!
Efekt końcowy jest jednak bardzo dobry. Absolutnie wyjątkowym elementem tej budowli jest kopuła (odrobinę widoczna na zdjęciu), zbudowana w zupełnie nowatorski sposób, bez użycia deskowania i rusztowań.
Nieco poszwendaliśmy się po Florencji i ostatecznie trafiliśmy nad rzekę Arno i słynny most Ponte Vecchio. Nie będziemy ukrywać, że miejsce to nie zrobiło na nas dobrego wrażenia. Arno, jak widać na zdjęciu, miała kolor zgniłozielony, porośnięta jakimiś mało estetycznymi glonami...
Rzeka ta wydaje się spokojna i leniwa, ale potrafi też być groźna. W 1966 roku poziom wody podniósł się tak bardzo, że woda wlała się na most Ponte Vecchio i porwała wyroby jubilerskie ze sklepów zlokalizowanych na moście. Miejscowa ludność ponoć bardzo gorliwie szukała w następnych dniach zagubionych kosztowności.
A wracając do słabych wrażeń, to na samym moście był taki tłum, że ledwo dało się przejść. O jakimkolwiek spokojnym rozejrzeniu się czy zrobieniu zdjęcia nie było mowy. Raczej trzeba było uważać, żeby przypadkiem nie zgubić latorośli. A sam most Złotników to już czwarty most zbudowany w tym miejscu (XIV wiek) i zarazem jest to jedyny most we Florencji, który przetrwał II wojnę światową. Pozostałe zostały wysadzone przez Niemców, a Ponte Vecchio miał mnóstwo szczęścia - został zaminowany, ale Niemcy nie zdążyli go wysadzić.
Reasumując wizyty we Florencji nie uważamy za zbyt udaną, po części z naszej winy (słabe rozeznanie), po części z winy ogromnych tłumów turystów. W innych okolicznościach prawdopodobnie nasze wrażenia byłyby o wiele lepsze.
Zamek Broglio to bardzo ważne miejsce dla tradycji winiarskich w Toskanii. To w nim narodziła się marka Chianti Classico, uważana za jedną z najbardziej prestiżowych w regionie.
Nie przypadkiem z zamku rozciągał się widok na okoliczne winnice.
W zamku Broglio małą przygodę zaliczył nasz najmłodszy syn. Gdy przechadzaliśmy się po murach zamkowych, zerwał się silny wiatr. Tak silny, że zwiał mu czapkę z głowy. Czapka pofrunęła kilkanaście metrów w dół do ogrodów.
Nie przejęliśmy się tym zbytnio - zwiedzimy zamek, a potem poszukamy zguby. Próbowaliśmy dotrzeć do ogrodów, ale wszystko było pozamykane na cztery spusty. Gdy wreszcie udało się spotkać kogoś z obsługi okazało się, że klucze do ogrodów ma tylko ogrodnik, którego aktualnie nie ma na miejscu i jeśli chcemy odzyskać czapkę, musimy przyjechać następnego dnia.
Czapka miała dla syna wartość sentymentalną, więc wróciliśmy i odzyskaliśmy zgubę. A sam zamek Broglio, położony wśród winnic i lasów, uznawany jest za najładniejszą tego typu budowlę w całej Toskanii.
Nie wszystkie drogi w Toskanii są takie jak na pocztówkach - asfalcik wijący się pośród żółtych pól, z alejami cyprysów po bokach. Bywało i tak - po kilku minutach takiej jazdy kolor naszego auta był nie do odgadnięcia :).
Miejscem, które całkowicie nas zauroczyło, była maleńka wioska San Gusme. To żywy skansen, całość wygląda tak, jakby czas zatrzymał się tu, i to nie 50 czy 100 lat temu, ale pewnie z 200 albo i więcej.
Nie ma w San Gusme jakichś konkretnych, cennych zabytków, ale miejsce to ma sielski, zaściankowy klimat.
San Gusme było jednym z tych miejsc, do których jechaliśmy bez wielkich oczekiwań, ot, akurat było po drodze, ponoć jest ładne, a na miejscu okazało się, że to mała perełka.
Bagni San Filippo
Toskania często kojarzy się ze zdjęciami alei cyprysów, na tle falujących wzgórz pokrytych żółtymi zbożami. Gdy tak sobie jeździliśmy po Toskanii, wypatrywaliśmy takich widoków i nie było tak, że były one co chwilę :). Niemniej, kilka razy na takie aleje trafiliśmy.
Krajobrazy jako takie były jednak ładne. Nawet jeśli nie było cyprysów, to ciągnęły się pola słoneczników albo winnice. Do tego teren Toskanii nie jest płaski, wszędzie są pagórki, wzgórza, co zawsze urozmaica teren i dodaje uroku.
Jak już trafiliśmy to sfotografowaliśmy tę piękną aleję z różnych perspektyw.
Niejednokrotnie robiliśmy stopy na małe sesje zdjęciowe. Pomagała też pogoda - było słonecznie, żadnych chmurek na niebie.
W Toskanii jedną z atrakcji naturalnych są ciepłe źródła, zwane tutaj Bagni. Spośród kilku źródeł zdecydowaliśmy się pojechać do Bagni San Filippo.
Bagni San Filippo znajduje się u stóp wygasłego wulkanu Monte Amiata. Fenomen tego miejsca polega na typ, że spod ziemi wypływa rzeczka bardzo ciepłej wody, a następnie kaskadami spływa sobie w dół.
Na różnych poziomach są utworzone, częściowo naturalnie, częściowo sztucznie, niecki, w których można zażywać kąpieli. Im wyżej położona niecka, tym wyższa temperatura wody. Najcieplejsza niecka oferuje temperaturę 52 stopni, niezbyt komfortową w pierwszym kontakcie :).
Mieliśmy obawy, że w środku sezonu turystycznego w Bagni San Filippo, jednej z większych atrakcji turystycznych Toskanii, będzie bardzo tłoczno. Ale w tym wypadku pomogła nam pogoda. Przy temperaturze powietrza ok. 35 stopni niewielu ludzi wpadło na pomysł, by wybrać się do gorących źródeł :).
Woda wypływająca spod ziemi jest nasycona licznymi minerałami, co z jednej strony skutkuje odkładaniem się wapnia, a z drugiej przyczyniło się do twierdzeń, że muł z tej rzeczki ma właściwości lecznicze. Niektórzy amatorzy kąpieli sprawdzali na sobie lecznicze właściwości mułu :).
Przez setki, a może tysiące lat natura wytworzyła takie cuda, które ładnie kontrastowały z zielenią lasu otaczającego Bagni San Filippo.
Mie muszę dodawać, że dla dzieciaków miejsce to było jedną z największych atrakcji podczas całego pobytu w Toskanii. Błoto, wodospady, cieplejsze baseniki, chłodniejsze, skakanie po kamieniach - po prostu raj dla urwisów :).
Warto też zaznaczyć, że w odróżnieniu od wielu innych, niezbyt tanich atrakcji w Toskanii, Bagni San Filippo jest atrakcją darmową. Na pewno jest to fajna odskocznia po zwiedzaniu cudów architektury we Florencji czy Sienie czy włóczeniu się po przepięknych małych miasteczkach.
Pienza, San Gimignano, Piza
Pienza - kolejne malutkie (2,2 tys. mieszkańców) i urocze toskańskie miasteczko. W opisach miasteczka zachwalano uliczki jako tonące w kwiatach. Tak chodziliśmy i szukaliśmy tych kwiatów i to było najlepsze, co znaleźliśmy :).
Tak naprawdę Pienzę można zwiedzić w godzinę - przez miasteczko prowadzi jedna główna uliczka, do tego parę zakamarków i to cała Pienza.
Pienza mieści się na wzgórzu, stąd też oferuje ładne panoramy na okolice.
Z Pienzy pochodził papież Pius II (urzędował w połowie XV wieku). To właśnie temu papieżowi miejscowość zawdzięcza swą obecną nazwę. Wcześniej nosiło miano Corsignano.
Pius II był także z innych względów bardzo ważną postacią dla Pienzy. Gdy został papieżem, zapragnął przebudować swoją rodzinną Pienzę w miasto idealne. Niestety, albo może stety, jego plany zrealizowano w niewielkiej części. Śmierć Piusa II zastopowała zmiany w mieście. Innym śladem po Piusie II w Pienzie jest bulla, która zakazała jakichkolwiek zmian czy modernizacji miejscowej katedry. A że bulla została wydana w 1462 roku, to katedra istnieje w niemal niezmienionej formie od ponad 500 lat.
San Gimignano to zagłębie fantastycznych lodziarni, dlatego też na dobry początek zaszliśmy do tej najbardziej renomowanej. Kupiliśmy lody, chcieliśmy sobie pstryknąć pamiątkową fotkę, a tu niespodziewanie objawił się taki mistrz drugiego planu. Małgosia nawet nie była świadoma pojawienia się na fotce tego pana. Gdy przeglądaliśmy wieczorem zdjęcia, bardzo się zdziwiła i szukając więcej informacji na temat tego miejsca odkryła, że owym przybłędą na zdjęciu jest sam Sergio Dondoli - lodowy mistrz świata! A lody były przepyszne!
San Gimignano ma cechę odróżniającą to miasteczko od innych toskańskich miejscowości. Na tym zdjęciu jeszcze tego nie widać, ale San Gimignano słynie z...
... licznych wież, które budowano tu pomiędzy XIII a XV wiekiem. Czworokątne, kamienne wieże wznosili zamożniejsi mieszkańcy, a pełniły one dwojakie funkcje - po pierwsze obronne w razie napaści, a po drugie, może nawet ważniejsze, były one wyznacznikiem statusu danej rodziny. Im ważniejszy obywatel, tym wyższa i bardziej okazała była wieża.
W średniowieczu takich wież było ok. 70, do czasów dzisiejszych przetrwało jeszcze 14.
Wieże stanowią o wyjątkowości miasteczka, ale całe centrum zachowało się niemal niezmienionym kształcie od czasów średniowiecza, dzięki czemu zostało wpisane na listę dziedzictwa UNESCO.
W przeszłości San Gimignano było znane także z upraw szafranu, który zbierano na okolicznych polach, a sam szafran był eksportowany do wielu miast w bliższej i dalszej okolicy. Kres świetności San Gimignano położyła, podobnie jak w wielu okolicznych miastach, epidemia zarazy z 1348 roku.
Piza ma oczywiście jedno główne skojarzenie - Krzywa Wieża (Torre Pendente). Na początek spójrzmy, jaki jest widok z wieży. Przed nami Pole Cudów, plac, na którym są najcenniejsze zabytki Pizy. Bliżej mamy katedrę zbudowaną w latach 1063-1118, a za nią stoi baptysterium, będące mieszaniną stylów romańskiego, gotyku i renesansu. Dla ładnych zdjęć fantastyczną robotę robiła też żywo zielona trawa.
Baptysterium już z daleka wyglądało imponująco, ale dopiero przyjrzenie się z bliska pozwala docenić kunszt średniowiecznych budowniczych.
Obok baptysterium mamy nekropolię Camposanto.
Oczywiście nie możemy nie pokazać zdjęcia słynnej Krzywej Wieży. Przechyliła się ona jeszcze w trakcie budowy, a potem przechylenie stawało się coraz bardziej widoczne i niebezpieczne. W 1990 roku podjęto nawet decyzję o zakazie wstępu do wieży z uwagi na groźbę zawalenia. Podjęto prace zmierzające do zmniejszenia przechyłu (ale w żadnym razie nie do całkowitego wyprostowania, bo wtedy przestałaby być taką atrakcją 🙂 ), co zakończyło się sukcesem i od 2001 roku znów można wieżę zwiedzać.
Na szczyt wieży wchodzi się spiralnymi schodami wzdłuż wewnętrznych ścian budowli. Z powodu przechyłu wieży chwilami wchodzenie do góry odbywa się z wielkim mozołem, by po przeciwnej stronie wieży przemierzanie schodów było bezproblemowe. I tak na przemian.
Jako że interesujemy się futbolem, zazwyczaj szukamy śladów piłkarskich w zwiedzanych miastach. Stąd też wypatrzyliśmy stadion Pisy, klubu raczej z drugiego, a nawet może trzeciego szeregu we Włoszech. Sam stadion z daleka też zbyt dobrego wrażenia nie robi - dziś w ten sposób już się stadionów nie buduje.
Nam Piza będzie się kojarzyć z jeszcze jedną rzeczą. Gdy przylecieliśmy do Pizy, była godzina 23. Musieliśmy tylko przemieścić się do pobliskiego miejsca noclegowego, a rano ruszyć na zwiedzanie Toskanii. Na dworze ciemno, ale powietrze było tak gorące, że aż przeszkadzało to w jakichkolwiek aktywnościach wymagających fizycznego wysiłku. Termometr pokazywał 38 stopni. W mieszkaniu, które na tę noc wynajęliśmy, było tak duszno, że wszystkie kołdry od razu poszły w kąt, a od samego leżenia w łóżku można się było spocić. Takiego ekstremum pogodowego jeszcze nie doświadczyliśmy.
Toskania jest często uważana za najbardziej atrakcyjny turystycznie region Włoch. Oczywiście trudno wydawać w tej kwestii autorytatywne sądy, bo choć w kilku innych miejscach Italii też byliśmy, to z pewnością jeszcze wiele ciekawych miejsc nam pozostało do zwiedzenia. Niemniej możemy potwierdzić, że jest to region piękny, różnorodny, oferujący bardzo wiele. Trzeba jednak mieć na uwadze, że w miesiącach letnich zwłaszcza w największych miastach turystów jest zatrzęsienie.
W bardzo słonecznej Toskanii spędziliśmy 10 dni. Czy to wystarczy, żeby dogłębnie i spokojnie zwiedzić cały ten dość spory region? Raczej nie. Musieliśmy wybierać, co zobaczyć, a co odpuścić, tym bardziej, że upalna pogoda nieco ograniczała nasze plany.
Czy Toskania spełniła nasze dość wysokie oczekiwania? Tak, jest to piękny zakątek Italii, z wieloma fantastycznymi zabytkami, pięknymi miastami (choć najważniejsze z nich, Florencja, akurat nas nie zachwyciła), mnóstwem klimatycznych małych miasteczek, urzekającymi krajobrazami i świetnym jedzeniem. Jakoś tak się złożyło, że Włochy są krajem, który najczęściej odwiedzamy i możemy postawić odważną tezę, że jeśli mamy czas/fundusze na zwiedzenie tylko jednego regionu w Italii, to Toskania byłaby fantastycznym wyborem.