Dlaczego Belgia?
Poszukując dobrego miejsca na wakacyjny city break, analizując dostępne loty i miejsca, w których jeszcze nie byliśmy, metodą eliminacji wybraliśmy Brukselę. Początkowo miał być to tylko weekend, jednak ostatecznie zdecydowaliśmy się na loty środa-niedziela, co oznaczało 3,5 dnia do zagospodarowania.
Nie tylko Bruksela
Jako że sama Bruksela zdawała się nie oferować na tyle dużo atrakcji, by fajnie spędzić tyle czasu, dwa dni postanowiliśmy poświęcić na całodzienne wycieczki do innych miast. Rozpatrywaliśmy trzy lokalizacje – Brugię, Gandawę i Antwerpię, spośród których nasz wybór padł na pierwsze dwa miasta.
Komunikacja publiczna w Belgii
Kilka słów poświęćmy kwestiom transportowym. Tanie loty z Polski korzystają z lotniska Bruksela-Charleroi. Uwaga, jest to lotnisko położone 60 km od Brukseli, a jedyny sensowny dojazd do Brukseli jest sprawny, ale dość drogi (20 euro od osoby, co przy 4-osobowej rodzinie oznacza 160 euro w dwie strony).
W Brukseli komunikacja jest dość dobrze rozwinięta, choć zdarzyła nam się awaria metra czy niedziałające czytniki przy wyjściu z metra. My zainstalowaliśmy aplikację STIB-MIVB i skorzystaliśmy z opcji zakupu 10 przejazdów z góry (16,8 euro). Można też kupować bilety pojedyncze. Dla dzieci poniżej 12. roku życia przy intensywnym korzystaniu z transportu publicznego opłaca się wyrobić kartę za 6 euro, która uprawnia do bezpłatnych przejazdów metrem, tramwajami i autobusami.
Bardzo dobrze działa komunikacja pociągowa pomiędzy głównymi miastami. Pociągi z Brukseli do Gandawy (25 minut) i do Brugii (55 minut) jeżdżą co 10-20 minut, a bilety można kupić w aplikacji SNCB. Z pociągami mieliśmy małą przygodę – słynna awaria Microsoftu spowodowała, że nie mogliśmy kupić biletu do Gandawy, było ogromne zamieszanie, w efekcie pojechaliśmy na legalu za darmo.
Nocowanie w Belgii
Noclegi w Brukseli w szczycie sezonu są naprawdę drogie. Na booking.com wręcz bardzo drogie. Dlatego poszukaliśmy na innych portalach i na airbnb znaleźliśmy całkiem fajną opcję w bardzo rozsądnej, jak na warunki brukselskie, cenie (2600 zł za 4 noce). Link do apartamentu.
Wiele się naczytaliśmy mrożących krew w żyłach opowieści o spacerach, zwłaszcza późną porą po dzielnicy Anderlecht czy Molenbeek, dlatego poszukaliśmy spokojniejszej dzielnicy, choć także z licznymi mieszkańcami pochodzenia arabskiego czy afrykańskiego. Zresztą na multikulturowość Brukseli w znaczeniu ogromnego udziału ludności muzułmańskiej i afrykańskiej należy się przygotować. Szczególnie w metrze.
Tego trzeba spróbować!
Co do belgijskich specjałów kulinarnych, spróbowaliśmy frytek belgijskich (niezłe, choć nie oszałamiające), gofrów (także dobre, przy czym oszałamiała głównie cena – my kupowaliśmy za 10 euro, ale były też za 14), piwa (świetne!) i wyrobów czekoladowych (bardzo fajną opcją jest możliwość mieszania różnych produktów, płaci się 4-6 euro/100 g; trafiliśmy na produkty wybitne, choć zdarzyły się też takie, które nam zupełnie nie podeszły).
Ceny w Belgii
Przygotowując się do wyjazdu do Belgii należy mieć na uwadze, że jest to kraj drogi. Sporo wydamy w restauracjach, na komunikację, wstępy na atrakcje z reguły oznaczają wydatek dla dorosłego rzędu 10-15 euro. Spore fory mają dzieci, zwłaszcza do 12. roku życia. W wielu miejscach wchodzą/jeżdżą za darmo lub mają spore zniżki. Zatem choć same loty do Brukseli były stosunkowo tanie, to już cały wyjazd do niskobudżetowych już raczej nie należał.
Wideopocztówka z Belgii
Fotorelacja z Belgii
Bruksela
Na zwiedzanie Brukseli poświęciliśmy półtora dnia. Pierwsze pół dnia przeznaczyliśmy na Atomium oraz park miniatur Mini Europa. Oba te obiekty położone są dość daleko od centrum i trudno je zaliczyć "przy okazji". Na zdjęciu jeden z najważniejszych symboli współczesnej Brukseli - Atomium. Wzniesiono ją na światową wystawę Expo w 1958 roku, a kształtem nawiązuje do cząsteczki żelaza w powiększeniu 165 miliardów razy. Ma wysokość 102 metrów, wnętrza kul zagospodarowano na wystawy i punkt widokowy (nie wszystkie kule są wykorzystywane), a rury pomiędzy nimi służą do przemieszczania się po budowli.
Najpierw jednak skierowaliśmy się do parku miniatur Mini Europa, a to dlatego, że jest on krócej otwarty. Park został podzielony na poszczególne kraje Unii Europejskiej i w ramach tych krajów zaprezentowano miniatury najciekawszych obiektów - zamków, centrów miast, pomników i innych charakterystycznych miejsc. Na zdjęciu Adam wcielił się w postać austriackiego rolnika.
Tej budowli nie mogło oczywiście zabraknąć. Z innych oczywistych atrakcji zanotowaliśmy: Krzywą Wieżę w Pizie, Westminster, wulkan Wezuwiusz, Bramę Brandenburską czy Akropol. Z mniej oczywistych, które kiedyś mieliśmy okazję zwiedzić: most Potrójny w Ljubljanie. wieżę Belem w Lizbonie, pałace z Wenecji i Sieny czy ruiny Mnajdra na Malcie. Fajnie było odnajdywać miejsca, w których byliśmy. I jeszcze była jedna kategoria - miejsca, w których za momencik będziemy - tu należała wieża Belfort w Brugii oraz Grand-Place w Gandawie.
I tak jak park miniatur bardzo nam się podobał, tak ekspozycja dotycząca Polski była bardzo, bardzo słaba. Ledwie dwie miniatury, i to raczej jakichś drugorzędnych miejsc - dworu Artusa w Gdańsku i pomnika stoczniowców, pozostawiła u nas uczucie ogromnego niedosytu. A gdzie Wawel, zamek w Malborku, zamek Królewski? Co prawda, jesienią mają dojść jeszcze dwie miniatury (Łazienki - na zdjęciu widać fundamenty, i pomnik Chopina), ale nadal to nie będzie to, czego byśmy oczekiwali.
Następnie zwiedziliśmy Atomium. Wystawa dotycząca budowy Atomium nieszczególnie nas wciągnęła, ale w jednej z kul trafiliśmy na bardzo ciekawą grę świateł i dźwięku. Było to ciekawe i efektowne, choć mamy wątpliwości, czy jedna interesująca sala uzasadnia całkiem spory wydatek na zwiedzenie tego miejsca. Przy czym mały tip - można kupić bilet łączony na Atomium i na Mini Europę.
Jest jeszcze jeden argument, by wejść do Atomium - można wjechać windą (w momencie uruchomienia była to najszybsza winda w Europie!) na najwyższą kulę i obejrzeć panoramę Brukseli. Przy czym Atomium jest położone na północy Brukseli i najbardziej atrakcyjne centrum Brukseli nie jest szczególnie dobrze eksponowane. Tutaj na pierwszym planie Mini Europa.
Wieczorem wykorzystaliśmy fakt mieszkania w dzielnicy Saint-Josse, która przylega do centrum Brukseli i wybraliśmy się na spacer na Grand-Place. W ciemności kamienice na rynku prezentowały się fantastycznie, ale zaczęły wychodzić na jaw pierwsze mankamenty Brukseli. Zaczepiali nas żule, na dworcu centralnym, na który na chwilę weszliśmy, jakiś człowiek udawał psa i dość agresywnie obszczekiwał innych ludzi i generalnie czuliśmy się nieco nieswojo.
Większość kamienic przy placu została zbudowana w stylu późnobarokowym po wojnie dziewięcioletniej pod koniec XVII wieku (wojska francuskie spaliły wówczas wcześniejsze budynki przy placu), jedynie dwa budynki - ratusz i Maison du Roi - zachowały gotycką formę. Na zdjęciu widzimy Maison des Ducs de Brabant - jest to siedem osobnych budynków połączonych jedną fasadą.
Nieco więcej czasu poświęciliśmy na dzielnicę Marolles. Znana ona jest z pchlich targów, restauracji, barów, sklepów z używanymi rzeczami, a w nocy rozbrzmiewają dźwięki z najsłynniejszego w mieście klubu techno. Na zdjęciu bardzo popularny targ staroci na placu du Jeu de Balle. Faktycznie było tu mnóstwo staroci, choć nic nas jakoś szczególnie nie zainteresowało.
Skwer ten oferował też element edukacyjny - przy alejkach umieszczono rzeźby humanistów z XVI wieku, są też symbole brukselskich gildii. Nieco zasłonięty drzewami jest kościół Notre-Dame du Sablon, jeden z ważniejszych przykładów gotyku brabanckiego. Nam w tym kościele szczególnie spodobały się imponujące witraże.
Kontynuując spacer po dzielnicy Marolles doszliśmy do Pałacu Sprawiedliwości. To niezwykła budowla. Jest potężna, monumentalna, nieco zapuszczona i ponura. W chwili powstania pod koniec XIX wieku była największym sądowym budynkiem na świecie, uważano ją też za największy budynek Europy. Trudno sprawdzić czy ta informacja jest prawdziwa, ale 26 tys. m2 powierzchni, 39 sal sądowych, 1530 drzwi wewnętrznych, 1513 okien czy 27 wind to są liczby, które robią wrażenie.
Bardzo żałowaliśmy, że nie można było zwiedzić tego budynku w środku, bo jego wnętrza też są imponujące. Dziś Pałac Sprawiedliwości z jednej strony nadal imponuje i nadal spełnia rolę, do jakiej został powołany, z drugiej jednak strony mimo ogromnych nakładów na jego utrzymanie i remonty cały czas robi wrażenie nieco zaniedbanego i zapuszczonego.
Choć instalacja na zdjęciu nie jest typowym dla Brukseli muralem, to nie sposób nie wspomnieć o muralach na ścianach brukselskich kamienic. Najwięcej jest ich właśnie w Marolles, a ich tematyka często odwołuje się do komiksów, które są dla belgijskiej kultury bardzo ważne. Większość belgijskich bohaterów komiksowych była dla nas nieznana, ale Tintin obił nam się o uszy, dobrze znamy Lucky Luke'a, a Smerfy są znane chyba wszystkim. Rozpatrywaliśmy nawet spacer po Brukseli szlakiem komiksowych murali, ale z racji słabej znajomości zdecydowanej większości tych komiksowych historyjek ostatecznie z tego pomysłu zrezygnowaliśmy.
Dzielnica Marolles wydała nam się raczej spokojna, niezbyt zatłoczona, a do tego miała sporo ciekawych miejsc. Trzeba mieć na uwadze, że w Brukseli są też dzielnice, które dość powszechnie uważane są za podwyższonego ryzyka. W Molenbeek czy Anderlecht lepiej mieć wzmożoną uwagę i nie zapuszczać się w podejrzane miejsca. Co nas negatywnie zaskoczyło w Brukseli, to w bardzo wielu miejscach tego miasta było po prostu brudno. Śmieci walały się na chodnikach i ulicach. Do tego bardzo nieprzyjemne zapachy dopełniały smutnego obrazu stolicy Belgii. Akurat na zdjęciach nie eksponujemy tego typu miejsc, ale pod tym względem Bruksela w wielu momentach przypominała Neapol czy Palermo.
Ta skromna figurka to Manneken Pis, czyli sikający chłopiec. Pierwotna rzeźba z kamienia powstała już w XV wieku, jednak została skradziona, podobnie jak kilka kolejnych rzeźb. Dopiero figurka z brązu z 1619 roku okazała się być odporna na różne niecne zakusy i przetrwała do naszych czasów. Figurka wzbudziła zrozumiałe emocje u naszej młodzieży, a informacja, że ten chłopiec ma jeszcze koleżankę, która też sika, jeszcze wzmożyła zainteresowanie tematem.
PoszlIśmy zatem do Jeanneke Pis. Ta rzeźba jest już współczesna, powstała w 1987 roku, a jej celem było wykorzystanie popularności Manneken Pis i przyciągnięcie turystów w inny zakamarek centrum Brukseli. Zarówno chłopiec, jak i dziewczynka są okresowo ozdabiane różnymi dodatkami, przy czym tu mamy poważne wątpliwości czy połączenie belgijskich barw narodowych i sikającej dziewczynki jest właściwe.
Spacer w pełni słońca przy temperaturze 30 stopni solidnie nas wymęczył. Wróciliśmy zatem do naszego apartamentu, odsapnęliśmy nieco, a gdy już słońce zaczęło odpuszczać, wybraliśmy się na wieczorny spacer do dzielnicy europejskiej. Jako że była to sobota i pora już dość późna, to w całej dzielnicy hulał tylko wiatr. Są tu niemal wyłącznie wielkie biurowce, najczęściej ze szkła, w których znajdują się najważniejsze organy Unii Europejskiej - Parlament Europejski, Komisja Europejska oraz siedziby wielu różnych unijnych instytucji.
Jednak spacerując po tej dzielnicy nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że jest to miejsce trochę nie dla zwykłych ludzi, brukselczyków. To tylko miejsce pracy dla tysięcy białych kołnierzyków, a gdy zegar wybije 8 godzin pracy, miejsce to kompletnie pustoszeje i zamiera do następnego dnia roboczego. Adam chciał sobie kupić zwykły wachlarz i bardzo się w dzielnicy europejskiej frustrował, bo nie było tu żadnych sklepów! Bardzo pozytywne wrażenie zrobił na nas położony niedaleko tej dzielnicy park Marie-Louise ze sporym jeziorkiem.
Półtora dnia to nie jest dużo na głębsze poznanie sporego miasta, jakim jest Bruksela. Niemniej, możemy pokusić się o ocenę, że pod względem architektonicznym są tu miejsca fantastyczne. Ciekawe jest Atomium, warto zobaczyć dzielnicę europejską. Jednak nie brakowało też mankamentów, o których wspomnieliśmy przed chwilą i te mankamenty psuły nieco odbiór tego miejsca. Chyba lepiej zwiedzałoby się nam Brukselę, gdybyśmy mieli nieco niższe oczekiwania i świadomość wad tego miasta. Gdyby ktoś nas zapytał, jakie miasto zwiedzić jako jedyne w Belgii, to prawdopodobnie odpowiedzielibyśmy, że Brugię.
Brugia
Dworzec kolejowy w Brugii jest świetnie zlokalizowany. Wystarczy przejść przez rzekę okalającą centrum miasta, by po chwili przenieść się w czasie o kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset lat. Oto bowiem beginaż - miejsce absolutnie niezwykłe. Beginaż to wydzielony kompleks, bardzo przypominający klasztor, ale zamieszkiwany przez osoby świeckie, tzw. beginki. Do kompleksu zwykle należały domy mieszkalne, kościół, szpital, w bardziej rozbudowanych beginażach zdarzał się też browar. Beginaże były bardzo popularne na terenach dzisiejszej Belgii i Holandii. Wraz ze zmianami społecznymi beginaże zaczęły podupadać w XIX i XX wieku. Ten w Brugii został przejęty w 1927 roku przez benedyktynki, które do dziś opiekują się tym miejscem.
A dlaczego jest to miejsce niezwykłe? Brugia ma mnóstwo przepięknych budynków, jest bardzo zatłoczona, gwarna i hałaśliwa. A założony już w 1244 roku beginaż o nazwie Ten Wijngaerde jest enklawą spokoju, zadumy, śpiewu ptaków. W beginażu można zwiedzić kościół św. Elżbiety z XVII wieku, mały ogródek widoczny na zdjęciu oraz jeden z budynków, w którym można kupić religijne pamiątki. Jest to miejsce, które koniecznie należy zwiedzić!
Brugia bywa nazywana Wenecją Północy i choć często tego typu określenia należy brać ze sporym przymrużeniem oka, to miasto to ma pewne podstawy, by tak się określać. Centrum miasta jest otoczone przez rzekę/kanał o długości 8,5 km (wzdłuż rzeki jest fajna ścieżka wykorzystywana przez spacerowiczów, biegaczy i rowerzystów), a samo centrum jest poprzecinane kanałami i licznymi mostami. Bez wątpienia wpływa to pozytywnie na atrakcyjność miasta. Na zdjęciu zwróćmy uwagę na wąskie gardło dla łodzi - na bloczkach widać ślady łodzi, które się nie zmieściły.
Niezwykle popularną formą zwiedzania Brugii jest rejs taką właśnie łodzią. W ścisłym centrum znajduje się pięć miejsc, z których startują rejsy, przy czym wybór miejsca startu nie ma większego znaczenia, gdyż zarówno ceny (15 euro dorosły, 9 euro dziecko do 11. roku życia), jak i trasy są takie same. Rejs trwa pół godziny.
Budynek na bliższym planie to kościół Najświętszej Marii Panny, natomiast ten dalej to szpital św. Jana. Jest to jeden z najstarszych zachowanych budynków szpitalnych w Europie. Pierwsze budynki całego kompleksu szpitalnego powstały w 1188 roku. Co ciekawe, leczono tu ludzi jeszcze 50 lat temu! Dopiero w 1977 roku szpital przeniesiono do nowego budynku. Obecnie mieści się tu muzeum, którego jednak jakoś szczególnie nie polecamy.
Brugia swój okres świetności miała między XII i XV wiekiem. Wówczas była jednym z głównych ośrodków kupieckich w Europie (choć powtarzającym się problemem było zamulenie zatoki i rzeki łączącej miasto z morzem Północnym), a tkacze i przędzarze z Brugii byli uważani za najlepszych na świecie. Po 1500 r. Brugia zaczęła tracić znaczenie na rzecz pobliskiej Antwerpii. Dziś jest to szóste pod względem wielkości miasto Belgii, ale dzięki wspaniałej przeszłości i uniknięciu większych zniszczeń wojennych Brugia zaczęła zyskiwać znaczenie jako jedna z największych atrakcji turystycznych w kraju. Co roku przyjeżdża tu 8 mln turystów.
W wielu miastach jest tak, że sam rynek i kilka uliczek wokół faktycznie wygląda bardzo fajnie, ale wystarczy odejść 200 metrów, by znaleźć się w znacznie mniej atrakcyjnej okolicy. To w żadnym razie nie dotyczy Brugii! Tu można się zatopić w spacerze po klimatycznych uliczkach, przy czym wystarczyło trochę odejść od okolic Grand-Place, by zrobiło się bardziej kameralnie, mniej tłoczno.
Wykupiliśmy wejście na wieżę Belfort, ale że było to na konkretną godzinę, to pozostały nam czas wykorzystaliśmy na zwiedzenie muzeum Salvadore Dali. Z kilku muzeów, jakie zwiedziliśmy w Brugii i Brukseli, to chyba podobało nam się najbardziej. Zgromadzono tu mnóstwo szkiców i obrazów hiszpańskiego malarza i choć nie wszystkie z nich przypadły nam do gustu, to był to ciekawie spędzony czas, a bilety, jak na standardy belgijskie, były dość tanie (10 euro dla dorosłego, dziecko za darmo).
Gdy nadeszła nasza godzina, weszliśmy na wieżę Belfort (366 schodów), z której roztacza się bardzo ładna panorama Brugii. Na pierwszym planie widać jeden z najstarszych ratuszów w Niderlandach - budynek ukończono w 1421 roku. Tuż obok ratusza znajduje się Bazylika Świętej Krwi - mały, ale bardzo klimatyczny kościół, w którym znajduje się relikwia Świętej Krwi Jezusa. Są pewne kontrowersje, czy aby na pewno jest to oryginał, niemniej jest to uważane za sporą atrakcję, a sam kościół warto odwiedzić. Co różni panoramę Brugii od panoramy Gandawy - tu widać morze czerwonej dachówki, natomiast w Gandawie tego typu dachy były tylko w najbliższym otoczeniu ścisłego centrum.
Kaplica Jerozolimska to prywatna kaplica należąca do kupieckiej rodziny Adornes. Została zbudowana w 1429 roku na wzór kościoła Grobu Świętego w Jerozolimie. Znajdują się w nim relikwie Krzyża Świętego. Miejsce to znajduje się nieco na uboczu, trzeba do niego dojść i wstęp też do tanich nie należy, biorąc pod uwagę, że jest to niewielka kaplica (10 euro za dorosłego, 7 euro za dziecko). My doszliśmy do niej tuż przed zamknięciem i biletów już nam nie chcieli sprzedać, ale mogliśmy na chwilę zajrzeć do środka.
Na koniec wycieczki po Brugii kolejna nowość - zadaszony parking rowerowy. Jak oceniamy Brugię? Miasto bardzo nam się podobało. Przepiękna architektura, sporo ciekawych miejsc (beginaż, Bazylika Świętej Krwi, wieża Belfort, wiatraki), do tego rejs łodzią po kanałach. W Brugii spędziliśmy jeden dzień, ale moglibyśmy spędzić tu jeszcze kolejny. Jeśli mielibyśmy szukać mankamentów, to jednym na pewno byłaby wielka liczba turystów, szczególnie w ścisłym centrum, a także wysokie ceny w atrakcjach i restauracjach (nie sprawdzaliśmy, ale ponoć ceny noclegów w Brugii także odstraszają). Całościowo jednak - bardzo polecamy!
Gandawa
Pierwsze małe "wow" w Gandawie zaliczyliśmy jeszcze na dworcu Sint-Pieters. Bardzo ładne, historyczne malowidła zachęcały do eksploracji miasta. A sam dworzec w dzisiejszej postaci powstał w 1912 roku przy okazji organizacji przez Gandawę Wystawy Międzynarodowej. Widoczny mural odnowiono w 2010 roku.
Ten widok zaintrygował nas już poprzedniego dnia, gdy z okien pociągu do Brugii widzieliśmy ogromny parking rowerowy, zlokalizowany przy dworcu Sint-Pieters. Następnego dnia poszliśmy obejrzeć ten bardzo nietypowy parking. To tylko część parkingu - była też część dwupoziomowa, także dla jednośladów. Pojemność tego parkingu to, bagatela, 17 tysięcy rowerów!
W odróżnieniu od Brugii, dworzec kolejowy w Gandawie położony jest z dala od centrum. Mamy wybór - albo spacer 2,5 km albo przejażdżka tramwajem za 2,5 euro od osoby (ceny z 2024 roku). My postawiliśmy na komunikację zbiorową i wkrótce mogliśmy podziwiać pierwsze zabytki Gandawy. Na zdjęciu kościół św. Michała, a po lewej budynek, który przez kilkaset lat pełnił rolę szpitala. I ciekawostka - widoczna nadbudówka była jedyną toaletą w wielkim szpitalu. Musiała wystarczyć dla 150 mnichów, którzy stanowili obsługę szpitala oraz dla pacjentów.
Także w Gandawie skorzystaliśmy z rejsu łodzią po kanałach. Cena dla dorosłego 10 euro, wrażenia wizualne pewnie trochę słabsze niż z podobnej atrakcji w Brugii, ale za to pan sterujący łodzią ciekawie i dowcipnie opowiadał o mijanych miejscach. Rejs trwał ok. 50 minut i naszym zdaniem warto się na niego wybrać.
Niegdyś tak właśnie wyglądała duża część domów w Gandawie. Jednak drewniane domy miały poważną wadę - w razie pożaru błyskawicznie płonęły, a ogień z łatwością przenosił się na sąsiednie budynki. Dlatego władze Gandawy podjęły decyzję o zakazie budowy drewnianych domów. Istniejące domy bądź to padały ofiarą kolejnych pożarów, bądź to były rozbierane i w ich miejsce wznoszono budynki z cegieł. W efekcie z dziesiątków drewnianych domów w Gandawie pozostał już tylko jeden - właśnie ten ze zdjęcia. A stoi on tu już blisko 600 lat.
Co to takiego różowego na dachu domu po lewej stronie? Otóż jest to słoń. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to symbol słynnej marki piwa Delirium Tremens. Piwo to wprowadzono do sprzedaży w 1988 roku i błyskawicznie stało się ono hitem. Sam słonik za to zdobi t-shirty, można go kupić w sklepach z pamiątkami i jeszcze wiele razy widywaliśmy różne motywy z różowym słoniem w Gandawie czy Brukseli.
Gandawa między XII a XV wiekiem była jednym z największych miast w Europie z liczbą mieszkańców ok. 60 tys. Nie licząc miast włoskich, Gandawa ustępowała jedynie Paryżowi. Potem miasto nieco straciło na znaczeniu, ale w XIX wieku było jednym z pionierów rewolucji przemysłowej, a dzięki budowie kanałów stało się także portem morskim. Dziś jest to drugie co do wielkości miasto w Belgii.
Z zewnątrz zamek prezentuje się bardzo ciekawie, można go też obejrzeć z bliska od innej strony podczas rejsu łodzią po kanałach. Od początku XX wieku Gravensteen służy jako muzeum i w tym czasie miało tu miejsce ciekawe wydarzenie. W 1949 roku grupa 138 studentów zajęła zamek, zabarykadowała się i pojmała jedynego strażnika w proteście przeciw nowemu podatkowi od piwa. Policja dość szybko uporała się z niesfornymi studentami, ale w wyniku nacisków społecznych studenci uniknęli kar za swój postępek.
Ale widoki z zamku były niczym w porównaniu z widokami z wieży katedry św. Bawona. Wejście bardzo wąskimi i krętymi schodami wymagało pewnej kondycji, ale stosunek cena/jakość w tym przypadku była wybitna! Za jedyne 2 euro od osoby mieliśmy fantastyczny widok na całe miasto. W tym na dzwonnicę Belfort, na którą także można wejść w celu podziwiania panoramy Gandawy, ale raz że platforma widokowa na dzwonnicy jest znacznie niżej, a dwa, że za 15 euro. Jak nam podobała się Gandawa? Turystycznie nieco słabsza od Brugii, ale z plusów było tu mniej turystów, a odległości między głównymi atrakcjami są naprawdę niewielkie. W ciągu jednego dnia bez pośpiechu można zobaczyć wszystkie najciekawsze miejsca w mieście.
Podsumowanie
I na koniec nasza opinia – czy warto. Z trzech miast, które zwiedziliśmy, najbardziej podobała nam się Brugia – tam było naprawdę ładnie. Gandawa trochę mniej atrakcyjna, ale także na plus. Chłopakom podobała się kompaktowość tego miasta i znacznie mniejsze dystanse do pokonania. Bruksela to już nieco mieszane uczucia. Z jednej strony znakomita architektura (wspaniały Grand-Place), ciekawe Atomium, fajna dzielnica Marolles, ale z drugiej strony wiele brudnych, zaśmieconych miejsc, niezbyt przyjemny wieczorny spacer po centrum i jednak dość skromna liczba atrakcji w porównaniu z europejskimi metropoliami, jak Rzym czy Barcelona. Nasuwały nam się myśli, że pozwiedzać można i jest to fajne, natomiast mieszkać w takim mieście to już jednak nie bardzo. Warto też zwiedzić Brukselę, żeby na własne oczy zobaczyć, jak zmieniają się miasta w Europie Zachodniej i jak bardzo różnią się od polskich miast.
Dodaj komentarz