Dopóki nasze dzieci były małe, na wakacje jeździliśmy w miejsca, gdzie nie było forsownych marszów, ciężkich podejść i innych tego typu atrakcji. Dzieci w końcu podrosły, stwierdziliśmy, że spróbujemy wyjazdu w góry i zobaczymy, na co stać nas i nasze pociechy w tej kwestii. Skoro to już zostało postanowione, pozostał wybór konkretnego miejsca. Po namyśle zdecydowaliśmy się na Alpy. Najpierw na 6 dni pojechaliśmy do Słowenii w Alpy Julijskie, a stamtąd na kolejne 6 dni we włoskie Dolomity.
Naszym założeniem było jednak nie tylko łażenie po górach, ale poznanie Słowenii. Jest to mały kraj, większych od niego jest 5 województw w Polsce, aby przejechać go z jednej strony na drugą wystarczą 3 godziny. Dlatego też nie było żadnego problemu, by z Jesenic, gdzie mieszkaliśmy, pojechać na wycieczkę do Ljubljany.
Wąwóz Vintgar
Przed nami przejście poprzez jedną z największych atrakcji Słowenii - Wąwóz Vintgar. Wąwóz liczy 1,6 km długości, a jego ściany mają od 50 do 100 metrów wysokości. Za jego powstanie odpowiedzialna jest widoczna na zdjęciu rzeka Radovna.
Już początek trasy zwiastował, że będzie to spora atrakcja - tajemnicza mgiełka, słońce prześwitujące przez korony drzew, i wartko płynąca Radovna budowały odpowiednią aurę.
To co nam się udało zaszczepić w chłopakach, to chęć poznawania czegoś nowego. Często na początku wyprawy entuzjazm z nich bije. A potem już bywa różnie, czasem trochę ulatuje, a czasem nie 🙂.
No właśnie, czasem ulatuje 😉.
Na starcie trasy była możliwość poskakania po kamieniach i dobrze, że chłopacy ją wykorzystali, bo potem już nie było wyboru - trzeba było iść po ścieżce.
Vintgar jest dość obleganą atrakcją, stąd też takie okazje, gdy w obiektyw nie włazili inni ludzie trzeba było szybko wykorzystywać.
Kilkakrotnie drewnianymi mostkami trzeba było przejść na drugą stronę wąwozu, dzięki czemu można było spojrzeć na kotłującą się kipiel z innej perspektywy.
Wąwóz został odkryty pod koniec XIX wieku i dość szybko udostępniono go dla turystów.
Co od razu rzucało się w oczy - czysta woda w rzece. W wielu miejscach było widać, że jest dość głęboko, a przejrzystość wody taka, jakby dno było tuż po powierzchnią wody.
Na tej wycieczce przeważają zdjęcia Jasia, gdyż Adaś po przywaleniu głową w skałę stwierdził, że idzie dalej sam. Była tylko jedna droga, więc nie mógł zabłądzić 🙂.
Wąwóz Vintgar, w odróżnieniu od Bledu, całkowicie spełnił nasze oczekiwania - fantastyczne miejsce. Do tego obsługa turystów taka jak powinna być - duży parking, dobrze zorganizowane zwiedzanie, na końcu trasy jest budka z przekąskami.
I na koniec wąwozu jeszcze wodospad Sum, o wysokości 13 metrów, określany jako najwyższy rzeczny wodospad w Słowenii.
Na parking można było wrócić tą samą drogą lub nieco naokoło, zahaczając po drodze o cerkiew św. Katarzyny. Oczywiście wybraliśmy opcję nr 2, a jeszcze tak się dobrze złożyło, że w drodze do cerkwi zrobiliśmy sobie quiz o Dzikim Zachodzie i jakoś ten kościółek skojarzył nam się nieco z budowlami z jakiegoś miasteczka na prerii.
Dalsza droga prowadziła zboczami góry Hom i oferowała pierwsze widoczki na góry.
Planica, wodospady Pericnik
W wielu miejscach w Słowenii widzieliśmy drewniane konstrukcje, jak na tym zdjęciu. Okazało się, że służą do suszenia siana, a najbardziej zaskoczył nas widok takiej konstrukcji w... Ljubljanie.
A oto jedna z największych skoczni na świecie. Niegdyś nazywana Velikanka (Olbrzymka), obecnie Letalnica (skocznia do lotów), punkt konstrukcyjny 240 metrów. Jeszcze tylko skocznia w Vikersund ma podobne rozmiary i to norweski obiekt dzierży rekord świata w długości skoku. Na zdjęciu Adaś trenujący skoki na mini skoczni u podnóża Letalnicy 🙂.
Tata wymyślił mały konkurs dla fanów skoków narciarskich. Zadanie - macie stanąć przy tabliczce, gdzie skoczył rekordzista tej skoczni. Byli dość blisko, ale żaden nie trafił, prawidłowa odpowiedź to 252 metry i Ryoyu Kobayashi. W Vikersund Stefan Kraft skoczył 1,5 metra dalej. A co do Planicy to tradycyjnie już to właśnie na tej skoczni co roku rozgrywane są finałowe zawody Pucharu Świata. Dzieje się to w marcu, gdy pogoda często jest już mocno wiosenna,
Gdy tak sobie pod tą skocznią staliśmy i patrzyliśmy w górę, przy bardzo słonecznej pogodzie, te setki schodów i potem jeszcze rozbieg i znów kolejne schody nasuwało się pytanie - kto ma tam iść z aparatem? Gdy zostało głośno zadane, nastała niezręczna cisza...
... aż w końcu dość niespodziewanie zgłosił się Jaś - ja mogę iść! Świetnie, dostał aparat, kilka dobrych rad i zaczął wchodzenie - najpierw był dobrze widoczny, potem widać było tylko jego czerwoną koszulkę, potem czerwony punkcik, a potem zniknął na dobre na trzy kwadranse.
Ale co zobaczył, to jego! Mógł z bardzo bliska obejrzeć rozbieg...
... no i przede wszystkim mógł spojrzeć w dół, tak jak skoczkowie na jednej z największych skoczni na świecie. Niemal do końca wakacji Jaś używał porównania po jakichś męczących marszach - bolą mnie nogi, ale nie tak, jak po wejściu na Planicę 🙂
Planica to jednak nie tylko skocznia mamucia, ale kompleks kilku mniejszych skoczni. Akurat trafiliśmy na trening, na tej najmniejszej skoczni skoki o długości 10-12 metrów oddawali chłopcy w wieku naszych dzieciaków.
Obok skoczni był też spory budynek z muzeum, sklepem z pamiątkami i... ogromnym podziemnym garażem wypełnionym... śniegiem. Przy temperaturze na zewnątrz ponad 30 stopni.
I na koniec jeszcze polski ślad w Planicy - wśród rekordzistów Letalnicy odnajdziemy trzy polskie nazwiska - Piotr Fijas, Adam Małysz i Kamil Stoch (251,5 m), któremu rekord odebrał rok przed naszą wizytą Ryoyu Kobayashi.
Pomiędzy kolejnymi wycieczkami mogliśmy napawać się widoczkami 🙂.
Hm.... taki wybór... gdzie idziemy?
Chwilowo jednak szczyty odpuściliśmy, za to skierowaliśmy się ku wodospadowi Pericnik. I tu dopisało nam trochę szczęście. Mieliśmy opis wycieczki do wodospadu - godzina marszu niezbyt ciekawą okolicą, ale potem fajny wodospad. Mentalnie się na to przygotowaliśmy, ale przy studiowaniu mapy widzę znaczek P przy wodospadzie. Wygląda zupełnie jak parking. Dopytałem w informacji turystycznej i faktycznie jest możliwość dojazdu autem. Droga była szutrowa, wąska, auto było zakurzone przez parę dni, ale dzięki oszczędzonemu czasowi mogliśmy potem wypocząć sobie nad górskim strumieniem.
Na czym polega atrakcyjność wodospadu Pericnik? Po części jego wysokość (52 metry), ale przede wszystkim możliwość podejścia od tyłu wodospadu. Na zdjęciu Adaś grający na harmonijce. Niestety, obaj chłopacy kupili sobie takie harmonijki i dopóki im się nie znudziło, a trochę to trwało, katowali nasze uszy.
Podejście za wodospad jest możliwe dzięki skalnej niszy. Ścieżka jest śliska i wąska..
... a na głowę kapie woda ze skały i to nawet dość intensywnie...
... ale niecodziennie jest możliwość obejrzenia sporego wodospadu z takiej perspektywy.
A tak naprawdę widzieliśmy tylko dolną część wodospadu Pericnik. Ponad nią znajduje się jeszcze część górna, znacznie mniejsza i niewidoczna z dołu.
A tu wspomniany relaks w pobliskiej Triglavskiej Bistricy. Najpierw weszli do strumyka chłopacy i z piskiem uciekli. Tu jest lodowata woda - zgodnie orzekli. Stwierdziłem, że można ich lekko strolować. wszedłem po kostki i zacząłem się zachwycać - ale ta woda jest spoko, ciepło jak na Karaibach. Chyba wejdę głębiej! Ich miny były naprawdę interesujące 🙂. Niestety, po może 15 sekundach zacząłem tracić czucie w stopach i musiałem zakończyć tę maskaradę 😉.
Skoro warunki do brodzenia w wodzie nie były sprzyjające, chłopacy zajęli się burzeniem tamy, którą zbudowali jacyś nasi poprzednicy w tym miejscu.
Dolina Krma, podejście pod Triglav
W Słowenii przede wszystkim chcieliśmy jednak poznać tutejsze góry - Alpy Julijskie. Poznać pod różnymi względami - czysto turystycznie, ale też na ile możemy sobie pozwolić sami i z naszymi chłopakami. Jak długie szlaki możemy pokonać? Pod jak trudne góry możemy podejść? Była to nasza pierwsza wyprawa w prawdziwe góry, więc niewiadomych było sporo.
Pierwsza nasza wyprawa to było podejście z doliny Krma pod najwyższy szczyt Słowenii, Triglav. O tym, jak ważna jest ta góra dla Słoweńców może świadczyć choćby to, że wizerunek Triglava jest zamieszczony na fladze Słowenii.
Wystartowaliśmy z samego rana, z poziomu 850 m npm. Początkowo szliśmy lasem, potem drzewa zamieniły się w krzewy. Nie zmieniało się jedno - cały czas było pod górę. Za to pięknie mogliśmy zobaczyć, że idziemy doliną - po obu stronach piętrzyły się grzbiety górskie.
Aby droga szybciej mijała, zaproponowaliśmy dzieciom quizy i różne opowieści. Z biegiem czasu wymogi małych słuchaczy rosły: tata, ja chcę opowieści o zabytkach! A ja chcę o historii! Ale takie, żeby miały dobre zakończenie!
Kapitalne w tym szlaku było to, że krajobraz cały czas się zmieniał - najpierw był las, potem krzewy, potem polany pełne głazów, a co przed nami?
Przed nami oczywiście droga pod górę 🙂.
Po drodze minęliśmy dwa wodopoje i kilka krówek. I to właśnie z tymi spokojnymi i flegmatycznymi zwierzakami Adaś ma poważną kosę. Zirytowany kolejnymi krowimi plackami na ścieżce Adaś wyraził oczekiwanie, że trzeba te krowy zastrzelić i powinno się tym zająć słoweńskie wojsko! Cóż, pójdzie to na półkę pomysłów trudnych w realizacji 🙂
Wow, tato, my naprawdę aż tam idziemy?
To już mniej więcej poziom 2000 m n.p.m. Zrobiło się znacznie chłodniej, ku ekscytacji Adasia zaczęliśmy wchodzić w chmury. Na zdjęciu widać tatę z kijkami. Jeszcze w Ljubljanie wstąpiliśmy do sklepu i kupiliśmy dwie pary kijków - dla dzieci. Żeby im się lżej chodziło po górach. Po paru minutach marszu dzieciaki stwierdziły, że bez kijków lepiej i oni już ich nie chcą. Bardzo szybko okazało się, że dorosłym kijki niesamowicie ułatwiały wędrówkę.
Naszym celem było schronisko Triglavski dom, położone na wysokości 2515 m n.p.m. Samo wejście na Triglav było nierealne, tym razem - jeszcze za długie i za trudne dla nas.
Trasa pod Triglavski dom charakteryzowała się tym, że nie było miejsc niebezpiecznych. Droga była męcząca, długa, ale nie trzeba było mieć oczu dookoła głowy.
Idąc pod górę ulegliśmy ciekawemu złudzeniu. Widzieliśmy drogę wijącą się bardzo ku górze i zgodnie stwierdziliśmy, że na górze musi być nasz cel, czyli schronisko. Ta myśl dodała nam sił w dalszej drodze pod górę. Doszliśmy i... nie ma schroniska, jest za to znak - 2330 m n.p.m., do schroniska jeszcze 30 minut. Pojawiło się lekkie rozczarowanie, do tego u jednego z członków naszej ekipy, tego najcieplej ubranego pojawiła się nadwrażliwość na zimno, a zegarek uświadamiał, że zaczyna się robić dość późno. Co robić?
Stwierdziliśmy - jeszcze kawałek podejdziemy i zobaczymy co dalej.
Dopiero tutaj po raz pierwszy zobaczyliśmy resztki śniegu.
Po kilku minutach przy rosnącej presji czasowej i coraz bardziej dokuczliwym zimnie, a przede wszystkim przy świadomości, że po 5 godzinach marszu w jedną stronę trzeba jeszcze mieć siły na powrót, zapadła decyzja - robimy krótki odpoczynek na wysokości mniej więcej 2360 m n.p.m., kilka fotek i wracamy.
Gdzieś tam chowa się przed nami Triglav.
Tak wysoko jeszcze nie byliśmy! Zatem Triglavie, do zobaczenia, może, kiedyś!
W drodze powrotnej gdy tylko Jaś zobaczył tak niesamowicie fantazyjnie ukształtowane skały, szybko zapomniał o zimnie i zmęczeniu i zaczął po nich skakać,
Niekiedy jeszcze spoglądaliśmy za siebie, by podziwiać majestatyczne szczyty.
O dziwo, bardzo rzadko padały pytaniu typu "ile jeszcze?". Obaj chłopacy spisali się na tej wycieczce fantastycznie, choć i oni i rodzice byli po dotarciu do auta wykończeni.
Bilans tej wycieczki - długość trasy nieznana, Caynax odmawiał współpracy na słoweńskim bezludziu, bardzo orientacyjnie wg google'a ok. 14-15 km, przewyższenie ok. 1500 m - to naprawdę dużo, czas - 9 godzin. Następnego dnia zakwasy u rodziców były tak potężne, że musieliśmy zrobić sobie dzień restowy nad jeziorkiem 🙂. Ale zdecydowanie było warto!
Skofja Loka, Ljubljana
Cel naszego wakacyjnego wyjazdu to były góry. Jednak paradoksalnie, poznawanie Słowenii zaczynamy od miast 🙂. A więc na początek jedno z najstarszych miast tego kraju Skofja Loka.
Kilka wieków temu miasto to rywalizowało z pobliską Ljubljaną o palmę najważniejszego ośrodka w regionie. Zbudowano wówczas potężne mury miejskie i zamek Biskupi, widoczny w tle na wzgórzu. Niestety, potężne trzęsienie ziemi w 1511 roku i wszelkie inne możliwe kataklizmy doprowadziły do zupełnej marginalizacji Skofja Loki, która dziś jest "tylko" niewielką mieściną z ciekawą historią. A nasi chłopcy przy okazji przybliżania informacji o tym miejscu dowiedzieli się, co to znaczy stagnacja czy marginalizacja 🙂.
Na zdjęciu najcenniejszy zabytek miasta - liczący ponad 600 lat kamienny Most Kapucyński. Podobno jest to jedna z najstarszych tego typu budowli w Europie.
Na Moście Kapucyńskim znajduje się figura św. Jana Nepomucena, jednak jest ona znacznie młodsza - ma ledwie 140 lat.
Zaopatrzeni w mapki z najcenniejszymi zabytkami Skofja Loki zrobiliśmy spacer po centrum tej miejscowości. Na zdjęciu Cankarjev trg, największy plac w mieście.
Na ścianach niektórych kamienic widniały niewątpliwie dość stare malunki, które dodawały uroku spokojnym i sennym uliczkom.
Adasia interesowała nie tylko architektura, ale też wszystkie zwierzątka. Akurat do tego ptaszka był pozytywnie nastawiony, ale z dwoma innymi rodzajami stworzeń (osy i krowy) ma od wyjazdu do Słowenii dość solidną kosę 🙂.
Jeśli nasza mapka nie wprowadzała w błąd, na zdjęciu szkoła.
Hm... ale gdzie tu jest chodnik? Hasło: "nie zbliżaj się do ulicy" w tym miejscu mogło nie zadziałać 😉.
A to już główny deptak w mieście - Mestni trg. Mnie najbardziej zaintrygowały tablice po lewej stronie fontanny. Pokazano na nich zdjęcia różnych miejsc w Skofja Loce sprzed 80-120 lat i dokładnie te same miejsca dziś. Okazywało się, że domy wyglądają identycznie, jedynie powierzchnia ulic zyskała bruk. Tak jakby przez blisko wiek niemal nic się tu nie zmieniło.
I to właśnie jest największy atut tego miejsca. To jedno z najlepiej zachowanych miasteczek w Słowenii z okresu późnego średniowiecza.
Przy tym wszystkim jest tu cicho, spokojnie, nie ma tłumów.
Chłopcy pod XIX-wiekową fontanną grają na harmonijkach. Jeszcze brakowało tylko czapki przed nimi i można pomyśleć, że biedne dzieci zarabiają graniem na jedzenie.
Na koniec tej krótkiej wycieczki wspięliśmy się na wzgórze zamkowe w nadziei na ładną panoramę zwiedzanych przed chwilą miejsc. Cóż, liczyliśmy na ciut więcej 🙂.
Ale za to obejrzeliśmy z bliska Zamek Biskupi. Zresztą całe to miasteczko ma biskupie skojarzenia. Założył je w 973 roku biskup Fryzyngi, nazwa tego miasteczka w tłumaczeniu na polski to Łąka Biskupia, a i zamek nosi nazwę Biskupi.
Czas jednak kończyć wędrówkę po Biskupiej Łące, przed nami..
... Ljubljana. Z jednej strony stolica Słowenii i największe miasto w kraju, z drugiej jednak strony Ljubljana ma ledwie 300 tys. mieszkańców, tyle co Białystok czy Lublin.
Mieliśmy super przewodnik po Ljubljanie - znaleźliśmy mapkę z 30 najciekawszymi miejscami w centrum miasta, przy czym każde z nich było opisane i sfotografowane. W związku z tym łatwo było ocenić, czy w nieco oddalone miejsce warto specjalnie podejść, czy też nie. Na zdjęciu rzeka Ljubljanica.
Pierwszy z mostów na Ljubljanicy - most Szewców. Niegdyś był to most Rzeźników z racji pobliskiego targu mięsnego, ale jako że władcy przeszkadzały nieprzyjemne zapachy z targu, nakazał rzeźnikom przenieść się w ustronniejsze miejsce, a ich miejsce zajęli mniej dokuczliwi szewcy. W ślad za tym XIII-wieczny most zmienił nazwę.
Najważniejsza ulica Ljubljany - Mestni trg. W odróżnieniu od Skofji Loka, tu wszystkie piękne kamienice są odnowione, całość robi naprawdę bardzo dobre wrażenie.
Tego miejsca obaj chłopacy szukali z wielką gorliwością. Dlaczego? To ulica Kluczników, na której znajduje się...
...pomnik kupy. Ma on na celu uświadomienie, jak wyglądały kwestie sanitarne przed wybudowaniem kanalizacji. Cóż, należy docenić postęp cywilizacyjny w tej dziedzinie 🙂.
Gdy dzieciaki zwykle kupują jakieś wakacyjne gadżety, to - na szczęście - zwykle szybko się psują. Ot, chińska tandeta. Niestety, harmonijki nie chciały się zepsuć! Do końca wyjazdu chłopacy na nich ćwiczyli, a nasze uszy cierpiały. Na zdjęciu łącznik pomiędzy Katedrą św. Mikołaja oraz Pałacem Biskupów.
Stoimy przed Katedrą św. Mikołaja z 1706 roku. Dokładnie w tym samym miejscu stał wcześniej średniowieczny kościół, który został zburzony, a jedyną pozostałością po nim jest rzeźba głowy Jezusa, która została wmurowana w ścianę nowej świątyni.
Drzwi do katedry są całkiem współczesne - to pamiątka po wizycie papieża Jana Pawła II w 1996 roku, a na drzwiach przedstawiono 1250 lat chrześcijaństwa w Słowenii.
W miejscu obecnej katedry świątynia stała już w XIII wieku, jednak budowla uległa przez wieki tak znacznej degradacji, że pod koniec XVII wieku postanowiono wybudować na jej miejscu zupełnie nowy kościół. Na początku XVIII wieku powstała barokowa katedra, która istnieje do dziś.
Co ciekawe, kopułę wybudowano dopiero 135 lat po zbudowaniu świątyni.
W końcu znaleźliśmy i rzeźników, których wyrzucono z lokalizacji przy moście Szewców. Oto most Rzeźników 🙂. Co robi Adaś? Cóż, tatuś go troszkę podpuścił. Powiedział mu tak: "Adaś, skacz po tym szkle jak najbardziej potrafisz, a jak zobaczysz, że pęka, to w nogi i patrz na miny turystów." Jego gorliwość w skakaniu zaczęła mnie w pewnym momencie napełniać obawami, a turyści rzucali na niego zdziwione spojrzenia 😉.
Widok z okolic mostu Smoczego (smok to jeden z symboli Ljubljany, a na tym moście są 4 wielkie i 16 mniejszych rzeźb smoków) na hale targowe. Oprócz dość atrakcyjnej formy najciekawsza w tych halach jest data powstania. Mianowicie zbudowane je w latach 1940-44, gdy nasze ziemie popadały w ruinę, gdzie indziej powstawały ciekawe projekty.
Na zdjęciu 1/3 mostu Potrójnego - najbardziej charakterystycznego mostu Ljubljany. To najstarsza i największa część tego mostu, z 1842 roku. Po niemal stu latach po obu stronach mostu dobudowano kładki w formie klina, co w sumie daje trzy niezależne przejścia przez rzekę tuż obok siebie.
Zatem cóż, żegnamy Ljubljanę - bardzo ładne miasto, akurat do zwiedzenia w popołudnie, a przed nami góry!
Bohinjskie jezioro, Vogel
Następnego dnia po bardzo wyczerpującym podejściu pod Triglavski Dom potrzebowaliśmy nieco odpoczynku. Wybór padł na Bohinjskie Jezioro.
Już ceny parkingów zwiastowały, że musi tu być całkiem nieźle - 15 euro za dzień lub 3 euro za godzinę.
No i faktycznie, w tym miejscu wszystko się zgadzało - piękne jezioro, góry z wszystkich stron, pogoda bez zarzutu.
Tuż nad jeziorem Bohinj znajduje się maleńki kościółek św. Jana Chrzciciela. Jest to jeden z największych zabytków Słowenii.
Wzniesiono go na przełomie XIII i XIV wieku, a jego największym skarbem są średniowieczne freski pokrywające ściany.
Jezioro Bohinjskie jest całkiem spore, ma ponad 3 km2 powierzchni i głębokość do 45 metrów. Jest to największe jezioro w Słowenii. Już w XVIII wieku odkryto, że z jeziora wypływa znacznie więcej wody niż do niego wpływa. Jak to możliwe? Okazało się, że znaczącym źródłem wody dla jeziora są podziemne cieki wodne.
Jezioro Bohinjskie znane jest z bardzo czystej wody. Szybki test potwierdził to!
Dla nas Jezioro Bohinjskie bezapelacyjnie pokonało jezioro Bled. Praktycznie pod każdym aspektem. Następnie kolejką linową wjechaliśmy na masyw Vogel, skąd rozciągał się taki oto widoczek na Jezioro Bohinjskie. W ciągu kilku minut pokonaliśmy w pionie 900 metrów.
To miejsce to największy ośrodek narciarski w całej Słowenii.
I jedziemy dalej, wyciągiem krzesełkowym. To mocno podjarało chłopaków - skoczkowie narciarscy wjeżdżają na skocznie podobnym wyciągiem!
Co byś chciał zjeść? Frytki! Nie ma, może być kanapka? No dooooobra.
Gdy rodzice robią zdjęcia, młodzież znajduje sobie sama różne zajęcia.
Na tej tablicy pokazano okoliczne szczyty i co większe miasta Słowenii. Zdziwiła mnie za to obecność, ni z gruchy ni z pietruchy, Tel Awiwu i Kijowa.
Najwyższym wzniesieniem tego masywu jest szczyt Vogel, o wysokości 1922 m n.p.m.
Mama z Jasiem weszli na pobliski pagórek, by się rozejrzeć, a ja z nieskrywaną ulgą (wyprawa z poprzedniego dnia na Mangart co chwilę o sobie przypominała) usłyszałem od Adasia - wolę zostać na dole. To zostaliśmy razem.
W trakcie wakacji Jaś miał swoje wprawki jako fotograf, spróbował też swoich sił jako kamerzysta.
Z racji na porę roku większość wyciągów była nieczynna, choć akurat ten widoczny na zdjęciu działał. Bardzo ciekawą opcją było wjechanie wyciągiem na górę razem z rowerem i potem zjazd specjalnie wytyczoną ścieżką. I tak kilka razy.
Rzeźba zlatoroga, zwierzaka będącego symbolem tego regionu, bardzo się naszym małym wspinaczom spodobała.
I jeszcze symboliczna fotka znad Jeziora Bled. To właśnie w trakcie kąpieli w Bledzie, pierwszego dnia wakacji, Adasia użądliła osa. Skutek - mała trauma, chęć powrotu do Polski i strach przed osami (co niekiedy pomagało w dyscyplinowaniu niesfornego Adasia). Na zdjęciu wyspa Blejski Otok na jeziorze Bled z Kościołem Marii Panny.
I choć na zdjęciach Jezioro Bled wygląda całkiem nieźle, to w naszej opinii miejsce to jest przereklamowane, zatłoczone i absolutnie nie powinno nosić miana "najpiękniejszego jeziora Słowenii".
A to ładne jeziorko po włoskiej stronie granicy, Lago del Predil, leżące tuż przy drodze na Mangart.
Mangart
Po jednym dniu odpoczynku nabraliśmy sił i ochoty na chyba nasze najpoważniejsze wyzwanie w Alpach Julijskich - wspinaczkę na czwarty co do wysokości szczyt Słowenii Mangart - 2679 m n.p.m. Wiele czytaliśmy o tym szczycie i główne pytanie brzmiało - czy dzieci dadzą radę tam wejść. Gdy podjechaliśmy Mangartską Drogą (wyjątkowo stresująca, bardzo wąska, kręta i niebezpieczna droga, ostatni kilometr na "your own risk", podjazdy do 22%) na Przełęcz Mangartską (2055 m n.p.m.) i spojrzeliśmy na Mangart, stwierdziliśmy zgodnie - będzie ciężko. To zdjęcie w najmniejszym stopniu nie oddaje, jak potężna wydaje się być ta góra. A tradycje wspinania się na Mangart są bardzo długie, po raz pierwszy szczyt ten został zdobyty już w 1794 roku.
Początek był łatwy, bez trudności technicznych, bez ekspozycji, za to widoki były zachwycające.
Szybko jednak okazało się, że jeden fałszywy krok może być ostatnim, dlatego założyliśmy dzieciom uprzęże i przywiązaliśmy liną do nas.
Jako że do szczytu prowadziło kilka różnych dróg, byliśmy zaopatrzeni w mapkę. Na pierwszym rozwidleniu dróg zaczęliśmy się zastanawiać jak iść (chodziło o wybór najłatwiejszej drogi), jakaś pani zainteresowała się i kategorycznie stwierdziła, że należy iść w lewo. Mieliśmy wątpliwości - wedle mapki powinniśmy iść prosto, ale pani stwierdziła, że ona już tu była i na pewno mówi nam dobrze. Posłuchaliśmy jej, ale po paru minutach i ponownej analizie mapy stwierdziliśmy, że źle nam powiedziała. Wróciliśmy do punktu wyjścia, poszliśmy zgodnie ze wskazówkami mapy i okazało się to dobrą drogą. Za kilka zdjęć będzie cd. tej historii 🙂.
To już nie było takie podejście jak pod Triglavski Dom. Coraz częściej przy trudniejszych fragmentach pojawiała się stalowa lina.
Adaś nieszczególnie dobrze reagował na zbytnią opiekuńczość mamy. Gdy tylko mama, w opinii naszego najmłodszego, przesadzała, rozlegał się krzyk, albo może lepiej wrzask: "nie dotykaj mnie!!!!". Trzeba jednak Adasiowi oddać, że w najtrudniejszych momentach nie protestował przeciwko maminej pomocy.
All in one - trochę grzbietów, trochę lasu, jakieś łąki, jeziorka.
Trochę już się wspięliśmy, za plecami mamy Mały Mangart, który ma 2263 m n.p.m.
Akurat w tym miejscu było szeroko, płasko, bezpiecznie. Ale były też fragmenty dużo bardziej wymagające, momentami wręcz nieprzyjemne.
Śnieg trzeba było dokładniej zbadać, choć oznaczało to zejście ze szlaku.
Test dla mamy: "A ja nie potrzebuję trzymać się stalowej liny!"
Kolejna ciekawostka - idąc na Mangart kilkakrotnie przekraczaliśmy granicę słoweńsko-włoską. Sam szczyt jest na granicy państw, a komórka chyba kilkanaście razy oznajmiała, że przekroczyliśmy granicę, ambasada, roamingi i inne bzdety 🙂.
O dziwo, w odróżnieniu od podejścia pod Triglav, gdzie na tej wysokości było naprawdę zimno, pod Mangartem było ciepło, przyjemnie. Nic, tylko iść dalej!
Jesteśmy już prawie na szczycie.
I na chwilę wrócimy do pani, która nas źle pokierowała. Gdy dotarliśmy na szczyt, widzimy znów tę samą panią. Gdy tylko nas zobaczyła, od razu uderzyła z wielkimi przeprosinami, że jej się pomyliło, że nie chciała, i że w ramach przeprosin zrobi nam wspólne zdjęcie.
Okej, każdy może się pomylić, więc przeprosiny przyjęte i zdjęcie cyknięte 🙂.
Gdy potrzeba było motywacji w drodze na szczyt, obaj chłopcy słyszeli, że na górze czeka na nich niespodzianka. Oto reakcja Adasia na niespodziankę, czyli Kinderka.
Widok ze szczytu Mangartu na Przełęcz Mangartską i parking. Tam gdzieś po prawej stronie, jakieś 600 metrów niżej, stoi nasze autko.
Należy docenić, że zarówno w trakcie wyprawy na Mangart, jak i przez cały nasz pobyt w Słowenii dopisywała pogoda. Nietrudno sobie wyobrazić, że przy pochmurnym niebie i nisko zawieszonych chmurach to samo zdjęcie wyglądałoby "trochę" gorzej.
Przez większą część drogi na szczyt za nami szła grupa naszych rodaków. Dotarli wkrótce po nas. Podeszli do Jasia i Adasia i każdemu z nich przybili po piątce ze słowami "Szacunek".
A zatem kolejna życiówka pod względem wysokości (poprzednia była sprzed kilku dni i podejścia pod Triglav) poprawiona! Można już wracać.
Adaś wpadł w tak dobry nastrój, że już ani razu nie słyszeliśmy "nie dotykaj mnie!!!" 🙂
Podsumowując - wyprawa zajęła nam 5,5 godziny, 3 godziny na szczyt i nieco ponad 2 godziny schodzenia. Przewyższenie znacznie mniejsze niż pod Triglavem - ok. 600 metrów, ale szlak był znacznie trudniejszy. Niemniej satysfakcja ogromna, że się udało!
Przejazd Ruską Cestą, czyli Ruską Drogą. Łączy ona miejscowości Kranjska Gora i Trenta.W trakcie I wojny światowej tę bardzo skomplikowaną, położoną w górskim terenie drogę zbudowali pod nadzorem Austriaków rosyjscy jeńcy wojenni. Zarówno bardzo ciężkie warunki jak i lawiny doprowadziły do śmierci wielu z nich. Na zdjęciu fragment pierwotnej trasy - większa jej część jest odnowiona i pokryta asfaltem.
Największą atrakcją tej drogi jest 48 serpentyn, każda z nich oznaczona numerem i podaniem wysokości. Najpierw trzeba się wspiąć z wysokości 850 m n.p.m. na Przełęcz Vrsic (1611 m n.p.m.), a potem wrócić z powrotem na wysokość 900 m n.p.m.
Budowniczowie tej drogi wznieśli też niewielką cerkiew, tzw. Ruską Kapelicę, by uczcić swoich zmarłych rodaków.
Wyjeżdżaliśmy ze Słowenii bardzo zadowoleni. Alpy Julijskie bardzo nam się podobały, oferowały bardzo różnorodne atrakcje. Od ciekawych tras trekkingowych, wejść na szczyty, poprzez piękne jeziora, wspaniałe widoki, skocznie narciarskie, wąwozy – naprawdę jest w czym wybierać. Ljubljana także sprawia korzystne wrażenie. Jest niewielka, jak na stolicę, ale ładna, zadbana, akurat na kilka godzin połażenia.
Jeśli mielibyśmy trochę na siłę szukać mankamentów, to chyba jedynie byłyby to ceny, nieco wyższe niż w Polsce.
Na pewno dylematem przy podróży do Słowenii jest to, czy jechać tam na raz, czy też z noclegiem po drodze. Trasa wg map Google jest do przejechania w 11,5 godziny, aczkolwiek jak zawsze, z postojami, robotami drogowymi itd. wyszło jakieś 2 godziny dłużej. My zdecydowaliśmy się wyjechać bardzo wcześnie, jeszcze w nocy i przejechaliśmy tę trasę na raz. Jest to trochę męczące, ale mając już to doświadczenie, ponownie również wybralibyśmy tę samą opcję.