Może to zabrzmi nieco dziwnie, ale Alaska nie była głównym celem naszej wyprawy. Gdy już mieliśmy z grubsza zaplanowany pobyt w Kanadzie, pomyśleliśmy, że skoro już będziemy tak daleko od domu, to może nieco przedłużyć nasze wakacje i niejako przy okazji odwiedzić Alaskę. Okazało się, że przede wszystkim loty pasują, by móc połączyć oba ta kierunki, więc nic już nie stało na przeszkodzie, by na własne oczy zobaczyć miejsca znane z licznych dokumentów o życiu na Alasce. No, oczywiście za koło podbiegunowe nie mieliśmy planów się zapuszczać ani nocować w jakiejś dzikiej głuszy, ale przez 8 dni, jakie mieliśmy do dyspozycji, chcieliśmy zobaczyć najciekawsze, dostępne miejsca na Alasce.
Jak dostać się na Alaskę?
Nie ma żadnego problemu, by z Kanady przedostać się na Alaskę. Zasadniczo opcje są dwie. Pierwsza to jazda autem przez niemal bezludne tereny prowincji Kolumbia Brytyjska i Yukon i przekroczenie lądowej granicy Kanady z Alaską. Z Calgary do Glennallen na Alasce, skąd rozchodzą się drogi w kilku kierunkach, jest 3100 km i 34 godziny jazdy przy założeniu sprzyjającej pogody. Realnie to pewnie 4 dodatkowe dni jazdy – dla nas to było za długo. Druga opcja to lot samolotem z Calgary, Edmonton lub Vancouver. Lotów jest sporo, ceny w sezonie to ok. 1000 zł za osobę. Nam najbardziej pasował lot z Calgary do Anchorage liniami WestJet.
Formalności przed wyjazdem
Od kilku lat nie potrzebujemy już wiz do USA, ale zamiast tego trzeba postarać się o ESTA. Należy jednak wiedzieć, że ESTA nie gwarantuje jeszcze prawa wjazdu do USA, o tym decyduje urzędnik na granicy. U nas wszystkie formalności graniczne włącznie z bardzo krótką rozmową z urzędnikiem załatwiliśmy jeszcze na lotnisku w Calgary.
Przygotowania do wyjazdu
Dane mobilne
Podobnie jak w Kanadzie, skorzystaliśmy z pakietu Orange, dającego 10GB danych. Należy jednak pamiętać, że poza miastami i większymi osadami na Alasce bardzo często zasięgu nie ma. Jeżeli chcemy coś sprawdzić czy poszukać, to lepiej zrobić to w momencie, gdy zasięg jest, bo potem przez kilka godzin może nas czekać życie off-line.
Adaptery do gniazdek
Tu akurat było już łatwo – gniazdka na Alasce są identyczne jak w Kanadzie. Jeśli mamy adaptery kanadyjskie, to nie musimy się o nic martwić.
Ubezpieczenie kosztów leczenia
Oczywiście ani w Kanadzie, ani w USA nie działa karta EKUZ. Koszty udzielania pomocy, wizyt lekarskich, nie mówiąc już o pobycie w szpitalu są w o obu krajach bardzo wysokie, więc warto pomyśleć o odpowiednim ubezpieczeniu. Ceny takich ubezpieczeń są jednak o wiele wyższe niż w przypadku wypraw do krajów europejskich.
Noclegi
Szukanie miejsc noclegowych na Alasce było znacznie trudniejsze niż w Kanadzie. Przede wszystkim oferta noclegowa, nie licząc kilku największych miast w rodzaju Anchorage czy Fairbanks, jest dość skromna. Zwłaszcza w najbardziej popularnych miejscach, jak np. park Denali, noclegów jest mało, są drogie, a komfort też bywa niższy niż gdzie indziej. O ile w Kanadzie rezerwowaliśmy noclegi głównie przez booking, to na Alasce połowę noclegów znaleźliśmy na airbnb. Ostatecznie jednak byliśmy z alaskańskich noclegów zadowoleni. Cztery noce spędziliśmy w hotelach/motelach, jedną w apartamencie, a trzy w drewnianych domkach. Średnia cena noclegu wyniosła 800 zł, przy czym tylko w jednym miejscu mieliśmy śniadanie. Niestety, znów w kilku miejscach pokój 4-osobowy oznaczał 2 duże łóżka. Poniżej lista noclegów, wszystkie możemy zarekomendować, choć niekiedy z pewnymi zastrzeżeniami:
Midnight Sun Log Cabins, Moose Pass (1 noc) – drewniany domek, nieco surowy i ciasny, ale klimatyczny. Bardzo sympatyczna właścicielka pochodząca z Filipin. Bardzo dobra lokalizacja, umożliwiająca zwiedzanie Seward oraz trekking Harding Icefield. W osadzie Moose Pass jest sklep i restauracja.
Sutton-Alpine Wasilla, Sutton-Alpine (1 noc) – kolejny drewniany domek, większy, wygodniejszy, bardziej komfortowy, za to położony na bezludziu. Największą atrakcją był dojazd do niego – mapy Google były tu nieprzydatne, ale z bardzo szczegółową instrukcją od właściciela daliśmy radę.
Midnight Sun Log Cabins, Trapper Creek (1 noc) – ostatni drewniany domek, nowocześnie urządzony, z wielką dbałością o szczegóły.
White Moose Lodge, Healy (2 noce) – obiektywnie pewnie najsłabszy nocleg, jeden duży pokój z łazienką, do tego całości przydałoby się odnowienie, natomiast w parku Denali nie znaleźliśmy nic lepszego w rozsądnej cenie, dlatego nie wybrzydzaliśmy.
Cozy Arctic Retreat, Fairbanks (1 noc) – apartament w bliźniaku z małym ogródkiem. Bardzo ładnie urządzony, przestronny, w spokojnej dzielnicy Fairbanks.
Glacier Hotel, Valdez (1 noc) – kolejne miejsce z bardzo niewielkim wyborem noclegów. W Valdez są chyba trzy hoteliki podobnej klasy, a w promieniu 150 km nie ma nic. Tu mieliśmy śniadanie, hotel był przyzwoity, aczkolwiek porównania z hotelami kanadyjskimi nie wytrzymywał.
The Pioneer Motel, Palmer (1 noc) – chcieliśmy zobaczyć, jak to jest w typowym amerykańskim motelu. I, ku pewnemu zaskoczeniu naszych chłopaków, było dobrze! Spory pokój z łazienką, wszystko względnie nowe, a do tego był to najtańszy nocleg na Alasce.
Wynajem auta
Z dość oczywistych względów wynajem auta na Alasce wiąże się z dużymi kosztami. Jeżdżąc z bagażami, niekiedy niezbyt dobrymi drogami szutrowymi (choć my jeździliśmy prawie tylko po asfaltowych) trzeba wypożyczyć auto nieco większe. Po długim namyśle zdecydowaliśmy się skorzystać z aplikacji Turo, bardzo popularnej w USA i Kanadzie. Wypożyczyliśmy konkretne auto od konkretnego właściciela, kierując się bardzo dobrymi opiniami zarówno o tym aucie, jak i właścicielu. Ten model sprawdził się bardzo dobrze, odebraliśmy auto z parkingu przy lotnisku (kluczyki były w schowku), oddaliśmy tak samo. Za 8-dniowe wypożyczenie SUV-a z prawie pełnym ubezpieczeniem (mieliśmy jakiś tam udział własny) zapłaciliśmy 5,6 tys. zł.
Ceny na Alasce
Na Alasce drogo jest nawet dla Amerykanów. Niemal wszystko trzeba tu sprowadzać, co powoduje wyższe ceny. Dla nas ceny w sklepach były nieco wyższe niż w Polsce, także w nielicznych restauracjach było drożej, za to benzyna była dużo tańsza (w miastach w okolicach 3,7 dolara za galon, co daje ok. 3,6 zł na litr, na prowincji odczuwalnie drożej, do 4,5 dolara za galon, ale nadal znacznie taniej niż u nas). Nieliczne dostępne atrakcje turystyczne były bardzo drogie (np. lot helikopterem do parku Katmai 1200 dolarów za osobę, wycieczka na lodowiec Matanuska 150 dolarów za osobę), ale o ile w Kanadzie w bardzo wielu miejscach były kolejki linowe, raftingi po rzekach, wypożyczanie łodzi na jeziorach, tak na Alasce tego typu atrakcji było niewiele. Tak naprawdę, gdy ma się już zarezerwowane noclegi i auto, to głównymi kosztami będzie jedzenie i benzyna. Poza tym po prostu nie ma zbyt wielu okazji do wydawania pieniędzy.
Pogoda
Byliśmy przygotowani na temperatury rzędu 10-15 stopni, a tymczasem było znacznie cieplej. Przez zdecydowaną większość naszego pobytu mieliśmy temperaturę w okolicach 20 stopni, a nawet wyższą. W kilku miejscach lokalnie było nieco chłodniej, ale najcieplejszych ciuchów nie musieliśmy wyjmować z walizek. Wiedzieliśmy, że niezwykle dokuczliwą plagą na Alasce potrafią być muchy i komary. Niekiedy wręcz uniemożliwiają pobyt w danym miejscu. My, na szczęście, takich doświadczeń nie zanotowaliśmy, choć w Fairbanks komary przegoniły nas z ogródka przy apartamencie.
Żywioły na Alasce
Trzeba sobie zdawać sprawę, że Alaska to region narażony na liczne żywioły. O ile wulkanów jest tu bardzo dużo i dość regularnie wybuchają, to w zasadzie znajdują się one z dala od zasiedlonych terenów i zwłaszcza dla turystów są raczej niegroźne. Należy mieć świadomość, że Alaska bywa nawiedzana przez trzęsienia ziemi. Badania wykazały, że mniej więcej co 600 lat dochodzi tu do bardzo silnego trzęsienia. Być może oznacza to, że mamy przed sobą trochę spokojniejsze czasy w tym względzie – niezwykle silne trzęsienie miało miejsce w 1964 roku – natura bywa jednak nieprzewidywalna. Z trzęsieniami ziemi powiązane jest zjawisko tsunami, o czym ostrzegały liczne znaki w w nabrzeżnych miejscowościach. Najczęściej można spotkać się z pożarami, które co roku pochłaniają ogromne obszary, niekiedy zagrażając ważnym drogom i osadom ludzkim. Tak właśnie było w 2025 roku i mieliśmy obawy, że może to znacząco wpłynąć na naszą podróż. Szczęśliwie jednak kilka dni przed naszym przyjazdem sytuację opanowano.
Czy coś byśmy zmienili w naszym planie podróży?
Na pewno 8 dni to nie jest wystarczająco długi czas, by spokojnie zwiedzić wszystkie najciekawsze miejsca Alaski. Przydałoby nam się jeszcze kilka dni, by pojeździć po półwyspie Kenai, moglibyśmy też zwiedzić McCarthy w parku narodowym Wrangler St. Elias, być może też zapuścilibyśmy się choć trochę na północ od Fairbanks, by liznąć Dalton Highway. Generalnie jednak plan, jaki sobie założyliśmy, czyli Anchorage – półwysep Kenai – park Denali – Fairbanks – Valdez – Anchorage uważamy za optymalny.
Jak oceniamy Alaskę
Alaska powinna spodobać się tym turystom, którzy lubią przyrodę, góry, lasy, potężne rzeki, lodowce, podpatrywanie dzikich zwierząt, a przy tym nie wymagają komfortowych hoteli, kilkugwiazdkowych restauracji i innych luksusów. Jeśli ktoś lubi popluskać się w basenie po ciężkim dniu, to na Alasce ciężko będzie takie miejsce znaleźć. Dla dzieci atrakcji jest tu bardzo niewiele i pewnie nie jest to przypadek, że niemal nie spotykaliśmy tu turystów z dziećmi.
Należy też być przygotowanym na to, że wiele osad i miasteczek nie wygląda najlepiej. Jest mnóstwo porzuconych, zardzewiałych aut, maszyn, domy są często niezadbane, odrapane.
Jednak wiedząc to wszystko nadal można być pełnym podziwu dla przyrody na Alasce. Tu wszystko jest potężne – rzeki, góry, fiordy, lodowce. Nie ma tu tak spektakularnych widoków jak w parkach kanadyjskich, ale też jest bardzo ładnie.
Zatem, czy warto zwiedzić Alaskę? Tak, ale wydaje nam się, że najlepiej nie mieć z góry wyidealizowanego obrazu tego miejsca. Nie jest to kraina jak z bajki, wiele rzeczy można tam poprawić. Ale choćby z racji tego, że Alaska diametralnie różni się od znanych nam europejskich miejsc (może jedynie Islandia ma trochę podobieństw), warto to miejsce odwiedzić.
Po więcej ciekawych informacji zapraszamy do galerii!
Wideopocztówka z Alaski
Fotogaleria
Moose Pass, Harding Icefield Trail
Na zwiedzenie Alaski mieliśmy 8 dni. Dużo to i zarazem mało. Gdy układaliśmy plan eksplorowania Alaski, musieliśmy z kilku miejsc zrezygnować. Dotychczasowe podróże nauczyły nas, że nie warto za wszelką cenę próbować zobaczyć wszystko, lepiej zwiedzić mniej, ale w nieco wolniejszym tempie. Dlatego też odpuściliśmy miejscowości Hope i Homer na półwyspie Kenai, park narodowy Katmai (to szczególnie trudno dostępne miejsce, w zasadzie tylko samolotem) czy porzuconą kopalnię miedzi przy parku Wrangle-Elias.
A co chcieliśmy zobaczyć? W największym skrócie - najpierw półwysep Kenai na południu, potem przejazd przez park Denali do Fairbanks, dalej mieliśmy plan pojechać Richardson Highway do Valdez nad Zatoką Księcia Williama i potem już do Anchorage, gdzie miał zakończyć się nasz roadtrip.
Formalności graniczne załatwiliśmy jeszcze Kanadzie (w tym rozmowa z urzędnikiem amerykańskim, która była czystą formalnością), natomiast nasza przygoda z Alaską rozpoczęła się nieco niefortunnie, bo przez dłuższy czas nie mogliśmy zlokalizować naszych bagaży na lotnisku w Anchorage. Wszystko jednak skończyło się dobrze i ruszyliśmy na południe. Naszym celem była miejscowość Moose Pass, gdzie mieliśmy pierwszy nocleg.
Poszukiwanie miejsc noclegowych na Alasce było dużo bardziej skomplikowane niż w Kanadzie. Przede wszystkim na Alasce jest dużo mniej hoteli, w szczególności poza okolicami Anchorage. Ponadto w niektórych okolicach wybór noclegów był bardzo niewielki. Mniej więcej pół na pół korzystaliśmy z Bookinga i Airbnb. Na zdjęciu nasz pierwszy nocleg, w bardzo klimatycznym, nieco surowym wewnątrz, drewnianym domku. Co ciekawe, jego właścicielami jest małżeństwo grecko-filipińskie.
W podobnych domkach spędziliśmy też dwie kolejne noce i bardzo ten rodzaj noclegów polubiliśmy. Korzystając z bardzo długich dni na Alasce (zachód słońca był chwilę przed północą, a wschód przed piątą rano), wybraliśmy się na zwiedzenie osady Moose Pass. Jest to miejsce niezwykle ciekawe - nieco oddalone od innych większych miast (160 km od Anchorage, 45 km od Seward), ale stanowiące zwartą miejscowość. Jadąc przez bezdroża Alaski często napotykaliśmy na pojedyncze domy czy gospodarstwa, natomiast takie większe osady choćby na długiej na 500 km Richardson Highway były rzadkością.
Pierwsza obserwacja, która w kolejnych dniach tylko się potwierdzała - na Alasce bardzo łatwo jest spotkać zrujnowane budynki, składowiska rupieci, porzucone stare samochody itd. Uderzyło nas to, że miejscowi często nie dbają nawet o bezpośrednie otoczenie swojego domu.
Obróciliśmy się w drugą stronę i widzimy na wpół zatopiony pomost. W Moose Pass wedle spisu z 2020 roku mieszkało 228 osób, przy czym rozkład rasowy populacji bardzo różni się od innych części stanu. W Moose Pass mamy aż 87% białych i tylko 5% natives (czyli Inuici i Indianie), podczas gdy w całym stanie białych jest tylko 59%, Natives 15%, Azjatów 6% i czarnych 3%. Jeszcze ciekawsza jednak jest inna demograficzna statystyka.
W Moose Pass przypada 151 mężczyzn na 100 kobiet. Na całej Alasce jeszcze na przełomie XIX i XX wieku ten wskaźnik wynosił 206 mężczyzn na 100 kobiet, co prowadziło do wielu różnych napięć. Obecnie proporcje płci mocno się wyrównały, ale nadal mężczyzn jest więcej (108:100), zwłaszcza na prowincji. Na zdjęciu kościół metodystów, jeden z porządniejszych kościołów, jakie widzieliśmy na Alasce. Jest ich, w stosunku do liczby ludzi, bardzo dużo (podejrzewamy, że wynika to z dużej liczby odmian chrześcijaństwa). Co nas zaskoczyło - często za kościół służy byle jak sklecony barak.
Dość często spotykaliśmy wywieszone flagi USA, ale także widoczne w prawym dolnym rogu płótna zwane "bunting flag". Pełnią one podobną rolę do flagi, a ich wywieszenie uważane jest za oznakę patriotyzmu i dumy narodowej.
W Moose Pass spotkała nas też miła niespodzianka. W miejscowym sklepie rano zamówiliśmy kawę i kupiliśmy jakieś drobiazgi na trekking. Chwilę porozmawialiśmy z bardzo sympatycznymi sprzedawczyniami, które same z siebie zaproponowały nam pożyczenie bear spray na całą wyprawę. Bez żadnych formalności (w Kanadzie musieliśmy przy zakupie wypełnić formularz, podając swoje dane), bez kaucji, żebyśmy tylko oddali, jak będziemy wracać
Po co wybraliśmy się na półwysep Kenai? Naszym celem numer 1 był szlak Harding Icefield Trail. Wcześniej obejrzeliśmy dwa filmy z przejścia tego szlaku i bardzo nam się spodobał. W okolicy Glacier Exit jest kilka szlaków, jedne są krótsze, ale oferują widok tylko od dołu na lodowiec, inne prowadzą pod górę i dają lepszy ogląd na lodowiec, a Harding Icefield Trail jest najdłuższy i najtrudniejszy, ale w nagrodę dostajemy nie tylko widok na lodowiec z różnych perspektyw, ale także na leżące jeszcze wyżej pole lodowe Harding.
Na Alasce byliśmy w środku lipca. Lato jest tu dość krótkie, ale za to bardzo intensywne. Wszelka roślinność ma tylko kilkanaście tygodni na rozwój. Na Alasce jest niewiele miejsc, w których rolnictwo ma większy sens, ale w tych miejscach, w których prowadzi się uprawy (np. w dolinie Matanuska) warzywa potrafią osiągać rekordowe rozmiary. Dzieje się tak dlatego, że choć okres wegetacji jest dużo krótszy niż na niższych szerokościach geograficznych (ok. 105 dni w stosunku np. do 300 dni w Kalifornii), to czas nasłonecznienia w trakcie wegetacji jest bardzo długi, nawet do 20 godzin dziennie.
Po dłuższym marszu pod górę zobaczyliśmy skrawek lodowca o nazwie Exit. Skąd wzięła się ta nazwa? Gdy w 1968 roku grupa 10 śmiałków dokonała pierwszego przejścia przez pole lodowe Harding, opuściła to pole, schodząc właśnie tym lodowcem, który na tę okoliczność został nazwany Exit Glacier.
W trakcie tej wędrówki po raz pierwszy spotkaliśmy turystów z Polski. Po raz pierwszy, ale nie ostatni. Będąc w Kanadzie, spotykaliśmy mnóstwo turystów z Azji, USA, a także z Europy, ze szczególną nadreprezentacją Niemców. Na Alasce profil turysty był zupełnie inny. Tu zdecydowanie przeważali Amerykanie, Azjatów nie było niemal w ogóle, natomiast przez te kilka dni dobre kilka razy napotkaliśmy pary lub grupy z Polski.
Widoczny na zdjęciu Exit Glacier w ostatnich latach traci na objętości i cofa się. Podobnie zresztą jak wiele innych lodowców na Alasce, choć są tu też takie lodowce, które nie tylko nie zmniejszają się, ale powiększają swoją objętość i powierzchnię.
Nieco nas zaskoczyło, że nagle na trasie naszego szlaku pojawił się śnieg. I to nie, że jakaś niewielka połać płytkiego śniegu. Śnieg taki, że miejscami zapadał się do połowy łydki. A szlak prowadził chwilami prosto pod górę, a chwilami zboczami stoku. W obu przypadkach fałszywy krok lub utrata równowagi oznaczały zjazd kilka metrów niżej.
Nie będziemy ukrywać - to był ciężki fragment drogi. Na pewno tu przydałyby się kijki trekkingowe, ale nawet nie pomyśleliśmy, żeby się w nie zaopatrzyć. Konieczne było też odpowiednie obuwie i tu już byliśmy lepiej przygotowani. Natomiast kluczowym wyposażeniem na tym śniegu okazały się...
... okulary przeciwsłoneczne. Bez nich chyba nie dalibyśmy rady iść przez bodaj półtorej godziny przez śnieżną biel mimo tego, że niebo było mocno zachmurzone.
Ta górska chatka to był ważny punkt naszej wyprawy. Wiedzieliśmy, że do końca szlaku pozostało może jeszcze z 15 minut marszu. Tu mogliśmy chwilę odsapnąć po ciężkim brnięciu przez śniegi. Ta obfitość śniegu o tyle nas zaskoczyła, że gdy oglądaliśmy filmik z przejścia tego szlaku, to śnieg pojawiał się gdzieś tam w tle, ale w małych ilościach i nie stanowił żadnego problemu. Np. przy tej chatce w ogóle śniegu nie było. Po powrocie jeszcze raz obejrzeliśmy ten film i okazało się, że był on kręcony w sierpniu, a my szliśmy tym szlakiem w połowie lipca. Jak widać, miesiąc robił ogromną różnicę.
A oto pole lodowe Harding. Co to jest pole lodowe? To wielka masa lodu, położona pośród masywów górskich, z której dolinami schodzą w dół lodowce. Na świecie nie ma wcale tak wiele pól lodowych. W Europie większe pola lodowe są tylko w Norwegii i na Islandii, na kontynencie południowo-amerykańskim są tylko trzy pola lodowe, a w Afryce czy Australii (choć są w Nowej Zelandii) nie ma ich wcale. Choć z naszego punktu obserwacyjnego było widać tylko maleńki skrawek tego pola lodowego, to ta biała pustka robiła ogromne wrażenie.
Pole lodowe Harding ma powierzchnię 1813 km2, a doliczając jeszcze liczne lodowce, które z niego odchodzą - 2849 km2. Jest jednym z czterech pól lodowych w USA. Roczny opad śniegu wynosi w tym miejscu imponujące 9 metrów.
A to najfajniejsza atrakcja tego trekkingu! Wracając z powrotem droga prowadziła przez śnieg i w dół. Na jednym z filmików z tego szlaku widzieliśmy, że można tu zjeżdżać w dół na tyłku, korzystając z wyżłobień zrobionych przez poprzedników. Tak też zrobiliśmy i była to fantastyczna zabawa! Takich zjazdów było kilka, niektóre krótsze, niektóre dłuższe, a nie dość, że taka jazda zapewniała emocje, to jeszcze skracała drogę powrotną :).
Whittier, Lowell Point
Po przejściu szlakiem Harding Icefield Ttrail mieliśmy jeszcze pół dnia na eksplorację półwyspu Kenai. Chcieliśmy ten czas jak najlepiej wykorzystać, bo wiedzieliśmy, że już tu nie wrócimy. Najpierw pojechaliśmy do miasteczka Seward (2,7 tys. mieszkańców, czyli na warunki alaskańskie to całkiem spora osada), ale naszym celem była osada Lowell Point. To tam kończy się droga. Jadąc z Anchorage do Seward mamy wygodną asfaltówkę, w Seward asfalt się kończy i kilka kilometrów trzeba pokonać wąską szutrówką i dopiero tam jest Lowell Point.
Lowell Point to niewielka osada, licząca 79 mieszkańców i przystań do obsługi małych łodzi. Większy port znajduje się w pobliskim Seward.
Mogliśmy z bliska zaobserwować cumowanie takiej łodzi. W tle widać Resurrection Bay. Skąd ta nazwa? Nadał ją pierwszy rosyjski gubernator Alaski Baranov. W trakcie rejsu po zatoce Alaska groźny sztorm zmusił Baranova do schronienia się w zatoce, nie mającej wówczas nazwy. Jako że działo się to w trakcie świąt wielkanocnych, zatoce została nadana nazwa Zatoka Zmartwychwstania. Baranov założył też na Alasce na początku XIX wieku dwie osady Pavlovskaya i Nowy Archangel, które dziś są znane jako Kodiak i Sitka.
Trochę szkoda, że nie mogliśmy poświęcić więcej czasu na choćby pobieżne zwiedzenie Seward, ale zależało nam na dotarciu do jeszcze jednego miejsca na półwyspie Kenai, a dzień nieubłaganie zbliżał się do końca. Odnotujmy tylko, że Seward zostało nazwane na cześć Williama Sewarda, który dyrygował operacją kupienia Alaski od Rosjan w 1867 roku, a samo miasto mocno ucierpiało w trakcie gigantycznego trzęsienia ziemi w 1964 roku. Ale o tym trzęsieniu znacznie więcej napiszemy przy okazji omawiania miasta Valdez.
Zdajemy sobie sprawę, że na półwysep Kenai mogliśmy poświęcić więcej czasu, odwiedzić Homer (określane jako światowa stolica halibuta) i Hope (kiedyś była tu kopalnia, obecnie przyciąga amatorów szukania złota - można tu spróbować szczęścia). Niemniej sam przejazd drogą Anchorage - Seward dostarczył nam mnóstwa fantastycznych widoków - ośnieżonych szczytów gór, fjordów, dolin, a także zielonych lasów.
Widoczne w trakcie przejazdu przez półwysep Kenai góry to Kenai Mountains, rozciągające się po wschodniej stronie półwyspu. Wiele szczytów przekracza wysokość 1000 m, a najwyższy szczyt sięga 2135 m n.p.m. Ciekawe w geografii półwyspu Kenai jest to, że zachodnia część półwyspu jest niemal płaska.
A to droga do naszego ostatniego celu tego dnia. Celem była miejscowość Whittier, a jedyna droga do tej osady prowadzi przez taki oto bardzo nietypowy tunel. To tunel kolejowy, który następnie dostosowano do ruchu samochodowego, ale jest to tunel jednokierunkowy. Co pół godziny zmieniany jest kierunek ruchu, przy czym zawsze pierwszeństwo mają pociągi. Przejazd tym tunelem kosztuje 13 dolarów.
Tunel Antona Andersona (główny inżynier odpowiedzialny za budowę tunelu) powstał w latach 1941-42 na potrzeby powstającej bazy wojskowej w Whittier. Przez wiele lat był to jedynie tunel kolejowy. Dopiero w 2000 roku dostosowano go do ruchu samochodowego, co otworzyło Whittier na świat. Tunel, zwany też Whittier Tunnel ma długość 4 km i jest najdłuższym drogowym tunelem w Północnej Ameryce. Co ważne, ostatnia tura z Whittier jest puszczana o 21.00. Kto nie zdąży, jest zmuszony do nocowania w Whittier.
Tunel pokonany, mieliśmy nieco ponad godzinę do 21.00 na zwiedzenie Whittier. Wydaje się, że nie jest to dużo czasu, ale Whittier jest osadą niezwykle specyficzną. Bywa nazywane osadą pod jednym dachem. Dlaczego? Otóż zdecydowana większość z 270 mieszkańców mieszka w tym wielkim budynku, niegdyś nazywanym Hodge Building (od nazwiska wojskowego inżyniera, który nadzorował budowę jednej z ważniejszych dróg na Alasce), a obecnie Begich Towers (od nazwiska kongresmena z Alaski, który zaginął w trakcie lotu samolotem nad Alaską). Begich Towers mieści 150 mieszkań, ale także wiele punktów usługowych, pocztę czy sklep. Jeśli ktoś nie czuje potrzeby opuszczania budynku, to bardzo rzadko będzie potrzebował załatwić coś na zewnątrz. Ponoć jest to szczególnie istotne zimą, gdy przy bardzo trudnych warunkach na zewnątrz można przez wiele dni nie opuszczać budynku.
W osadzie jest trochę innych budynków, jakaś restauracja, sklepiki z pamiątkami, budynki obsługujące port. Whittier stało się popularne w ostatnich latach, gdy zostało spopularyzowane przez podróżników, co wpłynęło na powstanie choćby tych sklepików.
Ten 14-piętrowy budynek powstał w 1957 roku na potrzeby armii USA. Mógł pomieścić do 700 mieszkańców i w momencie oddania był to największy budynek na Alasce. Znaczenie Whittier jeszcze wzrosło w latach 60. ubiegłego wieku, gdy zbudowano ropociąg łączący miasteczko z Anchorage. Ostatecznie jednak wojsko opuściło Whittier i zamieszkali tu cywile. Jak widać, niedawno Begich Towers przeszedł gruntowny remont, ale tylko z zewnątrz. Do środka nie wchodziliśmy, żeby nie zakłócać miejscowym spokoju, ale widzieliśmy na filmach innych podróżników, że wnętrza prezentują się znacznie gorzej. Ciasne korytarze, nieprzyjemny zapach stęchlizny, wszystko mocno podniszczone - razem nie robiło to dobrego wrażenia.
Oznaką rosnącej popularności Whittier jest też to, że w mieście nie można zaparkować za darmo. A jeszcze kilka lat temu było to jak najbardziej możliwe.
To drugi potężny budynek w Whittier, który jednak miał znacznie mniej szczęścia niż Begich Towers. Buckner Building został ukończony w 1957 roku i mógł pomieścić do 1000 żołnierzy. Także tu pomyślano o wszystkim - była tu piekarnia, fryzjer, kościół, stacja radiowa, kino, a nawet więzienie. Jednak już w 1960 roku armia USA podjęła decyzję o zamknięciu bazy i opuszczeniu Buckner Building. Budynek przetrwał trzęsienie ziemi z 1964 roku, ale stoi już tak ponad 60 lat i niszczeje. O solidności tej konstrukcji świadczy fakt, że pomimo upływu kilku dekad i brutalnych alaskańskich warunków klimatycznych nadal trzyma się całkiem nieźle.
Mając jeszcze chwilę czasu pojechaliśmy kawałek za Whittier, na miejsce do rekreacji dla miejscowych. Ujście rzeki, możliwość wędkowania, grillowania, z ładnym widokiem na Passage Canal - tak można wypoczywać. Choć istnieje duże ryzyko, że coś będzie kapać na głowę. Średnio pada tu przez 207 dni w roku, a całkowite opady rocznie wynoszą aż 5000 mm (dla porównania w Poznaniu jest to 10x mniej).
I choć samo Whittier zdecydowanie nie przypadło nam do gustu, to trzeba przyznać, że położone jest w bardzo malowniczej okolicy. A warto też zaznaczyć, że określenie "osada pod jednym dachem" będzie coraz mniej adekwatna. Już pobudowano kilka, może nawet kilkanaście domów, a kolejne są w budowie. Niemniej jest to miejsce ciekawe, nietypowe i warto tu zajrzeć.
Na pożegnanie z Whittier jeszcze fotka żużlowego pasa, który służy jako.... pas startowy dla małych samolotów. Gdyby nie oznaczenie tego miejsca na mapie Google to nie wiem, czy byśmy domyślili się przeznaczenia tego miejsca :).
Farma reniferów, Hatcher Pass
Nasz drugi domek, widoczny na zdjęciu, w Sutton-Alpine, ujął nas opisem dojazdu. Brzmiał on mniej więcej tak: lokalizacja na mapach Google wprowadza w błąd. Musisz skręcić na 65. kilometrze drogi obok tabliczki z jakimś napisem, następnie skręć w prawo, w lewo przy opuszczonym domu, dalej 500 metrów prosto, przy dużej brzozie w prawo i za chwilę dojedziesz na miejsce. Opis był bardzo dobry, bez niego nigdy w życiu byśmy tego domku nie znaleźli :).
Po bardzo forsownym poprzednim dniu poszukaliśmy spokojniejszych i niezbyt wymagających pod względem fizycznym atrakcji. W nasze wymagania idealnie wręcz wpasowała się farma reniferów. Na dzień dobry zostaliśmy przewiezieni wozem, ciągniętym przez traktor, a potem poszliśmy oglądać zwierzaki. Na pierwszy ogień poszły renifery. Fajne było to, że przy zwierzakach z reguły stał opiekun, który opowiadał ciekawe rzeczy i chętnie odpowiadał na wszelkie pytania.
Większość zwierząt można było karmić, z czego ochoczo korzystali chłopacy, ale i dorośli też chcieli zobaczyć jak to jest. Ta pani łosiowa była żarłoczna, ale bardzo leniwa - trzeba jej było gałązkę podetknąć pod sam pysk, żeby się zainteresowała.
Gdy tylko zobaczyliśmy krowę szkocką, aż się uśmiechnęliśmy. Doskonale pamiętaliśmy te włochate stworzenia z naszej eskapady do Szkocji - pasły się one przy drogach, raz nawet zastąpiły nam drogę. Tu mogliśmy spokojnie przyjrzeć się tym potężnym i zarazem nieco flegmatycznym zwierzakom.
Zawarliśmy bliższą znajomość z alpakami, były jeszcze jaki i największe w tym towarzystwie bizony. W tutejszym barze mogliśmy spróbować hot doga z renifera, ale nie było to zachwycające doświadczenie kulinarne.
Największym zaskoczeniem tego miejsca była zagroda z królikami. Pomiędzy królikami całkiem żwawo spacerował sobie bowiem... żółw. Pani wyjaśniła, że żółwie nie występują na Alasce, ten egzemplarz został przez kogoś przywieziony na Alaskę i ostatecznie przygarnęli go na tej farmie. Podsumowując - bardzo fajne miejsce, zwłaszcza możliwość karmienia i dodatkowe informacje od opiekunów spowodowały, że opuszczaliśmy farmę bardzo zadowoleni.
Mając w tle skromny sklepik przy drodze z dystrybutorem paliwa wspomnimy, co nas najbardziej irytowało w dużych supermarketach na Alasce, ale te uwagi dotyczą też Kanady. Większość towarów była pakowana w bardzo duże opakowania. Dotyczy to napojów, przekąsek, pieczywa, jogurtów, serów i wielu innych rzeczy. A nawet jak opakowanie było mniejsze (np. mała puszka Pepsi), to trzeba było kupić sześciopak. W wielu przypadkach rezygnowaliśmy z zakupu danej rzeczy, bo wiedzieliśmy, że większość danego towaru po prostu wyrzucimy. Druga sprawa, to cena podana przy towarze nie była ceną końcową. Przy kasie doliczano jeszcze jakiś kilkuprocentowy podatek i w efekcie zawsze trzeba było zapłacić nieco więcej. I kolejna ciekawostka - w niektórych miejscach przy płatności kartą pobierano kilkuprocentową prowizję, a przy płatności gotówką prowizji nie było.
Na zdjęciu widnieje kościół. Przejeżdżając Alaskę, tego typu i jeszcze mniejsze kościoły spotykaliśmy bardzo często. Bywało, że w niewielkiej osadzie były dwa lub trzy kościoły, zazwyczaj różnych odłamów chrześcijańskich. Gdy sprawdziliśmy dane statystyczne odnośnie religijności, bardzo zaskoczyło nas to, że Alaska jest jednym z najmniej religijnych stanów w USA, obok Oregonu i Washingtonu. W 2014 roku 31% mieszkańców Alaski deklarowało się jako niewierzący. Cechą szczególną na Alasce jest duże rozdrobnienie różnych chrześcijańskich wyznań. Mamy tu protestantów (wśród nich są ewangelicy, baptyści i inni), katolików, mormonów, metodystów i wiele pomniejszych odłamów. Jest też trochę prawosławnych, muzułmanów (niedawno zbudowali meczet w Anchorage) i wyznawców hinduizmu.
Niezwykle charakterystycznym widokiem przy alaskańskich drogach są skrzynki pocztowe na drewnianych rusztowaniach. Jako że często domostwa nie znajdowały się przy samej drodze, to właśnie skrzynki pocztowe były oznaką ludzkiej bytności w danej okolicy.
Dla współczesnej historii Alaski szczególnie ważne były dwa wydarzenia. Pierwszym było odkrycie złota, a drugim odkrycie ropy naftowej. Chwilowo zajmiemy się złotem. Z istnienia jakichś złóż złota na Alasce zdali sobie sprawę Rosjanie w połowie XIX wieku, jednak uznali eksploatację złóż za zupełnie nieopłacalną i o złocie zapomniano na kilka dekad. W tym czasie Alaska przeszła pod władanie Amerykanów.
Mamy zatem koniec XIX wieku, Alaskę uważa się za wielki, niemal bezludny i niespecjalnie interesujący kawał lądu. Mieszka tam ok. 30 tys. ludzi, w niewielkich osadach na południowym wybrzeżu. W głębi Alaski żyje też trochę Inuitów, mających minimalny kontakt ze światem zewnętrznym. Ale to wszystko uległo gwałtownej zmianie na przełomie XIX i XX wieku. W 1896 roku odkryto złoto! Najpierw nad rzeką Klondike, w Kanadzie, w bezpośrednim sąsiedztwie Alaski, a wkrótce w kilku lokalizacjach na Alasce.
Jednym z tych miejsc były okolice Hatcher Pass. W 1897 roku zgłoszono tu istnienie w górach złotych żył, choć na przemysłową eksploatację w tym miejscu trzeba było jeszcze trochę poczekać. Dopiero w 1934 roku powstała tu kopalnia Indenpendence. Działała ze sporym rozmachem do 1943 roku, gdy rząd USA nakazał zamknięcie wszystkich niestrategicznych biznesów w związku z II Wojną Światową. Potem jeszcze chwilę działała w latach 1948-50 i ostatecznie została zamknięta z powodu nieopłacalności wydobycia.
Obecnie można zwiedzać to, co pozostało z kopalni Independence. Część budynków odrestaurowano, część pozostawiono na łaskę surowego klimatu.
Jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku podjęto próby eksploatacji złóż w kopalni Independence, ale szybko zostały one zarzucone. W trakcie nieco ponad 10 lat istnienia kopalni wydobyto tu 4,5-5 ton złota. Naszła nas refleksja, że poczyniono mnóstwo nakładów, zbudowano całkiem spory i nowoczesny, jak na tamte czasy, kompleks, zatrudniano setki ludzi i w bardzo trudnych warunkach klimatycznych pracowano przez okrągły rok po to, by przez te 10 lat wydobyć raptem 5 000 kg kruszcu.
Budowle z drewna w surowym alaskańskim klimacie szybko popadają w ruinę, gdy nie są odpowiednio konserwowane. Złoto jest wydobywane na Alasce od początku XX wieku. Szczyt wydobycia przypadł na pierwsze dwie dekady XX wieku, gdy tysiące poszukiwaczy złota szukało szczęścia i fortuny. Potem wydobywano znaczniej mniej złota, choć do dziś jest to istotna część gospodarki Alaski, Spośród wszystkich stanów USA tylko w Nevadzie wydobywa się więcej złota (77% krajowego wydobycia) niż na Alasce (11%).
Obecnie na Alasce działa jedna kopalnia odkrywkowa, dwie kopalnie podziemne, kolejna podziemna cynku i srebra, gdzie złoto wydobywa się jako produkt drugorzędny oraz w ponad 200 małych kopalniach przy rzekach lub wodospadach. W ostatnich latach na popularności zyskało poszukiwanie złota na mniejszą skalę, tylko w miesiącach letnich przez małe grupy profesjonalnych poszukiwaczy. Wszystko to przekłada się na wydobycie surowca o wartości ok. 1 mld dolarów rocznie. Wedle szacunków przez ostatnie 130 lat na Alasce wydobyto ok. 1500 ton złota.
Sama kopalnia Independence jest miejscem ciekawym, z wieloma informacjami na temat tego miejsca, codziennego życia w kopalni czy metod wydobycia złota. A nawiązań do wydobywania złota w naszej podróży po Alasce widzieliśmy jeszcze wiele, co świadczy, jak ważne to było dla rozwoju tego regionu.
Do kolekcji zwierzaków, jakie napotkaliśmy na naszej drodze, dołączamy susłogona arktycznego :).
Tuż za kopalnią Independence jest położona Hatcher Pass. Od strony południowej prowadzi do niej niezła, asfaltowa droga, dopiero sama końcówka jest szutrowa i nieco dziurawa. My przejechaliśmy liczącą 1184 m n.p.m. przełęcz i pojechaliśmy na zachód, by dojechać do drogi Anchorage - Fairbanks. Oznaczało to konieczność jazdy ok. 30-kilometrowym odcinkiem szutrowej drogi, która jest otwarta dla ruchu samochodowego tylko przez 3 miesiące w roku. Widok z Hatcher Pass był przedni, a dodatkową atrakcją byli liczni paralotniarze, którzy latali w tej okolicy.
W miesiącach zimowych okolice Hatcher Pass są wykorzystywane przez narciarzy. Utworzono tu dla nich liczne szlaki, a z racji względnej bliskości Anchorage jest to bardzo popularny cel dla narciarzy.
A to już nasz drewniany domek nr 3 na Alasce, w Trapper Creek. Tutaj, podobnie jak w domku nr 2, nie mieliśmy okazji spotkać gospodarza. Wchodziliśmy na kody, rano zamykaliśmy drzwi i w drogę.
To zdjęcie kwiatka o nazwie wierzbówka zrobiliśmy o godzinie 23. Było jeszcze jasno, co bardzo ułatwiało planowanie dnia. Nie musieliśmy się spieszyć, bo nie było obawy, że zastanie nas zmrok. Przez 8 dni pobytu na Alasce nie zaznaliśmy ciemności i choć niektórzy ludzie narzekają, że to bardzo przeszkadza w spaniu, to my w ogóle nie odczuliśmy tego problemu.
Talkeetna, Parks Highway
Dość często na naszej drodze spotykaliśmy taką oto niebieską flagę z 8 żółtymi gwiazdami. Chłopacy dopatrywali się podobieństwa do flagi UE i coś w tym jest, natomiast jest to flaga stanu Alaska. Została ustanowiona w 1927 roku w wyniku konkursu, gdy Alaska jeszcze nie była stanem, a tylko terytorium należącym do USA. Gdy Alaska uzyskała miano stanu, flaga pozostała niezmieniona. Widać na niej gwiazdy tworzące Wielki Wóz, a osobno (na zdjęciu akurat niewidoczna) widnieje nieco większa Gwiazda Polarna.
Specjalnie nieco zboczyliśmy z naszej głównej trasy, by zajechać do miasteczka Talkeetna. To niewielka miejscowość, z 1 005 mieszkańcami (68. miejsce na Alasce pod względem zaludnienia), ale stanowiąca ważne miejsce na mapie Alaski.
Talkeetna leży u zbiegu trzech dużych rzek - Susitna, Chulitna i Talkeetna. W 2010 roku powstał projekt budowy tamy i ogromnej hydroelektrowni na rzece Susitna. Pod względem wysokości miałaby to być piąta najwyższa zapora na Ziemi. Sam pomysł wzbudził wielkie kontrowersje i protesty, obawy o zniszczenie przyrody i w chwili obecnej niewiele wskazuje, by doczekał się on realizacji.
Warto dodać, że rzeki na Alasce są szerokie i potężne. Oglądaliśmy film podróżnika, który postanowił zatrzymać się kamperem w suchym korycie rzeki. Koryto było szerokie na kilkaset metrów, a rzeczka płynęła bardzo wąską strużką. W oddali gdzieś tam była burza, więc podróżnik wzmógł czujność. I słusznie, ponieważ raptem w kilkanaście minut wąska strużka przemieniła się w rwącą, szeroką rzekę, w dodatku niosącą ze sobą wyrwane drzewa. Konieczna była natychmiastowa ewakuacja. To tylko uświadomiło nam, jak groźny i nieprzewidywalny jest żywioł na Alasce.
Istnieje legenda, że pierwowzorem miasteczka Cicely z serialu "Przystanek Alaska" była właśnie Talkeetna, choć twórcy filmu nigdy tego nie potwierdzili. Zdjęcia do filmu kręcono w miejscowości Roslyn, w stanie Washington, zatem "Przystanek Alaska" w rzeczywistości z Alaską nie miał wiele wspólnego.
Fairview Inn to jeden z najstarszych budynków w miasteczku. Powstał w 1923 roku i przez lata służył jako hotel. Do dziś przetrwał w niemal niezmienionej formie i w 1982 roku został wpisany do rejestru zabytków.
Zasady obowiązujące w tym hotelu zaciekawiły chłopaków. Niektóre zapisy wzbudziły pewne wątpliwości - jak to może być, żeby kazali wynosić się bez żadnego wyjaśnienia?!?
Nagley's Store to kolejny z zabytkowych budynków, także powstał w 1917 roku, ale... w innym miejscu niż stoi obecnie. Gdy pierwszy właściciel sklepi Horace Nagley przeszedł na emeryturę w 1947 roku, kolejni właściciele przenieśli budynek, gdyż stał on na terenach zagrożonych powodzią.
W Nowy Rok, w 1997 roku pożar zniszczył większość wnętrza Nagley's Store. Strażacy walczyli z ogniem przy temperaturach rzędu -30 stopni (pewnie podają tu w skali Fahrenheita, ale akurat przy temperaturach rzędu -30 czy -40 stopni obie skale pokazują podobne wartości). Budynek został odbudowany, a w środku obok sklepu jest coś w rodzaju niewielkiego muzeum.
Zajrzeliśmy do punktu oferującego miejscowe produkty eksportowe. Przymierzyliśmy czapkę z lisa polarnego, obejrzeliśmy różne rodzaje noży, od niewielkich do takich jak maczeta, a także ciepłe swetry z wełny. Wszystkie produkty miały jeden wspólny mianownik - bardzo, bardzo wysokie ceny. O ile pamiętamy, taka czapka z lisa kosztowała prawie 1000 zł.
W jednej z bud z jedzeniem skusiliśmy się na łososia. Był naprawdę smaczny! Z czego dziś żyje Talkeetna? Co widać na każdym kroku, z turystów, ale jest też bazą startową dla wypraw na górę Denali. Można też stąd polecieć helikopterem czy samolotem nad park narodowy Denali.
Niezwykle ważna dla Alaski jest linia kolejowa Seward - Anchorage - Fairbanks. Powstało nawet określenie Rail Belt dla miejscowości położonych wzdłuż tej linii kolejowej. Talkeetna leży na tej trasie i kolej odegrała bardzo ważną rolę w powstaniu i rozwoju tego miasteczka, zwłaszcza w pierwszych dekadach jego istnienia. Na pewno warto zboczyć z głównej trasy i przejść się przez to kameralne i ładne miasteczko.
Bardzo popularną siecią sklepów spożywczych na prowincji alaskańskiej jest sieć Three Bears Alaska. Nas oferta tego sklepu nie zachwyciła, ale często nie było dla tych sklepów innej alternatywy.
Osobliwe miejsce spotkanie gdzieś po drodze. Można tu dojrzeć baner wyborczy Trumpa. Było ich na prowincji alaskańskiej całkiem sporo i tu nie było zaskoczenia. Alaska jest stanem republikańskim, od momentu uzyskania praw stanowych w 1959 roku tylko jeden jedyny raz zdarzyło się, by w wyborach prezydenckich wygrał tu kandydat Demokratów. Miało to miejsce w 1964 roku. Od tego czasu zawsze wygrywa tu kandydat Republikanów. Szczególnie silne poparcie dla republikanów (sięgające nawet 70-80%) występuje na prowincji, poza największymi miastami. Dlaczego? Na tych terenach są silne tradycje łowieckie, rybackie, ważne jest prawo do posiadania broni, sceptycyzm wobec rządu federalnego oraz poparcie dla wolności jednostki.
Ten obrazek był jednym z najlepszych, jakie widzieliśmy na Alasce. Jakieś baraki z wystawionymi przed nimi częściami do hydrauliki czy mechaniki, nie wiadomo czy na sprzedaż, czy to jakieś gratowisko, czy w innym celu, ale wszystko to wygląda niechlujnie, po prostu słabo. I zaraz przy tym baner wyborczy Trumpa, flaga Alaski. Zabrakło jeszcze tylko wielkiego hasła Make America Great Again :).
Z Talkeetny skierowaliśmy się na północ. Droga Anchorage - Fairbanks bywa nazywana Parks Highway, na cześć byłego gubernatora Terytorium Alaski, George'a Parksa. Jest to jedyna droga do parku narodowego Denali i prowadzi wzdłuż wschodniej granicy tego ogromnego parku.
Debata - Denali czy McKinley - nadal jest żywa. W dużym skrócie: najwyższemu szczytowi Ameryki Północnej na początku XX wieku nadano miano Mount McKinley, na cześć 25. prezydenta USA. Mieszkańcy Alaski lobbowali za nazwą Denali i jej używali, ale nie potrafili przeforsować zmiany nazwy na szczeblu federalnym z powodu oporu... jednego kongresmena z Ohio, z którego to pochodził McKinley. W końcu jednak po wielu latach dopięli swego i w 2015 roku prezydent Obama zmienił nazwę góry na Denali. Prezydent Trump już w trakcie pierwszej kadencji próbował przywrócić poprzednią nazwę, ale napotkał na opór republikańskich senatorów z Alaski i odpuścił ten pomysł, ale na początku drugiej kadencji, w 2025 roku, przeforsował swój pomysł i obecnie federalna nazwa szczytu to Mount McKinley.
Drogi w kanadyjskich parkach narodowych bardzo nas rozpuściły. Tam dosłownie co chwilę mieliśmy bajeczne widoki, piękne jeziora, górskie szczyty tuż przy drodze, lodowce itd. Droga wzdłuż parku Denali była dużo bardziej monotonna. Góry majaczyły gdzieś tam w oddali, były dwa punkty widokowe, ale tylko przy bezchmurnej pogodzie można dojrzeć w oddali szczyty gór, z Denali (pozostańmy przy tej nazwie) na czele. Ten punkt widokowy był w zasadzie jedyną naszą szansą na zobaczenie najwyższego szczytu Ameryki Płn., ale jak widać - bez sukcesu.
Trzeba przyznać, że jazda Parks Highway była przyjemnością. Szeroka droga, z poboczem, w niezłym stanie, do tego z bardzo niewielkim ruchem.
Im dalej od Anchorage, tym standard stacji paliw był niższy, a ceny wyższe, choć nadal znacznie, znacznie niższe niż w Polsce. Przed nami było półtora dnia w Denali, najbardziej znanym parku narodowym na Alasce.
Denali
Miejscem, które odwiedzają niemal wszyscy turyści przybywający na Alaskę, jest park narodowy Denali. Gdy zebraliśmy nieco informacji o samym parku i jak można go zwiedzać, wiedzieliśmy, że do zwiedzania tego parku potrzebny jest dobry plan.
Park Denali jest bardzo duży, ma powierzchnię 24,5 tys. km2, ale to wcale nie oznacza wielu możliwości zwiedzania i jeżdżenia po parku. W parku jest tylko jedna droga - Denali Park Road, o długości 93 mil (146 km). Ale, po pierwsze, samochody mogą wjechać tylko do 15. mili (23. kilometra) - dalej mogą jeździć tylko autobusy parkowe. A po drugie, po osuwisku ziemi przed kilku laty droga jest przejezdna tylko do 43. mili (68. kilometra).
Zatem jeśli ktoś chce zobaczyć coś więcej niż samo obrzeże parku, musi skorzystać z oferty autobusów parkowych. Jest kilka opcji, ale trzeba działać z dużym wyprzedzeniem, bo bilety na autobusy, zwłaszcza w miesiącach wakacyjnych, szybko znikają. Są trzy podstawowe opcje - Denali Natural History Tour (autobusy jadą tylko do 40. kilometra, przewodnik skupia się na kwestiach historycznych, odrzuciliśmy tę opcję), Tundra Wilderness Tour (5-godzinna wycieczka z przewodnikiem, nastawiona na obserwację zwierząt, bilety szybko się wyprzedają mimo wysokiej ceny 144,5 dolarów za dorosłego i 67 dolarów za dziecko) oraz Transit Bus (tylko transport do 68. kilometra/43. mili i z powrotem, na zasadzie hop on hop off, bez przewodnika, w dużo sensowniejszej cenie 33,5 dolara za dorosłego, dzieci za darmo).
Chwilę się zastanowiliśmy, ale ostatecznie wybraliśmy wariant budżetowy, czyli zielone Transit Buses. Trzeba jednak zaznaczyć, że w tej opcji należy wykupić bilety na wstęp do parku za 15 dolarów, a przy droższych wycieczkach wstęp jest już w cenie. Drugi mankament to taki, że bilety rezerwuje się w przedziałach czasowych. Wybraliśmy wyjazd między 6 a 10, ale system przydzielił nam wyjazd równo na godz. 6:00 rano. Gdy spróbowaliśmy zmienić tę godzinę na późniejszą już na miejscu, w Tourist Centre w Denali, niestety poinformowano nas, że nie ma takiej opcji. A to oznaczało, że dzień w Denali rozpocznie się dla nas okrutnie wcześnie - już przed godziną 5. Jak widać, niektórzy musieli to później odespać 😉
Trudno, wstaliśmy w środku nocy, choć już było jasno i pojechaliśmy zielonym busem po Denali. Nie mieliśmy przewodnika, ale nasz kierowca był chętny do objaśnień i zatrzymywał się, gdy coś wypatrzył. Tutaj na przykład wypatrzył 2 czy 3 niedźwiedzie. Pokazał, gdzie należy patrzeć, wszyscy w autobusie pilnie się wpatrywali i nic nie widzieli. Kierowca mówił, że to takie malutkie czarne kropeczki gdzieś tam daleko. I dopiero ktoś z bardzo silnym teleobiektywem potwierdził jego słowa. Super, ale nie o takie obserwacje niedźwiedzi nam chodziło :).
No, z łosiem to już była porządna obserwacja. Nie była potrzebna lornetka (swoją drogą jest to przyrząd polecany do Denali, bo wiele zwierząt widać w dużym oddaleniu). Kierowca zapewniał, że o wiele więcej dużych zwierząt żyje w tej części parku, do której obecnie wjazdu nie ma, ale oczywiście było to dla nas dość marne pocieszenie.
To już widok na 43. milę, czyli 68. kilometr Denali Park Road. Można dojechać do początku widocznej na zdjęciu góry, a dalej wstępu nie ma. Obecnie prowadzone są prace naprawcze na drodze i szacuje się, że cała droga zostanie udostępniona w 2027 roku.
Dojechaliśmy do końca i skorzystaliśmy z opcji hop off, czyli wysiedliśmy z autobusu. Co pół godziny przyjeżdżał kolejny i mogliśmy do niego wsiąść. Pierwsze wrażenie - jest tu zimno i pusto. Było jeszcze dość wcześnie rano, koło godziny 8. Postanowiliśmy zejść w dół do koryta rzeki i przejść się po okolicy.
Będąc szczerym, ten spacer jakoś specjalnie nas nie porwał, więc po przejściu 1,5 km wróciliśmy do East Fork, jak nazywa się przystanek końcowy dla autobusów.
Parę słów o parku Denali. Powstał on w 1917 roku jeszcze pod nazwą Mount McKinley Park, którą później zmieniono na Denali. Granice parku były kilka razy rozszerzane. Ważną datą jest 1938 rok, gdy zbudowano Denali Park Road, choć nie miała ona połączenia z żadnym miastem na Alasce! Dopiero w 1957 roku ukończono szutrową drogę łaczącą park z Richardson Highway, ale nadal nie było wygodnego połączenia z Anchorage ani Fairbanks. Takie połączenie powstało w 1971 roku, gdy zbudowano George Parks Highway, którą poprzedniego dnia jechaliśmy.
W drodze powrotnej mieliśmy wyjątkowo specyficznego, mrukliwego kierowcę, ale do niedźwiedzi miał on dużo więcej szczęścia niż tamten sympatyczny kierowca. Tym razem spotkaliśmy dwa niedźwiedzie grizzly w odległości może 50-60 metrów od autobusu. Oba misie coś tam sobie podgryzały, nie zwracając uwagi na kilka autobusów, które zatrzymały się przy drodze.
W końcu byliśmy w pełni usatysfakcjonowani! Mieliśmy kilka minut, by spokojnie poobserwować niedźwiedzie, porobić zdjęcia. Czegoś takiego zabrakło nam w Kanadzie i bardzo cieszyliśmy się, że w trakcie wycieczki po Denali udało nam się te wielkie stworzenia podejrzeć.
Wracając do parku Denali - jeszcze w 1956 roku, gdy nie było sensownej możliwości dojazdu do parku, rocznie wizytowało go ledwie 5 tys. turystów rocznie. Po oddaniu pierwszej drogi ta liczba wzrosła do 25 tys., a po zbudowaniu drogi Anchorage - Fairbanks - do 88 tys. w 1972 roku. Obecnie co roku do parku przyjeżdża ok. 500-600 tys. turystów.
Korzystając z możliwości wsiadania i wysiadania z autobusu na żądanie, poszukaliśmy jakiegoś szlaku w głębi parku. I tu sprawa nie jest taka oczywista. Generalna zasada jest taka, że można się włóczyć, gdzie się chce, dlatego wyznaczonych szlaków jest bardzo niewiele. Włóczenie się niespecjalnie nas pociągało, zwłaszcza przy braku zasięgu telefonów, więc skorzystaliśmy z jednej z nielicznych opcji - szlaku Savage Alpine Trail.
Kilka słów poświęćmy jeszcze szczytowi Denali. Mało kto zdaje sobie sprawę, że jest to jedna z najwyższych gór na świecie, licząc od podstawy góry. Znacznie wyższa od 8-tysięczników w Himalajach. Jest to też góra bardzo trudna do zdobycia. W odróżnieniu od choćby Mount Everestu nie ma tu mowy o niedzielnych wspinaczach doprowadzanych na szczyt przez agencje.
Wyprawa na szczyt jest wielodniowym przedsięwzięciem i wymaga dużych umiejętności oraz szczęścia w postaci dobrej pogody. Szczyt ma wysokość 6190 metrów, po raz pierwszy został zdobyty w 1913 roku. Często wokół szczytu Denali gromadzą się chmury i większość turystów odwiedzających park Denali nie ma okazji obejrzeć szczytu Denali, gdyż jest on zasłonięty przez chmury. My zaliczamy się do tej większości.
Niestety, ponad 130 wspinaczy straciło życie podczas zdobywania tej góry. Najtragiczniejszy wypadek miał miejsce w 1967 roku, gdy w wyniku załamania pogody zginęło 7 wspinaczy. Rozważano wówczas wprowadzenie zakazu wspinania na ten szczyt, ale ostatecznie się na to nie zdecydowano. Niestety, niemal co roku lista ofiar Denali wydłuża się, w 2025 roku kolejne 2 osoby straciły tam życie.
W trakcie tego trekkingu spotkaliśmy starsze małżeństwo z Denver. Ucięliśmy sobie z nimi dłuższą pogawędkę i okazało się, że postawili sobie za cel zwiedzenie wszystkich 49 stanów USA. Byli już w 48 i właśnie Alaska była tym ostatnim, brakującym stanem. Korzystając z ich doświadczeń zapytałem, które stany w USA polecają do zwiedzenia pod kątem przyrodniczym.
Chwilę zastanowili się i udzielili nieoczywistej odpowiedzi. Powiedzieli, że najbardziej podobało im się Utah, a na drugim miejscu Yellowstone, czyli stan Wyoming.
A to dobrze nam już znany susłogon arktyczny. Na tym szlaku tych stworzeń było mnóstwo. Większość była dość płochliwa, gdy podchodziło się bliżej, ale kilka osobników dało nam szansę na dobre zdjęcie.
A co możemy napisać o szlaku Savage Alpine? Początkowo szliśmy przez obszar zalesiony i pod górę, więc jakoś szczególnie nas ten szlak nie porywał, ale gdy wyszliśmy ponad linię drzew, to widoki zrobiły się bardzo dobre, a chwilami nawet świetne. Mieliśmy piękny widok na okoliczne doliny i kolejne szczyty górskie. Mimo że nie były to jakieś imponujące wysokości, to mieliśmy tu już typowy krajobraz górski.
Cały szlak liczył 7 kilometrów, przy przewyższeniu 420 metrów, jego przejście zajęło nam 3 godziny, choć robiliśmy sporo przerw. Ostatecznie Savage Alpine Trail podobał nam się i możemy go polecić, choć spotkaliśmy też opinie niezbyt zadowolonych turystów, że szlak jest nudny, a przy tym niezbyt łatwy. Warto jednak zaznaczyć, że można go przejść w stronę odwrotną - wtedy będzie bardzo strome podejście na początku i potem dość długie schodzenie w dół.
No dobrze, a co jeszcze można zwiedzać w parku Denali? Przy wjeździe do parku, blisko Parks Highway mamy kilka krótkich, ale ciekawych trekkingów. My zdecydowaliśmy się przejść Horseshoe Lake Trail.
Celem tego trekkingu jest obejście dookoła jeziora Horseshoe. Trzeba przyznać, że jest tu bardzo ładnie.
Jest to szlak łatwy, bez trudniejszych podejść, a przy tym nie za długi. Jeśli ktoś nie lubi zbytnio chodzić, a chciałby jednak coś ciekawego zobaczyć, to z tego szlaku będzie bardzo zadowolony.
Ważnym elementem parku Denali, którego jednak w trakcie przejazdu udostępnionym malutkim fragmentem w ogóle nie widać, są lodowce. Zajmują one aż 16% powierzchni parku, a największe z nich są długie na 50 km i grube na ponad 1000 metrów.
Adam w trakcie tego spaceru nabył nową umiejętność. Nauczył się puszczać kaczki! Początkowo nie za bardzo mu to wychodziło, ale trening czyni mistrza i wkrótce większość rzutów była już udana.
Horseshoe Lake Trail ma długość 3,5 km, z niewielkim przewyższeniem 140 metrów, a niespieszny spacer tym szlakiem zajął nam półtorej godziny. Tę krótką wędrówkę zdecydowanie polecamy, zwłaszcza przy słonecznej pogodzie.
Gdy już wyjechaliśmy z parku i jechaliśmy na nasz nocleg w miasteczku Healy, spotkał nas bonus w postaci rodziny łosi przy samej drodze. Już z Kanady wiedzieliśmy, że jeśli kilka aut stoi na poboczu, prawdopodobnie oznacza to, że przy drodze widać jakieś zwierzęta. Tak też było tym razem, a dosłownie kilka metrów od naszego auta spokojnie posilało się kilka łosi. Oczywiście pamiętaliśmy ostrzeżenia, że łosie są dla ludzi znacznie bardziej niebezpieczne od niedźwiedzi, więc zachowywaliśmy dużą czujność, ale te osobniki nie miały żadnych wrogich zamiarów.
Nie mogliśmy nie odwiedzić repliki Magic Bus. W największym skrócie, to replika porzuconego w alaskańskiej głuszy autobusu, który posłużył za schronienie dla Christophera McCandless, znacznie bardziej znanego pod pseudonimem Alexander Supertramp. Był to odrzucający cywilizację młodzieniec, który przemierzał Stany, marząc o życiu na Alasce. W 1992 roku marzenie to zrealizował. Przez niespełna 4 miesiące samotnie mieszkał z dala od ludzkich siedzib, a za schronienie służył mu takie właśnie (choć pamiętajmy, że to tylko replika) porzucony autobus.
Historia nie miała happy endu. Nieprzygotowany do życia w surowym klimacie chłopak mierzył się z wieloma problemami, podjął nawet decyzję o powrocie, ale nie dał rady przekroczyć rzeki Teklanika. Zmarł, prawdopodobnie z wygłodzenia. Jego historia stała się powszechnie znana, gdy na bazie jego losów powstał film "Into the wild" (Wszystko za życie). Porzucony autobus stał się popularnym celem dla turystów, ale gdy zanotowano kilka ofiar śmiertelnych przy przekraczaniu przez rzekę, władze usunęły wrak autobusu, a tuż przy głównej drodze w Healy postawiono replikę autobusu.
I na sam koniec dwa słowa o noclegach. W okolicy parku Denali jest ich niewiele, są drogie, a ich komfort nie jest najwyższy. Po długim szukaniu udało nam się znaleźć White Moose Lodge w Healy i chyba był to optymalny wybór. Jak podsumujemy park Denali? Pod względem krajobrazowym jest okej, choć parki kanadyjskie oferowały znacznie, znacznie lepsze widoki. Sytuację ratowały nieco obserwacje zwierząt, czego z kolei w Kanadzie trochę nam brakowało. Przyjechać tu warto, choć jeden pełny dzień powinien wystarczyć, by obejrzeć najciekawsze miejsca w okolicy.
Fairbanks, Richardson Highway
Naszym kolejnym celem było drugie co do wielkości miasto na Alasce - Fairbanks. Z parku Denali do Fairbanks prowadzi jedna, jedyna droga - Parks Highway. Czysto teoretycznie można zrobić gigantyczną pętlę i podjechać do Fairbanks z drugiej strony, ale oznaczałoby to 7,5 godziny jazdy zamiast niespełna dwóch. A czemu w ogóle o tym piszemy? Wskazówką jest widoczny na zdjęciu znak.
Kilka tygodni przed naszą wizytą na Alasce w okolicach Fairbanks wybuchły pożary. Nie jest to nic nadzwyczajnego, pożary co roku trawią spore obszary Alaski. Tym razem jednak pożary zaczęły mocno komplikować życie mieszkańcom tych okolic. Ewakuowano jakieś pomniejsze osady, tymczasowo zamykano drogę Anchorage - Fairbanks (to ta, którą musieliśmy przejechać, by drastycznie nie zmieniać planów podróży), a samo Fairbanks nie dość, że było pogrążone w smogu, to jeszcze miało przerwy w dostawach prądu.
Nie ukrywamy, że z pewnym niepokojem śledziliśmy kolejne komunikaty, a aktualizowane mapy Google z obszarami objętymi pożarami wcale nie wyglądały optymistycznie. Ostatecznie jednak przejechaliśmy krytyczny odcinek bez problemów, choć widzieliśmy spalone lasy i chwilami czuliśmy swąd spalenizny.
Droga do Fairbanks nie obfitowała w atrakcje, więc zjechaliśmy do jedynego większego miasteczka o nazwie Nenana. Przy wjeździe powitał nas pomnik poświęcony wojskom terytorialnym. W latach 1942-47 mały oddział 25 żołnierzy oraz ponad 6 tys. ochotników w wielu 12-80 lat (w większości z plemion inuickich) pełniło rolę obserwatorów na rozległych północnych wybrzeżach Alaski, by śledzić ewentualne ruchy wroga. Biorąc pod uwagę klimat Alaski, zwłaszcza na północnych krańcach, było to niesamowicie trudne przedsięwzięcie.
Nenana to dziś senne miasteczko z ledwie 350 mieszkańcami. W czasach największego rozkwitu, w latach 20. ubiegłego wieku, liczyło ponad 600 mieszkańców. Rozkwit ten wiązał się z oddaniem do użytku linii kolejowej Anchorage - Fairbanks.
Ponoć odpowiedzią mieszkańców Alaski na bardzo wymagający klimat i ciężkie warunki życia jest specyficzne poczucie humoru.
Z Nenana wiąże się bardzo znana w USA historia sztafety z surowicą do Nome. Na przełomie 1924 i 1925 roku w oddalonym o setki kilometrów od jakiejkolwiek cywilizacji miasteczku Nome wybuchła epidemia błonicy. Zapasy jedynego leku na tę bardzo zaraźliwą chorobę były bardzo skromne i bez dostawy surowicy kilku tysiącom mieszkańców Nome groziła śmierć. Był środek zimy i transport wodny był niemożliwy, a lotniczy był dopiero w powijakach i także tę możliwość odrzucono.
Przez 5,5 dnia, przy mrozach dochodzących do -50 stopni, sztafeta pokonała 1085 km dzikiego terenu. Maszerzy i psy zmieniały się co kilkadziesiąt kilometrów. Ostatecznie surowica dotarła do Nome i zapobiegła tragedii, Oficjalnie zmarło 7 osób, choć może należałoby napisać "tylko 7 osób". Całe przedsięwzięcie stało się znane jako Wielki Wyścig Miłosierdzia, a jeden z maszerów Leonhard Seppala stał się niezwykle popularnym celebrytą. Jeden z psów, o imieniu Balto, nawet doczekał się pomnika w Central Parku w Nowym Jorku.
Jedyną opcją pozostało dostarczenie surowicy poprzez psie zaprzęgi. Zebrano wszystkie zapasy surowicy, jakie posiadano, przetransportowano koleją z Anchorage do Nenana i stąd właśnie wyruszyła sztafeta z niewielkim, 9-kilogramowym pakunkiem, który mógł ocalić tysiące ludzi.
Opuszczając Nenana, przejechaliśmy jeszcze przez zbudowany w 1923 roku most kratownicowy, który w momencie oddania do użytku był najdłuższym tego typu obiektem w Stanach Zjednoczonych (210 metrów długości) i nawet po upływie 100 lat pozostaje w tej klasyfikacji na trzecim miejscu.
Fairbanks to najdalej na północ wysunięty punkt naszej podróży. Dalej jest już tylko osławiona Dalton Highway, droga prowadząca do Prudhoe Bay nad Oceanem Arktycznym. Droga liczy 800 km, prowadzi przez całkowite pustkowie, po drodze są tylko 2 punkty, gdzie można zatankować i coś tam kupić. Częściowo wyasfaltowana, częściowo szutrowa, z bardzo różnym stanem nawierzchni. Tam jadą tylko najwytrwalsi podróżnicy. Gdybyśmy na Alasce spędzili 2 lub 3 tygodnie, to może byśmy taką wyprawę rozważyli, a tak, to naszym północnym punktem krańcowym było Fairbanks.
Na początek wstąpiliśmy do Pioneer Park. Nieoczekiwanie okazało się to bardzo ciekawe miejsce. W tutejszej tradycji niezwykle mocno zakorzenione są mity pionierów, którzy przed ponad stu laty odkrywali te ziemie dla Amerykanów, wydobywali złoto, polowali i zakładali stałe osady.
Park otwarto w 1967 roku, aby uświetnić stulecie nabycia Alaski od Rosji. Początkowo nazwano go Alaskaland, ale w 2001 roku zmieniono nazwę na Pioneer Park, aby miejsce to nie kojarzyło się z parkiem rozrywki, a raczej z parkiem tematycznym poświęconym historii tego regionu. Na zdjęciu jeden z cenniejszych zabytków w parku - wagon kolejowy, który posłużył w 1923 roku do przewiezienia prezydenta USA Williama Hardinga na uroczystość zakończenia budowy linii kolejowej Seward - Fairbanks.
To kolejny ciekawy zabytek - parowiec Nenana, który został zbudowany w 1933 roku i pływał przez kolejne 24 lata. Mógł przewozić towary lub pasażerów, miał 72 metry długości i pływał po rzekach Yukon i Tanana. Po sprowadzeniu go do parku w Fairbanks poddano go gruntownej renowacji i dziś uważany jest jako cenny zabytek, gdyż to jedyny drewniany parowiec tego typu, jaki przetrwał do naszych czasów.
Można się przejść po wnętrzu parowca, co już samo w sobie było interesujące. Zwłaszcza maszynownia z absurdalnym wręcz labiryntem różnych rur robiła wrażenie. Ponadto wewnątrz statku umieszczono makiety kilku miejscowości z regionu, przy czym te makiety pokazywały, jak te miejscowości wyglądały kilkadziesiąt lat temu. Miejsce na zdjęciu szczególnie nas zaintrygowało, gdyż kilka godzin wcześniej dokładnie po tych uliczkach chodziliśmy - to dworzec kolejowy w Nenana. Dworzec przetrwał do dziś, reszta miasteczka jest już trudna do rozpoznania.
Przy makietach wyczytaliśmy jeszcze jedną ciekawą historię. W 1903 roku niejaki Bill Yanert zbudował domek pośrodku bagien, 130 mil na północ od Fairbanks. Razem z bratem Hermanem żyli tam przez kolejne 40 lat, a to miejsce, nazwane Purgatory, znane było z tego, że bracia postawili figury dwóch diabłów, które kiwały "hello" do pasażerów przepływających czasem łodzi. Dziś po Purgatory pozostały już tylko resztki domku, a o całej historii wspominamy dlatego, że Bill pochodził z terenów dzisiejszej Polski, wówczas Prus. Na zdjęciu zrekonstruowane lub przeniesione z innych miejsc zabudowania z pierwszej połowy XX wieku.
W środku jednego z tych budynków urządzono Pioneer Museum. Fajne miejsce, takie na pół godziny, może godzinkę, żeby łyknąć nieco klimatu pionierskiego. Co nas mocno rozbawiło, to okres przed 1867 roku określany jest jako "Russian occupation", po tym roku słowo occupation oczywiście w żadnym wypadku już się nie pojawiło :).
W Fairbanks wynajęliśmy mieszkanie na takim osiedlu. Ciche, spokojne miejsce, komfort mieszkania bardzo wysoki, aczkolwiek wieczorów nie mogliśmy spędzać w ogródku z powodu bardzo natrętnych muszek. I tu ważna uwaga. Na Alasce muszki potrafią być wyjątkowo dokuczliwe. Widzieliśmy filmy, gdzie podróżnicy czy turyści musieli wręcz uciekać, zmieniać miejsce pobytu, gdyż te małe stwory nie dawały żyć. Nas ta plaga na szczęście nie dotknęła. W paru miejscach trochę muszek było, ale w granicach rozsądku no i jedynie w Fairbanks musieliśmy schować się w mieszkaniu.
W Fairbanks nie ma zbyt wielu atrakcji. W Pioneer Museum zachęcili nas do pójścia na prelekcję dotyczącą historii imprezy "Golden Days", która akurat tego dnia miała się odbyć w miejscowym centrum kultury. Poszliśmy i trafiliśmy na kameralną imprezę, gdzie pokazywano zdjęcia z kolejnych parad, które były bardzo ważną częścią tutejszej tożsamości. Pani opowiadała, co tam na tych zdjęciach było, niektórzy ludzie z widowni dopowiadali różne szczegóły. Większość zdjęć była z lat 50., 60. i 70. ubiegłego wieku, co dało nam fajny wgląd, jak wyglądały wówczas ulice Fairbanks, jak ludzie ubierali się, jakie były samochody. A na zdjęciu jeden z ładniejszych murali w Fairbanks.
Przechadzając się po opustoszałych, sennych uliczkach Downtown można odnieść wrażenie, że niewiele tu się dzieje. Tymczasem Fairbanks to jedno z najbardziej niebezpiecznych miast w USA - Alaska pod względem wskaźników przestępczości wypada bardzo słabo na tle innych stanów. I choć przestępczość w USA generalnie jest poważnym problemem, to Fairbanks w porównaniu z innymi miastami na Alasce jest po prostu jeszcze bardziej zagrożone przestępstwami. Dotyczy to morderstw, gwałtów, rozbojów, kradzieży itd. W rankingu na najbardziej niebezpieczne miasta w USA Fairbanks zajęło niechlubne 3. miejsce.
Bezpośrednio z tym wiążą się kolejne poważne problemy społeczne - bezdomność, żebractwo, narkomania, alkoholizm. Jest wiele hipotez tłumaczących, dlaczego akurat na Alasce te problemy są większe niż w innych miejscach. Zazwyczaj sprowadzają się do tego, że depresyjne zimy, bardzo ciężkie warunki klimatyczne, drożyzna i spadający poziom życia przyczyniają się do tego stanu rzeczy.
Nie ma też co ukrywać faktu, że te problemy występują częściej u ludów rdzennych. Często nie potrafią oni przystosować się do miejskiego trybu życia, pracy 8 godzin dziennie itd. W efekcie stanowią oni w miastach najniższą warstwę społeczną.
Inna sprawa, że na Alasce okres prosperity i względnie wygodnego życia dla większości mieszkańców przypadł na lata 70., 80., i 90. poprzedniego wieku. Odkrycie ropy spowodowało powstanie wielu dobrze płatnych miejsc pracy, nowych inwestycji i szybki rozwój. Ropa nadal jest wydobywana, ale w zgodnej opinii mieszkańców Alaski poziom życia znacząco się obniżył. Władze próbują temu przeciwdziałać na różne sposoby - na Alasce nie ma podatku PIT od wynagrodzeń, mieszkańcy otrzymują coroczną premię za sam fakt mieszkania na Alasce (zwykle ponad 1 tys. dolarów na osobę) i jeszcze kilka innych benefitów, ale pomimo tego życie na Alasce, zwłaszcza poza kilkoma największymi miastami, jest bardzo ciężkie.
Fairbanks znane jest też jako najzimniejsze miasto w USA. Co ciekawe, lata są względnie ciepłe. Nie mogliśmy wręcz uwierzyć, sprawdzając pogodę tuż przed wylotem na Alaskę, że w okolicach Fairbanks panowały temperatury rzędu 30 stopni. W środku Alaski! To akurat była spora anomalia, ale średnie temperatury czerwca czy lipca to 16-17 stopni. Natomiast zimą faktycznie jest zimno. Przez 4 miesiące średnia temperatura spada poniżej -15 stopni, a w pojedyncze dni może być nawet poniżej -30.
Do tego Fairbanks leży raptem 230 km na południe od koła podbiegunowego, co oznacza, że w grudniu słońce dociera tu przez niecałe 4 godziny dziennie. Więc jest tu nie tylko bardzo zimno, ale do tego jeszcze ciemno. No i pamiętajmy o tej przestępczości. Reasumując, zimą nie jest to najlepsze miejsce życia :).
Warto też wspomnieć, że przez Fairbanks przepływa rzeka Chena, a w bezpośrednim sąsiedztwie od południa także potężna Tanana. I te rzeki w przeszłości powodowały bardzo dużo problemów, z kilkoma poważnymi powodziami na czele. Ten problem udało się jednak wyeliminować przez wzniesienie kilku budowli hydrotechnicznych.
Jakie wrażenie zrobiło na nas Fairbanks? Ciekawy był Pioneer Park, na pewno warto tam zajrzeć. Po Downtown też można się przejść, jest kilka fajnych murali, ale jakiegoś szczególnie fajnego klimatu w tym mieście nie wyczuliśmy.
Kilkanaście minut drogi od Fairbanks znajduje się miejscowość North Pole (Biegun Północny) z wielką, 15-metrową figurą św. Mikołaja. Amerykanie, z wrodzoną sobie skromnością, twierdzą, że to największa taka figura na świecie, choć w Portugalii istnieje 21-metrowa figura św. Mikołaja :).
Cała miejscowość North Pole to dla Amerykanów taka Laponia, czyli tu mieszka św. Mikołaj. I oczywiście miejscowi robią na tym biznes, jest tu wielki sklep z pamiątkami, choć my byliśmy tu na tyle wcześnie, że był zamknięty. Akurat z tego powodu nie mieliśmy poczucia żadnej straty :). A skoro w North Pole mieszka Mikołaj, to dzieci, pisząc listy do św. Mikołaja, adresują je tak: Santa Claus, 123 Elf Road, North Pole, 88888.
Kolejny przykład kościoła na Alasce.
Cafe drive in, to tylko w Ameryce :). Zwróciłbym też uwagę na rozmiary tego auta. Przesadą byłoby stwierdzenie, że większość aut to takie gigantyczne pickupy, ale bez wątpienia przeciętne auto na Alasce jest o wiele większe od przeciętnego auta europejskiego.
Tego dnia mieliśmy do pokonania prawie 600 km. Musieliśmy przejechać całą Richardson Highway, czyli drogę z Fairbanks do Valdez. Richardson Highway to pierwsza dłuższa droga wybudowana na Alasce już w 1908 roku. Swoją nazwę wzięła od majora Richardsona, który nadzorował tą pionierską inwestycję.
I tu ciekawostka. Richardson cierpiał na niedobór środków i pracowników. Okazało się, że dobrym źródłem siły roboczej są... poszukiwacze złota, którym nie poszczęściło się, nic nie znaleźli i nie mieli środków, by wrócić do domu. Dzięki pracy przy budowie drogi mogli zarobić na bilet powrotny. Pierwszy udokumentowany przejazd samochodem całej drogi miał miejsce w 1913 roku. Trzem śmiałkom w Fordzie Model T zajęło to... 4 dni.
Droga była kilka razy modernizowana, choć asfaltu doczekała się dopiero w 1957 roku. Do 1950 roku w miesiącach zimowych droga była zamykana na Przełęczy Thompsona w okolicy Valdez. Nawet dziś zdarzają się czasowe zamknięcia drogi w tej okolicy w przypadku obfitych opadów śniegów lub lawin.
Po drodze zatrzymaliśmy się w kilku miejscach, żeby trochę odetchnąć, choć trzeba przyznać, że krajobrazy po drodze były naprawdę ładne - sporo gór, wielkie rzeki. Nie było natomiast atrakcji w postaci ciekawych miast, jakichś przyrodniczo bardzo ciekawych miejsc. Dlatego też droga mijała dość szybko.
Na zdjęciu jeden z symboli Alaski - Trans Alaska Pipeline System, czyli TAPS. Biegnie on z północy, z Prudhoe Bay, na południe, do Valdez. Ma długość 1287 kilometrów i średnicę 1,22 metra. Złoża ropy na północy Alaski odkryto w 1968 roku, wkrótce podjęto decyzję o budowie ropociągu i ukończono go w 1977 roku. W trakcie jego budowy przezwyciężono mnóstwo technicznych wyzwań - przejście przez Góry Brooksa, liczne, potężne rzeki i wieczną zmarzlinę.
Patrząc od północy rura biegnie wzdłuż Dalton Highway i na większości odcinka do Fairbanks jest doskonale widoczna z drogi. Dalej ciągnie się wzdłuż Richardson Highway, ale widać ją znacznie rzadziej. Często rura kryje się pod ziemią, czasem nieco też ucieka od drogi. Ale w kilku miejscach było ją widać doskonale.
Ostatnią przeszkodą w drodze do Valdez były Góry Chugach. Choć najwyższy szczyt w tych górach ma prawie 4000 metrów, to większość szczytów jest znacznie niższa. Góry te znane są z tego, że notuje się tu największe opady śniegu na świecie. Średni roczny opad to szalone 15 metrów śniegu. Na szczęście my musieliśmy pokonać te góry latem :).
Valdez i okolice
Po przejechaniu ponad 500 km z Fairbanks z prawdziwą przyjemnością wyszliśmy z auta, żeby rozprostować nogi na krótkim spacerze przy Thompson Pass.
Spacer był krótki i łatwy, a przy tym bardzo widowiskowy. W roli głównej wystąpiły Góry Chugach, słynne z największych na świecie opadów śniegu. Średnia roczna opadów śniegu to 15 metrów, a rekord z zimy 1952/53 to niewiarygodne 24,7 metra śniegu. To wysokość mniej więcej 7-piętrowego budynku.
Mogliśmy stąd zobaczyć dolinę, która prowadzi do celu naszej podróży tego dnia, czyli Valdez. Po prawej stronie doliny wije się droga, która przy bardzo dużych opadach śniegu bywa tymczasowo zamykana.
Dzięki stromym zboczom i obfitym opadom śniegu okolice Thompson Pass to najlepsze na świecie miejsce do uprawiania heliskiingu i freeskiingu. Na czym to polega? W Heliskiingu narciarz jest transportowany helikopterem na szczyt góry, zazwyczaj niedostępnej w inny sposób, i stamtąd zjeżdża na nartach poza wyznaczonymi szlakami. Freeskiing jest dość podobny, przy czym narciarz samodzielnie musi dostać się na szczyt góry.
Odcinek drogi między Thompson Pass i Valdez obfituje w ciekawe miejsca. Tuż przy drodze są dwa efektowne wodospady (Bridal Veil Falls oraz Horsetail Falls), a także nieukończony tunel kolejowy, będący jedynym już śladem po rozpoczętej na początku XX wieku, ale nigdy nie dokończonej inwestycji - budowie linii kolejowej do Valdez.
Można zapytać - po co jechaliśmy taki kawał drogi, żeby trafić do niewielkiego, 4-tysięcznego miasteczka, zupełnie odizolowanego od innych większych skupisk ludzkich? Valdez zaciekawiło nas z kilku powodów. Jest tu ciekawa historia ze zniszczeniem miasta i budową nowego miasta od zera. Jest to też bardzo ważny ośrodek rybacki i chcieliśmy przypatrzeć się z bliska pracy rybaków. Wreszcie w Valdez hoduje się łososie i można je tu z bardzo bliska podglądać, jak walczą z nurtem rzeki. A do tego samo miasteczko ma genialne położenie pośród gór, nad zatoką.
Pierwsze kroki skierowaliśmy do portu. Przede wszystkim po to, by po długiej jeździe autem coś zjeść :). Przy okazji rozejrzeliśmy się trochę po okolicy.
Dzień zmierzał ku końcowi, rybacy powrócili już z połowów, a na nabrzeżu od razu ryby były oprawiane. Bardzo możliwe, że rybak, który złowił tę wielką rybę, brał udział w Valdez Fish Derbies, corocznych zawodach wędkarskich organizowanych w Valdez.
W zawodach mogą brać udział lokalni mieszkańcy, ale też turyści. Można łowić z łodzi, z brzegu lub na przystani. Są odrębne kategorie dla różnych gatunków ryb (halibuta, łososia królewskiego i łososia srebrnego), a wygrywa ten, kto złowi największą rybę. W nagrodę można dostać pokaźną gratyfikację finansową (nawet do kilku tysięcy dolarów), a także profesjonalny sprzęt wędkarski.
Podeszliśmy do rybaka, który oprawiał złowione halibuty. Rybak zaprosił nas, byśmy podeszli bliżej, opowiedział nam trochę o halibutach, była to bardzo sympatyczna interakcja.
Zimą w Valdez pada śnieg, a latem bardzo często pada tu deszcz. Statystycznie w roku w 198 dniach coś z nieba leci. Obejrzeliśmy nawet filmik kogoś, kto mieszka w Valdez, który w nieco depresyjny sposób opowiadał, jak ciężkie jest życie w tym mieście. My akurat trafiliśmy na fajną pogodę.
Wszystko, co widzieliśmy w Valdez, powstało w ostatnich 60 latach. Czy to znaczy, że to miasto wcześniej nie istniało? Otóż nie, Valdez zostało założone już w 1790 roku przez Hiszpanów. Dość nietypowa nazwa miasta wzięła się od nazwiska hiszpańskiego ministra wojny. Osada zaczęła się dynamicznie rozwijać po odkryciu złota na Alasce na przełomie XIX i XX wieku, a kolejnym impulsem do rozwoju było ukończenie w 1910 roku drogi do Fairbanks.
Niestety, potężne trzęsienie ziemi z 1964 roku, które spowodowało wiele zniszczeń na Alasce - w Anchorage, Seward i wielu innych osadach, dla Valdez było totalną katastrofą. Zginęło tu ponad 30 osób, wiele budynków zostało zniszczonych lub uszkodzonych. Co ciekawe, największe zniszczenie spowodowało nie same trzęsienie ziemi, ale fala tsunami, która była następstwem trzęsienia.
Po starym Valdez nie pozostało praktycznie nic. Raptem jakiś pojedyncze fundamenty, przy których ustawiono tablicę upamiętniającą ofiary trzęsienia ziemi oraz tablice z garścią informacji o "starym" Valdez.
Gdy do Valdez przyjechali inżynierowie i geolodzy, by oszacować straty i zdecydować o ewentualnej odbudowie, szybko zdano sobie sprawę z tego, że Valdez jest usytuowane na niestabilnych gruntach. Przy kolejnym trzęsieniu ziemi sytuacja mogłaby się powtórzyć. Zdecydowano zatem o przeniesieniu miasta kilka kilometrów dalej. Jedyną pozostałością po "starym" Valdez jest ta tablica.
Odbudowane Valdez stało się wkrótce bardzo ważnym punktem na mapie Alaski. To tu znajduje się koniec rurociągu TAPS, który biegnie z północy Alaski, z Prudhoe Bay przez cały półwysep aż do terminala w Valdez. Na zdjęciu widzimy przekrój rurociągu wraz z czyszczakiem, który jest regularnie puszczany, by utrzymywać rurociąg w należytym stanie.
Jedyną noc w Valdez spędziliśmy w Glacier Hotel. Dokładnie naprzeciw hotelu było Valdez Museum. Opinie o muzeum były bardzo zachęcające, więc od rana postanowiliśmy do niego zajrzeć. Na zdjęciu zrekonstruowany najbardziej popularny bar w starym Valdez, czyli to klimat lat 60.
Na najnowszą historię Valdez największy wpływ miały dwa wydarzenia. O pierwszym już wspomnieliśmy - to trzęsienie ziemi z 1964 roku. Drugie to katastrofa tankowca Exxon Valdez w 1989 roku. Tankowiec miał zbiorniki pełne ropy. W wyniku błędów załogi rozbił się o skały 40 km od Valdez.
W wyniku wycieku ropy zanieczyszczone zostało 2100 km wybrzeża, choć paradoksalnie do samego Valdez ropa nie dotarła. Z tego 320 km wybrzeża zostało uznane za silnie zanieczyszczone. Katastrofa miała wielki, negatywny wpływ na przyrodę Alaski. Niektóre gatunki ptaków czy ryb po kilku latach odbudowały populacje, ale niektóre gatunki nie zdołały tego zrobić.
Katastrofa tankowca Exxon Valdez miała wielkie reperkusje. Firma Exxon poniosła ogromne koszty usuwania zanieczyszczeń (oszacowane na 2 mld dolarów), a także liczne odszkodowania, choć w powszechnym odczuciu i tak zapłaciła zdecydowanie za mało. Konsekwencją tego zdarzenia była też zmiana regulacji dotyczących ruchu tankowców i konstrukcji tych statków.
W samym Valdez zobaczyliśmy wszystko, co chcieliśmy, ale mieliśmy jeszcze dwa miejsca w okolicy, które chcieliśmy odwiedzić. Pierwszym z nich było Glacier Lake. To jezioro bardzo przypomniało nam podobne jeziora z Islandii. Po tafli pływały spore bryły lodu, było tu znacznie chłodniej niż w Valdez.
Ostatnim naszym celem w Valdez było miejsce zwane The Solomon Gulch Hatchery. Tutaj rozmnażane są dwa gatunki łososi - pink oraz coho. Cykl wygląda następująco - rocznie hodowla wypuszcza 250 milionów łososi pink i 2 miliony coho. Ryby te płyną do Zatoki Alaska, tam dorastają, a następnie wiedzione instynktem wracają do hodowli w Valdez. Wtedy pozyskuje się od nich ikrę, a same ryby są odławiane.
Mnogość ryb (a było ich bardzo, bardzo dużo, co można było z bardzo bliska obserwować) przyciąga nie tylko turystów i rybaków, ale też lwy morskie, a czasem i niedźwiedzie, o licznych ptakach czyhających na dołączenie się do uczty, nie wspominając. Niedźwiedzia nie zobaczyliśmy, ale i tak byliśmy bardzo usatysfakcjonowani tak liczną obecnością innych gatunków zwierząt.
Na pewno nie żałowaliśmy przyjazdu do Valdez, choć wymagało to nadłożenia kilkuset kilometrów. Przejazd przez Góry Chugach był bardzo ciekawy, a samo Valdez okazało się być bardzo charakterystycznym, intrygującym miasteczkiem, z niebanalną historią.
Glenn Highway, Palmer, Anchorage
Ta kombinacja flag przy drodze wprawiła nas w osłupienie, by nie użyć mocniejszych sformułowań.
Ostatniego pełnego dnia na Alasce znów mieliśmy długą drogę do pokonania. Musieliśmy wrócić prawie 200 km Richardson Highway, a potem skierować się w stronę Anchorage drogą zwaną Glenn Highway. Do końca dnia chcieliśmy dotrzeć do miejscowości Palmer, łącznie mieliśmy do pokonania ponad 400 km.
Poczta na Alasce to coś znacznie istotniejszego niż tylko dostarczanie listów. Jeszcze niedawno w bardziej odizolowanych osadach to poczta zapewniała mieszkańcom kontakt ze światem. W takich miejscach urząd pocztowy jest także urzędem federalnym, punktem informacyjnym i centrum życia społeczności. Alaska była też poligonem dla US Post w rozwoju poczty lotniczej.
Przejechaliśmy niedaleko największego parku narodowego w Stanach Zjednoczonych, Wrangler Elias. Park ten jest w większości niedostępny (a ma powierzchnię większą niż Słowacja lub Bośnia i Hercegowina), ale istnieje trasa do miejscowości McCarthy. Niegdyś, do 1938 roku, funkcjonowała tu kopalnia miedzi i dziś można oglądać przykopalniane miasteczko oraz budynki kopalni Kennecott. A wszystko to w pięknych okolicznościach surowej przyrody. Niestety, taka wycieczka wymaga co najmniej jednego dnia i pokonania długiego odcinka bardzo kiepskiej drogi. Dlatego też, z pewnym żalem, tę atrakcję odpuściliśmy.
Ale nie mogliśmy narzekać, bo przez całą Glenn Highway towarzyszyły nam niezwykle malownicze widoki. Najpierw z oddali widzieliśmy wysokie, majestatyczne szczyty Wrangell Mountains (najwyższe szczyty sięgają prawie 5 tys. m). Potem od strony południowej wzdłuż drogi ciągnęły się efektowne Chugach Mountains. To pasmo było bardzo blisko drogi i dostarczało niesamowitych widoków. Z kolei od strony północnej, choć w pewnym oddaleniu i już nieco bliżej Palmer, widzieliśmy Talkeetna Mountains.
Kwintesencja amerykańskiej motoryzacji na jednym zdjęciu. Potężny pickup, który jednak wygląda na małe autko przy gigantycznej przyczepie campingowej. Bardzo powszechny widok na drogach zarówno kanadyjskich, jak i alaskańskich.
Jadąc Glenn Highway, mieliśmy widok na Matanuska Glazier. Lodowiec był widoczny z drogi, ale jest też możliwość podjazdu pod sam lodowiec. Niestety, jest to tak zorganizowane, że aby podjechać pod lodowiec, trzeba wjechać na prywatną drogę. A na prywatną drogę można wjechać tylko wtedy, gdy wykupi się bardzo drogą wycieczkę na lodowiec. W najtańszej opcji wymaga to zapłacenia 150 dolarów od osoby. My odpuściliśmy i zadowoliliśmy się takim widokiem, jak na zdjęciu.
Totemy były niegdyś rozpowszechnione na Alasce i w Kolumbii Brytyjskiej, czyli akurat w miejscach, które w tej wyprawie odwiedziliśmy. Nie były to przedmioty kultu, ale raczej oznaczenia rodowe, przedstawienia ważnych wydarzeń historycznych czy też piętnujące czyjeś haniebne .zachowanie. Najczęściej spotykanym materiałem używanym do wyrobu totemów był cedr czerwony, z uwagi na trwałość oraz odporność na wilgoć. W ramach walki z pogaństwem chrześcijańscy misjonarze i urzędnicy państwowi zakazywali tworzenia totemów, a istniejące niszczyli, ale od kilku dekad nastąpił renesans totemów i kilka razy natknęliśmy się na nie podczas naszej podróży.
W Palmer mieliśmy ostatni nocleg na Alasce. Choć były bardziej atrakcyjne noclegi, to na moją odpowiedzialność wziąłem jedną noc w typowym amerykańskim motelu. Gdy oznajmiłem to reszcie rodziny, w odpowiedzi usłyszałem głównie jęki - żartujesz? jak mogłeś? mamy spać w jakimś motelu? Więc gdy nasza młodzież była już odpowiednio nastawiona i zajechaliśmy pod motel, weszliśmy do pokoju, to zdziwiony Adam stwierdził - tej, tu jest naprawdę luksusowo! Pewnie trochę przesadził (jednak nastawienie zrobiło swoje), ale okazało się, że motelu wcale nie trzeba było się bać :). Oczywiście zdjęcie nie przedstawia naszego motelu :).
Palmer i okolice to rolnicze centrum Alaski. Warunki klimatyczne w dolinie Matanuska-Susitna pozwalają na uprawę buraków, kapusty, ziemniaków czy marchwi. Specyfika alaskańskiego lata (zwłaszcza białe noce) powoduje, że warzywa osiągają gigantyczne rozmiary i są organizowane nawet konkursy na największe warzywa. A rolnictwo w tej okolicy rozwinęło się niemal sto lat temu, gdy rząd amerykański przesiedlił 200 farmerskich rodzin z Minnesoty, Wisconsin i Michigan. Ta potężna rzeka na zdjęciu to Matanuska, która bierze swój początek z lodowca, który widzieliśmy kilka zdjęć wcześniej.
Jeszcze jedną rzeczą, jaką zapamiętamy z Palmer, to lodziarnia drive in. Podjeżdżało się autem, wybierało się rozmiar porcji - small albo big, jeden z pewnie 20 smaków i pani przy okienku wydawała lody. Wzięliśmy porcję small, zapłaciliśmy 7 dolarów (!), ale dostaliśmy tak wielką porcję, jakbyśmy w Polsce dostali pewnie ze 3 albo 4 kulki. To jak wielka musi być w takim razie porcja big?!? Co ważne, lody były przepyszne.
Ostatniego dnia musieliśmy przejechać drogę z Palmer do Anchorage. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze na cmentarz w miejscowości Eklutna. To niezwykłe miejsce, łączące zwyczaje pogrzebowe ludu Athabasków oraz prawosławie. Na cmentarzu mamy niewielką cerkiew pw. św. Mikołaja...
Ale najciekawszym elementem cmentarza są spirit houses, małe domki ustawiane na grobach. Ten zwyczaj został wzięty z kultury Athabasków, ale pożeniono go z prawosławiem, które usiłowali tu zaszczepić misjonarze rosyjscy. Stąd też symbole prawosławia na tych domkach.
Większość domków nie miała ani okien ani drzwi, bo nie miały one służyć do zamieszkania. Było to miejsce czasowego schronienia dla duszy, która wg wierzeń Athabasków jeszcze przez jakiś czas po śmierci mogła błąkać się wokół grobu. Jak widać jednak, niektórzy uznali, że okna muszą być :).
Kolejny interesujący fakt - te domki nie są odnawiane. Pozostawia się je, by w naturalny sposób się rozpadły i powróciły do ziemi. Trafiliśmy tu także na kilka grobów żydowskich. Cmentarz w Eklutnie to bardzo ciekawe, nietypowe, a zarazem bardzo spokojne i chyba rzadko odwiedzane miejsce.
W Anchorage mieliśmy zamiar przejść się po centrum miasta. Jednak problemy z zaparkowaniem auta spowodowały, że tylko pojeździliśmy sobie po głównych ulicach miasta, by mieć ogólny pogląd. W samym centrum Anchorage prezentowało się nie najgorzej.
Widzieliśmy jednak filmiki z miejsc nieco oddalonych od centrum, które mocno straszyły. W Anchorage skupiają się wszystkie poważne problemy, z jakimi zmaga się Alaska - bezdomność, narkomania, przestępczość. I choć my na te plagi nie trafiliśmy, to jednak one mocno rzutują na tutejsze życie.
I na tym zakończyła się nasza 8-dniowa wyprawa na Alaskę. Udało nam się mnóstwo zobaczyć i przeżyć, choć na pewno przydałoby się nam jeszcze 3-4 dni, by wybrać się jeszcze w kilka miejsc, które musieliśmy odpuścić. Mimo wszystko wyjeżdżaliśmy stąd zadowoleni, choć zarazem zmęczeni długą (licząc razem z Kanadą) eskapadą. Teraz czekała nas już tylko prawie 20-godzinna podróż do domu.
Fajny praktyczny tekst, dzięki — dużo konkretów. Masz może jakieś wskazówki co do wynajmu auta poza sezonem? Czy da się sensownie znaleźć tańsze opcje i czy wymagają dużego depozytu?
Co do wynajmu auta, to rozważaliśmy wypożyczalnie poprzez stronę rentalcars.com oraz Turo. Zebraliśmy sporo pozytywnych opinii o Turo, które w Europie nie funkcjonuje, a w Ameryce Północnej jest bardzo popularne. Zaletą Turo jest to, że wynajmujesz konkretne auto, o którym możesz poczytać, jakie ma plusy i minusy, podobnie jak z wynajmującym auto. Cenowo Turo wychodziło nieco korzystniej niż rentalcars. U nas wynajem auta przebiegł zupełnie bezproblemowo, odebraliśmy auto na parkingu lotniskowym, kluczyki były w skrytce, w ogóle nie widzieliśmy wynajmującego. Przy oddaniu auta podobnie. Depozytu żadnego nie wpłacaliśmy, wzięliśmy pełne ubezpieczenie (potem okazało się, że jest prawie pełne, za coś tam odpowiadaliśmy). Poza sezonem nie sprawdzaliśmy, jak to wygląda, ale podejrzewam, że podobnie, jedynie ceny wynajmu pewnie są niższe.
Marcin Grochowski
Fajny praktyczny tekst, dzięki — dużo konkretów. Masz może jakieś wskazówki co do wynajmu auta poza sezonem? Czy da się sensownie znaleźć tańsze opcje i czy wymagają dużego depozytu?
Andrzej
Co do wynajmu auta, to rozważaliśmy wypożyczalnie poprzez stronę rentalcars.com oraz Turo. Zebraliśmy sporo pozytywnych opinii o Turo, które w Europie nie funkcjonuje, a w Ameryce Północnej jest bardzo popularne. Zaletą Turo jest to, że wynajmujesz konkretne auto, o którym możesz poczytać, jakie ma plusy i minusy, podobnie jak z wynajmującym auto. Cenowo Turo wychodziło nieco korzystniej niż rentalcars. U nas wynajem auta przebiegł zupełnie bezproblemowo, odebraliśmy auto na parkingu lotniskowym, kluczyki były w skrytce, w ogóle nie widzieliśmy wynajmującego. Przy oddaniu auta podobnie. Depozytu żadnego nie wpłacaliśmy, wzięliśmy pełne ubezpieczenie (potem okazało się, że jest prawie pełne, za coś tam odpowiadaliśmy). Poza sezonem nie sprawdzaliśmy, jak to wygląda, ale podejrzewam, że podobnie, jedynie ceny wynajmu pewnie są niższe.