Dlaczego Sycylia?
Zimą stanęliśmy przed dylematem, gdzie poszukać słońca, wyższych temperatur, a przy okazji miejsca, które po prostu byłoby ciekawe. Rozważaliśmy kilka opcji, ostatecznie zdecydowaliśmy się na Sycylię. Już pobieżna analiza atrakcji sycylijskich uświadomiła nam, że tydzień to za mało, by zwiedzić wszystkie ciekawe miejsca tej naprawdę dość dużej wyspy. W wariancie idealnym powinno się przeznaczyć tydzień na wschodnią Sycylię, kolejny tydzień na zachodnią, a jeszcze pewnie zostałoby sporo atrakcji na kolejną wizytę. My takiego luksusu czasowego nie mieliśmy, zatem wybraliśmy najlepsze – naszym zdaniem – atrakcje z całej wyspy, pomijając wiele innych, interesujących miejsc.
Czy warto jechać na Sycylię zimą?
Zima nie jest najpopularniejszym terminem na zwiedzanie Sycylii, ale z kilku względów może być to strzał w dziesiątkę. Po pierwsze zimą jest dużo taniej niż latem. Znacznie tańsze są loty, wynajem auta, noclegi. Razem może dać to znaczące oszczędności. Po drugie ruch turystyczny jest znacznie mniejszy niż w cieplejsze miesiące, co może polepszać odbiór wielu miejsc. Po trzecie wreszcie pogoda w miesiącach zimowych może wręcz sprzyjać aktywnemu zwiedzaniu. Latem przy temperaturach +30 stopni choćby trekkingi w pełnym słońcu mogą być kłopotliwe. W połowie lutego mieliśmy temperatury 15-19 stopni, w jeden dzień trochę popadało. Nam ta pogoda bardzo pasowała, choć może się zdarzyć, że dni deszczowych będzie więcej.
Atrakcje Sycylii
Co ciekawego może zaoferować Sycylia? Przede wszystkim mnóstwo bardzo ładnych miasteczek. Zwiedziliśmy miasta duże (Katania i Palermo), a także kilka mniejszych (Syrakuzy, Noto, Caltagirone, Taormina, Mazarra del Vallo, Cefalu) i bardzo małych (Forza d’Agro, Erice). Z każdego z nich wywieźliśmy miłe wspomnienia.
Poza tym liznęliśmy też ciekawej przyrody. Trekking po Rezerwacie Zingaro uważamy za jeden z najciekawszych w całej naszej podróżniczej karierze, z kolei Etna oferuje wiele różnych opcji. My wybraliśmy trekking po zboczach i byliśmy z tego wyboru bardzo zadowoleni. W zanadrzu mieliśmy jeszcze kilka innych trekkingów, na które jednak już nie starczyło nam czasu. Czego nie doświadczyliśmy z uwagi na porę roku? Kąpieli w morzu – na to było jednak za chłodno. Choć już np. na krótkie plażowanie w Zingaro pogoda była całkiem odpowiednia.
Czy Sycylia jest bezpieczna?
Czy przed podróżą na Sycylię można mieć jakieś obawy? Niektórzy obawiają się mafii/przestępczości/kradzieży i tego typu historii. W naszym odczuciu poziom bezpieczeństwa na Sycylii nie różnił się od wielu innych regionów w Europie. Nawet po zmroku bez obaw spacerowaliśmy i po mniejszych miasteczkach, i po tych największych.
Sporo obaw budzi też poruszanie się samochodem. I tu faktycznie musimy przyznać, że szczególnie w Palermo i Katanii jeździło nam się ciężko. Wąskie uliczki, korki, ciągłe trąbienie, jakieś innowacyjne zasady dotyczące pierwszeństwa, problemy z parkowaniem, do tego skuterki, które wciskały się w każdą lukę na drodze – to wszystko powodowało, że trzeba było bardzo uważać. Natomiast poza dużymi miastami jazda była bezstresowa. Zalecamy jednak wynajęcie auta z pełnym ubezpieczeniem, bo o drobne obtarcie nie jest tu trudno.
Auto wypożyczyliśmy na lotnisku w Katanii w firmie Locauto. Z auta byliśmy bardzo zadowoleni, proces odbioru i oddania auta bez zastrzeżeń. Przez tydzień objechaliśmy prawie całą wyspę, przejechaliśmy ok. 1200 km.
Wiele osób narzeka też na brud, walające się wszędzie śmieci, co bardzo psuje wrażenia. I faktycznie, trafiliśmy na miejsca, które wyglądały fatalnie, niechlujnie i budziły niesmak. Jednak takich miejsc było mniej niż się spodziewaliśmy. Wiadomo, że pod względem czystości daleko Sycylii do państw skandynawskich czy Bawarii, ale dramatu nie było.
Co zjeść i gdzie nocować na Sycylii?
Co jeszcze podobało nam się na Sycylii? Fantastyczne jedzenie. Restauracje wybieraliśmy dość starannie, kierowaliśmy się ocenami, opiniami i zaowocowało to tym, że jesteśmy zachwyceni miejscowym jedzeniem. I to zarówno tym obiadowym, jak i słodyczami. Z góry mieliśmy założone, że musimy spróbować arancini (smażonej w głębokim tłuszczu kulki z ryżowym nadzieniem), granity z brioszką (Sycylijczycy jedzą śniadania na słodko!), croissanta z kremem pistacjowym, cannoli z ricottą, pane e panelle (placuszki z ciecierzycy), makaron z pesto pistacjowym czy pastę alla norma. W Katanii popularna jest konina (mieliśmy okazję spróbować, ale się nie zdecydowaliśmy) oraz podroby w Palermo, które również sobie odpuściliśmy.
Podobnie dobrze trafiliśmy z noclegami – polecimy tutaj wszystkie nasze noclegi, bo z wszystkich byliśmy zadowoleni. Pułap cenowy w lutym dla wszystkich tych apartamentów to było mniej więcej 100 euro/noc dla 4-osobowej rodziny (we wszystkich mieliśmy zagwarantowane śniadanie). Jakby ktoś zechciał skorzystać z naszych doświadczeń, polecamy następujące noclegi:
- Mavà Bed & Breakfast w Katanii – nocleg bardzo blisko centrum Katanii, oferuje prywatny parking w cenie 20 euro/noc (warto skorzystać). Małym mankamentem był hałas z pobliskiej ulicy. Za to śniadanie było fantastyczne.
- Marla’s boutique rooms w Noto – super troskliwa gospodyni, bardzo dogodna lokalizacja, blisko centrum Noto. Śniadanie podano na tarasie na dachu budynku – bardzo fajna opcja.
- B&B Nencioli w Castellammare del Golfo – bardzo gadatliwa gospodyni, tu trzeba było trochę naszukać się miejsca parkingowego, bardzo dobra lokalizacja.
- B&B Le Stanze dell’Emiro w Palermo – najbliższa okolica apartamentu taka sobie, ale za to w miarę blisko najciekawszych atrakcji.
- Casa Francesco w Forza d’Agra – wygodny, duży apartament z genialnymi widokami z tarasu. Tu śniadanie robiliśmy sami ze składników pozostawionych w lodówce.
Podsumowanie
Podsumowując – Sycylia pod względem turystycznym jest ze wszech miar godna polecenia. My z naszej tygodniowej wycieczki jesteśmy niezwykle zadowoleni i uważamy, że jest to bardzo ciekawa opcja w trakcie polskiej zimy.
Wideopocztówka z Sycylii
Fotorelacja z Sycylii
Katania, Syrakuzy
Na nocleg wybraliśmy apartament położony bardzo blisko centrum miasta. Bardzo dużym plusem tej lokalizacji było to, że od razu po wyjściu z naszego lokum mieliśmy najciekawsze rewiry Katanii w zasięgu ręki. Jednak były też dwa mankamenty. Pierwszy - z cudem graniczyło znalezienie miejsca do zaparkowania auta (ten problem rozwiązał prywatny parking za 20 euro dziennie). Drugi - gwar miejski dobiegający z ulic trwał do bardzo późnych godzin i przeszkadzał w spaniu.
Katania jednak przede wszystkim istnieje w cieniu Etny. Z wszystkimi tego dobrodziejstwami (żyzne gleby wokół wulkanu, atrakcja turystyczna) oraz przekleństwami (większość działalności Etny jest co najwyżej dokuczliwa, choćby w postaci spadających pyłów, ale od czasu do czasu góra pokazuje swoją niszczycielską moc).
W jednym z takich ogródków spróbowaliśmy sycylijskiej specjalności - granity. Granita jest to lodowy przysmak, podobny do sorbetu, często podawany ze słodką bułką brioszką. Jako że w tej części Sycylii niezwykle popularne są pistacje, i to nie tylko jako smak granity, ale też jako nadzienie w wielu ciastkach, crossaintach, smak lodów czy składnik pesto itd., to zamówiliśmy właśnie granitę pistacjową.
Fontanna słonia to miejsce niezwykle charakterystyczne. Rzeźbę słonia wykonał w 1736 roku Vaccarrini, wzorując się na posągu słonia z Rzymu. Co ciekawe, na Sycylii kiedyś, w czasach przedhistorycznych, żyły słonie karłowate, których szczątki zostały na wyspie odnalezione. Na słoniu umieszczono egipski obelisk, który na Sycylię trafił prawdopodobnie w trakcie jednej z wypraw krzyżowych.
Jedną z budowli, która wielokrotnie doświadczyła na własnej skórze kapryśnego charakteru Etny, jest bazylika św. Agaty. Wybudowano ją w XI wieku, ale kilka razy była niszczona przez niszczycielski żywioł (a swoje dokładały też trzęsienia ziemi) i potem odbudowywana (na zdjęciu akurat jest opactwo św. Agaty).
Nieco żałowaliśmy, że nie trafiliśmy na obchody święta św. Agaty, które odbywają się na początku lutego, czyli krótko przed naszym przyjazdem. Dla naszej kultury jest to święto zupełnie nietypowe, z pochodami, w trakcie których przenoszone są drewniane, pozłacane, bogato zdobione konstrukcje, w rytmie radosnej muzyki, do tego dochodzą procesje, liczne fajerwerki, zdobienie ulic miasta licznymi iluminacjami, itd. Do Katanii zjeżdżają się tysiące ludzi, by wziąć udział w tym święcie. Nam to nie było dane, przynajmniej nie tym razem.
Na parę chwil wstąpiliśmy do term Achilliane. Imponujący jest wiek tej podziemnej budowli, znajdującej się pod Piazza del Duomo, powstała ona w IV-V w. n.e. Zobaczyć to miejsce można, ale na pewno nie jest to miejsce obowiązkowe przy zwiedzaniu Katanii. Cena za wejście dla naszej rodziny - 12 euro, adekwatna do tego, co zobaczyliśmy.
... ale przede wszystkim Etnę. I jest to widok znacznie lepszy niż z okna naszego balkonu. Po raz pierwszy Etnę widzieliśmy z góry, z samolotu. Wówczas wyglądała ona na wielką, ośnieżoną górę, dominującą nad okolicą. Z Katanii Etna wyglądała inaczej, śniegu za wiele nie widać. Gdy kolejnego dnia przemierzaliśmy sycylijskie drogi, jeszcze wielokrotnie wyłaniała nam się Etna, jeszcze z innej perspektywy.
Teatr rzymski z I w. n.e., zbudowany na ruinach jeszcze wcześniejszego teatru greckiego. Służył jako teatr aż do VI w. n.e. Zainteresowało nas w tym miejscu to, że został szczelnie zabudowany dookoła. Jak widać, niektórzy z okien czy balkonów mają piękny widok na tę historyczną budowlę. Ale to nie wszystko. Okazało się, że jeszcze w 1930 roku na widowni i na scenie były rozlokowane... domy! Znaleźliśmy nawet zdjęcie, jak to wyglądało. Potem domy usunięto i w efekcie mamy taki oto widok na teatr sprzed 2 tysiącleci.
Jeszcze niedawno Sycylia nie cieszyła się dobrą opinią w kwestiach bezpieczeństwa. Kilka lat temu problemem było ubezpieczenie wypożyczanego auta od kradzieży. No i do tego dochodzi osławiona mafia. Tymczasem w rankingu 100 najbardziej niebezpiecznych włoskich miast sycylijskie miejscowości wcale nie są w czołówce. Katania 23., Palermo 24., Trapani i Messina jeszcze dalej. Na czele Mediolan, Rimini i Rzym. I faktycznie, spacerując wieczorem ulicami Katanii czy Palermo nie mieliśmy żadnych nieprzyjemnych odczuć.
Nam Katania podobała się. Przeszliśmy się po centrum miasta wieczorem, zrobiliśmy też większy spacer kolejnego dnia. Korzystne wrażenie zrobił ogród Villa Bellini, via Etnea, a także okolice Piazza del Duomo. Z restauracjami/cukierniami trafiliśmy bardzo dobrze, apartament wygodny, a do tego pogoda dopisywała, więc opuszczaliśmy Katanię w dobrych humorach.
Pod względem kulinarnym Katania, jak i cała Sycylia ma bardzo wiele do zaoferowania. Mamy tu lokalne pyszności (ciastko po prawej to minne di Sant’Agata czyli cycek św. Agaty - składa się z ricotty, ciasta biszkoptowego i masy migdałowej, koniecznie z wisienką), a także sycylijskie specjalności (po lewej arancini - kulki ryżowe o różnorodnym nadzieniu, smażone w głębokim tłuszczu, u góry cannoli - rurki z nadzieniem z sera ricotta, a na dole crossaint o nadzieniu pistacjowym).
Miejsce to jest zasiedlone od 3,5 tys. lat! Na zdjęciu widoczne są pozostałości greckiej świątyni Apolla. Była to ogromna budowla (190x70 metrów), powstała 2600 lat temu i w trakcie swojego istnienia była kościołem bizantyjskim, meczetem, znów kościołem chrześcijańskim, by następnie na wieki znaleźć się pod ziemią, a na tej świątyni wybudowano... koszary.
Warto pociągnąć temat historii Syrakuz. Przez kilka wieków, mniej więcej od VIII w. p.n.e. do III w. p.n.e. panowali tu Grecy. Faktem mało znanym jest, że w początkowym okresie panowania Greków, przez mniej więcej 100 lat, Syrakuzy były najbardziej ludnym miastem Europy! Z liczbą mieszkańców ok. 60 tys. Syrakuzy wyprzedzały Rzym, Ateny, Sybaris czy Agrigento.
W czasach greckich Syrakuzy mieściły się głównie na wyspie Ortygia. To tu, na terenie o wielkości 1,5 km na 0,5 km umieszczono najważniejsze budowle ówczesnego miasta. Rzymianie rozbudowali miasto, choć, co fascynujące, dziś Syrakuzy liczą ok. 120 tys. mieszkańców, ledwie dwa razy więcej niż 2700 lat temu!
Kończąc wątek historyczny dodamy jedynie, że po Rzymianach w Syrakuzach panowali jeszcze Arabowie, Normanowie, Hiszpanie a przez jakiś czas także sami Sycylijczycy. Na zdjęciu długa na 400 metrów promenada Foro Vittorio Emanuele II, zwana przez miejscowych Foro Italico. Przy ładnej pogodzie doskonałe miejsce na spacer.
Źródło Aretuzy to naturalne źródło słodkiej wody, położone tuż obok morza. Z powstaniem tego miejsca wiąże się legenda o nimfie Aretuzie, która zamieniła się w źródło, uciekając przed bogiem Alfejosem. Jest to też jedno z trzech miejsc na Sycylii, a zarazem w Europie, gdzie rośnie papirus. Źródło Aretuzy w obecnej formie (półokrągłego kamiennego basenu) powstało w 1843 roku i od tego czasu wielokrotnie było natchnieniem dla pisarzy i artystów.
Wiele osób odwiedzających Sycylię bardzo narzeka na wszechobecny brud i śmieci walające się, gdzie popadnie. Niektórym potrafi to nawet mocno wpłynąć na odbiór Sycylii. Nasze odczucia nie były aż tak negatywne, choć bez wątpienia można by w tej kwestii sporo poprawić. Zwłaszcza w dużych miastach, poza najpopularniejszymi miejscami.
Syrakuzy przeżywały swój okres świetności za czasów greckich i rzymskich, czyli przez ponad 1000 lat. Po upadku Cesarstwa Rzymskiego miasto straciło na znaczeniu, a w IX w. po najeździe arabskim stanęło wręcz na skraju zupełnego upadku. Bardzo wiele szkód poczyniło też trzęsienie ziemi z 1693 roku. Dawnej roli i świetności Syrakuzy już nie odzyskały.
Nie ma co ukrywać - wiele miejsc w Syrakuzach, podobnie jak w wielu innych miastach Sycylii, jest mocno zaniedbanych. Często bardzo ładne kamienice bezpośrednio sąsiadują z budynkami, które są w ostatnim stadium przed zawaleniem. Mnóstwo było też domów, których bogate zdobienia wskazują na świetlaną przeszłość, ale teraźniejszość jest dla nich znacznie mniej łaskawa - odrapane tynki, pourywane rynny, graffiti na ścianach widzieliśmy dość często.
Jeszcze kilka słów o kwestiach praktycznych. Na Ortygię nie można wjechać samochodem bez specjalnego pozwolenia. Pozostawienie auta na którejś z ulic w pobliżu wyspy okazało się bardzo problematyczne. Wolnych miejsc nie było, za to podejrzani naganiacze z zerową znajomością angielskiego bardzo natarczywie zachęcali do skorzystania z ich usług. Ostatecznie zaparkowaliśmy na dużym, płatnym parkingu i chyba było to dobre rozwiązanie.
Noto, Caltagirone, Villa Romana del Casale
Po zwiedzeniu Syrakuz skierowaliśmy się na południowy wschód Sycylii. W tej okolicy aż roi się od pięknych, klimatycznych małych miasteczek. Chcąc nie chcąc musieliśmy dokonać wyboru. Odpuściliśmy takie miejscowości jak Modica (słynie z produkcji czekolady oraz najwyższego mostu w Europie), Ragusa (miasto składające się z trzech różnych miasteczek), Marzememi (malownicza wioska rybacka) czy Scicli (zachwyca barokową architekturą).
Otóż Noto zostało założone w starożytności i zapisało się w historii jako ostatni punkt oporu arabskiego na Sycylii. Arabowie zostali ostatecznie pokonani w 1091 roku przez normańskiego władcę Rogera I. W 1693 roku Noto zostało całkowicie zniszczone przez potężne trzęsienie ziemi. Postanowiono je odbudować, ale... 12 km od dotychczasowej lokalizacji. Na zdjęciu katedra San Nicolo oraz nieco po lewej Palazzo Landolina.
Podziwiając panoramę Noto z tarasu kościoła di San Carlo al Corso wróćmy do historii Noto. Miasto zostało zbudowane w krótkim czasie, wedle założeń Giovanniego Landoliny i trzech innych architektów. Podzielili oni obszar nowego miasta w następujący sposób: obszary najwyżej położone zajęła arystokracja i bogacze, w centrum ulokowano kupców oraz katedrę, a obszary najniżej położone przeznaczono dla biedoty.
W efekcie zbudowano przemyślane, kompaktowe miasteczko, w jednym stylu architektonicznym (baroku), co dało znakomity efekt. Co bardzo odróżniało Noto od innych miasteczek i zwłaszcza miast na Sycylii to niewielki ruch samochodowy. Centrum było niemal wolne od aut, a i na przedmieściach nie uświadczyliśmy korków ani problemów ze znalezieniem miejsca do parkowania.
Schody przed katedrą San Nicolo są imponujące, a samej katedrze niedawno przytrafiła się katastrofa. W 1996 roku w zabytkowej budowli prowadzono prace budowlane. Na skutek błędów ludzkich, a także trzęsienia ziemi sprzed kilku lat runęła kopuła, a także duża część nawy centralnej oraz bocznej prawej. Bezpowrotnemu zniszczeniu uległy wówczas cenne malowidła. Odbudowa trwała aż 11 lat. Ciekawą cechą katedry jest to, że w zależności od pory dni i kąta, pod jakim padają na nią promienie słoneczne, budowla mieni się różnymi kolorami.
Jedną z ciekawszych atrakcji Noto są schody Mariannina Coffa. Są na nich umieszczane instalacje, dające w efekcie coś w rodzaju muralu czy graffiti, choć nie są one malowane, a naklejane. Akurat chwilę wcześniej rozdzieliliśmy się i ja miałem szansę zobaczyć to dzieło prawie w całej okazałości. Gdy kilka minut później dotarła tu Małgosia z aparatem, część instalacji była już bezpowrotnie zniszczona. Pewnie za jakiś czas pojawi się tu nowy projekt.
Choć byliśmy na Sycylii w lutym, to - jak widać na tym zdjęciu - przydawały się czapeczki czy okulary przeciwsłoneczne. Przez cały nasz pobyt temperatury wahały się w przedziale 14-19 stopni (jedynie na Etnie było znacznie chłodniej), większość dni była słoneczna, jedynie jednego dnia przelotnie padał deszcz. Nie była to pogoda na kąpiele w morzu (choć plażowanie w ograniczonym zakresie wchodziło w grę), natomiast na aktywne zwiedzanie wręcz idealna.
Początkowo schodów było 150, a w kilku miejscach stworzono miejsca do odpoczynku. W XIX wieku stwierdzono jednak, że wchodzenie po tych schodach jest bardzo męczące i je przebudowano - zmniejszono nachylenie, likwidując przy tym miejsca na odpoczynek, zmieniła się także liczba schodów - na 142. Jak widać na zdjęciu, każdy stopień jest udekorowany innym wzorem z płytek ceramicznych. Zdobienia te zapoczątkowano w 1954 roku i wkrótce wszystkie stopnie były upiększone.
Jak to się stało, że mozaiki przetrwały w tak dobrym stanie przez prawie dwa tysiąclecia? Pomogła w tym naturalna katastrofa - osuwisko ziemi w XII wieku. Willa została wówczas zasypana i tylko najwyższe fragmenty budowli wystawały z ziemi. Fragmenty mozaik z willi wydobywano już w XIX wieku, natomiast ponownego "odkrycia" willi dokonano w 1929 roku.
Castellammare del Golfo, Erice, Mazara del Vallo
W tym miejscu napiszemy parę słów o mafii. Z tego, co się orientowaliśmy, problem mafii nie jest już na Sycylii tak wielki, jak było to kilka dekad temu. Turystów ta problematyka raczej nie dotyka, miejscowi też zbyt chętnie na ten temat się nie wypowiadają, co nie przeszkadza wykorzystywać motywów z "Ojca chrzestnego" na wielu pamiątkach.
O ile w Katanii, Syrakuzach czy Noto byliśmy dobrze przygotowani do zwiedzania, mieliśmy wydrukowane miniprzewodniki z najciekawszymi miejscami, a nawet trasą do zwiedzenia, to w Castellammare po prostu przechadzaliśmy się tam, gdzie nas nogi poniosą. Bez planu, bez atrakcji, po prostu obserwować codzienne życie miejscowych.
Pierwotnie tego dnia planowaliśmy wybrać się do rezerwatu Zingaro, ale bardzo niepewna pogoda (to był ten jeden dzień nienajlepszej pogody w trakcie naszego tygodniowego pobytu) skłoniła nas do zmiany planów. Zdecydowaliśmy się na zwiedzenie dwóch ciekawych, ale zarazem całkowicie różniących się miasteczek. Pierwsze z nich to Erice. Już brama do miasta była obiecująca.
Już sam wjazd do Erice dostarczał emocji. Z poziomu morza w kilka minut trzeba było krętymi serpentynami wjechać na wysokość 750 m n.p.m. W sezonie jest też opcja, by wjechać kolejką z Trapani, ale zimą jest ona nieczynna. We wszystkich opisach Erice wspominano, że jest to miejsce, które nadzwyczaj często tonie w chmurach i mgle. Cóż, sprawdziło się to 🙂.
Miasto zostało założone przez Fenicjan i początkowo nosiło grecką nazwę Eryx, od jednego z greckich bohaterów. Arabowie zmienili nazwę na Cebel Hamid, a Normanowie w 1167 roku na Monte San Giuliano. Ta ostatnia nazwa przetrwała przez blisko 800 lat i dopiero niedawno, w 1934 roku dokonano kolejnej zmiany i odtąd jest to Erice. Miejsce to bardzo nam się podobało, głównie przez to, że całkowicie różni się od innych miasteczek sycylijskich.
Na miejsce naszego spaceru wybraliśmy dzielnicę Kasbah. W dawnych czasach była to dzielnica arabska i ten charakter zachowała do dziś. Osiedlają się tu imigranci z północnej Afryki, w szczególności Tunezyjczycy. I choć sformułowanie dzielnica arabska w europejskim mieście niekoniecznie musi budzić dobre skojarzenia, to Kasbah jest podawany jako przykład bardzo dobrej asymilacji przybyszów z miejscową społecznością.
W pewnym momencie Małgosia została w tyle, coś tam fotografując, a Adaś zaczął się lekko nudzić. Dostał więc zadanie: "Pobiegnij wokół tego budynku, wróć z drugiej strony, mama do tego czasu do nas dołączy." Pomysł chwycił, Adaś pobiegł. Mija minuta, dwie, trzy, Adama nie ma. Przyszła mama, Adama nie ma. Zadzwoniliśmy do niego, okazało się, że nie mógł znaleźć drogi dookoła budynku, więc cały czas skręcał w lewo, a teraz to nie ma pojęcia gdzie jest. Gdzieś w środku arabskiej dzielnicy 🙂.
Na koniec krótkiego pobytu w Mazara del Vallo rzuciliśmy jeszcze okiem na katedrę del Santissimo Salvatore, przeszliśmy obok Łuku Normańskiego, będącego ostatnią pozostałością zamku zbudowanego w 1073 roku i zburzonego w 1880 roku, zjedliśmy smaczne lody i na tym zakończyliśmy ten pełen wrażeń dzień.
Rezerwat Zingaro
Prognozy pogody na kolejny dzień były optymistyczne, zatem wybraliśmy się na nasz pierwszy trekking na Sycylii do rezerwatu Zingaro. Można zacząć trekking od północy (od San Vito Lo Capo) lub od południa (od Scopello). My ze względów logistycznych wybraliśmy opcję nr 2. Od razu po kupnie biletów (5 eur od dorosłego) trafiliśmy na tunel, będący symbolem ochrony przyrody. W latach 80. ubiegłego wieku nie tylko planowano, ale nawet rozpoczęto budowę drogi przez tą okolicę. M.in. wydrążono ten właśnie tunel. Czynny opór okolicznych mieszkańców skłonił władze do przerwania budowy i utworzenia rezerwatu przyrody.
Na terenie rezerwatu Zingaro wytyczono 3 szlaki. Pierwszy wzdłuż wybrzeża, z możliwością dojścia do sześciu plaż (13 km długości). Drugi środkowy, oferujący widok z góry na brzeg morza i wspomniane plaże (w połączeniu z pierwszym szlakiem 10 km, ale znacznie większe przewyższenia). Trzeci, najbardziej wymagający i najdłuższy, wymagający dobrej kondycji, prowadzący przez trzy okoliczne szczyty, najwyższy Monte Speziale o wysokości 914 m n.p.m. (17 km, duże przewyższenie)
My wybraliśmy szlak nadmorski, gdyż chcieliśmy nacieszyć się plażami. Na zdjęciu widać już pierwszą z nich - Cala Capreria. Dojście do niej zajmuje ok. 20 minut i napotkaliśmy w necie opisy osób, które docierały właśnie do tej plaży i na tym kończyły eksplorację Zingaro. Tymczasem warto, wręcz należy iść dalej, bo na tym szlaku cały czas coś się dzieje!
Niekiedy, aby dotrzeć do plaży, trzeba było nadłożyć nieco drogi. Ten szlak daje wybór - można iść nieco dłuższą drogą, ciesząc oko kolejnymi plażami lub omijać plaże. My szliśmy na plaże, choć przy którejś kolejnej nasze dzieci zgodnie stwierdziły, że wolą poczekać przy odbiciu na plażę, aż rodzice nacieszą się plażą i do nich wrócą.
Ważna sprawa - zdecydowana większość szlaku nie daje żadnej ochrony przed słońcem i należy brać to mocno pod rozwagę. My byliśmy w Zingaro w środku zimy i przy temperaturze ok. 18 stopni maszerowało się znakomicie, natomiast latem przy temperaturach +30 stopni przyjemność może szybko zmienić się w udrękę. A po drodze nie ma żadnych możliwości kupna wody.
W sezonie rezerwat, jako jedna z największych atrakcji Sycylii, jest mocno oblegany przez turystów. Mogą być problemy z miejscem na parkingu przy wejściu, może być tłok na plażach, zwłaszcza tych w pobliżu obu wejść do rezerwatu. My napotkaliśmy tylko wycieczkę na pierwszej plaży, a potem z rzadka spotykaliśmy pojedynczych turystów, w tym naszych rodaków. Co nas w ogóle nie dziwiło, gdyż na całej Sycylii na Polaków trafialiśmy dosłownie co chwilę.
Patrząc na nieregularną linię brzegową Sycylii warto uświadomić sobie mało znany fakt. Pod względem geologicznym Sycylia znajduje się na płycie afrykańskiej, a granica pomiędzy płytą afrykańską i euroazjatycką przebiega na Morzu Śródziemnym pomiędzy Sycylią i kontynentalnymi Włochami. Jest to też powód występowania na Sycylii niszczycielskich trzęsień ziemi i zjawisk wulkanicznych.
Kolejna ciekawostka - w bliskim sąsiedztwie Sycylii znajduje się wiele mniejszych wysp. Mamy wyspy Liparyjskie ze Stromboli na północ od Sycylii, Egady na zachód, wyspy Pelagijskie ze znaną z napływu imigrantów Lampedusą na południe (choć już nieco dalej od Sycylii) oraz Pantellerię na południowy zachód.
Sycylia wraz z wymienionymi przed chwilą wysepkami tworzy region autonomiczny, który zamieszkuje ponad 5 mln ludzi. To więcej niż kilka średniej wielkości krajów w Europie, np. Chorwacja, Bośnia, Mołdawia czy Litwa. Średnia gęstość zaludnienie to 186 ludzi na km2, znacznie więcej niż choćby w Polsce.
Jak widać, rozmiary tej groty są całkiem spore, a nie jest to jedyna jaskinia na terenie rezerwatu. Najbardziej efektowna jest jaskinia Cork, ze względu na imponujące stalaktyty i stalagmity, a także podziemne jeziora. Inne dostępne jaskinie to Porco oraz Mastro Peppe Siino. Ta ostatnia, co ciekawe, służyła za schronienie ludziom jeszcze w poprzednim wieku.
Podsumowując - trekking po rezerwacie Zingaro liczył 13 km przy 560 metrach przewyższenia, zabrał nam niespełna 6 godzin. Atrakcyjność tego szlaku oceniamy bardzo wysoko, był to jeden z najciekawszych naszych trekkingów ever. Bardzo ładne plaże, interesująca przyroda, otoczenie gór, do tego słoneczna pogoda - wszystko dopisało. Jeśli ktoś lubi kontakt z przyrodą jest to pozycja obowiązkowa podczas pobytu na Sycylii.
Palermo
Palermo - największe miasto i stolica Sycylii. Na początek podzielimy się kilkoma praktycznymi informacjami. Przede wszystkim w centrum (i to nie tylko ścisłym) miasta jest wytyczona strefa, do której nie wolno wjeżdżać bez specjalnych pozwoleń. Warto ściągnąć sobie mapkę tej strefy i pilnować, by np. nie wynająć apartamentu wewnątrz tej strefy, gdy ma się wynajęte auto. My znaleźliśmy lokum blisko strefy i zarazem względnie blisko centrum - na piechotę do najatrakcyjniejszych miejsc w Palermo mieliśmy może z 15 minut.
Jeżdżenie autem po Palermo nie jest łatwe ani przyjemne. Korki, chaos na drogach, notoryczne trąbienie wszystkich na wszystkich, niedostatek miejsc parkingowych - to wszystko sprawia, że jeździ się tu ciężko. Na zdjęciu kamienica, na której zwracamy uwagę na liczne klimatyzatory. Latem bez nich może być w mieszkaniach mocno nieprzyjemnie.
Nieco przypadkiem trafiliśmy na targ w dzielnicy Capo. Kwestia dzielnic jest niezwykle istotna w Palermo, jeszcze szerzej o tym napiszemy, tutaj jedynie nadmienimy, że w ścisłym centrum poza Capo są jeszcze trzy inne dzielnice - Vucciria, Kalsa i Albergheria. Charakterystyczna rzecz na palermiańskich targach to częste skrapianie warzyw i owoców wodą, a nadmiar wody spływa chodnikiem.
Z tym panem wiąże się sympatyczna historia. Widząc Małgosię idącą z aparatem w ręku, pan widoczny na zdjęciu poprosił o zrobienie mu zdjęcia i wysłanie pocztą. Po czym wręczył karteczkę z adresem, oczywiście pocztowym:) Komunikacja odbywała się na migi, ale jakoś udało się dogadać 🙂 Zdjęcie oczywiście zostało wysłane!
Kilka słów o historii Palermo. Osada została założona w VIII w. p.n.e., a zatem podobnie jak mnóstwo innych miejsc na Sycylii miejsca by nie starczyło, by nawet w skrócie opisać najważniejsze dla tego miasta wydarzenia. Warto jednak zaznaczyć, że największy rozkwit Palermo nastąpił pomiędzy IX i XI w., gdy panowali tu Arabowie. Potem rządzili tu Normanowie, dynastie niemieckie, francuskie, hiszpańskie, a w końcu nastali Włosi. Nic dziwnego, że w Palermo mamy mieszankę różnych stylów, kultur, a samo miasto przez wieki cieszyło się sławą miasta kosmopolitycznego.
Oto przed nami pierwsza słynna budowla Palermo. Potężny, monumentalny gmach Teatro Massimo zaprojektowano i zbudowano w drugiej połowie XIX wieku, a miejsce pod budowę pozyskano, równając z ziemią część dzielnicy. Jest to jeden z największych teatrów w Europie i faktycznie, nawet oglądając go tylko z zewnątrz, czuć jego ogrom. Z kolei widoczne na zdjęciu schody teatru "zagrały" w finałowej scenie "Ojca chrzestnego".
My zaszliśmy tam niedługo po zjedzeniu śniadania, więc odpuściliśmy sobie degustację tutejszych specjałów. A te są nie byle jakie, największą sławą cieszy się pane con la milza – paski cielęcych wnętrzności, dla ciekawych - konkretnie płuc i śledziony 🙂. Nasz młodszy syn, wojujący wegetarianin, był szczerze oburzony i zniesmaczony tutejszą ofertą kulinarną.
Z pewnym żalem opuściliśmy dzielnicę Vucciria i na krótko zapuściliśmy się do dzielnicy Kalsa. Jednym z bardziej znanych miejsc w tej dzielnicy jest fontanna Pretoria. Początkowo została zaprojektowana do ogrodu w jednej z palermiańskich willi, ale ostatecznie została umiejscowiona w dużo bardziej prestiżowej lokalizacji.
Niestety, postacie ludzkie, a konkretnie niektóre szczegóły anatomiczne nie spodobały się miejscowym zakonnicom. Nie poprzestały jednak na niezadowoleniu, a z młotkami w dłoniach wybrały się na miejsce budzące zgorszenie, po czym w akcie protestu... odłupały rzeźbom nosy. Wygląda na to, że szkody po tym akcie wandalizmu zostały jednak naprawione.
Na razie jeszcze z pewnego dystansu widok na główne skrzyżowanie Palermo, czyli Quatro Canti. O samym skrzyżowaniu za moment, natomiast na zdjęciu jeden z czterech pałaców barokowych, jakie wzniesiono na rogach tego skrzyżowania. Wszystkie cztery pałace są podobne do siebie, a bardzo ważna jest ich symbolika. Ich fasady podzielono na trzy części. Fontanny i rzeźby na dolnym poziomie nawiązują do czterech pór roku, posągi na środkowym poziomie to czterej hiszpańscy królowie Sycylii, a na górnym poziomie umiejscowiono posągi patronek czterech dzielnic miasta.
Samo skrzyżowanie zostało zbudowane na początku XVII wieku, wówczas wytyczono też prostopadłe do siebie ulice via Maqueda i via Vittorio Emanuele. Ulice te stanowią do dziś granice czterech historycznych dzielnic miasta - Vucciria, Kalsa, Albergheria i Capo. A zdjęcie, które zamieściliśmy, jest takim fotograficznym "must do" w Palermo.
... zatem zajrzeliśmy do sąsiedniego kościoła Santa Maria dell'Ammiraglio (zwany też La Martorana), który był absolutnym zaprzeczeniem surowości. Tutaj wnętrza wręcz ociekały złotym kolorem. Mozaiki i freski na sklepienie były wręcz zachwycające. Na pewno warto tu zajrzeć i ponapawać oczy tym dziełem sztuki.
Nieco już zmęczeni spacerem po Palermo (przeszliśmy 7,5 km) zrezygnowaliśmy z wspinania się na taras widokowy na dachu katedry. W pobliskim parku spotkaliśmy znudzonego ulicznego grajka. Poprosiliśmy go, żeby nam zagrał "Bella Ciao" albo chociaż "Felicita". Okazało się, że... żadnej z tych melodii nie zna na tyle, żeby je zagrać. No nie powiem, zaskoczyło nas to.
Zespół miejski Palermo liczy 1,2 mln mieszkańców i jest piątym pod względem wielkości we Włoszech. Ciekawa jest nazwa portu lotniczego w Palermo - nosi on nazwę "Falcone-Borselino", co oczywiście ma upamiętnić dwóch dzielnych sędziów, którzy rzucili wyzwanie sycylijskiej mafii. Co, niestety, kosztowało ich życie.
W zestawieniach pokazujących zamożność regionów w UE Sycylia wypada bardzo słabo. Z krajów tzw. starej Unii podobnie kiepsko radzą sobie tylko niektóre regiony południowych Włoch oraz Grecji. Co więcej, kilka polskich regionów przegoniło Sycylię, w tym niektóre bardzo wyraźnie. I, niestety, zapóźnienia cywilizacyjne na tej wyspie widać. Zarówno w zaniedbanej i mocno podniszczonej infrastrukturze (ileż było "wiecznych" remontów na drogach, zwężeń na estakadach czy w tunelach), mnóstwie zapuszczonych czy nawet opuszczonych domów, do tego charakterystyczny dla południa Europy nieład, śmieci. Pod tym względem Sycylijczycy mają przed sobą bardzo dużo do poprawienia.
Czy podobało nam się Palermo? Pomimo nienajlepszego pierwszego wrażenia ostatecznie zdecydowanie tak. Miasto oferuje mnóstwo ciekawych, efektownych miejsc, a i kręcenie się po uliczkach Vucciri czy Capo było ciekawym przeżyciem. Na zdjęciu Palazzo Normano, którego największą atrakcją jest ozdobiona wspaniałymi mozaikami Capella Palatina.
Monreale, Cefalu
Niektórzy twierdzą, że zwiedzanie Palermo nie może być zaliczone, jeśli przy okazji nie odwiedzi się katedry w Monreale. Dla wyjaśnienia - Monreale jest miasteczkiem, które sąsiaduje z Palermo. Monumentalna katedra została ukończona w 1267 roku, a z jej budową wiąże się ładna, ale niezbyt realistyczna legenda.
Kolejny przystanek to 13-tysięczne miasteczko Cefalu, które jest jedną z największych atrakcji północnej Sycylii. Co wyróżnia Cefalu spośród innych sycylijskich miasteczek? Przede wszystkim położenie - jest ono wciśnięte pomiędzy morze a wielką skałę o nazwie "La Rocca", która góruje nad miejscowością.
Podobnie jak w kilku innych miejscach na Sycylii, także i w Cefalu natknęliśmy się na pięknie zdobione donice. Bardzo często takie donice są wyrabiane ręcznie i zdobione w motywy pomarańczy, cytryn, kwiatów lub opuncji. Obok misternie wykonanej ceramiki donice stanowią ważny element kultury Sycylijczyków.
W sezonie magnesem dla turystów w Cefalu jest zarówno piaszczysta plaża, jak i widok miasteczka na tle wysokiej na 268 metrów skały "La Rocca". Punktem obowiązkowym przy pobycie w Cefalu jest wejście (1 godzina dość uciążliwego marszu pod górę) lub wjazd (taki mieliśmy zamiar, ale super wąskie uliczki prowadzące na górę zniechęciły nas do tego pomysłu) na "La Rocca", ale że tego dnia mieliśmy jeszcze do przejechania ponad 200 km, a dzień pomału chylił się ku końcowi, to z żalem odpuściliśmy pomysł zdobycia tej skały.
Starczyło nam jednak czasu na zaglądnięcie do średniowiecznych pralni z 1514 roku. Nasze dzieci zamiast zgłębiać przeznaczenie tych dziwnych konstrukcji stwierdziły, że lepiej sobie poskakać 🙂. Całościowo Cefalu pozostawiło u nas pewien niedosyt, głównie dlatego, że 2 godziny spędzone w tym miasteczku to za mało, by je wystarczająco poznać.
Etna
A oto już Etna w pełnej okazałości. Chcieliśmy jeden dzień naszego pobytu na Sycylii poświęcić na ten wulkan. Opcji, jak to zrobić, było kilka. Mogliśmy przejechać pociągiem Circumetnea wokół Etny, mając po drodze piękne widoki na górę z różnych kierunków (mankament - pociąg jedzie pętlą przez 80% obwodu Etny i potem z powrotem). Mogliśmy spróbować wejść na Etnę, co nie jest szczególnie trudne technicznie, ale jest naprawdę kosztowne (kolejka + ratraki + teoretycznie obowiązkowy przewodnik do szczytu dla naszej rodziny oznaczało wydatek rzędu ok. 250 euro), a do tego zimowe warunki mogły utrudnić wejście.
Wybraliśmy zatem inne rozwiązanie. Poszukaliśmy trekkingu na zboczach Etny, który spełniałby następujące warunki: ciekawy, z widokami na Etnę, wymagający, ale nie wymagający specjalistycznego sprzętu. I taki znaleźliśmy! Szlak zaczynał się w Rifugio Citelli, na wysokości ok. 1700 m n.p.m. Początkowo prowadził niewysokim lasem.
Wkrótce drzewa zaczęły się przerzedzać, a my szliśmy cały czas pod górę. Pewną niewiadomą dla nas była temperatura, jaka będzie panować w okolicach 2000 m n.p.m. O ile na poziomie morza było 15 stopni, to przy starcie trekkingu na wysokości 1700 m n.p.m. już tylko 7 stopni. Wraz z wchodzeniem coraz wyżej robiło się odczuwalnie chłodniej, a do tego na odkrytych połaciach dość mocno wiało, co potęgowało odczucie chłodu.
Druga to widok na Valle del Bove, czyli Dolinę Bawoła. Jest to ogromna rozpadlina, długa na 10 km, szeroka na 3-4 km, z trzech stron otoczona wysokimi na kilkaset metrów urwiskami. Kolejne erupcje Etny dostarczają do doliny lawy oraz popiołu. A warto wiedzieć, że Etna ma mnóstwo kraterów, doliczono się ich 270 i nigdy nie można przewidzieć, z którego krateru nastąpi kolejna erupcja. Swoim ogromem Dolina Bawoła robiła wielkie wrażenie.
Etna jest jednym z najbardziej aktywnych wulkanów na świecie. Pierwszy udokumentowany wybuch miał miejsce 1500 lat p.n.e., a od tego czasu zanotowano 200 erupcji. Nawet pomiędzy erupcjami Etna często dymi. Niewykluczone, że widoczne na zdjęciu obłoczki to właśnie dym wydobywający się z Etny, bo akurat w tej okolicy nagle coś zaczęło nas gryźć w gardłach i podejrzewaliśmy, że to efekty pomruków wulkanu.
Najpotężniejszy wybuch miał miejsce w 1669 roku. Wówczas lawa pokryła obszar 37 km2 i dotarła nawet do Katanii, powodując spore straty. W odległości 30 km od Etny żyje 1 mln ludzi, a w odległości 100 km aż 3 mln ludzi, więc w razie bardzo silnej erupcji szkody mogą być ogromne. Na zdjęciu cel naszego trekkingu - szczyt o niezidentyfikowanej przez nas nazwie o wysokości 2310 m n.p.m.
Szczyt zdobyty! Nie był to jakieś niesamowity wyczyn, ale jednak 600 metrów przewyższenia to całkiem sporo, a sypki żwir pod nogami nie ułatwiał zadania. Bardzo fajne w tej trasie było to, że prowadziła pętlą. Jeśli to tylko możliwe, to staramy się tak wybierać trekkingi, żeby nie wracać tą samą drogą i tutaj ten warunek był spełniony.
Podsumowując trekking z Rifugio Citelli do Doliny Bawoła - przeszliśmy 7 km, co zajęło nam 4,5 godziny. Przewyższenie wyniosło 600 metrów. Trasę oceniamy bardzo wysoko - nie była nudna, krajobrazy zmieniały się kilka razy, widoki fantastyczne, była też umiarkowanie trudna, czyli tak akurat, żeby trochę się zmęczyć, ale żeby po jej przejściu była satysfakcja. A do tego wszystkiego fantastycznie dopisała nam pogoda.
W planie mieliśmy jeszcze jeden mini trekking. Dzieci zgodnie stwierdziły, że trekkingów na ten dzień im wystarczy i preferują poczekanie na nas w aucie, więc poszliśmy bez dzieci. Naszym celem był Monte Sartorius, nazwany na cześć niemieckiego fizyka i geologa, który badał wulkany. Poza Etną interesował się wulkanami na Islandii.
Cała ta okolica całkowicie zmieniła się na skutek wybuchu w 1865 roku - wówczas to powstała Monte Sartorius i okoliczne wzgórza. Sam spacer liczył skromne 3 km, zabrał nam niecałą godzinę, a przewyższenie to nie budzące grozy 140 metrów. Jak na tak krótki spacer, oferuje bardzo fajne widoki i na pewno jest godny rozważenia jako uzupełnienie poważniejszych wypraw. Uważamy, że będąc na Sycylii naprawdę warto chociaż dzień poświęcić na Etnę. My Etną po prostu się zachwyciliśmy.
Forza d’Agro, Taormina
Do Forza d'Agro trafiliśmy tylko dlatego, że w Taorminie noclegi były bardzo drogie, więc poszukaliśmy czegoś w okolicy i znaleźliśmy bardzo fajny nocleg właśnie w Forza d'Agro. Już sam dojazd do tego miasteczka był emocjonujący - serpentynami trzeba się było wdrapać na wysokość 429 m n.p.m. na górę Peloritani.
I właśnie dość trudny dojazd sprawia, że choć miasteczko to jest fantastyczne, to zagląda tu o wiele mniej turystów niż do Taorminy, Castelmoli czy Savoca. Na zdjęciu katedra di S. Maria Annunziata e Assunta, która została wzniesiona w XV wieku, już dwukrotnie ulegała poważnym zniszczeniom na skutek trzęsień ziemi, ale za każdym razem była pieczołowicie odbudowywana.
Taromina ma wręcz bajeczne położenie. Leży na zboczu góry Monte Tauro, na wysokości ponad 150 m n.p.m., jednocześnie mając widok na brzeg morza, na Etnę, a także na kontynentalne Włochy. Ponad Taorminą góruje zaś nieco mniejsza Castelmola. Miasteczkiem tym zachwycali się artyści, m.in. Goethe, Lawrance czy Iwaszkiewicz.
Na Sycylii chłopacy zdecydowanie udoskonalili metody poszukiwania lodów. Do tej pory, idąc przez miasto, wypatrywali napisu Gelateria i jak zauważyli, to sukces. Na Sycylii zaprzęgli do pomocy mapy Google, wpisywali Gelateria, patrzyli na oceny lodziarni, czy są aktualnie otwarte i jak do nich dotrzeć. Prawdopodobieństwo sukcesu znacznie wzrosło!
Scenę zbudowano z wapienia i marmuru, a widownia mogła pomieścić aż 10 000 widzów. Co ciekawe, w średniowieczu teatr pełnił rolę... twierdzy. Takie przeznaczenie miał za panowania zarówno Arabów, jak i Normanów. Ale już w XIX wieku doceniono jego znaczenie historyczne, odbudowano i udostępniono do zwiedzania. Obecnie odbywają się tu koncerty - grali tu m.in. Sting, Elton John, Liza Minnelli czy Eros Ramazzotti.
Taormina z jednej strony uważana jest za perłę wschodniej Sycylii, z drugiej jednak strony latem jest niesamowicie zatłoczona. Ceny usług noclegowych czy ceny w restauracjach są tu wyższe niż w innych sycylijskich miastach. My nie odczuliśmy zbyt mocno tych mankamentów, choć faktycznie noclegi były tu znacznie droższe niż choćby 15-20 km dalej.
W necie widzieliśmy wiele przepięknych zdjęć Isola Bella. Dlatego też chcieliśmy przyjrzeć się jej z bliska. Aby tego dokonać, trzeba było pokonać różnicę poziomu ok. 200 metrów między centrum Taorminy i brzegiem morza. W sezonie kursuje kolejka linowa, która pozwala oszczędzić schodzenia i wchodzenia po schodach, ale zimą jest ona nieczynna.
Przejść taki kawał i nie dotrzeć na wyspę? No nie, trzeba było wyspę zdobyć, mimo że wymagało to zdjęcia butów i przejścia przez raczej zimnawą wodę. Całościowo jednak, głównie za sprawą pochmurnej pogody, Isola Bella nie spełniła naszych oczekiwań. Nie wyglądała tak ładnie jak na wielu zdjęciach, które widzieliśmy. Z perspektywy czasu oceniamy, że lepiej było ten czas poświęcić np. na ścieżkę Saracenów do Castelmoli.
Ozdobna ceramika pojawiła się na Sycylii za sprawą Arabów mniej więcej tysiąc lat temu. Z kolejnymi wiekami Sycylijczycy udoskonalali swoje dzieła i dziś ozdobne płytki ceramiczne są używane nie tylko jako podłogi w domostwach czy kościołach, ale także jako ozdoby grobów, fontann czy schodów. Płytki mogą służyć także do oznaczenia numeru lub nazwy domostwa. Główne ośrodki produkcji ozdobnej ceramiki to Santo Stefano di Camastra, Caltagirone, Palermo i Trapani.
Miejscem, które przewyższyło nasze oczekiwania, był Ogród Publiczny imienia księcia Colonna di Cesaro. Został ufundowany w XIX wieku przez Lady Florence Trevelyan, tę od wyspy Isola Bella. Zwykle w tego typu ogrodach można spotkać różnorodną roślinność i oczywiście ten ogród pod tym względem był podobny do wielu innych.
Natomiast prawdziwą robotę robiły dwie rzeczy: różnica poziomów oraz kilka budowli wzniesionych w różnych punktach ogrodu. Zwłaszcza te budowle miały taki baśniowy, surrealistyczny charakter. Np. jedna z nich była zbudowana częściowo z cegieł, a częściowo z drewnianych szczap, które stwarzały wrażenie, jakby w każdej chwili ta budowla mogła się zawalić. A w sezonie to miejsce dodatkowo jeszcze zapewnia odrobinę ochłody i ochronę przed słońcem.
Pewnie nie, ale Taormina bez wątpienia jest miejscem bardzo ciekawym. Jest fantastycznie położona, ma swoje "must see" (Teatr Grecki), poza tym jest po prostu ładnym miejscem. My możemy jedynie trochę żałować, że nie było błękitnego nieba i słońca, bo wówczas nasze wrażenia zapewne byłyby jeszcze lepsze.
Zjazd z Taorminy na autostradę wyglądał tak, jak pokazuje nawigacja. Na początku myśleliśmy, że nawigacja zwariowała, ale faktycznie tak trzeba było jechać. Wiele rozwiązań drogowych na Sycylii było bardzo wymyślnych. Zwłaszcza węzły autostradowe projektowali ludzie obdarzeni naprawdę sporą wyobraźnią.
Dodaj komentarz