O Majorce myśleliśmy od jakiegoś czasu, ale letni wyjazd na tą wyspę z trzech powodów stawał się mało atrakcyjny. Po pierwsze wysokie ceny (lotów, wynajmu apartamentu, wynajmu auta), po drugie mnóstwo ludzi i po trzecie za dużo słońca i za wysoka temperatura. I dlatego na wakacje letnie ostatecznie wybieraliśmy inne lokalizacje. Aż któregoś razu pomyśleliśmy – a może by na tę Majorkę wybrać się zimą? W styczniu czy lutym na Majorce jest martwy sezon. Co za tym idzie, ceny wynajmu są kilkakrotnie niższe niż latem, auto było wręcz za pół darmo (530 zł za auto średniej klasy na 7 dni z pełnym ubezpieczeniem), loty też bardzo tanie. Oczywiście o plażowaniu nie było mowy – temperatura 16-20 stopni, trochę wiało. A to i tak nieźle, bo tydzień przed naszym przyjazdem i tydzień po było nieco chłodniej. Niemniej na zwiedzanie taka pogoda była super.
Cuevas del Drach, Portocolom, Es Trenc
Od dwóch lat zimą wypuszczamy się na południe Europy w poszukiwaniu słońca i przygód. I za pierwszym razem, i za drugim, tego pierwszego za wiele nie znaleźliśmy. Może więc do trzech razy sztuka? Tym razem wybraliśmy się na Majorkę. Oczywiście doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że w środku zimy nawet na Majorce plażowania nie będzie, dlatego nastawiliśmy się na poznawanie atrakcji tej wyspy. Na pierwszy ogień jedno z miejsc must see - Cuevas del Drach czyli Jaskinie Smocze.
Widzieliśmy już w życiu kilka jaskiń, ale ta na pewno jest w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o efekty wizualne. Ciekawostką jest fakt, że oświetlenie Jaskiń Smoczych zrobiono już w 1935 roku i od tego czasu służy ono turystom.
Dodatkowym atutem Jaskiń Smoczych jest duże podziemne jezioro o długości 100 metrów. Od blisko 100 lat tradycją jest, że zwiedzający mogą wysłuchać 10-minutowego koncertu muzyki klasycznej, a muzycy płyną łodzią po tym jeziorku. Całościowo miejsce to nas zachwyciło.
Po wizycie w jaskiniach zapuściliśmy się na południowy wschód Majorki. Gdy przejeżdżaliśmy obok ciekawej plaży - zatrzymywaliśmy się na parę chwil, gdy trafiliśmy na ładne miasteczko, też robiliśmy sobie niedługi spacer. Jednak już pierwsza z "ładnych plaż" uświadomiła nam, że martwy sezon obok bardzo licznych plusów ma też pewne minusy.
Gdyby nie te szczątki roślinne wyrzucane przez morze - kiepsko wyglądające i jeszcze gorzej pachnące, to byłoby ładnie 🙂.
Wkrótce trafiliśmy na pierwsze miasteczko - Portocolom. Ciekawa historia wiąże się z nazwą tego miejsca. Swego czasu mieszkańcy byli przekonani, że to właśnie tu urodził się Krzysztof Kolumb i postanowili go uhonorować w nazwie miasta. Po latach teza ta została obalona przez historyków, ale nazwa już pozostała 🙂.
Sennym i pustym uliczkom uroku dodawały okiennice, pomalowane w różne rzucające się w oczy kolory.
Bardzo charakterystyczne dla Portocolom były garaże dla łodzi, umieszczone pod nadbrzeżnym bulwarem.
Nasz fotograf, czyli Gosia, musiał koniecznie zajrzeć, jak wygląda taki garaż.
Ciekawe było to, że choć niektóre domy czy miejsca wyglądały na lekko zaniedbane, to widać było, że przykładano sporą wagę do zaskakujących detali, jak w tych właśnie schodach.
Ostatni rzut oka na zatoczkę w Portocolom i ruszamy w dalszą drogę.
A to już całkiem ładna Cala Figuera, która, niestety, będzie się nam kojarzyć nie z pięknymi widokami, a ze skandalicznym zachowaniem Adasia, które poskutkowało przedwczesnym opuszczeniem restauracji.
Na koniec dnia zostawiliśmy Es Trenc - największą i wedle niektórych opinii najlepszą plażę na całej Majorce. Z opinią, że jest największa nie będziemy dyskutować - faktycznie była długa, a parking przy niej ogromny. Natomiast czy najlepsza... Bardzo ciekawiło nas to, że dojazd do tej plaży prowadził bardzo wąska, 4-kilometrową drogą, gdzie w wielu miejscach minięcie się z autem z przeciwka było niemożliwe. Gdy my jechaliśmy, problemu nie było, gdyż byliśmy tam niemal sami, ale w sezonie na pewno byśmy nie chcieli się przeciskać tą drogą.
Mimo porywistego wiatru chłopacy próbowali mierzyć się z falami - kto będzie szybszy. Niekiedy tę walkę przegrywali 😉.
Plaża w Canyamel, miejscu naszego stacjonowania. Przy tej okazji dwa słowa o naszej miejscowości. W sezonie bez wątpienia jest to miejsce kipiące życiem - restauracje, sklepy, lodziarnie, kilka wielkich hoteli, mnóstwo mniejszych budynków. Zimą za to wymarłe miasto - sklepy wszystkie zamknięte, najbliższy 10 km stąd, hotele zamknięte, nieliczne mieszkania wynajęte, czynne jedynie dwie z trzech restauracji. Gdy zaszliśmy do jednej z nich, stanowiło to chyba takie święto, że właściciel przyszedł do nas pokazać nam papugę, a gdy wzbudziło to zainteresowanie chłopaków, to przyprowadził do naszego stolika... czarną owieczkę na smyczy (!!!). Ale za to z miejscem do parkowania auta nie mieliśmy najmniejszych problemów 🙂
Palma de Mallorca
Jeden dzień przeznaczyliśmy na stolicę Majorki, Palma de Mallorca. Miejsce, w którym żyje 1/3 Majorkańczyków. Nasz cel - zwiedzić trzy najważniejsze zabytki i połazić po mieście. Na zdjęciu pierwszy z nich - Katedra Matki Bożej. Byliśmy przygotowani i wiedzieliśmy, że spod katedry nie da się zrobić zdjęć, które ukazywałyby cały budynek. Jedyną szansą było zdjęcie zrobione z jadącego auta. I Gosia dała radę 🙂.
Budowa katedry La Seu, jak jest nazywana, rozpoczęła się w 1229 roku, ale trwała ok. 300 lat, a i potem ją przebudowywano. Jej znakiem rozpoznawczym są wielkie rozety z witrażami - tutaj widać kształt mniejszej z rozet, po drugiej stronie kościoła znajdowała się większa, 14-metrowa rozeta. Ta ściana katedry zwie się fasada de la Almudaina.
We wnętrzu katedry trzy elementy zasługiwały na uwagę - witraże, dające przed południem znakomite efekty świetlne, zawieszona nad ołtarzem konstrukcja autorstwa Gaudiego (bardzo dziwna, jak na kościół) oraz jedna z bocznych naw, która pasuje do reszty jak pięść do oka. Jednak pomimo tych zastrzeżeń katedra robi wrażenie.
W drodze do pałacu Almudainów zajrzeliśmy w jakiś zaułek, a tam stała taka ciekawa konstrukcja w kształcie drzewa, gdzie na każdym liściu wymieniony był jeden święty pochodzący z Majorki. Kilka miejsc pozostawiono wolnych.
Takie wąskie uliczki mogły nieco przypominać Neapol, ale tutaj było bez porównania bardziej schludnie.
I już jesteśmy w pałacu Almudainów. Został on zbudowany jeszcze w czasach panowania arabskiego, a po przejęciu przez Hiszpanów był kilka razy przebudowywany. W tym miejscu Adaś się zaśmiał - to kiedyś rycerze nosili sukienki?
Okazało się, że z wnętrz pałacu można zrobić jedno z lepszych zdjęć katedry 🙂.
Jeden z władców hiszpańskich doszedł do wniosku, że najlepiej przebudować ten pałac na wzór pałacu królewskiego we francuskim Perpignan. Pomimo tego, zachowały się jeszcze w tej budowli akcenty arabskie.
W tej efektownej sali Adaś wszedł sobie na zabytkowy dywan, ale pracownik muzeum był czujny i szybko przepędził małego łobuza.
I jeszcze chwila zadumy w pałacowej kaplicy.
Czas na spacer po Palmie. Tu naszą uwagę zwróciły fantazyjnie zabudowane balkony.
Choć do naszego trzeciego celu - zamku Bellver - był spory kawałek, postanowiliśmy przejść go na piechotę, gdyż po drodze była bardzo zachwalana w kilku blogach dzielnica Santa Catalina. Miały być domki rybaków, specyficzny klimat, ale jakoś tego wszystkiego nie zauważyliśmy. Po drodze trafiliśmy za to na widoczny na zdjęciu budynek dawnej giełdy towarowej.
Zamek Bellver był na górze, jak to często bywa z zamkami. Ale żeby prowadziło do niego 500 stopni (liczyliśmy!) to chyba już lekka przesada!
Uffff, nareszcie dotarliśmy do zamku. Góra, na której się on znajduje, ma 113 metrów n.p.m., a nazwa tego zamku oznacza 'piękny widok'. Faktycznie, roztaczał się z niego ładny widoczek na Palmę i zatokę.
Zamek ten zaczęto budować w 1300 r., a zatem pochodzi z głębokiego średniowiecza. Nietypowe w nim jest to, że jako jeden z bardzo nielicznych zamków z tego okresu został zbudowany na planie koła.
Dość długo zamek ten wykorzystywano jako więzienie i wiąże się z tym ciekawa historia. Najbardziej znanym więźniem był Gaspar de Jovellanos, asturyjski myśliciel, pisarz i filozof. W 1802 roku został wtrącony do więzienia przez swoich przeciwników (w dzisiejszej nomenklaturze był bez wątpienia więźniem politycznym) i kolejne 6 lat spędził właśnie w Bellver. Przez ten czas udzielał wielu światłych rad Majorkańczykom, zaszczepiając w nich nowe idee. Ponoć jego wpływ na życie społeczne wyspiarzy był ogromny. Gdy został ostatecznie uwolniony, przez kilka tygodni objechał całą wyspę, by poznać wszystkie miejsca, o których opowiadali mu współtowarzysze niedoli i inni rozmówcy. Dopiero później wrócił do domu.
Jakie wrażenie zrobiła na nas Palma de Mallorca? Wszystkie trzy zabytki były warte zwiedzenia, natomiast podczas przechadzania się przez kolejne dzielnice miasto to nie rzuciło nas na kolana. Niektórzy blogerzy po przejściu kilku uliczek zakochiwali się w Palmie, nas to nie trafiło 🙂.
No i jeszcze ta historia z lodami... Chłopacy bardzo chcieli lody. Przechodziliśmy koło jednej lodziarni, oni już ucieszeni, ale Gosia mówi: "Będą lepsze". Przy drugiej lodziarni to samo. Niestety, trzeciej już nie było. Delikatnie rzecz ujmując, popularność Gosi u chłopaków na skutek tego zdarzenia nie wzrosła 🙂
No tak, w relacji z tego wyjazdu nie mogło zabraknąć zdjęcia wiatraka. Adaś to psychofan (to dobre określenie, fan to za mało) wiatraków. Gdy tylko ujrzał jakiś wiatrak na horyzoncie, rozlegał się krzyk - "Natychmiast róbcie zdjęcie!" Po czym następowało pytanie, na które była tylko jedna prawidłowa odpowiedź: "Zdążyłaś?" Najzabawniejsze zaś było to, że podniecenie Adasia przy dwudziestym danego dnia wiatraku było identyczne jak przy pierwszym 🙂.
Valdemossa, Banyalbufar
Kolejny nasz cel to Valdemossa, spokojna, niewielka miejscowość położona nieco na północ od Palmy.
Powody, dla których odwiedziliśmy to miejsce, były dwa. Pierwszy był taki, że to bardzo ładne, jedno z najładniejszych, miasteczek na wyspie. Drugi to muzeum Fryderyka Chopina, który mieszkał tu przez kilka miesięcy na przełomie 1838 i 1839 roku.
Na azulejos postać św. Katarzyny z Palmy, patronki Valdemossy. Żyła ona w XVI wieku, była zakonnicą, a sławę przyniosły jej liczne wizje aniołów oraz świętych.
Dzięki pechowcowi-blogerowi, który nagrał filmik o atrakcjach Majorki, wiedzieliśmy, że do muzeum Chopina należy iść od rana (późnym popołudniem jest zamknięte), w katedrze w Palmie jest dość podobnie, a tramwaj w Soller należy sprawdzić, czy aby danego dnia kursuje 🙂.
Co nam się bardzo podobało - cisza, spokój, pusto. To na pewno różniło Valdemossę od gwarnej Palmy.
Zostawiamy jednak senne uliczki Valdemossy i kierujemy się do muzeum Fryderyka Chopina. Jest to drugie miejsce na świecie, po Warszawie, w którym zgromadzono tyle różnych pamiątek po słynnym kompozytorze. Przy czym Valdemossa bardzo dobrze wspomina Chopina, ale sam Chopin niekoniecznie tak dobrze wspominał Valdemossę i Majorkę 🙂.
Znaleźliśmy w necie kilka różnych wersji odnośnie pobytu Chopina wraz z jego partnerką George Sand i jej dziećmi na Majorce. Tu skupimy się na częściach wspólnych tych wersji 🙂. Zatem Chopin udał się na Majorkę w celu podreperowania zdrowia i uniknięcia długiej, szarej i mroźnej zimy na kontynencie. Początkowo wynajął dom w Valdemossie, ale wkrótce właściciel go wyrzucił (niektórzy twierdzą że z powodu podejrzenia gruźlicy, inni, że z powodu braku ślubu z George Sand, co nie podobało się tradycyjnym Majorkańczykom). Chopin i Sand byli zmuszeni przenieść się do klasztoru Kartuzów, którego dłuuugi korytarz widnieje na zdjęciu.
Do zwiedzania udostępniono cele, w których pomieszkiwał Chopin. Ponoć jemu się tu nie podobało, a jego partnerce nie podobało się jeszcze bardziej. Powodów było kilka - zła pogoda, zagubiony w urzędzie celnym w Palmie fortepian i problemy z mieszkaniem.
Z drugiej jednak strony listy, które Chopin pisał do przyjaciół z Valdemossy zdawałaby się przeczyć temu, że wszystko było źle. Podjęliśmy trud odcyfrowania tych bazgrołów i można się doczytać takich stwierdzeń jak "Niebo jak turkus, morze jak lazur, góry jak szmaragd, powietrze jak w niebie." albo "Mieszkać będę zapewne w przecudownym klasztorze, najpiękniejszej pozycji na świecie".
No więc coś tu się nie zgadza, albo Chopin dobrze ściemniał i robił dobrą minę do złej gry, albo historia dorobiła mu brodę 😉.
Patrząc na widoczki, jakie Chopin miał z tarasu, osobiście skłaniałbym się ku wersji, że historia dorobiła mu brodę 🙂.
- Adam, poznajesz tego pana na zdjęciu?
- Hm... Tak, poznaję!!!
- ooo, naprawdę?
- Tak, to Kubacki!!!
W muzeum znajduje się też fortepian Chopina, który w końcu po wielu perypetiach do niego trafił, zapisy utworów, które tutaj skomponował, a nawet bilet na prom, którym wrócił do Barcelony.
Majorka to nie tylko plaże, to także rolnictwo. Co prawda, większość terenów rolniczych znajduje się w centrum i na południu wyspy, a Valdemossa leży na północy w górach Serra de Tramuntana, ale i tu można było znaleźć tak zagospodarowane skrawki terenu.
Na tym zdjęciu zwrócę uwagę na przedmiot trzymany w ręku przez Jasia - to instrument o nazwie fletnia pana, który Jaś kupił w Valdemossie. Początkowo uczył się na nim grać, co odbijało się negatywnie na naszych uszach, ale trzeba przyznać, że szybko się uczył i pod koniec pobytu na Majorce potrafił już wygrywać naprawdę ładne melodie.
Podsumowując Valdemossę:
Valdemossa to urocze, małe miasteczko położone pośród gór. Warto tu zajechać.
Muzeum Chopina to ciekawe miejsce, z wieloma akcentami polskimi.
Fajne w małych miasteczkach jest to, że nawet taki niepozorny zaułek przyczynia się do tworzenia specyficznego klimatu w takich miejscach.
Pierwsze i słuszne skojarzenie z Majorką to są plaże. Ale Majorka to nie tylko plaże. To także góry. Przez północną część wyspy ciągnie się pasmo Serra de Tramuntana - długie na jakieś 100 km i szerokie na 10-15 km. Jeden dzień przeznaczyliśmy na jazdę wzdłuż tych gór i zwiedzanie kolejnych malowniczych miasteczek. Na pierwszy ogień poszła Valdemossa...
...a na drugi miejscowość Banyalbufar. Leży ona tuż nad morzem, ale równocześnie na zboczu góry. Charakterystyczne dla niej są takie właśnie tarasy, na których albo rosną sobie jakieś uprawy albo pasą się owce. I to właśnie owce były najczęściej przez nas spotykanymi zwierzakami na Majorce.
Banyalbufar zostało założone jeszcze przez Maurów i to właśnie Maurowie wymyślili system nawadniania, który działa do dziś. Chłopacy mieli od razu skojarzenie z lewadami na Maderze i było to skojarzenie jak najbardziej uzasadnione.
Ten leniwie wylegujący się kotek na dachu idealnie oddawał klimat tej miejscowości. Raz że obserwując wygląd domów, przejść między nimi, tych systemów nawadniania zdawało się, że czas tu się zatrzymał dość dawno temu, a dwa, że była tu cisza, spokój, brak ludzi. Tak jakby świat trochę zapomniał o tym miejscu.
Adaś się dziwi - o co modli się Jaś?
Deia, Soller, Port de Soller, Fornalutx
I już jesteśmy w kolejnej miejscowości - Deia. Deia jest opisywana jako międzynarodowy tygiel, ponoć połowa mieszkańców to obcokrajowcy. Z tego też względu ceny tu są wyższe niż gdzie indziej.
Także tu zrobiliśmy sobie półgodzinny spacerek, który najbardziej przypadł do gustu Adasiowi. Dlaczego? Poza wiatrakami uwielbia on armaty. A w Deia stały sobie dwie armaty na małym placyku. Podekscytowany Adam nawet nakręcił o nich film na kamerce 🙂. Gosia jednak woli pstrykać takie widoczki, armaty zignorowała 😉.
Przechadzając się po Deia, trafiliśmy na lokalsa sprzedającego dżemy z pomarańczy i cytryny. Choć cena niska nie była (5 euro za taki słoiczek), to jeden kupiliśmy i nie żałowaliśmy - był pyszny!
Ktoś chce kupić kawałek ziemi w takiej okolicy?
Jedna z naszych dewiz - w każdym miejscu znaleźć coś ciekawego dla siebie.
I przemieszczamy się do kolejnego miasteczka - to już Soller z niezwykle charakterystycznymi drzewami. Gdyby ktoś mnie zapytał, z jakim krajem kojarzą mi się takie drzewa, to w ciemno odparłbym, że z Hiszpanią.
W tle kościół św. Bartłomieja. Często w trakcie zwiedzania przechodzimy obok fantastycznych budynków, ale gdy nie ma czasu do kontemplację, to jednak nie docenia się w pełni ich kunsztu. Tu akurat czas mieliśmy, bo musieliśmy poczekać trochę na naszą kolejną atrakcję i w tym czasie podziwiałem kunsztownie wykończony kościół. A widoczne na pierwszym planie tory zdradzają, co było tą kolejną atrakcją.
A był nią jedyny na Majorce tramwaj, kursujący raz na godzinę między Soller i odległym o 4 km Port de Soller. W dodatku przejazd odbywa się zabytkowym drewnianym pojazdem. Ponoć niekiedy na trasę puszczane są pojazdy z 1913 roku (to także rok powstania tej linii), ale akurat my jechaliśmy wagonikiem, który mniej więcej 30 lat temu został pozyskany z Lizbony.
Dzieciom atrakcja się podobała, było głośno, wszystko skrzypiało, trzęsło, więc super 🙂. Mnie nie podobała się cena przejazdu - 7 euro od osoby i to w jedną stronę. Zasadniczo dzieci powinny płacić pełny bilet, konduktor policzył im ulgę, ale tak czy siak 21 euro za 20-minutową przejażdżkę niezbyt efektowną trasą to jednak lekka przesada.
Co więcej, trzeba jeszcze jakoś wrócić, bo przecież w Soller zostawiliśmy zaparkowane auto. Perspektywa wydania kolejnych 21 euro nie wydawała się zbyt kusząca. Ten problem zostawiliśmy jednak na później w nadziei, że jakoś się go rozwiąże i rozejrzeliśmy się po Port de Soller.
Znajduje się tu duży port jachtowy, ładna piaszczysta plaża, zatoka i cała turystyczna infrastruktura.
Niewątpliwie uroku dodawały rosnące na plaży palmy. Chłopcy od razu wzięli się za różne przedsięwzięcia melioracyjne, co dla Adasia skończyło się zamoczeniem butów, spodni i takim zapiaszczeniem...
... że aż trochę było nam wstyd jak opuszczaliśmy taksówkę, którą wróciliśmy do Soller (co bardzo ciekawe, postój taxi był niemal tuż przy końcowym przystanku tramwaju, i na tablicy była określona cena powrotu do Soller - konkurencyjne 9 euro).
Taksówkę wzięliśmy też dlatego, że zależało nam na czasie, Chcieliśmy jeszcze tego dnia zwiedzić najładniejszą miejscowość na Majorce (takie hasło widniało w naszym przewodniku) - Fornalutx. Dojazd do niej był ciężki - bardzo wąska, kręta droga, a gdy już wjechaliśmy, poczuliśmy lekkie rozczarowanie, miejscowość jak miejscowość, nothing special.
Wystarczyło jednak wyjść z samochodu i skręcić w któreś z wijących się w górę przejść, by zostać po prostu oczarowanym tym miejscem.
Wedle przewodnika to najlepiej zachowana na Majorce tradycyjna hiszpańska wioska w terenie górskim. Faktycznie domy wyglądają tak, jakby miały kilkaset lat, do tego dodające uroku donice z kwiatami i całkowity brak ludzi.
I sobie tak chodziliśmy tymi wąskimi uliczkami i podziwialiśmy.
I choć zmęczenie całym dniem pomału już dawało się we znaki, to zaglądaliśmy w każdy zaułek, bo może tam być coś ciekawego.
"Mam iść zobaczyć, co jest na górze?"
O proszę, tutaj na pewno było warto zboczyć. Fornalutx naprawdę było fenomenalne. Jak żywy skansen, do tego jakże inny od widoków, jakie mamy na co dzień.
I na koniec zdjęcie ekstra. Bardziej po lewej Jaś. Nieco na prawo, skaczący na maskę pędzącego auta Adaś. Na szczęście to tylko zdjęcie 🙂.
Ermita de Betlem, Cala Aguilla
Do tej pory sporo czasu spędziliśmy w aucie, więc na kolejny dzień wymyśliliśmy trekking. Tu się przydał nasz przewodnik po Majorce - zaproponował nam trasę do pustelni Ermita de Betlem. Niegdyś takie pustelnie były przy większości miejscowości na Majorce. Niektóre nie przetrwały, ale całkiem sporo jeszcze pozostało, Postanowiliśmy zdobyć jedną z nich.
Trzeba przyznać, że droga była niezwykle malownicza - po obu stronach ścieżki góry, a my wspinaliśmy się krętą ścieżką w górę doliny.
Po drodze spotkaliśmy rodzinę z Niemiec. Gdy ich mijaliśmy, zagadnęli nas, czy jesteśmy z Polski. Potwierdziłem, a oni na to "Lewandowski" i kciuk w górę. Z lekką nutką wyższości powiedziałem im, że Lewandowski przez 2 lata grał w naszym klubie, Lechu. Po czym pozostawiliśmy ich w stanie lekkiego zdziwienia 🙂.
W trakcie takich wypraw często robie chłopakom różne quizy czy pytania na zasadach z milionerów. Tak też było tym razem, Adaś szybko odpowiedział na wszystkie pytania z tematu ekstraklasa (mój błąd - pytania były za łatwe) i stwierdził, że teraz on będzie mi zadawał pytania z tematu Top Wings. Moja znajomość tego tematu jest niezwykle pobieżna, a pytania były dość szczegółowe...
Napociłem się co nie miara, ale stosując metodę eliminacji oraz analizując sposób zadawania pytań przez Adasia (gdy się dłużej zastanawiał nad którąś z odpowiedzi, znaczyło to, że jest to odpowiedź błędna) udało mi się przebrnąć przez 12 pytań i tuż przed wejściem do widocznej na zdjęciu pustelni wygrać milion! Do dziś czuję dumę na samą myśl o tym sukcesie! Z tematu Top Wings!
Wróćmy jednak do pustelni. Założono ją na początku XIX wieku, na wysokości mniej więcej 250 m n.p.m, i takie przewyższenie musieliśmy też pokonać od parkingu.
Nazwa de Betlem wzięła się stąd, że założyciel tej pustelni pierwszą noc w tym miejscu spędził w stajni.
W tle zatoka Alkudyjska. Ta wyprawa była znakomitym pomysłem - trochę się rozruszaliśmy, dotarliśmy do fajnego miejsca, po drodze podziwialiśmy piękne widoki, a pogoda była wręcz idealna do takiej wycieczki.
I znów, przechadzając się po jednym z miasteczek, Gosi wpadła w oko nietypowa fasada budynku.
A tu z kolei ktoś się mocno postarał i na pustym placyku porozkładał ciuchy w pacyfę, czyli symbol pacyfizmu.
Pod koniec dnia chcieliśmy jeszcze odwiedzić zamek na szczycie góry w Capdepera, ale GPS zaprowadził nas w miejsce, gdzie góra się zaczynała. Zadarcie głowy w górę i zwizualizowanie sobie, jak długo będzie trzeba iść pod górę, by dotrzeć do tego zamku podziałało demotywująco na całą naszą ekipę 🙂. Jednogłośnie stwierdziliśmy - wolimy plażę 🙂.
No bo zima zimą, ale być na Majorce i nie skorzystać choć trochę z plaży? Wybraliśmy Cala Aguilla. Wielka plaża, prawie cała dla nas. No więc, kozaki, wchodzicie do wody czy nie? 🙂
Woda miała koło 14-15 stopni, no nie zachęcała do bliższego kontaktu. Ale spróbowali i stwierdzili, że jest zimna, ale da radę.
Po chwili tak się rozbrykali, że Adam stwierdził, że może całe ubranie zdjąć, bo chce wejść głębiej (a 5 minut wcześniej wstydził się zdjąć spodnie, bo ktoś może jego gatki zobaczyć 😉 ). Na morsowanie zgody rodziców jednak nie było, ale i tak sobie poużywali.
I na koniec tej galerii, fotka z kawiarni w miejscowości Arta.
Zawsze przed każdą wyprawą robimy spis miejsc, do których za wszelką cenę staramy się dotrzeć. Na Majorce bez wątpienia takim miejscem była Sa Calobra. Sporą atrakcją okazała się już sama droga do tego miejsca - bardzo widowiskowa trasa przez góry Tramuntana, zaprojektowana przez włoskiego architekta Antonio Colla. Włoch zrobił kawał porządnej roboty, a na tym zdjęciu na GPS-ie uchwyciliśmy najbardziej charakterystyczny punkt tej trasy, tzw. krawat. To pętelka widoczna u góry ekranu - zjeżdża się z góry, następuje nawrót o 270 stopni i przejazd pod trasą, którą przed chwilą jechaliśmy.
W niektórych miejscach w sieci straszą tą trasą, że ekstremalnie trudna, tylko dla bardzo doświadczonych kierowców. Tymczasem droga była wystarczająco szeroka, bardzo dobrze utrzymana, a największe zagrożenie stanowiły fantastyczne widoki, które mogły odwrócić czujność kierowcy 🙂. Choć latem, gdy jeżdżą tu tabuny autokarów, jedzie się pewnie znacznie gorzej.
Dosłownie tydzień przed naszą wizytą Majorkę i wybrzeże Hiszpanii spustoszyła wielka burza, ponoć największa od lat. W kilku miejscach widzieliśmy szkody przez nią poczynione.
Po dotarciu do małej miejscowości Sa Calobra trzeba było przejść na plażę Torrent de Pareis i dalej do wąwozu o tej samej nazwie.
Niegdyś maleńka wioska rybacka Sa Calobra była miejscem zapomnianym przez resztę świata - trudno się tu dostać, leży całkowicie na uboczu głównych tras na Majorce. Dopiero odkrycie dla turystyki wąwozu Torrent de Pareis spowodowało wzrost popularności tego miejsca.
Miejsce mojego lekkiego zdziwienia. Po wcześniejszym researchu wiedziałem, że droga na plażę prowadzi przez tunel. Zatem wziąłem kamerkę, żeby uchwycić moment wyjścia z tunelu na plażę. Włączam record, idę przez ten ciemny tunel, zapowiadam, że tuż tuż wyjście na plażę, widać światło, wychodzę i... przede mną był drugi tunel, jeszcze dłuższy i jeszcze ciemniejszy w środku 🙂. Bywa i tak.
Na zdjęciu jeziorko, nie połączone z morzem, choć dzieli je od morza kilka, może kilkanaście metrów. Pływały w nim naprawdę duże ryby, doskonale widoczne w bardzo czystej wodzie.
A to chyba najbardziej charakterystyczne ujęcie plaży Torrent de Pareis. Z jednej strony wysoka skała, z drugiej tak samo, a pomiędzy nimi zejście do morza. Na mapach Google'a to miejsce ma nazwę Gates of Paradise. Zatem, przekroczmy te bramy!
Nadmienię jeszcze, że latem na takim zdjęciu byłyby setki ludzi, a zimą byliśmy tylko my.
Naszym celem była eksploracja wąwozu. Wiedzieliśmy, że przejście całości będzie niemożliwe - raz że zajęłoby to za dużo czasu, a dwa, że w porze zimowej, gdy z okolic górskich spływa sporo wody, bywa to niebezpieczne. Niektórzy ostrzegali nawet, że cały wąwóz może być zalany i jakakolwiek wycieczka w głąb jest niemożliwa. Tak źle na szczęście nie było :).
My chcieliśmy pójść tak daleko, jak to będzie możliwe.
Fantastyczne było to, że co chwilę zmieniał się tu krajobraz - raz były to krzaki porozrzucane na kamienistym gruncie...
... za chwilę przeprawa przez płytką, ale szeroką rzeczkę...
... a za moment jakieś gigantyczne skały zagradzające przejście. A jeszcze po drodze były takie atrakcje, nieuwiecznione na zdjęciach, jak choćby przedzieranie się przez gęste trawy, sięgające chłopakom do głowy albo obserwowanie z bardzo bliska kóz, które obgryzały sobie listki.
Przeszliśmy już ponad kilometr w głąb wąwozu. Zrobiliśmy tu odpoczynek i przyszedł czas na decyzję - próbujemy iść dalej (skala trudności wyraźnie się zwiększała) czy wracamy. Jaś najbardziej optował za dalszą drogą.
Adaś natomiast stwierdził, że będzie wędkował. Znalazł sobie wędkę i w tym małym jeziorku "łowił" ryby. Łowił do czasu, gdyż próba zajęcia dogodniejszego miejsca do wędkowania, tuż na prawo od miejsca, w którym stoi, skończyła się dla niego poślizgiem i efektownym zjazdem do wody 🙂. Cóż, jest dla niego nauka, że wędkarstwo też może być ryzykownym zajęciem 🙂.
Po chwili zastanowienia zapadła decyzja - Jaś z Gosią pójdą jeszcze kawałek, a ja z przemoczonym, ale nie tracącym dobrego humoru Adasiem będziemy pomału wracać.
A dalej też było ciekawie, inspirująco, intrygująco.
Jak tu znaleźć najlepszą drogę?
Ups, tego to już chyba nie przejdziemy...
Słowo podsumowania - wąwóz Torrent de Pareis jest miejscem genialnym. Tu można tylko i wyłącznie podziwiać naturę i jej wytwory. W dodatku, jak niemal wszędzie, byliśmy tu niemal sami.
Z pewnym żalem opuściliśmy wąwóz i skierowaliśmy się ku przylądkowi Formentor. Po drodze niespodzianka - policja zablokowała jedyną drogę, kazała nam zjechać i czekać. Po może 20 minutach nadjechały najpierw auta, a potem wyścig kolarski. Przyznam szczerze, że ogromne wrażenie zrobiła na mnie prędkość, z jaką kolarze mknęli w dół. Ja w bezpiecznym aucie nie przekraczałem na tych krętych drogach czterdziestki, a oni na rowerach mknęli jak szatany. Mały błąd i... lepiej nie myśleć co. Później sprawdziliśmy i okazało się, że byli to czołowi kolarze świata, którzy właśnie na Majorce rozpoczęli nowy sezon cyklem Majorka Challenge.
Przymusowa przerwa z powodu wyścigu spowodowała, że trzeba było zintensyfikować nasz program, aby dotrzeć przed zachodem słońca na Formentor. Po drodze jeszcze zahaczyliśmy o średniowieczne miasto Pollenca. Tu Gosię zachwyciło fantazyjnie poskręcane drzewo oliwne
Ale naszym celem w tym mieście były schody. A konkretnie 365 schodów (liczba oczywiście nieprzypadkowa) , prowadzących do..
... kapliczki wzniesionej na wzgórzu. Trzeba trochę popracować nad kondycją, bo pod koniec schodów przemknęło mi przez myśl, że przydałby się jakiś dodatkowy tlen 😉.
Schody zaliczone, zatem czas na Formentor. To przylądek w północno-wschodniej części Majorki, skąd można obserwować najpiękniejsze zachody słońca na wyspie. Dlatego należało się spieszyć, zwłaszcza że droga - podobnie jak ta do Sa Calobra zbudowana przez tego samego Włocha - była znów bardzo kręta i kilometry mijały bardzo powoli.
Ale zdążyliśmy! Gdy dojeżdżaliśmy, Gosia aż jęknęła - ale chmury (swoją drogą chyba największe w trakcie naszego tygodniowego pobytu na Majorce), nici z naszego zachodu słońca. Ale gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że chmury wręcz pomogły i dzięki nim mogliśmy podziwiać nierzeczywiste, surrealistyczne widoki. A słońce i tak dało radę przebić się między chmurami.
Els Calderers, Montuiri
Widzieliśmy już na Majorce jaskinie, plaże, duże miasto i małe miasteczka, widzieliśmy wąwóz, jechaliśmy tramwajem i zwiedziliśmy muzeum. Co zatem jeszcze robić? Szukaliśmy atrakcji i znaleźliśmy atrakcję.
To hacjenda Els Calderers - posiadłość zbudowana ok. 1750 roku i należąca do rodu hrabiowskiego.
Jeszcze nim zwiedziliśmy samą hacjendę, dzieci zawarły bliższą znajomość ze zwierzakami - konikami, osłami, świnkami, ale przede wszystkim ze stadem kózek, które sobie swobodnie biegały po terenie hacjendy.
Po drodze do hacjendy zajrzeliśmy do kuźni. W okresie swojej świetności w hacjendzie zatrudnionych było prawie 40 pracowników, którzy utrzymywali tą wielką posiadłość.
Główny budynek hacjendy był bardzo solidny, dwupiętrowy, zbudowany na planie kwadratu, ze sporym dziedzińcem pośrodku.
Przed hacjendą zadałem chłopakom pytanie - zastanówcie się, czy chcielibyście tu mieszkać?
Piwnica z winami z jednym bardzo fajnym bonusem. Była tu beczka słodkiego wina, które można było degustować. Ze względów oczywistych z całej naszej wycieczki skorzystała na tym tylko Gosia.
To miejsce lekko wzburzyło Adasia. Do czego służyły te karabiny - spytał. Do polowania na zwierzątka. A te rogi, to właśnie z upolowanych zwierząt. Adaś stwierdził, że bardzo brzydko robili z tym polowaniem i nie podoba mu się to miejsce.
Tu właściciel hacjendy przeprowadzał narady.
A to już jadalnia, przygotowana do posiłku.
W tej sali Adaś musiał sprawdzić czy pianino jest prawdziwe. Test wypadł pozytywnie 🙂.
A na pytanie czy chcieliby tu mieszkać odpowiedź była niejednoznaczna. Pomieszczenia dla hrabiów byliby w stanie zaakceptować, natomiast te dla służby zdecydowanie nie przypadły im do gustu 🙂.
Gdy wyszliśmy z hacjendy, by jeszcze raz obejrzeć zwierzątka, na nasze głowy spadło jedyne kilka kropel deszczu podczas całego naszego pobytu na wyspie. Przy tej okazji dwa słowa o pogodzie na Majorce na przełomie stycznia i lutego. Gdy sprawdzałem prognozy długookresowe, przewidywano 14-15 stopni, z możliwymi opadami i wiatrami. No tak bez szału. Rzeczywistość okazała się o wiele lepsza. Temperatura 16-22 stopnie, słońce niemal przez cały czas, chwilami pogoda na krótki rękawek, chwilami na bluzę, a w zacienionym wąwozie Torrent de Pareis co większe zmarzluchy założyły nawet kurtkę. Można jednak postawić tezę, że trochę szczęścia mieliśmy, gdyż tydzień przed naszym przyjazdem i tydzień po były już nieco chłodniejsze i z opadami.
Żegnamy zatem hacjendę i jedziemy szukać wiatraków, żeby zadowolić Adasia.
Znaleźliśmy w przewodniku informację, że w pobliskim miasteczku Montuiri znajduje się 21 wiatraków. Brzmiało jak wiatrakowy raj.
Zatem zaparkowaliśmy auto i udaliśmy się na poszukiwanie wiatraków. Póki co, wiatraków nie było, ale Gosia znajdowała co chwilę coś ciekawego do sfotkowania. Ja w tym czasie zawarłem znajomość z chłopakiem z Polski, który od wielu lat mieszka w tej miejscowości,. Pogadaliśmy i najciekawsze info, jakie od niego uzyskałem to było to, że w środku lata na Majorce nie da się wytrzymać (w środku wyspy temperatury do 40 stopni, a na wybrzeżu niemożliwe tłumy), w związku z czym jego rodzina w samym środku sezonu w celu wytchnienia jeździ na wakacje... do Polski 🙂.
Przed nami tzw. aleja wiatraków. Wszystko super, wygląda nawet całkiem całkiem, tylko gdzie te cholerne wiatraki? Adaś zaczął się już trochę niecierpliwić.
No niestety, to jeden z tych 21 wiatraków, pozostałe nic nie lepsze... W całej miejscowości znaleźliśmy ledwie jeden wiatrak ze skrzydłami. No, tym razem nie byliśmy zbyt usatysfakcjonowani.
Nie można w taki sposób zakończyć dnia, więc jeszcze podjechaliśmy do cichej i spokojnej miejscowości Randa, z której prowadziła droga na jedyną górę stołową na Majorce, o wysokości ok. 500 metrów n.p.m.
Wjechaliśmy na tę górę i tu mała niespodzianka. Spodziewaliśmy się, że największą atrakcją będzie sanktuarium de Cura, przerobione na hotel, a tymczasem najciekawszy z tej góry był widok. Z tego miejsca było widać, jak na dłoni, prawie całą Majorkę. Od Palmy de Mallorca na zachodzie, po góry de Tramuntana na północy i równiny przed górami, aż po znacznie mniejsze górki na wschodzie wyspy.
Przy tej okazji dwa słowa o autku i drogach na Majorce. Wypożyczyliśmy Nissana Juke, przez tydzień zrobiliśmy 1200 km, dzięki czemu zobaczyliśmy wszystkie najciekawsze miejsca na wyspie. Wbrew naszym obawom bardzo niewiele było dróg wąskich, podnoszących ciśnienie, a jeśli już to raczej krótkie odcinki. Co najbardziej zapamiętamy z dróg na Majorce to na pewno wszechobecne ronda, nawet na drodze ekspresowej. Generalnie po Majorce jeździ się spokojnie, bez większych stresów, a niektóre drogi, zwłaszcza w górach Tramuntana są niezwykle widowiskowe.
Szkoda, że na taki lokalny targ trafiliśmy ostatniego dnia naszego pobytu na wyspie, bo inaczej pewnie spróbowalibyśmy niektórych z tych smakołyków. Ciekawa jest nazwa miejscowości, w której był ten targ - Portocristo, czyli Port Chrystusa.
I na koniec dwa słowa podsumowania. Majorka ma wiele do zaoferowania, zarówno jeśli chodzi o atrakcje przyrodnicze, jak i urocze miasteczka. Do tego korzystaliśmy z uroków martwego sezonu - wszędzie (może poza Palmą) mało ludzi, pusto na drogach, parkingach, w samych atrakcjach, do tego loty za pół darmo, auto tanie, mieszkanie tanie. Latem, w środku sezonu, raczej bym się na Majorkę nie wybrał (pogoda, ceny, tłumy), natomiast na zimę był to fantastyczny przerywnik od naszej zimy.
Pod względem turystycznym Majorka bardzo przypadła nam do gustu. Wyspa jest na tyle duża, by oferowała mnóstwo różnych krajobrazów – od gór i wąwozów na północy, przez równiny na południu i sporo ładnych plaż wokół całej wyspy. Zwiedziliśmy stolicę (choć Palma de Mallorca jakoś specjalnie nas nie zachwyciła), ale też sporo małych, fantastycznych miejscowości (najlepsze w naszej opinii to Valdemossa i zwłaszcza Fornalutx). Rozmaitych innych atrakcji (muzeum Chopina, hacjenda, jaskinie, trekking do pustelni) było tyle, że spokojnie przez tydzień mieliśmy co robić.
Trzeba jednak pamiętać, że zimą, jako że jest to poza sezonem, w miejscowościach nastawionych na turystów potrafią być zamknięte restauracje i sklepy. Miejscowość, w której mieszkaliśmy – Canyamel – była niemal wymarła. Nam to specjalnie nie przeszkadzało, ale lepiej mieć to na uwadze. Podsumowując, postawię lekko zaskakującą tezę: Majorka zdecydowanie tak, ale nie latem, a poza sezonem!