Dlaczego Azory?
Co przemawia za wyborem Azorów na miejsce spędzenia wakacji? O ile w ogóle w Europie można mówić o pewnej egzotyce, to na pewno Azory można do takiej egzotyki zaliczyć. Fantastyczna, bardzo różnorodna przyroda, niespotykane w innych miejscach Europy plantacje ananasów, herbaty, zjawiska wulkaniczne, które wpływają na życie Azorczyków, wreszcie unikatowe miejsca, takie jak fajãs czy liczne naturalne baseny oceaniczne – to wszystko możemy doświadczyć na Azorach.
Choć Azory wydają się odległe, to wciąż są częścią Unii Europejskiej. Co to oznacza dla turystów? Nie trzeba martwić się o koszt rozmów telefonicznych, internetu, nie potrzeba paszportów, płatności są w euro, gniazdka elektryczne takie jak nasze, do tego bez problemu porozumiesz się po angielsku.
Azory są bardzo przyjazne turystom, ale zarazem nie są (jeszcze?) przez nich zalane. Jedynie na kilku atrakcjach na wyspie São Miguel można było spotkać nieco więcej przyjezdnych, ale na Faial czy zwłaszcza São Jorge turystów było niewielu, mimo że byliśmy w szczycie sezonu.
Skoro Azory mają tyle plusów, to dlaczego nie są tak popularne jak choćby wyspy Kanaryjskie? Wydaje nam się, że głównym powodem są koszty. Nie ma co ukrywać, że loty na Azory, przemieszczanie się między poszczególnymi wyspami, wynajem apartamentów oraz wynajem aut kosztują sporo. Dodatkowo, brak bezpośrednich połączeń z Polski sprawia, że wakacje na Azorach wymagają więcej planowania i czasu – to nie jest destynacja na szybki, 3-4 dniowy wypad.
Jednak jeśli ktoś już zdecyduje się na Azory, nie powinien tego wyboru żałować. Wysp do wyboru mamy dziewięć, każda jest inna, więc pozostaje tylko zdecydować, gdzie pojechać. Owszem, planowanie wymaga nieco wysiłku – trzeba rozważyć, ile czasu poświęcić na każdą wyspę, gdzie się zatrzymać, jak wynająć auto – ale kiedy już postawisz stopę na Azorach, każda chwila będzie warta tej organizacji. To miejsce, które na długo zapadnie w pamięć i zapewni niesamowitą radość z odkrywania jednego z najbardziej zjawiskowych zakątków Europy.
Jak dotrzeć?
Najprostszym sposobem jest lot przez Lizbonę lub Porto. Z tych dwóch miast mamy częste loty na dwie azorskie wyspy – São Miguel i Terceirę. To bardzo istotne, bo pozwala na dolot np. na São Miguel, potem zwiedzanie kolejnych wysp i powrót z Terceiry. Jeśli ktoś chce pokombinować, to są też pojedyncze loty na Azory z innych lotnisk (np. z Frankfurtu, Barcelony, Amsterdamu). My polecieliśmy przez Porto, a przy tym zatrzymaliśmy się na 2 dni w tym mieście i bardzo polecamy takie rozwiązanie. Samo Porto jest bardzo fajnym miejscem, wartym osobnej wyprawy, a tu można je zwiedzić przy okazji.
Wynajem aut
Na każdej wyspie wynajmowaliśmy auto i choć liczby przejechanych kilometrów nie były bardzo pokaźne (zwłaszcza na Faial), to bez samochodu program zwiedzania musiałby być bardzo mocno okrojony. Komunikacja publiczna na wyspach jest szczątkowa i w wiele miejsc bez samochodu po prostu nie sposób dotrzeć.
Jaki samochód wypożyczyć? Na São Jorge może przydać się auto typu SUV – na tej wyspie jest sporo dróg szutrowych, niektóre z nich bardzo słabej jakości. My SUV-a nie mieliśmy i dwa razy zrezygnowaliśmy z dalszej jazdy z powodu stanu drogi. Na pozostałych wyspach spokojnie można brać auto kompaktowe.
Gdzie i za ile pożyczaliśmy auta oraz nasze doświadczenia z wypożyczalniami:
- São Miguel – wynajęliśmy Peugeota 206 z wypożyczalni Amazing Island. Za 6 dni z pełnym ubezpieczeniem zapłaciliśmy 1612 PLN. Sam proces odbioru i oddania auta bardzo szybki, bez żadnych zastrzeżeń, bardzo sympatyczna obsługa. Jeśli na siłę szukać mankamentów, to nasze auto miało trochę za słaby silnik na azorskie wzniesienia.
- Faial – wynajęliśmy Dacię Sandero (SUV) z wypożyczalni Autatlantis. Za 2 dni z ubezpieczeniem wykupionym w zewnętrznej firmie zapłaciliśmy 781 PLN, przy czym pobrano od nas kaucję w wysokości 900 euro. To było najfajniejsze auto pod względem przyjemności z jazdy ze wszystkich czterech, jakie mieliśmy na Azorach. Mankamenty – znacznie dłuższy proces odebrania i oddania auta oraz brak elastyczności w zakresie oddania auta (np. oddać auto można tylko do 18.00, nie chcieli się również zgodzić na przesunięcie oddania auta o pół godziny rano).
- São Jorge – wynajęliśmy Renault Megane z wypożyczalni Crossing Hills. Za 3 dni z prawie pełnym ubezpieczeniem zapłaciliśmy 1292 PLN. Wypożyczalnia to rodzinna firma, mają też apartament Casa Azul, w przypadku skorzystania z apartamentu dają 10% upustu na auto. Bardzo miła obsługa, formalności minimalne, dostaliśmy sporo przydatnych informacji o wyspie. Co do ewentualnych wad – ubezpieczenie nie obejmowało podwozia i kawałka karoserii przy podwoziu. Renault Megane nie jest też optymalnym typem auta na szutry São Jorge, ale to bardziej nasza wina, że tego nie wiedzieliśmy wcześniej.
- Terceira – wynajęliśmy Kia Stonic z wypożyczalni Autatlantis. Za 3 dni z ubezpieczeniem wykupionym w zewnętrznej firmie zapłaciliśmy 1460 PLN (kaucję przepisali z wyspy Faial, gdzie również skorzystaliśmy z tej wypożyczalni). Dostaliśmy auto trochę poobijane, ale jeździło się nim dobrze. Formalności związane z wypożyczeniem i oddaniem auta były tu najdłuższe.
Pomimo pewnych drobnych mankamentów wszystkie opisane powyżej wypożyczalnie możemy spokojnie polecić. Nigdzie nie próbowano nas naciągać na jakieś urojone uszkodzenia czy dodatkowe koszty, auta były sprawne.
Sama jazda po azorskich drogach nie przysparza wielu stresów. Ruch jest niewielki, kierowcy jeżdżą spokojnie. Parkowanie odbywa się na bardziej cywilizowanych zasadach niż np. w południowych Włoszech.
Na co należy zwrócić uwagę? Uliczki w miasteczkach są często wąskie, a widoczność na skrzyżowaniach bardzo słaba – tu trzeba uważać. Należy też wziąć na poprawkę, że np. przejazd São Jorge z północy na południe przez grzbiet górski zabierze dużo więcej czasu niż wynikałoby to z odległości na mapie. Także we wschodniej części São Miguel drogi są bardzo kręte i jedzie się tam dość wolno. Przy bardziej popularnych atrakcjach w szczycie sezonu można mieć pewne problemy z parkowaniem – w kilku miejscach musieliśmy albo chwilę poczekać, albo poszukać miejsca kawałek dalej.
Komunikacja między wyspami
Gdy już dotrzemy na São Miguel lub Terceirę, bo to dwa główne lotniska dolotowe na Azorach, i chcemy przemieścić się na inne wyspy, powstaje pytanie, jak to zrobić. Odpowiedź jest prosta – promem Atlantico Line w przypadku blisko siebie położonych wysp (przede wszystkim Faial – Pico – São Jorge – Graciosa) lub samolotem linii SATA Airlines w pozostałych przypadkach.
Prom płynie ok. 1/2 godziny z Faial na Pico, ok. 2 godzin z Faial na São Jorge, bilet na ten ostatni rejs kosztuje 15,5 euro/osobę. Samoloty z mniejszych wysp latają tylko na São Miguel lub Terceirę i np. z São Jorge są to tylko cztery loty w ciągu dnia. Stosunkowo często zdarzają się opóźnienia (my mieliśmy 3-godzinne opóźnienie na São Jorge), a niekiedy nawet anulowanie lotów. Plusem lotów liniami SATA jest naprawdę liberalne podejście do wagi i liczby bagażów. Lot między dwiema wyspami kosztował nas ok. 1000 PLN za 4 osoby.
Jakie ubrania wziąć ze sobą?
I tu, niestety, pomimo spędzenia 2 tygodni na Azorach, za wiele nie doradzimy. A to dlatego, że w trakcie naszego pobytu na wyspach pogoda była zupełnie odmienna od „normalnej” azorskiej pogody. Było bardzo ciepło, ok. 27 stopni, w niektóre dni zupełnie bezchmurnie. Ale przede wszystkim spodziewaliśmy się częstych przelotnych deszczów, a tymczasem przez 2 tygodnie raz wieczorem delikatnie popadało w Horta i raz schłodził nas 5-minutowy deszcz w Velas. W związku z tym kurtki przeciwdeszczowe, bluzy, długie spodnie i komplet ubrań, który zawsze woziliśmy ze sobą na zmianę, okazały się całkowicie zbędne. Przez całe dwa tygodnie chodziliśmy tylko w krótkich rękawach i krótkich spodenkach. Co na pewno warto wziąć, to porządne buty na azorskie trekkingi. Czasem trzeba się powspinać, czasem może być błotniście i ślisko. Mieliśmy takie ścieżki, gdzie przy wilgotnym podłożu byłoby dość ciężko.
Co nieco o jedzeniu
Azorskie jedzenie opiera się na mięsie (zwłaszcza wołowinie) oraz na owocach morza. Jeden z naszych synów – wegetarianin – mocno cierpiał, gdy z całego menu mógł sobie wybrać co najwyżej frytki i zestaw warzyw. Jednak aby w ogóle doszło do zamawiania jedzenia, trzeba trafić na wolny stolik, a to w kilku miejscach okazało się być bardzo poważnym problemem. Bez wcześniejszej rezerwacji (i to nawet z kilkudniowym wyprzedzeniem!) w wielu restauracjach nie ma szans na zjedzenie czegokolwiek. Najbardziej ten problem dotknął nas na São Jorge (w efekcie ratował nas foodtruck z burgerami i wrapami), ale odbijaliśmy się też w lokalach na Terceirze i São Miguel. Warto też zwracać uwagę na godziny otwarcia – między 15.00 i 18.00 wiele restauracji jest zamykanych. Natomiast gdy już udawało nam się znaleźć wolny stolik, to z reguły było smacznie i w cenach porównywalnych z polskimi. Poniżej kilka miejsc, które możemy polecić:
- bar Caloura w Caloura (São Miguel) – przepyszne ryby i owoce morza, obsługa cierpliwie wytłumaczyła i pokazała, co można zjeść. Jedyny mankament – trzeba było poczekać 20 minut na wolny stolik, nie ma tu rezerwacji;
- lodziarnia Gelados do Atlantico w Horta (Faial) – fantastyczne lody w bardzo ciekawych smakach;
- Ti Choa w Serreta (Terceira) – mieliśmy degustację różnych rodzajów mięs (niektóre podeszły nam ciut mniej, niektóre były super smaczne) w cenie 15 euro za osobę, do tego znakomite desery;
- Por Do Sol w Santa Barbara (Terceira) – jedzenie w formie bufetu za 20 euro za osobę, gdzie do wyboru są owoce morza, ryby i mięso, ale można także zamówić dania z karty. Świetne desery!
- Mecratto di Osteria w Angra do Heroismo (Terceira) – dość elegancki, włoski lokal, spróbowaliśmy kilku potraw, wszystkie były świetne;
Co na pewno koniecznie trzeba spróbować to azorskie ananasy. Należy uważać, bo w sklepach częściej można trafić na klasyczne ananasy (zwane na Azorach abacaxi), które też oczywiście mogą być smaczne, ale nas urzekły te azorskie. Choć spotkaliśmy się z opisem, że są mniej słodkie od swoich większych kuzynów, to według nas azorskie były najsłodszymi i najlepszymi ananasami, jakie jedliśmy w życiu. Azorczycy produkują też świetne żółte sery, na São Jorge oferują nawet zwiedzanie sporej fabryki sera.
Tam spaliśmy
Wszystkie noclegi rezerwowaliśmy przez booking.com. Na São Miguel z uwagi na rozległość wyspy 3 noce spędziliśmy w Ponta Delgada, a kolejne 3 w Furnas, co okazało się bardzo dobrym rozwiązaniem. Na pozostałych wyspach stacjonowaliśmy w jednym miejscu. Poniżej namiary na nasze noclegi z krótkim komentarzem:
- Azores Inn | Hostel and Family Suites w Ponta Delgada (São Miguel) – dość przestronny apartament ze wspólną kuchnią w ścisłym centrum Ponta Delgada. Plus to bliskość najciekawszych miejsc w mieście, mankament to problem z miejscem do parkowania auta. W pobliżu apartamentu jest strefa płatnego parkowania, a i tak czasami nie było miejsc. Najbliższe większe, bezpłatne parkingi są oddalone o 10-15 minut na piechotę. Całościowo miejsce to spełniło nasze oczekiwania.
- Casa do Sossego Furnas (São Miguel) – duże, nawet bardzo duże mieszkanie, z tarasem, w centrum Furnas. Świetna lokalizacja – w samym mieście i wokół niego jest bardzo dużo atrakcji, a z apartamentu można na piechotę dojść do basenów termalnych Terra Nostra i Poça da Dona Beija. Wydawało się, że może być pewien problem z miejscem do parkowania, właśnie z uwagi na bliskość basenów, ale za każdym razem było jedno miejsce wolne, tuż przy naszym apartamencie. Polecamy ten apartament.
- Horta Bay (Faial) – tu mieliśmy powiew luksusu i nowoczesności. Co prawda, sam apartament był dość mały, ale bardzo ładnie urządzony, a do tego mieliśmy tu śniadania, co znacznie ułatwiało logistykę. Z okien jadalni mieliśmy fantastyczny widok na szczyt Pico i na port w Horta. Żadnych problemów z parkowaniem auta. Do tego bardzo sympatyczna gospodyni. Same plusy, minusów brak, bardzo polecamy!
- Casa Azul w Urzelina (São Jorge) – zdecydowanie najtańszy apartament spośród pięciu, które wynajmowaliśmy na Azorach. Zlokalizowany mniej więcej pośrodku wyspy, w jednej z większych miejscowości. W Urzelinie są restauracje, sklep spożywczy, a sam apartament jest przestronny, choć wyposażenie nie jest najnowsze. Niemniej na nasze potrzebny w zupełności wystarczający, fajnie że można było tu zrobić pranie (podobnie jak w apartamencie w Furnas). Na miejscu znajduje się dedykowane miejsce parkingowe. Właściciel tego domu ma też wypożyczalnię aut Crossing Hills, z której skorzystaliśmy i też możemy ją polecić.
- Casa do Plátano w Cinco Ribeiras (Terceira) – gdyby nie jeden mankament, to byłby to super apartament. Fajne położenie, dobre śniadania, przede wszystkim niewielki basen (super sprawa dla dzieciaków), ładny ogródek, bezproblemowe parkowanie, fajna historia tego miejsca (odbudowa zrujnowanego domu) – to wszystko plusy. Natomiast minusem i to dość znaczącym był nieprzyjemny zapach stęchlizny w pokoju. Niby po otwarciu drzwi i okien było lepiej, ale za każdym razem, jak wracaliśmy do pokoju, było to wyraźnie odczuwalne.
W żadnym z apartamentów nie trafiliśmy na większe problemy, check-in i check-out wszędzie szybki.
Tyle tytułem wstępu. Zapraszamy do galerii zdjęciowych z poszczególnych wysp, w których znajdziecie mnóstwo ciekawych informacji na temat miejsc, które odwiedziliśmy!
São Miguel
Wideopocztówka z Sao Miguel
São Miguel to wyspa pierwszego wyboru w archipelagu azorskim. Jest tu mnóstwo atrakcji, zarówno przyrodniczych (piękne jeziora, obszary geotermalne, parki, wodospady, plaże), jak i będących efektem działalności człowieka (plantacje ananasów i herbaty, największe miasto archipelagu Ponta Delgada, kościoły, muzea). Wyspa oferuje też ciekawe trekkingi czy wyprawy łodziami na delfiny i wieloryby.
My przeznaczyliśmy na zwiedzanie São Miguel 6 dni. W tym czasie bez większego pośpiechu można zwiedzić wszystkie turystyczne hity, ale jeśli ktoś zechce zostać tu nieco dłużej, na pewno nie będzie się nudził.
Zachodnia część São Miguel, Sete Cidades, Mosteiros
Ledwo wypożyczyliśmy auto i ruszyliśmy z Ponta Delgada, a już przeżyliśmy pierwsze duże zaskoczenie. Wiele naczytaliśmy się o tunelach z kwiatów hortensji, które okalają wiele dróg na Azorach. I tunele faktycznie były, ale częściej niż hortensje, nieco już przekwitające niestety, spotykaliśmy takie oto żółte kwiaty. Poszukaliśmy nieco informacji o tych kwiatach i okazało się, że to wianecznik Gardnera. Roślina ta pochodzi z Himalajów, ale doskonale czuje się w wielu innych miejscach - Hawajach, Nowej Zelandii, RPA i właśnie na Azorach. W miejscach tych wianecznik uważany jest za roślinę inwazyjną. Nam te ściany z żółtych kwiatów bardzo się podobały.
Najpierw skierowaliśmy się na zachodnią stronę wyspy Sao Miguel. Za nami widok z pierwszego punktu widokowego, na jaki natrafiliśmy - Miradouro do Pico do Carvão. Punkty widokowe to bardzo ważny element przy zwiedzaniu Sao Miguel oraz pozostałych azorskich wysp. Często są one zlokalizowane przy głównej drodze, ale czasem trzeba gdzieś zboczyć lub kawałek dojść, by dotrzeć do takiego punktu.
Na początku naszej podróży po Azorach zajeżdżaliśmy na niemal każdy punkt widokowy, ale już po kilku dniach zaczęliśmy robić ich selekcję. Patrzyliśmy, jakie dany punkt ma oceny oraz przede wszystkim, jakie oferuje widoki. Obok Miradouro wybitnych i olśniewających zdarzały się bowiem i takie, które oferowały dość zwyczajne widoki. Miradouro do Pico do Carvão oferował nie tylko zielony, ciekawie pofałdowany (efekt działalności wulkanicznej) krajobraz, ale też błyskawicznie przesuwające się chmury, które powodowały, że to samo miejsce po paru chwilach wyglądało zupełnie inaczej.
Pierwsze, dość prymitywne wodociągi z drewna w tej okolicy zaczęto wznosić jeszcze w XVI wieku. Miały one za zadanie transportować wodę z jezior z zachodnich części wyspy do Ponta Delgada, które cierpiało na niedobory wody. Na początku XIX wieku wzniesiono solidny akwedukt, który przez nieco ponad 50 lat transportował wodę do stolicy Sao Miguel.
W 1888 roku odkryto inne źródło wody i akwedukt został porzucony. Do dziś przetrwało kilka odcinków, a ten, który odwiedziliśmy - Akwedukt do Carvão - nie jest największy (ma "tylko" 7 metrów wysokości, a inny zachowany fragment jest dwukrotnie wyższy), ale jest bardzo łatwo dostępny, tuż przy drodze.
W tej okolicy zobaczyliśmy też po raz pierwszy zwierzęta, które są istotne dla gospodarki Azorów. Można się natknąć na twierdzenia, że na Azorach jest więcej krów niż ludzi. Prawdopodobnie nie jest to prawda - ludzi jest ok. 250 tys., a krów mlecznych (takie dane znaleźliśmy) 90 tys., ale i tak jest to liczba imponująca. Wołowina jest bardzo popularna w tutejszych restauracjach, a produkowane na wyspach sery są jednym z bardziej znanych przebojów eksportowych Azorczyków.
Pierwszym spacerem było dojście do najbardziej znanego punktu widokowego na Sao Miguel - Miradouro da Boca do Inferno. Z tego punktu roztacza się widok na Lagoa Azul. Było to jedno z najbardziej zatłoczonych miejsc na wyspie - na parkingu trudno było o wolne miejsce, a i w pobliżu samego punktu widokowego turystów było bardzo wielu. Na zdjęciu widać też hortensje. Choć powinny kwitnąć do końca sierpnia, to niestety w połowie sierpnia ewidentnie swój prime time miały już za sobą i przekwitały.
Wcześniej widzieliśmy Lagoa Azul z innej perspektywy, tutaj od strony południowej, z Miradouro del Rei. Mniej więcej pośrodku jeziora jest grobla, którą można wjechać do miasteczka Sete Cidades, a grobla ta dzieli Lagoa Azul (jezioro niebieskie - u góry zdjęcia) oraz Lagoa Verde (jezioro zielone - u dołu). Akurat na tym zdjęciu tej różnicy barw aż tak bardzo nie widać, ale w necie można znaleźć fotki, na których kolor obu jezior różni się w sposób diametralny.
Sporą atrakcją okazały się ruiny luksusowego niegdyś hotelu Monte Palace. Wybudowano go w 1989 roku, ale działał tylko przez półtora roku. Okazał się biznesowym niewypałem i właściciel po prostu go porzucił. Po 35 latach kiedyś 5-gwiazdkowy hotel jest kompletną ruiną, choć zarazem ciekawą atrakcją turystyczną.
Po zachodniej stronie wyspy są dwa miasteczka, do których warto zajrzeć. Pierwszym z nich jest Sete Cidades, położone tuż nad Lagoa Azul. Najciekawszą budowlą w tej miejscowości jest kościół św. Mikołaja. I choć był to środek sezonu turystycznego, to ruch panował tylko w jedynej restauracji w Sete Cidades, a poza tym panował tu spokój.
Azory składają się z dziewięciu wysp, spośród których Sao Miguel jest największa. Ma 746 km2 i 140 tys. mieszkańców. Pozostałych osiem wysp ma łącznie 1600 km2 i ciut ponad 100 tys. mieszkańców. Jeden z lokalnych mieszkańców śmiał się, że raz w roku, przed świętami Bożego Narodzenia, Sao Miguel przeżywa najazd mieszkańców pozostałych wysp, gdyż to właśnie tu znajduje się jedyne centrum handlowe z prawdziwego zdarzenia i tu kupowane są prezenty gwiazdkowe. Nie wiem czy nie było w tym trochę przesady, ale bez wątpienia Sao Miguel jest oknem na świat (z kontynentu można jeszcze dolecieć na Terceirę) dla Azorów i centrum życia gospodarczego.
Nieco zaskoczyło nas, że lotnisko w Sao Miguel nosi imię Jana Pawła II. W trakcie naszej podróży jeszcze w kilku miejscach spotkaliśmy różne formy upamiętnienia polskiego papieża. Nie do końca doszliśmy przyczyn tego fenomenu, ale bardzo możliwe, że duży wpływ na takie postrzeganie Jana Pawła II miała jego wizyta na Sao Miguel oraz na Terceirze w 1991 roku.
Kolejnym naszym przystankiem było położone na zachodnim krańcu wyspy Mosteiros. Nazwa ta po portugalsku oznacza klasztor, przy czym wzięła się ona od... kształtu pobliskich skał, które przypominały pierwszym mieszkańcom tych okolic właśnie klasztor. Dziś w całej parafii, która obejmuje też pobliskie wioski, mieszka 1100 mieszkańców, a samo Moisteiros jest popularnym celem turystów, głównie z uwagi na plażę i naturalne baseny.
Niespodziewanie dla nas trafiliśmy w Mosteiros na lokalne święto. Była orkiestra (o sporych tradycjach, sięgających 1863 roku, grająca koncerty w USA i kontynentalnej Portugalii), były też religijne figury na podestach, wreszcie też po porcie pływały zapełnione ludźmi łodzie. Okazało się, że to doroczny festyn, który zawsze odbywa się w trzecią niedzielę sierpnia i akurat na niego trafiliśmy.
W Mosteiros znajduje się bardzo ładna plaża. Z czarnym piaskiem, co jest związane ze zjawiskami wulkanicznymi, ale już przy wejściu do wody przeważały kamienie. Warto przy tej okazji zaznaczyć, że plaże nie są wielkim atutem Azorów. Jest ich niezbyt dużo, a na naprawdę fajną plażę trafiliśmy podczas naszego dwutygodniowego pobytu raz - była to Praia do Fogo na Sao Miguel.
Plaż za wiele nie ma, ale jest to wynagrodzone poprzez bardzo liczne Piscinas Naturais, czyli naturalne baseny, często z pewnymi ulepszeniami w postaci drabinek z zejściem do wody, czy linami, które pomagają w walce z silnymi falami. Przy każdym basenie były też prysznice, pod którymi można było się opłukać po morskiej kąpieli.
Najważniejsza sprawa - woda w oceanie była ciepła. Kąpiel w niej to była wielka przyjemność, zwłaszcza po całym dniu zwiedzania w słońcu taka ochłoda, ale bez uczucia dojmującego zimna w pierwszym momencie to było super. Przy czym warto zaznaczyć, że w tym roku pogoda na Azorach była bardzo nietypowa - mniej deszczu i więcej słońca niż zwykle, czego jednym ze skutków była wyższa o mniej więcej 2 stopnie temperatura wody w stosunku do średniej z lat poprzednich. Na zdjęciu bardzo fajne baseny Caneiros koło Mosteiros.
Wyprawa na delfiny, Ponta Delgada, plantacja ananasów Arruda
W większości firm cena rejsu to 65 euro za dorosłego, dzieci płacą trochę mniej. U Moby Dicka płaciliśmy 50 euro od dorosłego, za naszą rodzinę z jakimiś podatkami wyszło łącznie 188 euro. W trakcie 3,5 godzinnego rejsu widzieliśmy kilka razy delfiny - czasem tuż koło naszej łodzi, i dwa razy wielkiego kaszalota. Kapitan łodzi twierdził, że to był ten sam kaszalot, który pokazał się, następnie zanurzył na 45 minut i ponownie wynurzył w miejscu, które ten kapitan wytypował. W ogóle kapitan był bardzo rozmowny i ciekawie opowiadał zarówno o morskich stworzeniach, jak i o swojej firmie.
Jakie były nasze wrażenia? Najfajniejsze były delfiny, kaszalot też wzbudzał emocje, ale do niego już tak blisko nie podpływaliśmy. Pogoda była bardzo słoneczna, aż musieliśmy szukać cienia, bo grzało mocno. Prędkość łodzi nie była imponująca (max 20 węzłów) i chyba przez to chwilami strasznie bujało, co spowodowało u niektórych w naszej rodzinie chorobę morską. Trochę popsuło to wrażenia z całej eskapady, ale mimo tego było to naprawdę ciekawe doświadczenie. Z ciekawostek statystycznych - w nieco ponad 3,5 godziny przepłynęliśmy 56 km.
Kapitan naszego statku chwalił się, że pływa na czuja i z racji doświadczenia wie, gdzie można spotkać morskie stworzenia. A inne firmy patrzą, gdzie on płynie i kierują się tam, gdzie on. Chyba aż tak proste to nie jest - wizytując nadmorskie punkty widokowe widzieliśmy tzw. watchmenów, którzy przez bardzo silne lornetki wypatrywali delfinów i kaszalotów w oceanie i radiowo dawali znać łodziom, gdzie mają płynąć.
Sao Miguel to spora wyspa, dlatego przez połowę naszego pobytu mieszkaliśmy w centrum Ponta Delgada, a potem przenieśliśmy się na wschodnią część wyspy. Ponta Delgada to sporej wielkości miasto (67 tys. mieszkańców), które podczas spacerów po centrum robiło korzystne wrażenie. To, co rzuciło nam się w oczy, to fantazyjnie zdobione chodniki. Wzorki były przeróżne - od bardzo prostych do skomplikowanych, co bez wątpienia dodawało uroku całej okolicy. Potem okazało się, że nie tylko w Ponta Delgada chodniki są tak zdobione, ale w wielu innych azorskich miasteczkach także.
Azory pod wieloma względami są bardzo specyficznym miejscem na mapie Europy. Jedną z osobliwości tego archipelagu jest to, że tylko tu (biorąc pod uwagę Europę) rosną ananasy. Plantacja Arruda jest udostępniona do zwiedzania, więc ochoczo z tego skorzystaliśmy. Co ciekawe, zwiedzanie jest darmowe, natomiast można potem zatrzymać się na chwilę w barze, który oferuje różne produkty z ananasów.
Oto ananas! Ale to nie jest taki zwykły ananas, jakiego można kupić u nas w sklepie. To inny gatunek ananasa (odmiana Cayenne), uprawiany tylko na Azorach. Jest on mniejszy od swojego bardziej rozpowszechnionego kuzyna, ma też skromniejszy pióropusz liści . Zjedliśmy kilka takich azorskich ananasów i zgodnie stwierdziliśmy, że tak pysznych i słodkich ananasów w życiu nie jedliśmy.
Interesująca jest też kwestia nazewnictwa ananasów na Azorach. W sklepie pod nazwą ananas mamy te mniejsze ananasy azorskie, natomiast ananasy "normalne" są sprzedawane pod nazwą abacaxi. Proces produkcyjny azorskiego ananasa jest dość długi - trwa on 24 miesiące. Jest to jedyne miejsce na świecie, gdzie ananasy uprawiane są w szklarniach. Na plantacji można zobaczyć ananasy w różnym stadium rozwoju, natomiast trochę brakowało nam informacji o tym, co zwiedzaliśmy i co widzieliśmy.
Ananasy trafiły na Azory w 1829 roku i szybko okazało się, że mają tu całkiem niezłe warunki do rozwoju. W XIX wieku uprawa ananasów osiągnęła sporą skalę, ale w wieku XX rynek został zalany przez tańsze ananasy z Ameryki Południowej i plantacje na Azorach mocno podupadły. Ale kilka jeszcze się ostało i dzięki temu można spróbować pysznego ananasa azorskiego.
Na koniec dnia wróciliśmy na zachodnie krańce wyspy Sao Miguel, aby najpierw zdobyć górę (Pico das Camarinhas o wysokości 219 m n.p.m), a potem wykąpać się w pobliskich basenach naturalnych Ponta da Ferraria. Trekking na szczyt i z powrotem był krótki, choć dość wymagający, taki akurat na rozruszanie. W dole widać sztuczny basen, ale nieco na lewo były o wiele lepsze baseny naturalne.
Basen Ponta da Ferraria - pierwsze wrażenie było takie sobie. Ile tu ludzi! Przez chwilę nawet rozważaliśmy czy nie poszukać mniej oblężonego basenu, ale postanowiliśmy dać temu miejscu szansę. I okazało się to strzałem w dziesiątkę, ponieważ miejsce to okazało się być niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju.
Dlaczego? Otóż po wejściu do wody można doznać szoku poznawczego. Przecież to ocean, a woda jest ciepła, a nawet bardzo ciepła! Otóż w tym miejscu jest duża aktywność geotermalna, kawałek dalej para buchała z jakichś szczelin w skałach i to ciepło z wnętrza ziemi ogrzewa wodę w tej małej zatoczce. W tym basenie były zamontowane liny w poprzek, które ułatwiały utrzymanie się w miejscu podczas całkiem sporych tego dnia fal. Gdyby w tym miejscu było nieco mniej ludzi, to dalibyśmy tu ocenę 10/10, ale i tak było bardzo fajnie!
Środkowa część São Miguel, Ribeira Grande, Salto do Cabrito, Lagoa Fogo
Centralnym punktem tej miejscowości jest kościół o fantastycznej nazwie Igreja Matriz de Nossa Senhora da Estrela. Swoją drogą portugalskie nazwy wielu miejsc były dla nas długie i bardzo trudne do zapamiętania. Kościół w Ribeira Grande jest typowym przedstawicielem stylu azorskiego. Charakteryzuje się on użyciem kamieni pochodzenia wulkanicznego i często takimi kształtami jak w kościele powyżej. Zauważyliśmy też, że bardzo często używanym kolorem jest błękitny i ciemnożółty.
Polega on na tym, że na początku pod opieką przewodniczki przechodzimy przez dwa pomieszczenia, gdzie składowane są beczki z alkoholami, a pani opowiada o firmie, co produkują, gdzie eksportują swoje produkty, itd. Jest to darmowe, podobnie jak możliwość degustacji licznych likierów na końcu tej krótkiej, kilkuminutowej prezentacji. Niestety, my możliwości degustacji mieliśmy mocno ograniczone - połowa naszej rodziny jeszcze na takie degustacje musi kilka lat poczekać, a jeden z dorosłych jako kierowca był z tej atrakcji wykluczony.
Po degustacji można było kupić produkty z tej fabryki, zarówno w małych buteleczkach, jak i większych i to na tym polegał zarobek. Sam pomysł, jak i jego wykonanie przypadło nam do gustu. Ostatecznie zostawiliśmy tu chyba 20 euro i nie czuliśmy, żebyśmy byli naciągani. Warto tu zajrzeć, przy czym jest to miejsce maksymalnie na pół godzinki.
Cechą charakterystyczną dla Azorów są wodospady. Łatwo to można wytłumaczyć - prawie wszystkie wyspy (poza Graciosą) są górzyste, do tego bardzo często pada deszcz, więc są to idealne warunki do powstawania wodospadów. Bardzo fajne jest to, że przy większości wodospadów można się kąpać. W odróżnieniu od ciepłej wody w oceanie, w wodospadach z reguły woda była zimna. Przy 27 stopniach i pełnym słońcu była to fenomenalna możliwość orzeźwienia. Na zdjęciu wodospad Salto do Cabrito.
I tu dochodzimy do konieczności improwizacji. Nastawiliśmy GPS na Lagoa do Fogo, pokazuje drogę, wszystko gra, a tu nagle znaki, że za kilka kilometrów droga jest nieprzejezdna. Dojechaliśmy i faktycznie, zakaz dalszej jazdy. A innej drogi tu nie ma. Okazało się, że był tu spory parking, a dalej do jeziora Fogo można pojechać autobusem za 5 euro od osoby. Skorzystaliśmy, bo chcieliśmy tam dotrzeć. I bez wątpienia było warto, co pokazuje to zdjęcie.
Lagoa do Fogo to jezioro kalderowe o powierzchni 1,53 km2, położone na wysokości 580 m n.p.m. Do jeziora prowadzą efektowne trasy trekkingowe, ale tym razem ograniczyliśmy się do krótkiego wejścia na Pico da Barrosa, skąd jest najlepszy widok na jezioro (poprzednie zdjęcie). Wspomnianym wcześniej autobusem trzeba jeszcze było wrócić na parking i była to pewna lekcja cierpliwości, bo żadnego rozkładu nie było, a na autobus sporo się naczekaliśmy.
... ale, niestety, były one zamknięte z powodu zanieczyszczenia mikrobiologicznego. Cóż, trochę szkoda, niemniej i tak warto było tu zajrzeć. Zamknięta droga spowodowała, że musieliśmy nadłożyć wiele kilometrów, żeby przedostać się z północy wyspy na południe. Nie mieliśmy jednak wyjścia, bo kolejne trzy noce mieliśmy zarezerwowane w Furnas w południowo-wschodniej części Sao Miguel.
Przy okazji zdjęcia bardzo ładnego kościółka w miejscowości Caloura zareklamujemy jedną z najlepszych restauracji na Azorach, w jakich mieliśmy przyjemność biesiadować. Bar Caloura oferuje przede wszystkim ryby i inne owoce morza. Począwszy od fantastycznego umiejscowienia (widok na zatoczkę i ocean), bardzo pomocnego kelnera (szczegółowo objaśnił, czym różnią się oferowane w menu ryby) po przepyszne jedzenie. Jedyny mankament - na stolik trzeba było dłuższą chwilę poczekać. Tak nam tu smakowało, że wróciliśmy do tej restauracji jeszcze raz.
Kapliczka ta upamiętnia objawienia Matki Boskiej, które miały miejsce w 1918 roku. Jako pierwsza objawień doznała 8-letnia dziewczynka, która niedługo potem zmarła. Rodzina dziewczynki w 1931 roku wzniosła kaplicę, by przetrwała pamięć o tych wydarzeniach. Dodatkowym atutem tego miejsca jest panorama miejscowości Agua de Pau.
Mieliśmy chęć wybrania się na niewielką wysepkę Ilheu da Vila. Jest taka możliwość - z widocznej na dole zdjęcia miejscowości Vila Franca do Campo pływają łodzie na tę wysepkę. System zakupu biletów jest jednak maksymalnie nieprzyjazny. Zasady są takie: teoretycznie można kupić bilety przez internet (jak sprawdzaliśmy, na 10 dni do przodu wszystkie były wykupione). Pozostaje jeszcze pewna pula biletów do zakupu na miejscu, od 10 rano. Doczytaliśmy, że w sezonie już 2 godziny wcześniej jest długa kolejka, a ci, którzy zameldują się później nie mają gwarancji zakupu biletu, gdyż obowiązuje limit 400 wejść dziennie na wyspę. W efekcie odpuściliśmy ten temat, choć trochę szkoda, bo to mogła być ciekawa przygoda.
Ermida de Nossa Senhora da Paz została wzniesiona w 1764 roku na wzniesieniu ponad miejscowością Vila Franca do Campo. Z powstaniem tej budowli wiąże się legenda o pasterzu, który schronił się przed złą pogodą w pobliskiej jaskini. Znalazł w niej obraz Matki Boskiej, który zaniósł do swojej parafii. Następnego dnia pasterz ponownie znalazł ten sam obraz w jaskini. Gdy te dziwne zdarzenia powtórzyły się jeszcze kilka razy, parafia postanowiła wybudować w tym miejscu kaplicę.
W przypadku tej kaplicy większość roboty robią 10-poziomowe schody. Każdy poziom jest ozdobiony płytkami azulejos ze scenami religijnymi. Nasi chłopacy niekoniecznie docenili walor artystyczny tego miejsca, za to uznali, że to doskonała okazja do rywalizacji - kto pierwszy wbiegnie na górę! Co ciekawe, schody dobudowano względnie niedawno, bo dopiero w 1968 roku.
Widoczne na zdjęciu Vila Franca do Campo dziś jest skromnym, 4-tysięcznymi miasteczkiem. Na przełomie wieku XV i XVI była to administracyjna stolica Azorów. Kres rozwojowi miasta położyło wielkie trzęsienie ziemi w 1522 roku, które spowodowało obsuwiska ziemi. Wszystkie te kataklizmy doprowadziły do śmierci 5 tysięcy ludzi i całkowitego zniszczenia Vila Franca do Campo. W efekcie stolica została przeniesiona do Ponta Delgada, a widoczne na zdjęciu miasteczko już nie odzyskało dawnego znaczenia.
Wschodnia część São Miguel, plantacja herbaty Cha Gorreana, Ribeira dos Caldeirões
Kolejny dzień poświęciliśmy na eksplorację wschodniej części wyspy Sao Miguel. Rozpoczęliśmy od najstarszej w Europie plantacji i fabryki herbaty Cha Gorreana. Należy zaznaczyć, że spośród wszystkich atrakcji na Sao Miguel to tu mieliśmy największy problem ze znalezieniem miejsca na zaparkowanie auta.
Zwiedzanie założonej w 1883 roku fabryki jest darmowe, podobnie jak w przypadku plantacji ananasów czy fabryki likierów. Chyba od czasu do czasu można skorzystać z przewodnika oprowadzającego po fabryce, ale my akurat na takie oprowadzenie nie trafiliśmy i samodzielnie zwiedziliśmy to miejsce. To, co rzuciło nam się w oczy, to maszyny, które raczej nie należały do najnowszych. Niektóre z nich właśnie pracowały, były bardzo głośne, a aromat herbaty był niezwykle intensywny.
Bardzo przydatny w zrozumieniu, jak to się dzieje, że z listków rosnących na krzakach w polu powstaje smaczny napój, okazał się kilkuminutowy filmik wyświetlany w jednym z pomieszczeń. Zobaczyliśmy na przykład, że przy zbiorze liści nie są używane żadne skomplikowane maszyny, w zasadzie odbywa się to ręcznie.
Dodatkową atrakcją jest możliwość pospacerowania po polach herbaty, które są położone tuż przy fabryce. Istnieje nawet 3,5-kilometrowy szlak po tych polach (Rota do Chá), ale mieliśmy tego dnia jeszcze sporo innych planów i wystarczyło nam pobieżne zaznajomienie się z rzędami krzaków herbaty. Plantacja zajmuje obszar 40 hektarów, a roczna produkcja wynosi 40 ton. Większość produkcji jest eksportowana, ale herbatę można też kupić w sklepie internetowym.
Sao Miguel powstał w wyniku aż sześciu erupcji wulkanicznych. Powstawał stopniowo, najstarsza jest część wschodnia, potem powstała część zachodnia, a dopiero na końcu kolejna erupcja połączyła dwie wyspy w jedną całość. Trzeba wiedzieć, że część wulkanów na Sao Miguel jest aktywna. Jeszcze w XVI wieku wybuchał wulkan Fogo, a w XVII wieku wulkan Furnas i ponownie Fogo. Od tego czasu wulkany na lądzie były już spokojne, ale notowano wybuchy wulkanów podmorskich, zlokalizowanych w pobliżu wyspy (najbardziej znany z 1811 roku).
Nordeste jest jedynym większym miasteczkiem (1,3 tys. mieszkańców) we wschodniej części Sao Miguel. Ta część na tyle różni się od reszty wyspy (brak jezior, wiele lasów, sporo gór, dużo mniejsze zaludnienie) i do niedawna na tyle trudny był tu dostęp drogą lądową, że obszar ten bywa zwany dziesiątą wyspą archipelagu. Najbardziej charakterystycznym miejscem w Nordeste jest most siedmiu łuków, po portugalsku Ponte dos Sete Arcos.
Podczas gdy dorosła część naszej ekipy skupiła się na aspektach architektonicznych Nordeste, młodzież ruszyła na poszukiwanie sklepu. Przez poprzednie kilka godzin przejeżdżaliśmy tylko przez małe wioski, w których sklepów nie było. Chwilę po tym zdjęciu wydali okrzyk radości, gdyż sklep znaleźli i nawet był otwarty, co wcale nie było takie oczywiste.
Furnas i okolice, trekking Sanguinho, Praia do Fogo
Okolice Furnas słyną ze zjawisk geotermalnych. Jednym z miejsc, gdzie można zobaczyć i, co ważne, poczuć fumarole, bulgoczące źródełka czy opary siarki jest niewielki obszar zwany Fumarolas Lagoa das Furnas, położony tuż przy jeziorze Furnas. Bardzo przypominał on, choć w znacznie mniejszej skali, Hverir z Islandii.
... i już po paru minutach nasze podejrzenia zamieniły się w pewność. Te studnie (a właściwie ciepło z wnętrza ziemi) służą do przygotowywania potrawy o nazwie cozidos das Furnas przez pobliskie restauracje. Każda restauracja ma swoje studnie, a naliczyliśmy ich na tym terenie kilkanaście. Na cozidos składa się wołowina lub wieprzowina w postaci gulaszu, podawana z warzywami (fasolą, ziemniakami, marchewką, rzepą, kapustą). Ważne, by całość przez 4-6 godzin była umieszczona w ziemi, wykorzystując naturalne ciepło tutejszych terenów. Chcieliśmy tego smakołyku spróbować, ale bez wcześniejszej rezerwacji niestety nie było szans.
Jezioro Furnas, drugie największe na Azorach, jeszcze 15 lat temu było w katastrofalnym stanie. Z powodu intensywnego nawożenia na okolicznych polach jezioro zamieniło się w zarośnięty algami i glonami zbiornik, z dramatycznie niskim poziomem tlenu i ginącym życiem. W 2007 roku rozpoczęto projekt odzyskiwania jeziora. Wykupiono grunty od rolników, prowadzono rekultywację jeziora, karczowano gatunki inwazyjne, a w ich miejsce sadzono endemity i po kilkunastu latach efekty są widoczne, choć praca jeszcze nie jest zakończona. Podobne działania podjęto przy jeziorach Azul i Verde przy Sete Cidades i tam efekty przyszły szybciej niż w jeziorze Furnas.
Wiele ciekawych rzeczy o jeziorze Furnas i o wyspie Sao Miguel dowiedzieliśmy się w Centro de Interpretação Ambiental das Furnas - muzeum położonym nad jeziorem Furnas. Zwiedzających było niewielu, a muzeum jest naprawdę godne polecenia. Pracowniczka muzeum przekazała nam sporo informacji, zwłaszcza o staraniach o poprawę stanu jeziora, a także walce o zmianę mentalności tutejszych mieszkańców, żeby bardziej dbali o przyrodę.
Ogród powstał i po 160 latach możemy go nadal podziwiać. Wkrótce jednak żona fundatora parku Maria Guilhermina ciężko zachorowała. Jej mąż obiecał, że wybuduje kaplicę, jeśli Maria wyzdrowieje. Słowa dotrzymał i w 1870 roku powstał kościółek, całkowicie odmienny od innych kościołów na Azorach. Pochowano w nim zarówno Jose do Canto, jak i jego żonę.
Wykupiliśmy bilety wstępu do ogrodu, bo mieliśmy dwa cele do osiągnięcia. Pierwszy to drzewo widoczne na zdjęciu - ogromna sekwoja wieczniezielona (Sequoia sempervirens). Ten gatunek sekwoi występuje tylko na zachodnim wybrzeżu USA, więc ten z okolic Furnas jest wyjątkowym rodzynkiem. Sekwoje żyją nawet do 2000 lat i są to największe drzewa spośród wszystkich występujących na Ziemi.
Pomału kończąc naszą przygodę z Sao Miguel postanowiliśmy poszukać jakiegoś ciekawego trekkingu. Nasz wybór padł na szlak do Cascata do Salto do Prego oraz opuszczonej wioski Sanguinho. Tutaj trzeba było pokonać całkiem solidną różnicę wysokości, by w pierwszej kolejności dotrzeć do wodospadu. W zasadzie nie różnił się on wiele od kilku innych, które wcześniej widzieliśmy.
Dziś jednak Sanguinho zaczyna pomału odżywać. Widać, że kilka domów zostało odnowionych, zrobiono w nich kwatery dla turystów. Jest też bar dla turystów. Paradoksalnie, ta rewitalizacja może nieco obniżyć atrakcyjność tego miejsca. Na zdjęciu widok z góry na Faial da Terra i nasze żółte autko, które zaparkowaliśmy na początku szlaku. Cały trekking liczył 4,5 km i zajął nam nieco ponad 2 godziny. Bardzo ten szlak polecamy!
Na pożegnanie Sao Miguel na prośbę naszego młodszego syna poszukaliśmy jakiejś plaży. Nasz wybór padł na Praia do Fogo i okazał się to przysłowiowy w strzał dziesiątkę! Pierwszym atutem tej plaży była płycizna, która sięgała dość daleko w ocean. Drugim, chyba jeszcze większym, było to, że wystarczyło lekko zagłębić stopę w piasku pod wodą, by poczuć... ciepło. I to nie takie delikatne, tylko ciepło powodujące, że po paru sekundach trzeba było nogę cofnąć! To efekt zjawisk geotermalnych zachodzących niezbyt głęboko pod powierzchnią.
Podsumowując - na Sao Miguel byliśmy 6 dni. 3 noclegi mieliśmy w Ponta Delgada, kolejne 3 w Furnas i wydaje nam się to dobrym rozwiązaniem. Dzięki temu mogliśmy zwiedzić całą wyspę, a dojazdy nie zajmowały zbyt wiele czasu - przejechaliśmy raptem 500 km. Nie wszystkie zamiary udało nam się zrealizować - nie dotarliśmy m.in. na wysepkę Ilhéu de Vila Franca do Campo. Niemniej, opuszczaliśmy Sao Miguel bardzo zadowoleni. Pogoda dopisywała, przyroda nas zachwyciła, miasteczka też sprawiały dobre wrażenie, a kąpiele w basenach naturalnych lub wodospadach były fajnym zamknięciem prawie każdego dnia. Ale to był dopiero początek naszej azorskiej przygody - przed nami Faial!
Faial
Wideopocztówka z Faial
Faial jest znacznie mniejszą i mniej zaludnioną wyspą od São Miguel. Ma dwie kapitalne atrakcje – kalderę wulkanu oraz Capelinhos – obszar ostatniej erupcji wulkanu na Azorach. Można też pospacerować po największym mieście na wyspie – Horta.
Na Faial poświęciliśmy jeden pełny dzień (i dwie noce), którego plan był bardzo napięty, ale wystarczający, by zobaczyć wszystko, co najciekawsze.
Caldeira do Cabeço Gordo
Lecimy na Faial! Kilka słów o transporcie między wyspami na Azorach. Wysp jest dziewięć, z czego na dwóch z nich (Sao Miguel i Terceira) są lotnicze huby, z których można dostać się na mniejsze wyspy. Loty obsługiwane są przez lokalne linie SATA Airlines. Mimo że loty są krótkie (od 20 minut do nieco ponad godziny), to ceny biletów nie należą do niskich. My za 4 przeloty dla 4 osób (Porto - Sao Miguel - Faial oraz Sao Jorge - Terceira - Porto) zapłaciliśmy 5250 zł. Wyłączając trzy położone blisko siebie wyspy (Pico - Faial - Sao Jorge), gdzie kursują promy, na resztę wysp jedynym sposobem dotarcia jest samolot. I ostatnia uwaga - linie SATA nie należą do najbardziej punktualnych i niezawodnych linii na świecie, czego doświadczyliśmy na własnej skórze (3-godzinne opóźnienie, a wcale nie tak rzadko zdarzają się anulowane loty).
Złośliwi twierdzą, że najciekawszą rzeczą, którą można zobaczyć na Faial, jest widok na szczyt Pico, który znajduje się na sąsiedniej wyspie o tej samej nazwie. Oczywiście to nieprawda, ale bez wątpienia Pico - najwyższy szczyt Azorów, ale i całej Portugalii, wysoki na 2351 m n.p.m. - jest majestatyczny. Doskonale go widać zarówno z wyspy Faial, jak i Sao Jorge, pod warunkiem, że akurat nie jest otoczony chmurami. Przez parę minut mieliśmy okazję podziwiać go także z okien samolotu.
Kilka słów o Faial. Nazwa pochodzi od wiecznie zielonego krzewu Myrica faya, który w momencie odkrycia wyspy w połowie XV wieku występował bardzo powszechnie. Co ciekawe, pierwotnie nazwano wyspę Sao Luis, a dopiero potem przyjęła się nazwa Faial. Wyspa ma powierzchnię 173 km2, niemal kolisty kształt i jest zamieszkiwana przez 15 tys. mieszkańców. Jedynym miastem jest Horta, której główną ulicę widać na zdjęciu.
Pod koniec XVI wieku wyspę podbili Hiszpanie, ale największym problemem dla mieszkańców byli piraci, którzy bardzo aktywnie działali na azorskich wodach, a przy okazji często rabowali bezbronnych wyspiarzy. W 1593 roku u wybrzeży Faial trzy angielskie statki korsarskie stoczyły bitwę z portugalskim statkiem Chinco Chagas, który przewoził 2000 ton ładunku, wedle legend, wielkich skarbów z Indii. Portugalski statek został zatopiony, a przewożony przez niego skarb uchodzi za jeden z największych, jaki zniknął w odmętach oceanu. Na zdjęciu droga do położonej w centralnej części Faial kaldery Cabeço Gordo.
Wedle słów miejscowych taki właśnie przez zdecydowaną większość czasu jest widok na Pico. Wracając jednak do historii Faial, pomimo licznych trzęsień ziemi i erupcji wulkanicznych (największa to Cabeço do Fogo w 1672 roku) wyspa zyskiwała na znaczeniu jako centrum połowu wielorybów, a w czasach bardziej współczesnych jako baza logistyczna dla aliantów w trakcie II wojny światowej i stacja dla sieci podmorskich kabli łączących Europę z Ameryką Północną. Od końca XIX wieku rozwijał się też port w Horta, który do dziś jest bardzo ważnym miejscem dla całej wyspy.
Tyle rysu historycznego, wróćmy do współczesności. Na Faial są dwa miejsca z gatunku "must see". Jedno to kaldera Cabeço Gordo, drugie to obszar po erupcji wulkanu Capelinhos. Mieliśmy do dyspozycji jeden pełny dzień, więc od rana wyruszyliśmy na kalderę. Dotarliśmy na miejsce, przeszliśmy małym tunelem do wnętrza kaldery i naszym oczom ukazał się taki oto widok. Tak, to jest wnętrze kaldery wulkanu. Kaldera jest gigantyczna - ma 2 km średnicy, 400 metrów głębokości.
Zagadnęliśmy turystę, który szedł tą samą trasą, ale w odwrotnym kierunku, zatem kończył już swoją wędrówkę. Okazało się, że od 2 godzin chmury są takie same i kończąc już szlak, nie miał okazji zobaczyć, co znajduje się w dole. Co ciekawe, tego samego turystę spotkaliśmy popołudniu w Capelinhos (na Faial naprawdę świat jest mały) i oświadczył, że wraca z powrotem na kalderę, bo koniecznie chce ją zobaczyć bez chmur.
Przeszliśmy połowę szlaku, a chmury nie dawały za wygraną. Uruchomiliśmy zatem pomysły niestandardowe. W zgodnej opinii całej naszej rodziny nasz młodszy syn Adam jest niesamowitym szczęściarzem. Jeśli ktoś z nas ma znaleźć leżący na ulicy banknot, na pewno będzie to Adam, w grach polegających na szczęściu potrafi on mieć takie serie, że reszta traci motywację do gry, itd. Więc wpadliśmy na pomysł, żeby Adam użył swojego szczęścia i przegonił te chmury.
W przeszłości była możliwość eksploracji wnętrza kaldery, jednak ze względu na ochronę ekosystemu wprowadzono daleko idące ograniczenia i albo wstęp został zabroniony, albo jest możliwy, ale tylko razem z licencjonowanym przewodnikiem (spotkaliśmy się z obiema wersjami). W każdym razie nie widzieliśmy nikogo we wnętrzu kaldery.
Wśród porad odnośnie trekkingu wokół kaldery chyba najlepsza jest taka, żeby przed wyjazdem z Horta (miejsce stacjonowania większości turystów) spojrzeć w górę i sprawdzić czy kaldera jest pogrążona w chmurach. Jeśli tak, to najlepiej trekking przełożyć na inny termin. My jeszcze dodamy, że przejście tego szlaku w deszczu lub bezpośrednio po deszczu może być bardzo nieprzyjemne. Ścieżka jest wąska, czasem trochę w górę, czasem w dół i bywa śliska.
W najwyższym punkcie kaldera ma wysokość 1043 m n.p.m. i widać z niej Pico, Sao Jorge, a przy sprzyjających warunkach atmosferycznych także położoną nieco dalej Graciosę. Z kolei we wnętrzu kaldery znajdują się bagna, zarośla i niewielkie stożki żużlowe. Kiedyś było tu jezioro, ale na skutek trzęsień ziemi i erupcji Capelinhos jezioro przestało istnieć.
Faial oferuje jeszcze kilka trekkingów i gdybyśmy zostali tu jeszcze dzień czy dwa, pewnie byśmy na któryś z nich się wybrali. Warto jednak mieć na uwadze, że poza drogą dookoła wyspy oraz drogą do kaldery, które są asfaltowe i dobrej jakości, większość dróg we wnętrzu wyspy jest nieutwardzona i zwłaszcza po deszczach można mieć problemy z przejazdem słabszym autem. My na takie drogi nie zjeżdżaliśmy, niemniej warto o tym wiedzieć.
Capelinhos, Horta
Patrząc na północno-wschodnią część Faial poświęcimy chwilę na wyjaśnienie, dlaczego spośród dziewięciu wysp azorskich wybraliśmy akurat te cztery - Sao Miguel, Faial, Sao Jorge i Terceirę. Sao Miguel był oczywistym wyborem - to największa, najbardziej zaludniona i najbardziej popularna wśród turystów wyspa. Jeśli ktoś odwiedza tylko jedną wyspę, to niemal zawsze będzie to Sao Miguel. O dalszych wyborach decydowały kwestie logistyki (przemieszczanie się pomiędzy wyspami) oraz atrakcyjności wysp. Faial chcieliśmy zobaczyć ze względu na Capelinhos i kalderę Cabeço Gordo. Sao Jorge zachęciło nas tym, że jest najbardziej dzikie i najmniej ucywilizowane. Z kolei Terceira oferuje najładniejsze miasto na Azorach Angra do Heroismo i ciekawe atrakcje przyrodnicze wewnątrz wyspy, a do tego z Terceiry można wrócić do kontynentalnej Europy.
Z perspektywy czasu odrobinę żałujemy, że nie zagłębiliśmy się bardziej w poszukanie informacji o wyspie Flores, uznawanej za najciekawszą przyrodniczo spośród wszystkich wysp. Z dzisiejszą wiedzą być może spróbowaliśmy tam dotrzeć, choć jest to wyspa dość oddalona od wszystkich pozostałych wysp (razem z Corvo). Na zdjęciu widok na Horta z punktu widokowego Nossa Senhora da Conceição. Na pierwszym planie port dla promów, na drugim przystań dla jachtów.
Ciekawie na Azorach rozłożona jest władza. W większości krajów czy regionów trzy rodzaje władzy skupione są w jednym mieście, natomiast na Azorach władza wykonawcza znajduje się w Ponta Delgada (Sao Miguel), sądownicza w Angra do Heroismo (Terceira), a ustawodawcza w Horta (Faial). Z Azorów wybierany jest 1 poseł do Parlamentu Europejskiego (na 21 miejsc przysługujących Portugalii) i 5 posłów do Zgromadzenia Republiki Portugalii (na 230 miejsc).
W XIX i XX wieku Faial, mała wysepka na środku Atlantyku, była kuźnią kadr dla portugalskich elit. To stąd wywodził się António José de Ávila, najpierw burmistrz Horta, a w latach 1868-78 trzykrotny premier Portugalii oraz Manuel de Arriaga, pierwszy prezydent Republiki Portugalii w latach 1911-15, zaraz po obaleniu króla Manuela II. Na zdjęciu Jardim da Praça da República w Horta, bardzo przypominający podobne ogrody w kilku innych azorskich miastach.
Czas na drugą wielką atrakcję Faial - Capelinhos! Widoczna na zdjęciu latarnia morska Ponta dos Capelinhos została zbudowana w 1894 roku i ma wysokość 20 metrów. Latarnia i obsługujący ją latarnik nieoczekiwanie zyskali sławę we wrześniu 1957 roku, gdy w odległości kilkuset metrów od latarni wybuchł podwodny wulkan Capelinhos. Początkowo erupcja przebiegała dość spokojnie, w pobliżu brzegu utworzyła się niewielka wysepka, ale było to tylko preludium do dramatycznych wydarzeń, które nastąpiły pomiędzy majem i październikiem 1958 roku. Wówczas erupcja przybrała na mocy, a opad materiału wulkanicznego, popiołu i żużla wraz z towarzyszącymi trzęsieniami ziemi spowodował bardzo poważne straty.
Na szczęście nikt nie zginął, ale ok. 300 domów zostało zniszczonych, a cała zachodnia część wyspy została przykryta popiołem. Wydarzenia te spowodowały wiele ludzkich tragedii - utratę dobytku, miejsca pracy, konieczność ucieczki. W 2008 roku tuż przy latarni powstało świetnie wkomponowane w krajobraz muzeum, poświęcone temu traumatycznemu wydarzeniu z lat 1957-58.
Erupcja z 1958 roku była ostatnią na Faial i także na Azorach. Nie oznacza to, że matka natura pozwala Azorczykom spać spokojnie. W czasach bardziej nam współczesnych kilka razy azorskie wyspy były nawiedzane przez silne trzęsienia ziemi. W 1998 roku wyniku trzęsienia ziemi o sile 5,6 w skali Richtera na wyspach Faial, Pico i Sao Jorge zginęło 8 osób, a 1700 zostało bez dachu nad głową. W przeszłości zdarzały się znacznie bardziej śmiercionośne kataklizmy, jak trzęsienie ziemi z 1522 roku, które zniszczyło Vila Franca do Campo na Sao Miguel i spowodowało śmierć 5000 osób. Dodatkowym zagrożeniem dla archipelagu są też burze tropikalne i huragany.
Erupcja z 1958 roku była traumą dla ówczesnych mieszkańców Faial, ale i pozostałych wysp azorskich. Wielu postanowiło wyemigrować, przy czym należy pamiętać, że wówczas Portugalia była biednym krajem, poza UE, i oferowała kiepskie perspektywy. Z kolei USA i Kanada wprowadziły znaczne ułatwienia w osiedlaniu się dla mieszkańców Azorów i wielu, bardzo wielu mieszkańców archipelagu skorzystało z tej szansy na lepsze jutro. Wedle szacunków przez następne dwie dekady z Faial wyemigrowała nawet 1/3 ludności, a z pozostałych wysp ok. 1/5. Po latach niektórzy z nich wrócili, a w wielu miejscach na wyspie widzieliśmy flagi USA i Kanady. Jednym ze skutków tej fali emigracji są porzucone domy, szczególnie widoczne na Faial (nawet w centrum Horta), ale i na pozostałych wyspach.
Na koniec wycieczki po Capelinhos mocno zachęcamy do odwiedzenia muzeum Capelinhos Volcano Interpretation Center. To kolejne świetne muzeum na Azorach, wprowadzające w klimat erupcji wulkanicznych, z którymi muszą mierzyć się mieszkańcy archipelagu. W pakiecie z biletem do muzeum jest od razu wejście na latarnię.
Świetną rzeczą w wyspach azorskich jest to, że każda wyspa jest charakterystyczna, czymś różni się od pozostałych. Dla przykładu Faial jest jedyną wyspą uformowaną przez wulkan tarczowy, stąd jej kształt. A choćby Sao Jorge powstał przez erupcje szczelinowe i w związku z tym jego kształt jest zupełnie inny. Z kolei najstarsza spośród wszystkich wysp jest Santa Maria, przez co procesy erozyjne na wyspie są najdalej posunięte, czego sympatyczną konsekwencją są plaże, które na innych wyspach są rzadkie.
Można jeszcze zastanowić się, z czego bierze się ta wielka aktywność geologiczna na tych terenach? Otóż Azory leżą na styku trzech wielkich płyt tektonicznych - euroazjatyckiej, afrykańskiej i północnoamerykańskiej. Wyspy Flores i Corvo są położone już na płycie północnoamerykańskiej, pozostałe zaś na granicy płyt. Z punktu widzenia geofizycznego zatem Faial jest najdalej na zachód położonym punktem Europy.
Niezwykle charakterystycznym i wartym zwiedzenia miejscem jest port w Horta. Od 40 lat żeglarze z całego świata zostawiają na nabrzeżu malunki, coś w rodzaju podpisu. Jedne są dość proste, inne to małe dzieła sztuki. Zrobiłem chłopakom challenge - mieli znaleźć malunek z możliwie najstarszą datą. Udało im się znaleźć 1983 rok.
Kultowym miejscem w Horta jest Peter Cafe Sport. Jest to bar dla żeglarzy, założony w 1918 roku (stąd te cyfry nad wejściem, zmieniające się co roku), który przez lata stał się czymś w rodzaju instytucji dla żeglarzy przybijających do Faial. Ukuto nawet powiedzenie "Jeśli żeglujesz do Horta i nie wszedłeś do Peter Sport Cafe, nie widziałeś w rzeczywistości Horta".
W środku był tłok, więc zadowoliliśmy się rzutem oka na to miejsce i na tym zakończyliśmy nasz krótki, ale intensywny pobyt na Faial. Dla wielu turystów odwiedzających Azory Faial nie jest pierwszym ani drugim ani nawet trzecim wyborem. Nam ta wyspa bardzo się spodobała, ze swoją imponującą kalderą czy z opowieścią o wulkanie, który spowodował exodus 1/3 mieszkańców. Kolejnego dnia z samego rana udaliśmy się do portu, skąd mieliśmy popłynąć na kolejną wyspę, Sao Jorge.
São Jorge
Wdeopocztówka z São Jorge
São Jorge to najmniej turystyczna z czterech wysp, które odwiedziliśmy. Tu przyjeżdża się przede wszystkim po to, by podziwiać przyrodę. Bardzo charakterystyczne dla São Jorge są fajã, których jest tu kilkadziesiąt. Jest też opuszczona latarnia na zupełnym odludziu, ciekawe trekkingi, urwiste brzegi. Można tu zwiedzić fabrykę sera, a w sezonie trafić na widowisko z bykami tourada à corda.
Na São Jorge spędziliśmy 3 dni i wydaje nam się to optymalny czas na poznanie São Jorge.
Wschodnia część São Jorge, Urzelina, Manadas, Topo
Rejs z Faial na Sao Jorge trwał niespełna 2 godziny, po drodze mieliśmy jeszcze krótki przystanek na Pico. Linie Atlantico Lines świadczą usługi w czworokącie Faial - Pico - Sao Jorge - Graciosa (to jedyny sposób na bezpośredni transport między tymi wyspami), ponadto Flores - Corvo oraz z Terceiry na wyspy czworokąta, przy czym tu rejsy są już nieco dłuższe (np. Terceira - Faial - 6 godzin). Bilety na promy są też znacznie tańsze od przelotów, w zależności od dystansu kosztują 10-30 euro od osoby.
Sao Jorge bardzo różni się od pozostałych azorskich wysp. Już sam kształt oraz ukształtowanie terenu powoduje, że nie jest to idealny teren do zagospodarowania przez człowieka. Sao Jorge jest długie na 53 km, ale szerokie ledwie na 7 km. Wzdłuż wyspy biegnie grzbiet górski wysoki do 1000 metrów. Łatwo sobie wyobrazić, jak strome muszą być zbocza góry, by jadąc od południowego brzegu wspiąć się na 1000 metrów, a następnie powrócić na północnym brzegu na poziom morza. To ukształtowanie powoduje, że bardzo niewiele miejsca pozostaje na rolnictwo, a także na osady ludzkie.
Na szczęście w wielu miejscach Sao Jorge natura utworzyła tzw. fajas. Są to płaskie tereny przy brzegu oceanu powstałe w wyniku bądź to osuwisk skalnych, bądź spływającej lawy. Takich fajas na Sao Jorge jest kilkadziesiąt (spotkaliśmy różne szacunki, więc dokładnej liczby nie podamy). Skupione są w środkowej i wschodniej części wyspy - część zachodnia jest bardziej płaska i tam fajas są rzadkością. Zwiedzanie Sao Jorge w znacznym stopniu polega na jeżdżeniu od jednego faja do kolejnego. Na zdjęciu Moinho da Urzelina, jeden z dwóch kolorowych wiatraków z XIX wieku, które służyły do mielenia mąki, a dziś są świadectwem przeszłości.
Pierwszego dnia bez jakiegoś konkretnego planu jechaliśmy sobie południowym brzegiem Sao Jorge i zjeżdżaliśmy z głównej drogi, gdy coś nas zaciekawiło. Jednym z takich miejsc był kościół Santa Barbara w miejscowości Manadas. Został on zbudowany w 1770 roku, a w 1950 roku uznano go za narodowy pomnik Portugalii. Odrobinę nas zdziwiło, że w małej miejscowości na uboczu, na mało turystycznej wyspie wstęp do niewielkiego kościoła jest biletowany (choć opłata była raczej symboliczna), ale okazało się, że warto ten bilet kupić!
Wnętrze kościoła nas oczarowało. Porozmawialiśmy z osobą sprzedającą bilety, która sporo opowiedziała nam o tym miejscu. Większość zdobień, w tym widoczne przy ołtarzu azulejos, pochodzą z czasów późniejszych. Oryginalne są tylko pojedyncze elementy. W 2015 roku przeprowadzono gruntowny remont kościoła, w ramach którego m.in. ... zdemontowano dach. Po przeprowadzeniu wzmocnienia konstrukcji dach powrócił na swoje miejsce.
Podziwiając wnętrze kościoła św. Barbary, wróćmy do przybliżenia Sao Jorge. Ta wyspa jest słabo zaludniona. Na całkiem sporym obszarze mieszka ledwie 8 tys. ludzi, co daje gęstość zaludnienia 32 osoby/km2. Dla porównania na Sao Miguel jest to wartość 171, a na Terceirze 135. Jest kilka większych osad (Velas, Urzelina, Calheta, Topo) i wiele bardzo małych miejscowości, często zlokalizowanych w fajas. Nie ma tu większych sklepów, a i na mniejsze wcale nie jest tak łatwo trafić, nie ma szpitala, bardzo skromna jest baza noclegowa, gastronomiczna, oferta wypożyczalni aut itd.
Wiążą się z tym problemy logistyczne do rozwiązania. Na żadnej innej wyspie nie mieliśmy takich problemów ze znalezieniem wolnego stolika w restauracji. Dwa razy poratował nas foodtruck z kebabami, bo w jedynych dwóch restauracjach w okolicy najbliższy wolny stolik był... za 3 dni! Na zdjęciu, pewnie już poznajecie, nieśmiało wyłaniający się spośród chmur szczyt Pico oraz bardziej na prawo majaczy Faial.
Niepowodzeniem zakończyła się też misja pt. zwiedzenie jedynej europejskiej plantacji kawy. Niewielka plantacja znajduje się przy kawiarni Nunes w Faja dos Vimes. Jest to rodzinny biznes - plantacja i kawiarnia wykorzystująca kawę z plantacji. Znaleźliśmy kawiarnię, zamówiliśmy kawę i chcieliśmy zajrzeć na plantację. Starszy pan stojący za ladą nie dość, że mówił tylko po portugalsku, to jeszcze mocno nie dosłyszał i komunikacja z nim była bardzo trudna, żadnych tabliczek świadczących o istnieniu plantacji nie uświadczyliśmy. Za nami przyjechała niewielka wycieczka, najwyraźniej z podobnymi zamiarami co my, rozejrzeli się, pogłówkowali i pojechali dalej. No nic, przynajmniej chłopacy byli bardzo zadowoleni, gdyż w Cafe Nunes odkryli napój czekoladowy Leite Com Chocolate, który odtąd kupowali przy każdej możliwej okazji.
Na pozostałych wyspach, które odwiedziliśmy, kwestia wyboru modelu auta nie była aż taka istotna. Natomiast na Sao Jorge rodzaj auta ma znaczenie. Główne drogi są asfaltowe. Ale wiele dojazdów do fajas, do punktów widokowych, do miejsc położonych nieco na uboczu jest już po drogach gruntowych. A te są różne. Niektóre, jak droga na zdjęciu, jest komfortowa i można tu jechać każdym autem. Trafiliśmy jednak też na takie, gdzie autem innym niż SUV nie polecalibyśmy jechać. My mieliśmy Renault Megane i w dwóch miejscach zrezygnowaliśmy z dalszej jazdy.
Można postawić pytanie, czy ukształtowanie terenu jest jedynym powodem niewielkiego zaludnienia Sao Jorge? Otóż nie jedynym. Spośród dziewięciu wysp archipelagu Sao Jorge jest najbardziej narażone na wybuchy wulkanów i trzęsienia ziemi. W latach 1580-1907 odnotowano tu aż 6 erupcji wulkanicznych, spośród których najpoważniejsza była ta z 1808 roku w pobliżu Urzeliny. Żadna z tych erupcji nie była kataklizmem na skalę masową, ale były ofiary i przede wszystkim dość poważne szkody materialne.
O ile od ostatniego wybuchu wulkanu minęło już ponad 100 lat, to trzęsienia ziemi regularnie burzą spokój mieszkańców Sao Jorge. Najbardziej dewastujące było trzęsienie ziemi z 1757 roku, gdy zginęło 1000 ludzi, a w ostatnich 100 latach zanotowano 2 trzęsienia ziemi (w roku 1964 oraz 1980), które spowodowały znaczne zniszczenia. Ostatni raz ziemia na Sao Jorge zatrzęsła się w 2022 roku, gdy odnotowano serie niewielkich wstrząsów. Istniała poważna obawa, że jest to preludium do nadchodzącej erupcji wulkanicznej, ale tym razem matka natura obeszła się łaskawie z mieszkańcami Sao Jorge.
Zostawmy na razie te rozważania i wróćmy do naszego przejazdu wzdłuż Sao Jorge. Dotarliśmy do położonej na wschodnim krańcu wyspy miejscowości Topo. Mieliśmy w planie obejrzeć latarnię, rzucić okiem na wysepkę Ilheu de Topo i zajechać na któryś z naturalnych basenów przed zachodem słońca. Ale już wjeżdżając do Topo coś było nie tak, jak powinno. Do tej pory wszystkie miejscowości były senne, puste, czasem widzieliśmy pojedynczych ludzi. Tymczasem w Topo był sznur aut zaparkowany na poboczu, ludzie tłoczący się wokół półciężarówki, z której sprzedawano piwo i przekąski. Coś się działo, ale nie mieliśmy pojęcia co.
Zasięgnęliśmy języka i okazało się, że odbywa się tu azorska odmiana walki z bykami, zwana tourada à corda. Taka wariacja hiszpańskiej corridy. My przyjechaliśmy w przerwie między wypuszczaniem kolejnych byków i mogliśmy obserwować, co się dzieje. Nie oceniając samej tradycji, przybliżymy, na czym ona polega.
Ulica, na której odbywa się ta zabawa, jest zabezpieczana tak, aby byk nie mógł z tej ulicy zbiec. Okna obkładane są dyktami, wejście na podwórza paletami itd. Byk ma przywiązaną linę, ubezpieczaną przez kilku tzw. pastores. Byk ma też zabezpieczone rogi, aby nie zrobić komuś krzywdy. Sens tej walki polega na tym, że byk biega po ulicy, a śmiałkowie drażnią byka i uciekają przed nim. Po kilkunastu minutach byk jest ściągany do zagrody.
Tourada à corda odbywa się tylko na dwóch wyspach - Sao Jorge i na Terceirze. Latem walki odbywają się regularnie (na Sao Jorge w weekendy, na Terceirze codziennie). Odnieśliśmy wrażenie, że dla tutejszych mieszkańców może to być jedna z niewielu dostępnych rozrywek. Na zdjęciu natomiast basen w Topo, którym musieliśmy się zadowolić. Przez imprezę z bykami zrobiło się tak późno, że szukanie innych naturalnych basenów nie miało już sensu.
Trekking z Serra do Topo przez Fajã da Caldeira Santo Cristo aż do Fajã dos Cubres
Mieliśmy wytypowanych kilka tras na kilkugodzinny, ciekawy trekking w różnych częściach Sao Jorge. Jednak nie mogliśmy się na żadną zdecydować. A to szlak był długi, a to droga prowadziła tam i z powrotem, a to walory krajobrazowe były nieco słabsze. Na zdjęciu: na bliższym planie Fajã dos Cubres, na nieco dalszym - Fajã da Caldeira Santo Cristo,
Nasze rozterki zniknęły po rozmowie z Kateriną, od której wypożyczyliśmy auto oraz apartament. Gorąco poleciła trekking z Serra do Topo przez Fajã da Caldeira Santo Cristo aż do Fajã dos Cubres (oznaczony PR1SJO). Rozważaliśmy ten szlak, ale liczył on 10 km długości w jedną stronę z przewyższeniem 650 metrów, więc w obie strony to już byłby bardzo solidny wysiłek. Katerina podpowiedziała nam bardzo proste rozwiązanie tego problemu.
Mianowicie należy pojechać autem do Fajã dos Cubre (poziom kilka metrów n.p.m.), złapać taksówkę, która dowiezie nas na Serra do Topo (wysokość 650 m n.p.m.) i stamtąd, pokonując 10 km niemal wyłącznie w dół, przejdziemy całą trasę i wrócimy do auta. W razie problemów ze znalezieniem podwózki Katerina zaoferowała pośrednictwo. Brzmiało bardzo sensownie i tak też zrobiliśmy.
Najgorsza na dłuższych trekkingach, zwłaszcza z dziećmi, jest monotonia i nuda. Na tym szlaku nie było o tym mowy. Otoczenie co chwilę się zmieniało, spotykaliśmy różne rodzaje kwiatów, mnóstwo krzewów (można tu zobaczyć m.in. wrzos azorski, jałowiec azorski i ostrokrzew azorski), przez jakiś czas szliśmy też wzdłuż sporego strumyku. Niekiedy wyłaniała się szersza perspektywa doliny, którą schodziliśmy w kierunku oceanu. Cały czas słyszeliśmy też różne ptasie odgłosy, a występują tu kulik wielki, myszołów i mysikrólik.
Jak przez niemal cały czas podczas naszego pobytu na Azorach, towarzyszyła nam piękna pogoda. Przez 13 dni temperatura wynosiła 25-29 stopni, niektóre dni były nieco zachmurzone, ale większość czasu przeważało słońce. Deszczu, zwykle dość częstego na Azorach, doświadczyliśmy ledwie dwa razy - jednego wieczoru w Horta (bardziej była to mżawka niż deszcz) oraz przez kilka minut w Velas. Poza tym kilka razy spadło dosłownie kilka kropel. Zapasowy komplet ubrań, który zawsze mieliśmy w aucie, ani razu nam się nie przydał.
Widać nasz cel. Jeszcze nie ostateczny, ale pośredni - Fajã da Caldeira Santo Cristo. Dojście do tej faja oznaczało, że zeszliśmy 650 metrów w dół. Wiedzieliśmy, że w tej dość odizolowanej od świata faja jest restauracja. Nie wiedzieliśmy, czy będzie otwarta, a jeśli tak, to czy będzie w niej wolny stolik. Szczęśliwie odpowiedź na oba pytania brzmiała "tak". Kelner w Taberna "o Convés" zrobił dobry uczynek i zdecydowanym tonem zwrócił się do Adama, że w tym lokalu nie wolno grać na telefonie. Oczywiście takie postawienie sprawy bardzo nie pasowało Adamowi. Dopytywał nas, czy mają mu prawo zabronić używania telefonu (pewnie, że mają!), ale sugestywne polecenie kelnera zrobiło na nim wrażenie 🙂
Fajã da Caldeira Santo Cristo to miejsce, do którego nie jest tak łatwo dotrzeć. Prowadzi tu szutrowa droga z Fajã dos Cubres, ale jest ona niedostępna dla samochodów. Mogą nią natomiast jeździć quady. Przewożą one ludzi, ale też transportują towary. Określono nawet, w jakich godzinach quady mogą jeździć, a w jakich jest to zakazane.
Czasami oglądaliśmy dokumenty o miejscach gdzieś na świecie, które żyją w izolacji od świata zewnętrznego, na jakichś wysepkach, w miejscach, gdzie nie ma żadnych dróg. Fajã da Caldeira Santo Cristo aż tak odizolowana nie jest, ale i tak zastanawialiśmy się, jak inaczej musi wyglądać codzienne życiu kilkudziesięciu mieszkańców tej osady. Zwłaszcza poza sezonem, gdy restauracje są zamknięte i mało kto tu trafia.
O ile do początków XX wieku Azory były mocno odizolowane od kontynentalnej Europy, to Sao Jorge było mocno odizolowane nie tylko od Europy, ale także od pozostałych azorskich wysp. Sytuację nieco poprawiło otwarcie portów w Velas i Calheta, ale przełomem było otwarcie lotniska w Velas w 1982 roku. Pozwoliło to nie tylko na napływ turystów, ale też ułatwiło eksport sztandarowego produktu wyspiarzy, czyli sera.
Na koniec mamy efektowny widok na Fajã do Ouvidor. Bardzo charakterystyczną cechą tej fajã, ale i wielu innych jest to, że główna droga biegnie na sporej wysokości i aby dotrzeć do fajã trzeba z tej drogi zjechać i serpentynami dojechać do osady. Do Ouvidor warto zajechać choćby po to, by skorzystać z kąpieli w bardzo fajnych basenach naturalnych.
Zachodnia część São Jorge, Parque Florestal das Sete Fontes, latarnia dos Rosais, Velas, fabryka sera
Ostatni dzień na Sao Jorge przeznaczyliśmy na zwiedzenie wszystkich pozostałych atrakcji wyspy, zlokalizowanych w jej zachodniej i środkowej części. W odróżnieniu od Faial, gdzie były dwa gwoździe programu, na Sao Jorge jest sporo ciekawych miejsc, natomiast nie ma jakichś spektakularnych atrakcji. Na początek udaliśmy się do Parque Florestal das Sete Fontes, czyli Parku Siedmiu Źródeł.
Został on założony już dość dawno, bo w latach 60. ubiegłego wieku. Ma powierzchnię 12 hektarów. Są tu liczne drzewa i krzewy z Makaronezji, pomiędzy którymi wiją się strumyki (w znacznej części wyschnięte, niestety), jest też trochę zwierząt w zagrodach i tablic edukacyjnych. Park ten utworzono z myślą o wypoczynku dla mieszkańców Sao Jorge, natomiast obecnie stał się jedną z atrakcji turystycznych wyspy. Z parku można zrobić sobie 15-minutowy spacer na punkt widokowy Miradouro Ferrã Afonso. Całość wizyty w parku nie powinna zabrać więcej niż półtorej godziny.
Historia latarni dos Rosais pozwala zrozumieć, jak niepewny może być los mieszkańców Azorów. W momencie ukończenia w 1958 roku była to najnowocześniejsza latarnia morska w Portugalii. Poza samą latarnią wybudowano też kompleks budynków, w którym mogło mieszkać kilka rodzin, w tym latarnicy. Już w 1964 roku latarnia została czasowo opuszczona na skutek dużego trzęsienia ziemi, które spowodowało uszkodzenie 900 domów w parafii Rosais i ewakuację części mieszkańców na Terceirę. Po pewnym czasie mieszkańcy wrócili, latarnia została znów obsadzona, ale kolejne trzęsienie ziemi w 1982 roku naruszyło konstrukcję latarni i tym samym przypieczętowało jej los. I choć potem latarnię zautomatyzowano i, patrząc na panele na górze latarni, chyba działa ona do dziś, to cały kompleks popadł w ruinę.
Tuż obok latarni znajduje się punkt widokowy Vigia da Baleia. Trzeba się na niego trochę wdrapać, ale warto, bo widać stąd trzy inne wyspy archipelagu. Pico jest najbliżej i widać ją doskonale, nieco dalej jest Faial, ale przy braku chmur też widać ją wyraźnie, a po drugiej stronie w oddali majaczą się kształty Graciosy.
Geografia Sao Jorge spowodowała, że osady były zlokalizowane głównie przy wybrzeżu, na fajas lub w miejscach, gdzie można było założyć port. Przez kilka wieków drogi wewnątrz wyspy były bardzo kiepskie, co skutkowało słabymi więziami pomiędzy poszczególnym osadami. Dostęp do nich był głównie od oceanu. Warto też dodać, że sporo osadników na Sao Jorge przybyło z Hiszpanii i Flandrii, co wpłynęło na wzbogacenie lokalnych zwyczajów i kultury.
Hitem eksportowym Sao Jorge są sery. Jest tu kilka zakładów produkcyjnych, my zwiedziliśmy jeden z nich, o nazwie União de Cooperativas Agricolas de Lacticínios. Tutaj trzeba zapłacić za oprowadzenie po fabryce (7 euro do osoby), ale też w zamian otrzymaliśmy nieco fachowych informacji i zobaczyliśmy kilka hal i produkcję sera na różnych etapach.
Na zakończenie półgodzinnego tour mieliśmy możliwość degustacji trzech rodzajów sera. Marka sera Sao Jorge jest zastrzeżona i ser musi spełniać szereg warunków, aby można używać tej marki. Jednym z oczywistych warunków jest to, że musi być wyprodukowany na Sao Jorge z tutejszego mleka. Inną zastrzeżoną marką serów na Azorach jest Pico.
Na głównym placu Velas postawiono pomnik upamiętniający João Inácio de Sousę. Dlaczego człowiek ten został tak uhonorowany? Urodził się on na Sao Jorge w połowie XIX wieku, wyemigrował do Ameryki i tam dorobił się fortuny na wydobyciu złota. Gdyby w tym miejscu jego historia się skończyła, zapewne nie miałby dziś pomnika. Ale João Inácio de Sousa wrócił na Sao Jorge i przekazał znaczącą część swojego majątku na cele charytatywne, m.in. na dom opieki.
Z Sao Jorge pochodzi też światowej sławy dyrygent z początków XX wieku Francisco de Lacerda. Pozostawił on po sobie liczne poematy symfoniczne, muzykę sceniczną i baletową. Wracając do Velas, centrum tego miasteczka sprawiało pozytywne wrażenie - wzbogacone w ciekawe wzory chodniki, sympatyczne uliczki, dobrze utrzymane kamienice, wszystko to składało się na dobry odbiór tego miejsca.
Ten napis - Velas, stolica sera, nie może dziwić. Sery produkuje się na Sao Jorge od początków osadnictwa i przez wieki był to, i nadal jest, najważniejszy produkt eksportowy. W przeszłości ważną rolę w gospodarce Sao Jorge odgrywała uprawa winorośli i produkcja wina, uprawa pomarańczy oraz połów wielorybów. Dziś jednak, z różnych przyczyn, te gałęzie podupadły (winiarstwo - z powodu inwazji filoksery) lub przestały istnieć (pomarańcze i wieloryby).
Analizując mapę Sao Jorge można postawić sobie pytanie, dlaczego po południowej stronie wyspy zlokalizowane są wszystkie większe miejscowości, a na północy są jedynie niewielkie fajas. Otóż wynika to z geografii. Fajas na północy powstały w wyniku osuwisk skalnych i są bardzo niewielkie. Jest tam niewiele terenu nie tylko na domy, ale też na pastwiska i uprawy. Do tego grzbiet górski ma wysokie nachylenie, przekraczające 40 stopni. Z kolei fajas na południu powstały w wyniku wylewów lawy i są znacznie bardziej rozległe, a stoki górskie mają znacznie mniejsze nachylenie.
Ostatniego popołudnia zdecydowaliśmy się jeszcze na wjazd na drogę szutrową, prowadzącą wzdłuż grzbietu przebiegającego przez Sao Jorge. Dobiega ona aż do najwyższego szczytu wyspy - Pico da Esperança (wysokość 1053 m n.p.m.), widocznego na zdjęciu. Droga była nieco podejrzana, robiło się już dość późno i do samego szczytu już nie dojechaliśmy...
Jak zapamiętamy Sao Jorge? Potwierdziło się, że jest to najmniej turystyczna z wszystkich wysp. Nie oznacza to jednak, że grozi nam nuda. To tu zupełnie nieoczekiwanie byliśmy świadkami tourada à corda (pogoni za bykiem), przeszliśmy bardzo ciekawy trekking do Fajã da Caldeira de Santo Cristo, poznaliśmy kilka innych faja, które są wyróżnikiem Sao Jorge. Jedynym małym zgrzytem na sam koniec było 3-godzinne opóźnienie samolotu SATA z Sao Jorge na Terceirę, ale to nie jest wina tej wyspy :).
Terceira
Wideopocztówka z Terceiry
Terceira to znów powrót do cywilizacji. Znajdziemy tam kilka fajnych atrakcji przyrodniczych, związanych głównie z wulkanizmem (jaskinie lawowe, fantastyczny trekking Misteiros Negros), panoramiczne punkty widokowe, ale Terceira to przede wszystkim najładniejsze miasto na Azorach Angra do Heroismo oraz wiele mniejszych miejscowości, które w sezonie letnim oferują dużo rozrywek.
Na Terceirze byliśmy 2,5 dnia, w trakcie których zobaczyliśmy najciekawsze miejsca, choć gdybyśmy mieli jeszcze ze 2 dni, to z pewnością poznalibyśmy bliżej zarówno Angrę, jak i pozostałe miejscowości.
Wnętrze Terceiry, Trekking Misteiros Negros, Algar do Carvão, Gruta do Natal, Tourada à corda
Na zwiedzenie Terceiry mieliśmy 2,5 dnia. Mieliśmy mieć 3, ale opóźnienie samolotu zabrało nam sporo czasu. Po 10 dniach intensywnego zwiedzania Azorów byliśmy już nieco zmęczeni, dlatego trochę czasu przeznaczyliśmy na odpoczynek. Basen w naszym apartamencie powodował, że chłopacy z trochę mniejszą chęcią jechali odkrywać nowe miejsca. Co do zdjęcia zaś, to nie fotomontaż :). To fruwający Adam na najwyższym szczycie Terceiry Santa Barbara (1021 m n.p.m.)
Nasza gospodyni trochę opowiedziała nam o najciekawszych miejscach na wyspie i powiedziała też z lekkim przekąsem, że ludzie na Terceirze cały czas tylko by się bawili. Wieczorami jeździliśmy po niewielkich miasteczkach wzdłuż południowego brzegu wyspy i faktycznie codziennie coś się działo. Na zdjęciu jeden z zaskakujących zwyczajów - mieszkańcy wywiesili zdobione narzuty na tarasach czy wręcz w oknach. Niestety nie doszliśmy, o co w tym chodzi.
Wyspa jest istotna pod względem administracyjnym, wojskowym oraz kościelnym. Swoją siedzibę mają na niej władze sądownicze Azorów, a także zlokalizowana jest tu baza portugalskich sił powietrznych. Z bazy tej korzystają nie tylko Portugalczycy, ale też Amerykanie. Na Terceirze umiejscowiono siedzibę diecezji Angra, który obejmuje cały azorski archipelag.
Na każdej wyspie staraliśmy się znaleźć jeden ciekawy trekking i tej tradycji trzymaliśmy się też na Terceirze. I znów - był wybór pomiędzy kilkoma szlakami, ale zdecydowanie najciekawiej zapowiadał się Misterios Negros. To właśnie w tej okolicy miał miejsce ostatni wybuch wulkanu na Terceirze. Miało to miejsce w 1761 roku i ta erupcja uformowała Misterios Negros. Niesamowite, jak przez 260 lat natura przejęła to miejsce w posiadanie.
Niekiedy gęstwina nieco się przerzedzała i mogliśmy zobaczyć krajobrazy ze środkowej części Terceiry. Warto też wiedzieć, że niemal wszystkie większe skupiska ludzkie na wyspie zlokalizowane są albo przy brzegu oceanu, albo w niewielkiej odległości od brzegu. Wnętrze wyspy jest bardzo słabo zaludnione. Przy czym, w odróżnieniu choćby od Faial czy Sao Jorge, przez te niezaludnione tereny prowadzą całkiem dobre, asfaltowe drogi.
Przedzieranie się przez zarośla było naprawdę fajnym doświadczeniem. Odcinek, który wyobrażaliśmy sobie jako taki mały przedsmak dżungli, nie był bardzo długi, miał może 1,5 kilometra, ale pokonywanie go było wielką frajdą. Natomiast gdyby było mokro, to ta sama trasa byłaby znacznie bardziej wymagająca, a miejscami może nawet nieco niebezpieczna.
Cały trekking zajął nam 2,5 godziny i przyniósł nam dużo satysfakcji. Należy jednak wiedzieć, że obok fantastycznego odcinka z lasem laurowym, jałowcem azorskim i wieloma innymi krzewami mamy też kilometrowy odcinek drogi asfaltowej, który musimy pokonać, aby wrócić na parking. Ale nawet z tym drobnym mankamentem jest to szlak godny polecenia!
Przy okazji zwiedzenia Algar do Carvão, komina wygasłego wulkanu, usystematyzujmy wiedzę o azorskich wulkanach. Na całym archipelagu wulkanów uznawanych za aktywne jest 26, z czego 8 to wulkany podmorskie. Rozkład wulkanów pomiędzy poszczególne wyspy przedstawia się następująco: Sao Miguel - 5, Terceira i Faial - po 3, Graciosa i Pico - po 2, Flores, Corvo i Sao Jorge - po 1, a na najstarszej wyspie Santa Maria nie ma ani jednego. Ostatni wybuch wulkanu na lądzie miał miejsce w 1958 roku (Capelinhos na Faial), ale kilka razy, w ostatnich latach, były oznaki przebudzających się wulkanów na Sao Miguel i Sao Jorge.
Algar do Carvão to bardzo ciekawe miejsca, reklamowane jako wejście do środka wulkanu. Zdecydowanie jest to skrót myślowy, niemniej jest to miejsce unikatowe. Precyzyjnie określając, jest to głęboki na 90 metrów komin lawowy powstały na skutek dwóch erupcji, sprzed 3200 i 2200 lat. W latach 60. ubiegłego wieku wykuto tunel, który umożliwia wejście do tego komina. Najlepsze w tym miejscu jest pierwsze wrażenie po wyjściu z tunelu i spojrzenie w górę. To dopiero uświadamia, w jakiej dziurze się znajdujemy. Po tym "wnętrzu wulkanu" można się przejść, obejrzeć stalaktyty, stalagmity, jeziorko na dnie i fantazyjne wzory pozostawione przez lawę.
Mniej więcej pośrodku wyspy, bardzo blisko siebie, znajduje się kilka atrakcji: Misteiros Negros, Algar do Carvão, Gruta do Natal i obszar geotermalny Furnas do Enxofre. Spokojne zwiedzenie tych wszystkich miejsc może zająć większą część dnia. Ta ostatnia atrakcja, w odróżnieniu od dwóch poprzednich, jest bezpłatna.
Gruta do Natal to kolejne miejsce związane z wulkanizmem. To jaskinie pochodzenia wulkanicznego, o długości 700 metrów, które od 1999 roku można zwiedzać. Od lat 60. ubiegłego wieku w jaskini odprawiana jest msza bożonarodzeniowa, odbywają się tam również chrzty. Podczas spaceru udostępnioną częścią jaskini można obserwować różne ciekawe kształty, jakie pozostawiła po sobie lawa. Ale uwaga, Gruta do Natal otwarta jest tylko od czerwca do września.
O ile na naszą pierwszą tourada à corda na Sao Jorge trafiliśmy zupełnym przypadkiem, to na Terceirze było to już zaplanowane działanie. Niedaleko naszego miejsca zamieszkania, w miejscowości Santa Barbara odbywało się takie widowisko, a my chcieliśmy zobaczyć, czy będzie się ono czymś różnić od tego z Sao Jorge.
W zasadzie wszystko przebiegało bardzo podobnie. Może jedynie tutaj było więcej widzów. Jeszcze na Sao Jorge miejscowy policjant opowiadał nam, że zdarzają się wypadki poturbowania, a nawet zranienia nieostrożnych uczestników. Z reguły ofiarami padają turyści, którzy nie wiedzą, na co stać byki, jakie są bezpieczne odległości, co oznaczają wymalowane na drodze linie.
Północno-zachodnia część Terceiry, Biscoitos, Praia da Vitoria, punkty widokowe
Czas na objazd wyspy Terceira. Zaczynamy od basenu das Cinco Ribeiras. Bardzo fajne miejsce, niektórzy skakali do wody z niższego poziomu, a ci odważniejsi z wyższego. I tu mała historia. Znaleźliśmy basen naturalny z bardzo wysokimi ocenami, wrzuciliśmy do nawigacji i jedziemy na popołudniową kąpiel. Dojechaliśmy na miejsce, ale między drogą a oceanem jest długi mur. Pojechaliśmy dalej, nie ma żadnego zjazdu, z powrotem - nadal nic. W końcu jeszcze raz sprawdziliśmy opinie na google i wszystko się wyjaśniło - teren basenu należy do prywatnego właściciela, który kilka lat temu zamknął dostęp do brzegu morza. W efekcie skorzystaliśmy z basenu widocznego na zdjęciu.
A to już jedno z bardzo nielicznych miejsc na Azorach, które nas rozczarowało. Baseny Biscoitos są szeroko rozreklamowane jako najlepsze na Terceirze. Oczywiście odwiedziliśmy to miejsce i okazało się, że jest to wielki kompleks, z gigantycznym parkingiem, licznymi budkami z jedzeniem i pamiątkami. Niekoniecznie te klimaty, które lubimy. Ale co gorsza, na bardziej odkrytej części basenu fale były tak duże, że nie można było wchodzić do wody (to jeszcze pół biedy - okoliczność zewnętrzna), a w miejscach osłoniętych od fal gromadziła się piana, absolutnie zniechęcająca do jakiegokolwiek wejścia do wody. Zatem nie traciliśmy tu czasu i ruszyliśmy dalej, choć trzeba przyznać, że fale efektownie rozbijały się o skały.
Bardzo podobne kamienne murki widzieliśmy na wyspie Lanzarote, więc domyśliliśmy się, do czego służą. To są uprawy winorośli. Biscoitos to jedyne miejsce na Terceirze, gdzie rosną te rośliny, a konkretnie szczep Verdehlo. Tradycje winiarskie w tym miejscu sięgają XVI wieku, potem zamarły po serii niszczycielskich plag, ale pod koniec XIX wieku zostały znów wskrzeszone. Wina z Biscoitos mają opinie bardzo delikatnych, są tu produkowane zarówno wina wytrawne, jak i likiery. Dla entuzjastów tych szlachetnych trunków gratką może być muzeum wina w Biscoitos.
Ciekawa jest historia nazwy wyspy. Początkowo nazywano ją wyspą Jezusa Chrystusa, a tą dumną nazwę uzasadniano na szereg sposobów. A to, że odkryto ją 1 stycznia, w dzień święta imienia Jezus, a to, że kapitanem statku, który odkrył wyspę, był rycerz Zakonu Chrystusa, i jeszcze parę innych. Obok nazwy oficjalnej istniała też nazwa potoczna - Terceira, czyli po prostu trzecia. W tym wypadku tłumaczenie pochodzenia nazwy było wyjątkowo proste - ta wyspa została odkryta jako trzecia azorska wyspa. I koniec końców nazwa potoczna wygrała z oficjalną i wyspa stała się Terceirą. Na zdjęciu Miradouro Costa das Quatro Ribeiras.
Archipelag azorski składa się z 9 wysp, przy czym trzeba mieć świadomość, że nie powstawały one w jednym czasie. Najstarsza jest Santa Maria (powstała 8,2 mln lat temu), dużo później Sao Miguel (4,1 mln lat temu) i Terceira (3,5 mln lat temu), potem kolejne, a najmłodsze są Sao Jorge (550 tys. lat temu) i Pico (ledwie 270 tys. lat temu). Na wszystkich wyspach, poza Santa Maria, w niezbyt odległych czasach notowana była aktywność wulkaniczna.
W czerwcu 1811 na skutek podwodnej erupcji niedaleko Sao Miguel powstała nowa wyspa, nazwana Sabrina. W szczytowym momencie miała 100 metrów wysokości i 2 km obwodu. Niewiele brakowało, by ta mała wysepka była przedmiotem poważnego sporu brytyjsko-portugalskiego o prawo do tej ziemi, ale po kilku miesiącach konflikt wygasł, ponieważ... wyspa zniknęła pod wodą na skutek działania fal oceanicznych.
Jadąc wzdłuż północnego wybrzeża Terceiry, dotarliśmy do Praia da Vitoria. Miejsce to jest popularne wśród surferów, ale przede wszystkim jest tu jedyna piaszczysta plaża na Terceirze. Kilka kilometrów od miasta znajduje się wojskowa baza lotnicza, stąd też w Praia da Vitoria można spotkać amerykańskich i portugalskich żołnierzy.
Spośród wszystkich punktów widokowych na Azorach Miradouro da Serra do Cume musi znaleźć się w ścisłej czołówce. Z tego miejsca rozciąga się fantastyczny widok na większą część Terceiry. Widać tu jak na dłoni ukształtowanie wyspy i jeśli tylko chmury nie zasłaniają widoku, pozytywne wrażenia są gwarantowane.
Jednym z symboli Terceiry są Imperios - ozdobne budynki, będące w istocie kaplicami ku czci Ducha Świętego. Bardzo często umieszcza się na nich rok budowy, fasady są bardzo bogato zdobione, a sam budynek bardzo kolorowy. Imperios występują też na innych wyspach archipelagu, ale na Terceirze są najbardziej efektowne i jest ich najwięcej. Na zdjęciu Império w miejscowości São Sebastião.
I jeszcze opowieść o kolorach, choć zastrzegamy, że chyba trochę naciągana. Mieszkańcy Azorów każdej wyspie archipelagu nadali odrębny kolor, który ma w najlepszy sposób charakteryzować daną wyspę. Najbardziej zaciekawiły nas kolory wysp, które odwiedziliśmy. I tak, Sao Miguel określono jako zieloną (uzasadniono to tym, że jest tam wiele łąk, pastwisk i lasów, choć ten opis pasuje do większości azorskich wysp). Sao Jorge określono jako wyspę brązową z uwagi na kolorystykę faja i bardzo licznych dróg szutrowych (tu zgoda). Wyspie Faial przyporządkowano kolor niebieski, po pierwsze z uwagi na wagę portu, jachtów, a po drugie z powodu licznych niebieskich hortensji. I wreszcie Terceira dostała kolor fioletowy z racji występowania tu wisterii (roślina pnąca) oraz używania fioletowego jako koloru na fasadach domów.
Angra do Heroismo
Na Azorach jest 6 miast, określanych jako cidades. Na Sao Miguel są to Ponta Delgada (największe miasto na archipelagu), Lagoa i Ribeira Grande, na Faial Horta i na Terceirze Praia da Vitória oraz Angra do Heroísmo. Bez wątpienia najciekawszym, najładniejszym i szczycącym się największym znaczeniem historycznym w tym gronie jest Angra do Heroísmo. Zapraszamy zatem do poznania tego 35-tysięcznego miasta.
Oglądając wnętrza przyklasztornego kościoła przybliżymy nieco historię Angry do Heroismo. Jest to najstarsze miasto na Azorach. Osadę założono tu w drugiej połowie XV wieku, a Angra, bo tak się wówczas to miejsce zwało, miastem została w 1534 roku. Etymologia nazwy jest dość prosta, Angra po portugalsku to zatoka.
W ówczesnej Angrze powstało wiele dworów, klasztorów, fortyfikacji wojskowych, które znamionowały wysoki status miasta. Rola Angry była wówczas rzeczywiście doniosła. Wszystkie statki płynące z Portugalii do Indii Wschodnich i z powrotem zawijały do Angry, która była dla nich bezpieczną przystanią. W następnych stuleciach port w Angrze stopniowo tracił na znaczeniu, na rzecz portów w Ponta Delgada i Horta.
Angra przez krótki czas była nawet stolicą. W latach 1580-83 trwał konflikt o sukcesję tronu portugalskiego i jedna ze stron ustanowiła rząd z siedzibą właśnie w Angrze. W całej awanturze brali udział Hiszpanie, którzy najpierw w 1581 roku doznali pod Angrą upokarzającej porażki, ale rok później już pokonali swoich przeciwników. Ostatecznie w 1583 roku Hiszpanie zajęli całe Azory.
Kolejna duża zawierucha miała miejsce w 1829 roku, gdy kolejny konflikt o sukcesję na tronie portugalskim doprowadził do wojny domowej. Na Terceirze rozegrała się bitwa, w której miejscowi odparli atak tzw. miguelitów, a wspominamy o tym zdarzeniu dlatego, że w uznaniu ofiarności mieszkańców Angry królowa Maria II postanowiła do nazwy miejscowości dodać słowa "do Heroismo", czyli Angra bohaterska.
Bardzo ciekawym, choć mało znanym faktem z historii Terceiry i Angry jest epizod z wojny secesyjnej w USA. Armia Południa potrzebowała statków wojennych, ale nie miała stoczni, a budowa w stoczniach zagranicznych była bardzo problematyczna. Ostatecznie po wielu zabiegach angielska stocznia w Liverpoolu wybudowała na potrzeby Konfederatów statek handlowy, który łatwo można było przerobić na wojenny. Zabieg ten miał na celu ominięcie brytyjskiego prawa zabraniającego budowy statków wojennych na rzecz obcych państw. I tu wkracza do akcji Angra do Heroismo - to tu statek CCS Alabama został uzbrojony i przerobiony na okręt wojenny. Alabama przez dwa lata uszkodziła 65 statków handlowych Unii, zanim sama została zatopiona. Po wojnie zwycięska Unia pozwała Wielką Brytanią o odszkodowanie za wybudowanie statku, który wyrządził im tyle szkód. I nawet to odszkodowanie otrzymała.
Angra mocno ucierpiała we wspomnianym wcześniej trzęsieniu ziemi z 1 stycznia 1980 roku. Było to jedno z największych trzęsień na całym archipelagu w ostatnich kilku stuleciach. Kolejne cztery lata pieczołowicie Angrę odbudowywano, a w 1983 roku miast zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Na zdjęciu ulica Rua da Sé, widok sprzed katedry.
Na koniec naszej wizyty w Angrze wjechaliśmy (można też wejść, ale skoro można wjechać...) na Monte Brasil, wygasły wulkan, z którego jest znakomity widok na Angrę do Heroismo. Jak oceniamy Terceirę? Bez wątpienia jest to inna wyspa niż Faial czy Sao Jorge. Obok atrakcji przyrodniczych i krajobrazowych jest tu też sporo wydarzeń kulturalno-rozrywkowych, zaś sama Angra to najciekawsze miasto na całym archipelagu.
Dodaj komentarz