W sezonie letnim Dolomity są niezwykle popularnym celem turystycznym. Ma to swoje dobre i złe strony. Bo tak – infrastruktura turystyczna (parkingi, informacja turystyczna, restauracje) jest przygotowana bardzo dobrze. Ale z drugiej strony przy największych atrakcjach jest dużo ludzi, bywają kłopoty z zaparkowaniem auta, a ceny wynajmu apartamentu są naprawdę wysokie. Początkowo planowaliśmy stacjonować w Cortina d’Ampezzo, ale koszty byłyby horrendalne, więc poszukaliśmy mieszkania kilkanaście kilometrów od tego kurortu.
Co oferują Dolomity? Przede wszystkim liczne, świetnie przygotowane szlaki w górach. My akurat wybraliśmy te bardzo znane, a zarazem niezbyt trudne. Trzeba jednak mieć na względzie fakt, że przy niesprzyjającej pogodzie (deszcz, wiatr) nawet względnie prosta droga może stać się zdradliwa i niebezpieczna. Taki przypadek mieliśmy z szlakiem do jeziora Sorapis. Gdy było sucho, pokonanie kamieni przy podejściu pod górę było proste. Gdy spadł deszcz, zrobiło się ślisko i dziękowaliśmy losowi, że najtrudniejszy odcinek mieliśmy już za sobą.
Poniżej przedstawiamy galerie z czterech szlaków, każdy inny, każdy ciekawy, z każdego inne wspomnienia.
Cinque Torri
Naszą bazą w Dolomitach stała się maleńka miejscowość o wdzięcznej nazwie Peaio, niedaleko Cortiny d'Ampezzo. Mieszkaliśmy tuż koło tego kościółka.
Nasz cel to eksploracja najbardziej malowniczych tras w Dolomitach. Trzeba przyznać, że pod względem dostępności turystycznej, liczby szlaków, schronisk, informacji turystycznej, parkingów wszystko jest tu bez zarzutu.
Szlak nr 1 - Cinque Torri. Startujemy z przełęczy Giau (2236 m n.p.m.) - tak wysoko nasze autko jeszcze nie było 🙂. Po lewej stronie widoczne schronisko Albergo Passo Giau, przed nami szczyt Ra Gusela.
Początkowo droga była super łatwa, ale przed nami pierwsze zadanie - trzeba trawersem, czyli zboczem przejść Guselę.
I tu już wymagania ciutkę wzrosły. Ale co to dla nas 🙂.
W trakcie wędrówki spotkaliśmy naszych rodaków, którzy wpatrywali się w coś. Zainteresowaliśmy się, a pani wyjaśniła nam, że obserwują świstaki. Dokładnie wyjaśniła nam gdzie są, więc patrzyliśmy, patrzyliśmy i trwały dyskusje - są te świstaki, czy ich nie ma? Coś tam się ruszyło - to świstak, czy wiatr tylko ruszył roślinę. Do jednoznacznych wniosków nie doszliśmy.
Ciekawostką zarówno na tym szlaku jak i na wielu innych było to, że istniały różne warianty dotarcia w to samo miejsce. Była ścieżka "dla wszystkich", była ścieżka wymagająca już pewnej sprawności, a także ferraty - tu z kolei przydawał się sprzęt specjalistyczny.
Ferraty nas kusiły, nawet sprawdziliśmy ceny wynajmu sprzętu, ale ostatecznie jeszcze tym razem odpuściliśmy. W przyszłości może spróbujemy.
Tu jeszcze wczesna faza wycieczki, więc zdjęcie nadaje się do publikacji 😉.
W którą stronę się nie obróciliśmy, to pasma górskie, szczyty, doliny.
Gdy może po godzinie podejścia w pełnym słońcu dotarliśmy do schroniska Averau (2413 m n.p.m.), zimna Cola i Lipton smakowały o wiele bardziej niż zwykle 🙂. I historyjka z cyklu potyczki Jasia z angielskim. Chciał pójść do schroniska po Liptona, ale nie wiedział, co powiedzieć. Więc miał sprawdzić czy mają -"Do you have Lipton ice tea?" - takie miał zadać pytanie. Chwilę go nie było, ale wraca - i oczom nie wierzę - z puszką Liptona. Załatwił bez płacenia! Lekko skonfudowany poszedłem zapłacić rachunek, ale plus dla Jasia za akcję! 🙂
Ze schroniska podeszliśmy kawałek pod górę Nuvolau, skąd się rozpościerał taki widoczek na szczyt Averau (2649 m n.p.m., wejść na niego można tylko przez ferraty) i leżące u jego stóp schronisko.
Ze szlaku mieliśmy dobry widok na Cortinę d'Ampezzo - miasteczko to leży w kotlinie, ze wszystkich stron otoczone jest wysokimi górami.
Chwilami ścieżka gdzieś ginęła i trzeba się było dobrze rozglądać, żeby nie tyle nie zejść ze szlaku, co nie wejść na jakiś inny szlak i zajść nie do końca tam, gdzie byśmy chcieli. A akurat w tej okolicy szlaków było bez liku.
O, flaga Polski! Niektóre szlaki w Dolomitach były oznakowane w ten sposób, choć chyba częściej trafialiśmy na "flagę Austrii".
Oto i jest Cinque Torri, czyli przekładając z włoskiego pięć wież. Jakieś takie skromne, małe te skałki...
... ale okazuje się, że wiele zależy od perspektywy, z jakiej się patrzy 🙂.
Mocno szukaliśmy w Dolomitach szlaków, które byłyby pętlami. I akurat szlak Cinque Torri taki był, przy czym droga powrotna bardzo różniła się od pierwszej połowy tej trasy.
Na tej wyprawie chłopacy mieli konkretne oczekiwania co do ciekawych historii. Zatem wjechała historia Bursztynowej Komnaty, Złotego Pociągu, a na deser zaserwowałem im historię zaginionej załogi statku Mary Celeste. Spośród tych historii wyobraźnię chłopaków najbardziej rozgrzała zdecydowanie Bursztynowa Komnata. Do tego stopnia, że Adaś zdecydowanie oświadczył, że na najbliższe imieniny chce dostać bursztyn, który następne rozda kolegom i koleżankom w przedszkolu 🙂. A imieniny już za parę dni...
Pogoda tego dnia dopisywała rewelacyjnie - ciepło, słonecznie.
Wspomnijmy jeszcze, że spośród pięciu wież, najwyższy szczyt to Torre Grande z wysokością 2361 m n.p.m.
Po pięciu godzinach nieco zmęczeni, ale bardzo zadowoleni wracamy na przełęcz Giau i żegnamy okolice Cinque Torri. Należy zaznaczyć, że ten szlak jest dostępny praktycznie dla każdego, nie ma tu żadnych większych trudności, a pod względem widoków jest znakomity.
We Włoszech Caynax chodził bez zarzutu, więc mamy szlak Cinque Torri w liczbach.
Lagazuoi
Cortina d'Ampezzo - miasto określane perłą Dolomitów, obok Bolzano jedno z dwóch najważniejszych miast tego regionu. Wkrótce ta nazwa będzie często gościć w mediach, gdyż w 2026 roku Cortina wraz z Mediolanem zorganizują zimowe Igrzyska Olimpijskie. My odwiedziliśmy obiekt, który nie będzie gościł olimpijczyków (skoki odbędą się na obiektach w Predazzo), ale który był obiektem olimpijskich zmagań w 1956 roku. Od 1990 skocznia w Cortinie nie posiada homologacji FIS i obecnie, jak widać, służy... piłkarzom.
Wyprawa druga - celem jest schronisko Lagazuoi, które jest położone przy szczycie o tej samej nazwie. Dodatkowym atutem tego szlaku było połączenie historii i wędrówek górskich. Historii, bo właśnie w tej okolicy rozgrywały się istotne wydarzenia I Wojny Światowej i do dziś pozostały fortyfikacje, tunele i inne militarne obiekty, z których utworzono coś w rodzaju skansenu - muzeum I Wojny Światowej.
Startujemy z przełęczy Falzarego (2105 m n.p.m.).
Na zdjęciach wyraźnie widać, że pogoda była znacznie bardziej niepewna niż na poprzedniej wyprawie. Prognozy dawały 50% szans na deszcz. Czyli będzie padać albo nie będzie 🙂.
Także i tu było kilka wariantów dotarcia do celu. Trochę żałowaliśmy, że nie wzięliśmy kasków, gdyż jeden z wariantów prowadził przez setki metrów ciasnych tuneli. Pewnie byłoby to niezłe przeżycie, ale nie ma co ryzykować. Może następnym razem.
A te tunele i widoczne na zdjęciu ruiny punktu obserwacyjnego to pozostałości po I Wojnie Światowej. To tu, na wysokości ponad 2000 m n.p.m. przebiegała linia frontu między Włochami i Austro-Węgrami.
Stąd też tyle tu obiektów militarnych.
Ciekawostką jest fakt, że Włosi próbowali nawet takich metod, jak podkop i wysadzenie części góry, by pokonać wroga. Plan częściowo się udał - wielki kawał góry o wymiarach 100x130 metrów został wysadzony, ale Austriakom nic się nie stało.
Można było iść ścieżką, ale można było wspinać się po ścianie i wleźć w ten wąski otwór. My wybraliśmy opcję rodzinną 🙂.
Szliśmy coraz bardziej w górę i zarazem coraz bardziej zbliżaliśmy się do chmur.
Tym razem odpoczynki skróciliśmy do niezbędnego minimum, gdyż opcja deszczu nikomu z nas nie była miła.
Weszliśmy na wysokość 2500 m n.p.m. Oznacza to, że nieco ponad połowa drogi za nami. Chciałoby się powiedzieć, że teraz już z górki, ale droga jednak cały czas prowadziła pod górę.
W odróżnieniu od poprzedniego dnia, gdzie wystarczył krótki rękawek, tym razem najpierw musieliśmy wyciągnąć bluzy, a po wejściu nieco wyżej także i kurtki.
Czy to na tę górę idziemy - pytali chłopacy. Chwila zastanowienia, zerknięcie na GPS, mapę i odpowiedź brzmi: nie! Tylko przechodzimy zboczem tej góry, a celem jest dopiero kolejna góra.
Hm... skąd ten nagły przypływ uczuć u chłopaków? Może mama coś im obiecała?
Niby zbocza jakoś szczególnie strome nie były, ale na wszelki wypadek Adaś miał iść po prawej stronie. Zaletą tego szlaku było to, że widoki, krajobraz diametralnie różniły się od tego wokół Cinque Torri. Tam było zielono, krówki, sielsko, tu z kolei roślinności niewiele, surowy krajobraz, nawet trochę księżycowy.
Podobnie jak szlak Cinque Torri, tak i ten był z gatunku dla wszystkich. Trudności technicznych nie było, jedyne utrudnienie, że cały czas pod górę, ale tak to już w górach jest 🙂.
No, Jasiu, to w którą stronę mamy teraz iść?
Jeśli ktoś chce bawić się kamieniami, to w tej okolicy nie będzie się nudził 🙂.
W tym nieco nieprzyjaznym, surowym miejscu znalazła się jednak mała oaza zieleni.
Jednym z atutów tego szlaku miały być tunele. Co prawda, najdłuższe z nich musieliśmy odpuścić z powodu braków sprzętowych, ale to nie znaczy, że wszystkie tunele miały nas ominąć. Ten otwór na zdjęciu to jeszcze nie było to, ale zwiastował, że tunele już są blisko.
"Możemy wejść?" - Inna odpowiedź niż 'tak' w ogóle nie wchodziła w rachubę 🙂.
Trochę ciemno, trochę strasznie, ale trochę o to w takich miejscach chodzi 🙂.
Szybko też okazało się, jakie było przeznaczenie tego tunelu. Obserwacja i ewentualny ostrzał wroga, który przemieszczałby się w dolinie poniżej.
Chłopacy mieli w tych tunelach łatwiej - dorosły przy momencie nieuwagi mógł przywalić głową w sufit, natomiast dzieci mogły dość spokojnie się poruszać po ciasnych przestrzeniach.
W takim miejscu mogliśmy nieco dłużej odpocząć - jeśli zaczęłoby padać, mogliśmy się schronić w tunelu 🙂.
I na koniec tuneli - stanowisko karabinu maszynowego.
Dotarliśmy do schroniska Lagazuoi, jesteśmy 2733 m n.p.m. - to nasza kolejna na tych wakacjach "życiówka"!
Ale możemy podejść jeszcze wyżej, na szczyt Lagazuoi Piccolo (2788 m n.p.m.) To już naprawdę prościzna, można tam nawet wjechać wózkiem dziecięcym. Idziemy!
Gdy dotarliśmy na szczyt, chmury zaatakowały. Widoczność jak na zdjęciu. Więc szybko parę fotek i...
... nagle jak lunęło, to w parę minut tak nas przemoczyło, że ciuchy i buty schły potem kilka dni 🙂. Ale dzięki temu będziemy tę wyprawę lepiej pamiętać.
I trasa na Piccolo Lagazuoi w liczbach. Zielona kropka to parking na przełęczy Falzarego, czerwona kropka to schronisko Lagazuoi, skąd już kolejką wróciliśmy na dół. Dobrze, że była możliwość powrotu kolejką, bo dość długi powrót w mokrych ciuchach mógłby zapisać się w naszej pamięci aż za dobrze 🙂. Szlak spełnił nasze oczekiwania, dodatkową atrakcją były tunele, a możliwość zjazdu kolejką ze schroniska (lub też wjazdu dla leniwych) bardzo nam się przydała.
Tre Cime
Trasa nr 3 w Dolomitach i kultowy szlak - dokoła Tre Cime di Lavaredo. Dla tych, którzy niekiedy narzekają na ceny parkingów przy wakacyjnych atrakcjach, czy ktoś przebije tutejsze ceny - 30 euro? 🙂
Na naszych oczach trwała walka chmur ze słońcem. Miejscami przewagę zyskiwały chmurki, ale słońce nie dawało za wygraną.
Punktem startu było schronisko Auronzo. Jak widać, niektórzy turyści pozostawiają tu po sobie pamiątki w postaci nazw swoich miejscowości ułożonych z kamieni.
Trzeba oddać sprawiedliwość, że szlak wokół Tre Cime jest bardzo widowiskowy - a to z jednej strony szczyty gór...
... a to świetnie wyeksponowana dolina...
... a to znów jakieś pasmo, przy czym po jednej jego stronie jest kłębowisko chmur, a po drugiej stronie niczym niezmącone widoki.
We wszelkich opisach tego szlaku zwraca się uwagę, że jest to szlak łatwy, dostępny dla wszystkich. I faktycznie, tak też było.
Ładnie widać, jaka droga już za nami.
Przy szlaku stoi też kapliczka Cappella Degli Alpini, upamiętniająca żołnierzy walczących w I Wojnie Światowej.
Po drodze trafiliśmy na tablicę poświęconą Paulowi Grohmanowi, austriackiemu wspinaczowi, który jako pierwszy zdobył wiele szczytów w Dolomitach, m.in. właśnie Tre Cime, Marmoladę czy Tofany. A miało to miejsce ok. 150 lat temu.
Gdy z daleka widzieliśmy drogowskazy, wysyłaliśmy chłopaków z misją - biegnijcie i pokażcie nam, gdzie trzeba iść. Niekiedy oznaczenia były jasne i klarowne, niekiedy nawet my musieliśmy pogłówkować, w którą stronę powinniśmy pójść.
Koniec końców, ani razu nie zabłądziliśmy 🙂
Ta dziwnie uformowana skała zdawała się nosić ślady ingerencji człowieka.
A oto i bohater naszej wędrówki. Ten szlak jest o tyle fajny, że prowadzi dokoła Trzech Szczytów. Efekt jest taki, że przez większość czasu jest widok na Tre Cime, ale co chwilę z innej perspektywy.
Czas na przedstawienie Trzech Szczytów: od lewej Cima Ovest (wł. Zachodni Szczyt – 2973 m n.p.m.), Cima Grande (wł. Wielki Szczyt – 3003 m n.p.m.), Cima Piccola (wł. Mały Szczyt – 2857 m n.p.m.)
Wiedzieliśmy, że na tym szlaku nie ma jakichś wielkich różnic poziomów. Ale w jednym miejscu nasz szlak przecinała dolina, odrobinę widoczna za Jasiem.
Gdy tak szliśmy najpierw mocno w dół, a potem mocno w górę, przelatywały nam przez głowę myśli - przydałby tu się jakiś wiadukt 😉.
Sporą atrakcją po drodze była akcja z helikopterem. Najpierw widzieliśmy jak duży helikopter leciał do pobliskiego schroniska, wylądował i po kilku minutach wracał z powrotem. Wyglądało to jak akcja ratunkowa.
Cima Ovest ma pewną ciekawą cechę. Na tej skale uformował się okap, coś w rodzaju dachu (bez podpór), który jest wysunięty aż na 40 metrów. To największy okap w całych Alpach i powoduje on, że w trakcie deszczu, jeśli nie ma silnego wiatru, całkiem spory kawałek ziemi przylegający do podstawy skały pozostaje suchy.
Adaś jest już całkiem duży, więc wie, że jak przed chwilą sporo zeszliśmy w dół, to zaraz będzie trzeba iść pod górę. I ta wiedza nie napełniała go specjalnym zapałem 🙂.
Ale jest, weszliśmy na tę górę!
Mieliśmy zdjęcia Tre Cime bez chmurek, mamy i z chmurkami.
To małe jeziorko na tyle zainteresowało chłopaków, że zeszli ze szlaku, by bliżej mu się przyjrzeć.
A do parkingu był już bardzo niedaleko.
Na trasie wokół Tre Cime wszystko dopisało - pogoda, widoki, dobry humor. A i tym razem załapaliśmy się obiad w chacie Malga dei Pastori. leżącej na szlaku. A nie jest to wcale takie oczywiste, bo kwestie obiadowe były w Dolomitach bardzo problematyczne. Z reguły startowaliśmy na szlak z rana, schodziło się kilka godzin, gdy dochodziliśmy do celu była zwykle 14-15. Niestety, właśnie wtedy w większości restauracji zaczynała się dłuuuga sjesta, trwająca często do 19.
Wracając zahaczyliśmy o jezioro Misurina. Z akwenem tym wiąże się ciekawostka olimpijska. Otóż podczas igrzysk w Cortinie d"Ampezzo w 1956 roku na Jeziorze Misurina rozgrywano konkurencje w łyżwiarstwie szybkim. Był to ostatni przypadek, by zawody w tej dyscyplinie rozgrywano na naturalnym zbiorniku - od kolejnych igrzysk budowano już specjalne obiekty na potrzeby łyżwiarzy.
Niekiedy atrakcje określane jako kultowe czy obowiązkowe są nieco przereklamowane, natomiast szlak wokół Tre Cime z całą pewnością przereklamowany nie jest.
Sorapis
Ostatnia nasza wyprawa - tym razem startujemy z przełęczy Tre Croci (1809 m n.p.m.) i chcemy dostać się do jeziora Sorapis.
Podobnie jak poprzedniego dnia, prognozy były nieszczególnie optymistyczne, więc dość często spoglądaliśmy w niebo. Póki co, wszystko było ok, szliśmy sobie lasem, a od czasu do czasu las się przerzedzał i pojawiały się ładne panoramy.
Tym razem Jaś dostał do noszenia plecak, a w nim sprzęt wspinaczkowy - liny, uprzęże, na wypadek, gdyby znów trzeba się związać, jak na Mangarcie.
Droga do celu była dość długa, ale ciekawa i zróżnicowana. Były przejścia takimi kładkami nad wyschniętymi strumieniami, były chwile wspinania po kamieniach, było też przeskakiwanie nad rzeczką...
... były też wąskie ścieżki, na których trzeba było zachować wzmożoną ostrożność...
... a na trudniejszych fragmentach były też stalowe liny. Akurat na żadnym zdjęciu tego nie widać, ale szlak do jeziora Sorapis był najbardziej zatłoczony z wszystkich, które zaliczyliśmy w Dolomitach. W sporej części wynikało to z tego, że nie była to pętla - ta sama droga prowadziła tam i z powrotem.
I w końcu jest - jezioro Sorapis, 1923 m n.p.m. A za jeziorem widoczny jest szczyt o bardzo ciekawej nazwie - Dito di Dio, czyli Palec Boga (2603 m n.p.m.).
Adaś po drodze do jeziora zaliczył moment, w którym stwierdził, że dalej nie idzie (co ciekawe, nie dlatego, że był zmęczony, odmawiał trzymania się stalowych lin), więc Gosia z Jasiem mieli trochę czasu na fotki. A ja w tym czasie negocjowałem z Adasiem 😉. Prośby nic nie dały, dopiero groźby zadziałały.
Skąd się w ogóle wzięła nazwa tego jeziora? Od masywu górskiego Sorapis, a samo słowo Sorapis w lokalnym dialekcie oznacza 'nad wodospadem'.
Druga kwestia - skąd się bierze mleczno-turkusowy kolor wody w jeziorze Sorapis? Jest to "wina" pyłu skalnego, drobnych okruchów skał wapiennych z okolicznych szczytów. Woda z dodatkiem pyłu odbija światło w taki sposób, że woda przybiera niecodzienną barwę.
W jeziorze obowiązuje zakaz kąpieli i chyba dobrze, zważywszy na liczbę turystów, którzy tu docierają.
Można spotkać opinie, że jezioro Sorapis to najpiękniejsze jezioro w Alpach. Nam odrobinę zabrakło słońca, które pewnie jeszcze bardziej podkreśliłoby uroki tego miejsca.
W sprzyjających warunkach atmosferycznych Palec Boga odbija się w błękitnych wodach jeziora Sorapis.
O, dotarł i Adaś, dziękujemy za piękne zapozowanie do zdjęcia!
Była jeszcze opcja obejścia jeziorka, ale jednogłośnie zrezygnowaliśmy z dodatkowej wędrówki i zadowoliliśmy się podziwianiem tego miejsca tylko z tej perspektywy.
Fajnie było nad jeziorem, ale cały czas mieliśmy w pamięci prognozę pogody, więc ostatni rzut oka na Lago Sorapis i przed nami 2,5 godziny drogi powrotnej.
Trochę szczęścia, trochę pecha... Szczęście, bo przed nadejściem deszczu przeszliśmy najtrudniejszy fragment szlaku ze śliskimi kamieniami. Pech, bo rozpadało się, gdy na parking mieliśmy jeszcze półtorej godziny.
Tak patrzymy w górę i zastanawiamy się - przejaśnia się, czy nie bardzo?
W odróżnieniu od oberwania chmury nad Lagazuoi, tym razem był to "normalny" deszcz. Ot, popadało z 20 minut, może pół godziny i deszczowa chmura poszła sobie w inną stronę.
W szczególności w takich miejscach potrafiły robić się korki i ruch wahadłowy. W jednym takim miejscu trochę poczekaliśmy i to akurat wtedy, gdy padał deszcz.
Po deszczu i tak byliśmy mokrzy, więc nawet nie trzeba się było silić na uwagi typu: ostrożnie, bo wpadniesz do wody i będziesz mokry! 😉
I na koniec trasa nad jezioro Sorapis w liczbach. Słowo podsumowania - ze wszystkich szlaków, jakiego pokonaliśmy w Dolomitach ten był na pewno najbardziej wymagający. W odróżnieniu od wcześniejszych nie był też pętlą, co powodowało chwilami tłok na dość wąskiej drodze. Niemniej, na pewno jest to szlak, na który warto się wybrać. Już po drodze nie ma nudy, a finał w postaci jeziora Sorapis jest niezwykle efektowny.
Czy warto pojechać w Dolomity? Na pewno tak. Jest to piękny region, oferujący mnóstwo szlaków górskich. Może bardziej niż gdzie indziej przydaje się w Dolomitach dobra pogoda. Gdy pada deszcz i nadciągną chmury przyjemność z eksplorowania gór mocno spada, a czasem robi się nawet niebezpiecznie. Z nami pogoda różnie współpracowała – dwa dni było bardzo ładnie, jeden dzień przyniósł przelotne opady, a na Lagazuoi przeżyliśmy prawdziwą ulewę. Gdy na któryś z dni prognoza przewidywała deszcze przez większość dnia, stwierdziliśmy, że wybierzemy się na wycieczkę do Wenecji, zamiast ryzykować kolejne przemoknięcie. I okazało się to fantastycznym pomysłem.
Planując wyjazd w Dolomity należy mieć też na uwadze dość długą drogę, znaczącą dłuższą niż w przypadku wyjazdu choćby w Alpy w Austrii. Ma to znaczenie zwłaszcza jeśli jedzie się z dziećmi. Aby nieco uatrakcyjnić powrót, po drodze w Niemczech zaplanowaliśmy jakieś niezbyt długie atrakcje, żeby uniknąć siedzenia w aucie bite 13-14 godzin.