Do odwiedzenia Omanu zachęciła nas wizyta w Jordanii. Pierwszy kontakt ze światem arabskim przyniósł wiele pozytywnych wrażeń i chcieliśmy poznać kolejny kraj z tego kręgu kulturowego. Nowobogackie Katar/ZEA/Bahrajn jakoś nas zbytnio nie pociągają, kilka krajów od razu odpadło ze względów bezpieczeństwa, natomiast wiele dobrych rzeczy przeczytaliśmy o Omanie.
Wcześniej, pewnie podobnie jak większość ludzi w Polsce, w zasadzie nie mieliśmy jakichś konkretnych skojarzeń z tym krajem. W największym skrócie, Oman opisywano jako kraj z piękną, zróżnicowaną przyrodą, długą i bogatą historią, łączący tradycjonalizm z nowoczesnością. Przy tym bardzo pozytywnie nastawiony do turystów, z liberalną odmianą islamu, a przede wszystkim niezwykłą wręcz życzliwością ludzi. Wszystko nam odpowiadało i dlatego postanowiliśmy sprawdzić, ile prawdy jest w tych zachwytach nad Omanem.
Jak dotrzeć do Omanu?
Niestety, nie jest to takie bardzo proste. Z Polski do Omanu latają tylko czartery, a i to przeważnie do Salalah na południu Omanu, podczas gdy zdecydowanie bardziej atrakcyjna turystycznie jest północ kraju. Pozostają zatem przesiadki. My polecieliśmy z Warszawy przez Stambuł do Maskatu liniami Turkish Airways. Jest to rozwiązanie wygodne (bardzo dobre linie, podróż na jednym bilecie), ale na pewno nie najtańsze. Opcja budżetowa to np. lot liniami Wizzair z któregoś z polskich lotnisk do Abu Zabi w ZEA, a następnie lokalnymi liniami albo wynajętym autem przedostać się do Maskatu. Opcja sporo tańsza, ale bardziej kłopotliwa.
Do niedawna do Omanu potrzebne były wizy, ale obecnie (stan na styczeń 2025) turyści przebywający w Omanie do 14 dni nie potrzebują wizy. Formalności na granicy ograniczyły się do zeskanowania paszportów, wbicia pieczątek oraz zeskanowania oczu. Natomiast te formalności trochę trwały.
Kiedy odwiedzić Oman?
I tu odpowiedź jest bardzo prosta. Ze względu na temperatury panujące w Omanie zdecydowanie najlepiej polecieć tam między listopadem a lutym, przy czym najprzyjemniej będzie w grudniu i styczniu. Wówczas w Omanie jest podobnie, jak u nas latem. W pozostałe miesiące jest tylko cieplej, a latem w trakcie dnia temperatury przekraczają 40 stopni. Warto jednak mieć na uwadze, że Oman jest dużym krajem i występują spore różnice w klimacie między północą i południem kraju, a także między wybrzeżem, górami i pustynią.
Jak poruszać się po Omanie?
I znów odpowiedź jest bardzo prosta – jedyną sensowną opcją jest wynajęcie auta. Można w sieciówkach, ale my postawiliśmy na lokalną wypożyczalnię Al Salekhin i byliśmy z niej bardzo zadowoleni. Dostaliśmy takie auto, jak zamówiliśmy, sprawowało się dobrze, mieliśmy bardzo dobry kontakt z opiekunem, a na ostatni dzień wymieniliśmy auto na model sportowy. Jeśli ktoś chce pojechać na pustynię oraz jeździć po górskich drogach szutrowych, powinien wynająć auto typu SUV lub terenowe, z napędem 4×4. My za Renault Dustera z ubezpieczeniem (choć nie było to takie do końca full insurance) za 9 dni zapłaciliśmy 235 OMR (ok. 2500 zł). Samo jeżdżenie po Omanie nie przysparza kłopotów, trzeba jedynie uważać na bardzo liczne fotoradary oraz progi zwalniające. W miastach jeździ się znacznie łatwiej niż w Jordanii.
Co i jak zwiedzać?
I znów – odpowiedź jest dość łatwa, gdyż większość turystów pokonuje podobną trasę. Jest to pętla, która zaczyna się w Maskacie, potem ok. 3 dni w regionie Nizwa, gdzie są góry, kaniony, opuszczone wioski, forty i najlepsze muzeum w Omanie (Oman Across Ages), potem przejazd i obozowanie na pustyni Sharqiyah, dalej zwiedzanie Wadi (Wadi Hawer, Wadi Bani Khalid), miasta Sur, rezerwatu żółwi na wschodnim krańcu Omanu i przejazd wzdłuż wybrzeża do Maskatu, z odwiedzeniem Wadi Shab. My poświęciliśmy na to 9 dni i musieliśmy z pewnych miejsc zrezygnować. Spokojnie moglibyśmy ciekawie zagospodarować jeszcze 3-4 dni. Z uwagi na bardzo duże odległości między północą i południem kraju, bardzo trudno jest za jednym zamachem zwiedzić obie części Omanu.
Nasze must-see w Omanie
Pustynia Sharqiya – przepiękne miejsce, warto zapłacić za choćby jeden nocleg na pustyni, polecamy jeden z obozów położonych nieco głębiej na pustyni.
Trekkingi w wadi – dla nas absolutnie topowy był trekking do Wadi Hawer (najlepiej z przewodnikiem, my bardzo polecamy Mohammeda @wadi.guide na Instagramie), warty polecenia jest także szlak w Wadi Bani Khalid i Wadi Shab.
Plaża Ras al Jinz w rezerwacie żółwi – odwiedziliśmy tę plażę w ciągu dnia ze świadomością, że żółwi nie zobaczymy. Podglądanie żółwi odbywa się nocą wyłącznie z przewodnikiem i jest płatne. Sama plaża jest fantastyczna.
Muzeum Oman Across Ages – można w nim spędzić pół dnia. Niezwykle efektowne muzeum, dające wielką dawkę wiedzy o Omanie.
Suki – my odwiedziliśmy targi w czterech miastach: Nizwie, Bahli, Sur i Maskacie. Najmniejszy, ale najbardziej klimatyczny był suk w Bahli, względnie najmniej podobał nam się Mutrah w Maskacie.
Opuszczone wioski w regionie Nizwa. Warto odwiedzić choć jedną z opuszczonych miejscowości z glinianymi domami. Na pewno godny polecenia jest Harat Al Bilad.
Maskat – na pewno Wielki Meczet Kabusa i Opera Królewska. Bardzo ładne są też okolice pałacu Al Alam.
Wielki Kanion Omański – tu najbardziej oczywistym miejscem jest łatwy szlak Balcony Walk (oznakowany też jako W6).
Muzeum i stocznia łodzi dau w Sur – bardzo fajne miejsce, można zobaczyć, jak powstają charakterystyczne dla Omanu łodzie.
Rejs na wyspy Dimaniyat – trwający 4-5 godzin rejs ze snorkelingiem. Nam nie do końca dopisała pogoda, ale sama atrakcja jest bardzo ciekawa, morskie życie bardzo bogate i choć nie jest to tania przyjemność (25 OMR od osoby), to warto.
Co można pominąć?
Zawsze na wakacjach zdarzają się miejsca, które podejdą nam nieco mniej. W Omanie takich miejsc było bardzo mało, ale jeśli któreś mielibyśmy wybrać, to pewnie byłyby to:
Bimmah Sinkhole – duża dziura w ziemi, na dnie jest jeziorko, w którym można się wykąpać. Miejsce nawet ciekawe, ale po wcześniejszych trekkingach w wadi czy pustyni już nie robiło takiego wrażenia.
Suk Mutrah i jego okolica w Maskacie – bardzo turystyczne miejsce, dość zatłoczone, a jednocześnie jakoś szczególnie nas nie zachwyciło.
Czy w Omanie jest drogo?
Najkrótsza odpowiedź brzmi – nie. Większość cen jest porównywalna do polskich, a część niższa. Tania jest przede wszystkim benzyna (ok. 2,5 zł/l), noclegi (za duże, wygodne apartamenty w hotelach dla 4 osób płaciliśmy 300-400 zł, czasami ze śniadaniem, czasami bez) oraz jedzenie w coffee shopach i większości restauracji poza Maskatem. Porównywalne z polskim są ceny w supermarketach. Niektóre towary są trochę droższe, niektóre trochę tańsze, ale szoku cenowego nie było. Chyba jedynymi rzeczami, które określilibyśmy jako drogie, były półdniowy rejs na snorkeling (ok. 270 zł od osoby) oraz nocleg w obozie na pustyni Sharqiyah (ok. 1100 zł za noc z kolacją i śniadaniem).
Najdroższym elementem wyjazdu był dla nas lot do Maskatu, ale jak wspomnieliśmy wcześniej, i tu istnieją opcje tańsze.
Gdzie mieszkaliśmy?
Z większości naszych hoteli/apartamentów byliśmy zadowoleni, więc chętnie polecimy miejsca, gdzie nocowaliśmy:
Bahla Hotel Apartments – hotel na przedmieściach miasta Bahla. Dobra lokalizacja do zwiedzania gór, Nizwy, porzuconych miasteczek. Sam hotel dobry, w cenie mieliśmy też niezłe śniadanie. Tuż obok hotelu są coffee shopy oraz supermarket.
Salem Fish Guesthouse – to jest raczej dom gościnny, a nie hotel. Można zamówić tu kolację (wyglądała smacznie) i śniadanie (bez szału). Standard najniższy spośród naszych noclegów, ale akceptowalny. Dobra lokalizacja do zwiedzania plaż z żółwiami. Spośród wszystkich noclegów ten jeden polecamy najmniej.
Arkan Al Barzah w Sur – świetny hotel, elegancki, wręcz luksusowy. Mieliśmy do dyspozycji wielki apartament – 2 duże sypialnie, 2 łazienki, kuchnię i pokój telewizyjny. Trochę żałowaliśmy, że nie wzięliśmy tu drugiej nocy (zamiast w Salem Fish Guesthouse). Śniadania można było zjeść w kawiarni tuż obok hotelu, też bardzo eleganckiej.
Royal Hotel w Maskacie – bardzo dobry hotel, z wielkim apartamentem. Dwie bardzo duże sypialnie, dwie łazienki, możliwość wykupienia śniadania (chyba najlepsze i najbardziej zróżnicowanie śniadanie z wszystkich hoteli). Dość blisko do Wielkiego Meczetu. Super relacja cena/jakość – apartament za noc kosztował niespełna 300 zł.
Obóz Desert Stars Camp na pustyni Sharqiya – fantastycznie położony obóz z 10 namiotami. Od skraju pustyni trzeba przejechać ok. 15 km, końcówkę najlepiej pokonać razem z ekipą z obozu, bo GPS kiepsko na końcu prowadzi. Namioty są skromnie wyposażone, ale wystarczająco. Jedzenie smaczne, gospodarze bardzo życzliwi.
Nasze tipy i obserwacje
Poniżej kilka luźnych uwag, jakie nasunęły nam się po 9-dniowym pobycie w Omanie:
Poziom bezpieczeństwa to absolutny top. Dużo wyższy niż w Polsce. O to nie należy mieć najmniejszych obaw.
Znajomość języka angielskiego wśród Omańczyków jest powszechna, wśród migrantów zarobkowych różna, ale na poziomie podstawowym też zazwyczaj jest. Należy nastawić się na przyjazne zagadywanie ze strony tutejszych.
O ile w Jordanii należało mieć ze sobą drobne banknoty, bo w każdej chwili mogło się to przydać na drobny datek, tak w Omanie w ogóle to nie jest potrzebne. Nikt nie domaga się napiwków, datków, zwykle wręcz ludzie odmawiają przyjęcia pieniędzy w zamian za drobną uprzejmość.
W większości miejsc można płacić kartą, ale gotówkę też trzeba mieć, bo w kilku miejscach nie przyjmowano płatności kartą. Na lotnisku przy wyjściu są trzy bankomaty, z których można wypłacić omańskie riale. Z kartą mBanku Visa Świat Intensive po bardzo dobrym kursie, podobnie w Revolut. Na wszelki wypadek mieliśmy ze sobą dolary na wymianę, ale okazały się one niepotrzebne.
Warto wziąć ze sobą adaptery do gniazdek typu angielskiego.
Telefony komórkowe – roaming w Omanie jest kosmicznie drogi, więc pozostają dwie sensowne opcje. Pierwsza, jeśli telefon na to pozwala, karta e-sim (opcja nieco tańsza). Druga, z której my skorzystaliśmy, to zakup na lotnisku kart SIM lokalnych. Za 4 karty, z różnymi limitami danych (bodaj od 2 GB do chyba 5 lub 8 GB) zapłaciliśmy ok. 150 zł. Z kartami omańskimi mieliśmy małą przygodę – po 3 dniach przyszły do nas smsy, że musimy przesłać zdjęcie paszportu w celu weryfikacji danych. Zrobiliśmy to w punkcie usługowym operatora (Renna Mobile).
W kontakcie z hotelami, wypożyczalnią aut, obozem na pustyni, przewodnikiem po wadi podstawowym kanałem komunikacji jest WhatsApp.
Kwestia odpowiedniego ubioru. Na co dzień panuje tam liberalne podejście, które jednak znika, jeśli chodzi o meczety i niektóre muzea. Tam już należy przestrzegać dress code (długie spodnie, zakryte ramiona i u kobiet także włosy), inaczej po prostu nie wpuszczą. Z kolei w wadi też teoretycznie ten dress code obowiązuje, ale nie jest szczególnie przestrzegany.
Co bardzo nam się podobało – ani razu nie mieliśmy wrażenia, że ktoś chce nas na czymkolwiek oszukać ani naciągnąć.
Dość wcześnie robi się ciemno, już ok. 17.30-18.00. Nie należy obawiać się jazdy po ciemku, drogi między większymi miastami są oświetlone i jeździ się nimi bardzo dobrze.
Parkowanie niemal wszędzie jest darmowe. Na płatne parkingi natrafiliśmy tylko w dzielnicy Mutrah w Maskacie.
Wideopocztówka z Omanu
Fotorelacje
Birkat Al Mouz, Nizwa
W Omanie wylądowaliśmy o 7 rano, po całonocnej podróży z przesiadką w Stambule, więc nasza forma po przylocie była daleka od topowej. Formalności graniczne, zakup kart SIM, wypłata gotówki z bankomatu, wypożyczenie auta zajęły nam sporo czasu, ale w końcu ruszyliśmy w Oman! Nasz pierwszy cel to Birkat Al Mouz.
Ta położona około półtorej godziny jazdy od Maskatu miejscowość jest jednym z kilku miejsc, gdzie można obejrzeć porzucone domy z gliny. Takie miejsca pozwalają poznać, jak żyli Omańczycy raptem jeszcze 40-50 lat temu. Wówczas tego typu budownictwo było szeroko rozpowszechnione. Wraz z modernizacją kraju, która została zapoczątkowana przez sułtana Kabusa w latach 70. ubiegłego wieku, gliniane domy w Birkat Al Mouz i w wielu innych miejscach w Omanie były porzucane na rzecz dużo bardziej komfortowych, murowanych budynków.
Ciekawostka, którą usłyszeliśmy od przewodnika - domy z gliny były powszechne z powodu dostępności i taniości głównego surowca, czyli gliny. Stropy były wzmacniane drewnianymi belkami, ale zdecydowanie najdroższym elementem takiego domu były drzwi. Wykonywano je z importowanego drewna, najczęściej z Indii, a takie drzwi potrafiły kosztować tyle, ile cała reszta domu.
Tutaj po raz pierwszy natknęliśmy się też na faladże, czyli kanały transportujące wodę (widoczne na dole zdjęcia w szarym kolorze). W kraju o tak suchym klimacie jak Oman faladże umożliwiały nie tylko zakładanie osad, ale też uprawy. Konstruowano je co najmniej od 2000 lat, istnieje kilka różnych rodzajów kanałów (naziemne, podziemne), a łączna długość faladży w Omanie wynosi ok. 3000 km. Większość z nich cały czas jest w użyciu.
Ruiny w Birkat Al Mouz położone są na zboczu górki, dzięki czemu po krótkim podejściu pod górę wyłania się panorama na okalające tą miejscowość gaje palm bananowych i daktylowych. Ten drugi owoc jest narodowym owocem Omanu, można go spotkać wszędzie, pod różnymi postaciami. Zapas syropu z daktyli wrócił z nami do Polski 🙂
W tle widać góry. Tak naprawdę cały północny Oman to są góry, miejscami dość wysokie, do 3000 metrów. Mieliśmy tak ułożoną trasę naszej podroży po Omanie, że poza jednym noclegiem na pustyni góry towarzyszyły nam niemal przez cały czas.
Ten dzień był słoneczny, temperatura około 25 stopni, do tego trochę chodzenia w górę i w dół po tych ruinach, wszystko to spowodowało, że opuściły nas siły i musieliśmy nieco zregenerować się w hotelu, by wieczorem móc kontynuować dalsze zwiedzanie. Co do Birkat Al Mouz - miejsce ciekawe i malownicze, po drodze jak najbardziej można zwiedzić.
Wieczorem wybraliśmy się do miasta Nizwa, słynące z jednego z najlepiej zachowanych fortów oraz z cotygodniowego targu kóz. Ten ostatni odbywa się w każdy piątek o świcie i prawie nam to pasowało. Prawie, bo do Omanu przylecieliśmy w piątek rano, tyle że nie było szans, aby załatwić wszystkie formalności w Maskacie i przedostać się do Nizwy na tyle szybko, by jeszcze załapać się na ten targ. A warto wiedzieć, że hodowla kóz jest jednym z tradycyjnych zajęć Omańczyków i choć obecnie straciła nieco na znaczeniu, to targ kóz w Nizwie cały czas jest ważnym wydarzeniem, a przy okazji przyciąga wielu turystów.
Wiele naczytaliśmy się o życzliwości Omańczyków. W wielu miejscach słyszy się podobne opinie, ale w przypadku Omanu rzeczywistość w tym względzie przerosła nasze oczekiwania. Niemal na każdym kroku spotykaliśmy się z chęcią pomocy, życzliwością, uśmiechem, chęcią porozmawiania. Po raz pierwszy na parkingu w Nizwie - mieliśmy spore auto, miejsce było dość wąskie, więc przypadkowy Omańczyk stojący w pobliżu z uśmiechem na ustach pomagał przy zaparkowaniu. I co ważne - to wszystko, o czym powyżej napisałem, zawsze było całkowicie bezinteresownie.
I tu ważne zastrzeżenie. Oman liczy 5 mln mieszkańców, z czego 70% to rodowici Omańczycy, a 30% to tania siła robocza z Pakistanu, Indii, Bangladeszu (ta nacja jest chyba szczególnie liczna, bo ciągle trafialiśmy na ludzi z tego kraju), Sri Lanki, Egiptu i pewnie jeszcze wielu innych krajów. Ta zadziwiająca nas życzliwość spotykała nas głównie ze strony Omańczyków, których można było bardzo łatwo rozpoznać po specyficznych strojach (takich jak na zdjęciu) i po czapeczkach. Ale Bengalowie, Hindusi czy Egipcjanie też chętnie zagajali, byli pomocni, wydawali się być generalnie zadowoleni.
Takie stroje - diszdasze, mogą nosić tylko rdzenni mieszkańcy Omanu. To luźna, długa szata, sięgająca do kostek, wykonana z lekkiego materiału. Tu akurat mamy rewię mody, ale większość diszdaszów, jakie spotkaliśmy, była biała. Do tego dochodzi kumma, nakrycie głowy. Z kolei tradycyjnym ubiorem kobiety są czarne abaje, czasem zdobione koralikami lub haftami. Zdecydowana większość kobiet zakrywa chustami włosy, część całą twarz, pozostawiając szparę na oczy, a kilka razy widzieliśmy też kobiety, które miały zasłonę także na oczy.
My tymczasem dotarliśmy do suku w Nizwie. Suk to inaczej targ. Ten w Nizwie był bardzo duży, podzielony tematycznie - była część z ceramiką, z jedzeniem, ze słodyczami i jeszcze parę innych.
Co bardzo istotne, nie było tu niemal wcale typowego arabskiego nagabywania, zachęcania do kupowania. Można było sobie spokojnie przemierzać alejki i obejrzeć oferowany asortyment.
Tu po raz pierwszy poczuliśmy jeden z najbardziej charakterystycznych zapachów Omanu - zapach kadzidła. Palące się kadzidła można spotkać w wielu różnych miejscach - na targach, w restauracjach, w atrakcjach turystycznych. Kadzidło jest bardzo mocno zakorzenione w kulturze i tradycji Omanu. Od setek lat używa się go w ceremoniach religijnych i przy wydarzeniach rodzinnych. Kadzidła można oczywiście kupować, a Oman jest jednym z najważniejszych producentów kadzideł na świecie.
Część targu jest pod gołym niebem, ale większość stoisk umiejscowionych jest w sporych halach. Tu przypomnieliśmy sobie smak soku wyciskanego z trzciny cukrowej, który próbowaliśmy przed rokiem w Jordanii.
Już po zapadnięciu zmroku zwiedziliśmy najważniejszy zabytek Nizwy, XVII-wieczny fort. O ile duża część atrakcji w Omanie jest bezpłatna, to wstęp do fortów kosztuje i to wcale nie symbolicznie (fort w Bahla prawie 200 zł dla naszej rodziny, w Nizwie podobnie).
Zbudowany z gliny i kamienia fort jest pieczołowicie utrzymywany w doskonałym stanie. W przeszłości pełnił oczywiście głównie funkcje militarne, ale był też siedzibą władz.
Najważniejszym elementem fortu jest wysoka, 30-metrowa wieża, górująca nad miastem. Dla naszych chłopaków ciekawostką w tym forcie były pułapki, jakie przygotowano tu na ewentualnych najeźdźców. W schodach były zapadnie, dziś przykryte tylko pokrywą ze szkła, w sufitach były specjalne szpary, przez które można było wlewać gorącą smołę i wrzątek. Wszystko to ładnie było pokazane na grafikach i można było sobie wyobrazić, jak te pułapki funkcjonowały.
Dość niespodziewanie przy wyjściu z fortu natknęliśmy się na występy muzyczne. Repertuar tych muzyków był jednak nieco monotonny :).
I na koniec wizyty w Nizwie panorama z wieży fortu na miasto. Tu, podobnie jak we wszystkich miastach poza Maskatem, dominowała raczej niska zabudowa, rzadko przekraczająca 3-4 piętra.
Misfat al Abriyyin, Wadi Ghul, Balcony Walk
Region Nizwy oferuje mnóstwo turystycznych atrakcji, dlatego zatrzymaliśmy się na trzy noce w hotelu w miejscowości Bahla. Stąd mieliśmy maksymalnie półtorej godziny drogi do wszystkich pobliskich atrakcji. Zaczynamy - na początek wioska Misfat al Abriyyin.
Jest to tradycyjna wioska omańska, jednak wyróżniająca się kilkoma cechami spośród innych tego typu miejsc. Po pierwsze jest bardzo malowniczo położona, na zboczach góry. Akurat na tym zdjęciu tej malowniczości za bardzo nie widać, ale to jeszcze nie jest ta "właściwa" wioska.
Po drugie, tradycyjne domy zostały kilka lat temu odnowione za fundusze z jednego z omańskich banków, o czym zaświadczała odpowiednia tabliczka. Wiele z tych domów zostało przerobionych na apartamenty dla turystów i spotkaliśmy nawet turystów z mozołem ciągnących duże walizy po wąskich, stromych uliczkach.
Po trzecie wreszcie u podnóża wzniesienia wioska płynnie przechodzi w gaj z palmami daktylowymi. Można tu obejrzeć, jak skonstruowany jest system faladży, czyli kanałów nawadniających, a same palmy dają mnóstwo cienia, co w upalne dni (czyli przez zdecydowaną większość roku) dają wytchnienie od promieni słonecznych.
Kilka słów o pogodzie w Omanie. Z premedytacją wybraliśmy na nasze wakacje przełom roku. Wtedy w Omanie jest zima, to najchłodniejszy okres w roku. Co to oznacza? Poza obszarem górskim ok. 23-27 stopni, dużo słońca, choć zdarzyły się też dwa nieco bardziej zachmurzone dni. Przez 9 dni spadło na nas raz, w Wadi Shab, kilka kropel deszczu. Pogoda na krótki rękaw i krótkie spodenki. Najprzyjemniej było zaraz po zachodzie słońca. W górach, czyli na Balcony Walk było znacznie chłodniej, 12-15 stopni, ale i tu długi rękaw nie był konieczny. Bluza i długie spodnie przydały się natomiast wieczorem na pustyni Szarkiya. Spodnie warto też wozić ze sobą w aucie na wszelki wypadek, ale o tym szerzej w jednej z kolejnych galerii.
W pozostałe miesiące w Omanie jest tylko cieplej, a latem temperatury sięgają 45 stopni. Funkcjonowanie na otwartych przestrzeniach w ciągu dnia jest wówczas niezwykle męczące, a wytchnienie daje tylko klimatyzacja, która jest tu bardzo popularna. Choć miejscowi twierdzili, że oni mają jeszcze nie tak źle, bo w Arabii Saudyjskiej latem mają jeszcze goręcej. Obawiam się jednak, że dla Europejczyków to niewielkie pocieszenie :).
Wracając jednak do Misfat al Abriyyin - zwiedziliśmy Misfat Old House, obecnie mały hotelik, położony wśród palm daktylowych. Naszą uwagę przykuły zdjęcia na ścianie. Na górze standardowo - obecny sułtan Haitham oraz poprzedni sułtan Kabus, ale poniżej fotka przedstawiała wówczas jeszcze księcia Karola, który kilka lat temu odwiedził Oman i zatrzymał się właśnie w Misfah Old House.
Na pewno warto warto zwiedzić Misfat al Abriyyin, zwłaszcza w środku dnia, gdy słońce potrafi dokuczyć. Zwiedzanie jest bezpłatne, na niespiesznym spacerze można tu spędzić godzinę, a może nawet półtorej.
Kolejnym naszym celem był Wielki Kanion Omanu. Chcieliśmy go eksplorować z dwóch stron - najpierw od dołu, poruszając się dnem wąwozu Wadi Ghul, a potem podjechać na górę kanionu i przejść najbardziej popularną trasę po zboczu kanionu W6 lub Balcony Walk.
Dnem kanionu prowadzi droga, którą można pokonać terenowym autem. Mieliśmy wypożyczonego Renault Dustera z napędem 4x4, więc postanowiliśmy spróbować pojechać tą drogą. Trasa była wąska, kamienista, chwilami pokryta płytką wodą. Z duszą na ramieniu przejechaliśmy nieco ponad kilometr (cała droga ma 8 km), ale w pewnym momencie postanowiliśmy zostawić auto i dalej pójść pieszo.
Po drodze minęło nas kilka aut, przy czym prawie wszystkie były większe i mocniejsze od naszego, więc chyba słusznie odpuściliśmy dalszą jazdę. Poszliśmy może z pół godziny i choć nie doszliśmy do najbardziej widowiskowych momentów (a że takie były to wiemy z filmików z przejazdu tą drogą), to i tak było ciekawie i ładnie.
Choć w linii prostej z dołu kanionu na jego górę był żabi skok, to jazda trwała ponad pół godziny, najpierw asfaltem, a ostatnie kilkanaście kilometrów szutrem, ale do pokonania przez każde auto.
Po drodze mogliśmy podziwiać góry Hadżar w całej okazałości. Hadżar to największe pasmo górskie w Omanie, rozciągające się od Maskatu aż do granicy ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Oman graniczy z trzema państwami - ZEA, Arabią Saudyjską i na południu z Jemenem. Ale z tymi granicami są pewne zabawne historie. Otóż do Omanu należy półeksklawa Musandam (wielkość 1800 km2, ludność 42 tys.), oddzielona od reszty kraju przez terytorium ZEA. Ale to nie wszystko. Na terenie ZEA jest pełna eksklawa Omanu o nazwie Wadi Madha (75 km2, 4 tys. mieszkańców), a na terenie tej eksklawy jest kolejna eksklawa, znów należąca do ZEA, o mikroskopijnych rozmiarach 5 km2. Wszystko to jest zaszłością z historii, gdy w latach 70. ubiegłego wieku poszczególne plemiona decydowały, do jakiego kraju chcą należeć.
Z naszego przewodnika (Anna Polakowska - Oman, kupiliśmy w pdfie, bardzo polecamy!) wiedzieliśmy, że w na parkingu przed trasą Balcony Walk nie wolno parkować pod drzewami. Tu mamy dobitny dowód, dlaczego jest to bardzo słaby pomysł. Na naszych oczach ta koza z prawej hop i na masce, znów hop i na dachu i spokojnie obgryzała sobie listki. Oczywiście poszukaliśmy miejsca z dala od wszelkich drzew :).
Nie chcemy podawać liczb odnośnie Wielkiego Kanionu Omanu, bo znaleźliśmy różne, znacząco się różniące. W każdym razie jest to ogromny, niezwykle głęboki kanion, niektóre źródła podają, że pod względem głębokości drugi na ziemi, po Wielkim Kanionie Kolorado. Można go podziwiać z punktu widokowego, można też przejść trasą W6 (inna nazwa to Balcony Walk) prowadzącą wzdłuż zbocza kanionu. Droga jest dość łatwa, liczy 3,5 km w jedną stronę, a po drodze oferuje imponujące widoki na kanion.
To miejsce pobudziło naszą wyobraźnię. Skąd na zboczu kanionu wziął się wrak auta? Czy ktoś zginął? Dotarliśmy do informacji, że był to efekt dużego gapiostwa turysty, który zostawił auto na górze, blisko krawędzi kanionu i... zapomniał zaciągnąć hamulec ręczny. Auto, na szczęście bez pasażerów, stoczyło się w otchłań i tak już zostało.
Wielki Kanion i trasa W6 to jedno z must see w Omanie. I faktycznie, czuć tu potęgę natury i nawet nie trzeba się mocno natrudzić, by to wszystko na własne oczy zobaczyć. A w tle po lewej stronie majaczy się szczyt Dżabal Szams, najwyższe wzniesienie w całym kraju (3028 m n.p.m.). Co ciekawe, sam szczyt jest niedostępny, gdyż rozlokowano na nim... bazę wojskową.
Bahla
Na naszą bazę w regionie Nizwa wybraliśmy miasto Bahla. To całkiem spore miasto, liczące 40 tys. mieszkańców. Przejeżdżając przez nie mieliśmy wrażenie, że ciągnie się bardzo długo wzdłuż głównej drogi. Najważniejsze atrakcje - fort i suk - są jednak tuż koło siebie.
Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy na suk. Był już wieczór, większość sklepików była zamknięta, ale nie wszystkie. My byliśmy chyba jedynymi zwiedzającymi. Mogliśmy spokojnie rozejrzeć się, pozaglądać w różne zakamarki. Widoczny na zdjęciu sklepik to cukiernia...
... z której wyszedł uśmiechnięty Omańczyk i poprosił nas, byśmy poczekali. Wrócił najpierw z jedną papugą, posadził ją na ręce Adama, potem poszedł po drugą i nieco speszony, ale bardzo zadowolony Adam miał już dwie papugi :). Następnego dnia wróciliśmy na suk i wstąpiliśmy do cukierni, żeby kupić coś u tego miłego pana. Adam wybrał jakiś drobiazg i chciał zapłacić (tak bardzo chciał zapłacić, że zostawił banknot i chciał zwiać ze sklepu), ale ten sam pan z uśmiechem, acz bardzo stanowczo powiedział, że ta słodycz jest jego prezentem dla nas i żadnych pieniędzy nie przyjmie. Było to bardzo miłe. Aby się odwdzięczyć, zostawiliśmy mu bardzo dobrą opinię na google :).
Suk w Bahli wyraźnie dzielił się na dwie części. Jedna z nich była odnowiona i prezentowała się znakomicie. Gustownie, kameralnie, ładnie, a do tego ciemność na zewnątrz i oświetlenie w środku nadawały temu miejscu bardzo fajny klimat.
Zajrzeliśmy do jednego z pomieszczeń, które wedle naszych domysłów służy do chwili odpoczynku i spożycia herbaty lub kawy, może z daktylami.
Co ciekawe, gdy następnego dnia wróciliśmy jeszcze raz w to samo miejsce, aura tajemniczości i piękna była już znacznie mniejsza. Za dnia było tu nieco ruchu, wszystko wyglądało zwyczajniej. Dlatego byliśmy bardzo zadowoleni, że trafiliśmy tu w momencie, gdy mieliśmy cały suk dla siebie.
A to już druga część suku, stara, nieodnowiona. Wystarczyło przejść jedną alejkę, by przejść z części ładnej do tej starszej. A z kotkiem widocznym na zdjęciu bardzo zaprzyjaźnił się Adam i ucieszył się, gdy spotkał go tu następnego dnia.
Kontynuując zwiedzanie suku dwa słowa o naszych noclegach w Omanie. Wszystkie noclegi rezerwowaliśmy poprzez booking.com. Trzy razy w hotelu, raz w pensjonacie i raz w campie na pustyni. Cenowo - hotele 300-400 zł na pokoje dla 4 osób (za każdym razem były to dwa pokoje i dwie łazienki, w jednym z hoteli jeszcze nawet kuchnia i osobny pokój na odpoczynek), pensjonat 300 zł, natomiast camp z kolacją i śniadaniem 1000 zł. Standard w hotelach dobry lub bardzo dobry, w pensjonacie akceptowalny, w campie dobry. Śniadania w niektórych miejscach były w cenie, w niektórych można było dokupić.
Generalnie pod względem bazy noclegowej Oman jest bardzo solidnym krajem. W Maskacie jest bardzo duży wybór hoteli, na prowincji nieco mniejszy, ale bez problemu można znaleźć niezłe noclegi. We wszystkich miejscach, w których nocowaliśmy, zwracała uwagę bardzo duża uprzejmość i życzliwość personelu.
Wracamy jednak do Bahli. W mieście tym znajduje się jeden z największych i najlepiej zachowanych fortów w Omanie. Forty to jeden z symboli tego kraju, jest około tysiąca, a w przeszłości pełniły one ważną rolę militarną.
Wykupiliśmy bilety na fort i na meczet (o ile wiele rzeczy w Omanie jest tanich, to akurat wstępy do fortów do najtańszych nie należą - tutaj był to koszt 17 OMR, czyli ok. 180 zł) i już na początku mogliśmy podziwiać wykonane w glinie arabskie szlaczki, które oczywiście nic a nic nam nie mówiły.
Czytając informacje o tym forcie spotkaliśmy się z określeniem, że jest to istny labirynt korytarzy, schodów, pomieszczeń, w którym można się pogubić. I w istocie tak właśnie jest! Zwiedzanie ułatwia fakt, że pomieszczenia są puste, nie ma tu żadnej ekspozycji, eksponatów, należy po prostu przejść się po tym labiryncie.
A jest co zwiedzać, bo budowli jest tu naprawdę sporo i kilka razy nasze dzieciaki zniknęły nam z radaru. Tutaj akurat stoję na dachu domu pułkownika, który wyraźnie odróżniał się od kwater zwykłych żołnierzy. Jeśli chodzi o datowanie tego fortu, to przyjmuje się, że został zbudowany między XII a XV wiekiem przez plemię Banu Nebhan.
To właśnie najstarsza część fortu, zwana Al-Qasabah, datowana na XII wiek. W 1987 roku fort w Bahli, jako pierwszy z omańskich fortów, został wpisany na listę dziedzictwa UNESCO. W 1995 roku mocno nadwyrężony zębem czasu fort poddano gruntownej renowacji, przy czym została ona przeprowadzona w sposób kontrowersyjny.
Pierwotnie fort był zbudowany z gliny. Jest to materiał stosunkowo nietrwały i aby fort wyglądał jak nowy oraz aby renowacja wystarczyła na dłuższy czas, użyto kamienia i cementu, co dało bardzo dobry efekt wizualny, ale sprawiło, że nie jest to już fort z gliny, jakim był wcześniej, a pierwotne gliniane mury zostały całkowicie zakryte.
Nie podejmujemy się ocenić, czy postąpiono słusznie czy też nie, natomiast efekt tych prac jest naprawdę całkiem niezły. Fort jest miejscem ciekawym, a nasze dzieci były zachwycone ganianiem po korytarzach i schodach tej wielkiej budowli. Co jeszcze zwróciło naszą uwagę tutaj, ale powtarzało się w wielu innych miejscach w Omanie - kwestie bezpieczeństwa są tu traktowane bardzo lajtowo. Nie ma tu barierek w niebezpiecznych miejscach, wszędzie można włazić, wszystko jest pozostawione zdrowemu rozsądkowi zwiedzających.
Po zwiedzeniu zamku zaszliśmy jeszcze do meczetu, przy czym, będąc uczciwym, to miejsce akurat można sobie spokojnie odpuścić. Niemniej, akurat w tym meczecie zainteresowało nas małe stoisko, gdzie były rozłożone małe wizytówki z hasłem: "Oman - land of islam and peace". To był dopiero początek naszego pobytu w Omanie i potraktowaliśmy to hasło trochę jak reklamę, niekoniecznie oddającą rzeczywistość. Po półtora tygodnia spędzonym w tym kraju całkowicie możemy z tym hasłem się zgodzić.
Odnośnie hasła "land of peace" wyjaśnimy, jak to się odnosi do polityki międzynarodowej. Otóż Oman, gdy trzeba, potrafi walczyć o swoje (wojna z wspieranymi przez komunistów rebeliantami na południu w prowincji Dhofar w latach 70. ubiegłego wieku), ale od kilku dekad prowadzi politykę utrzymywania dobrych stosunków ze wszystkimi. I to się udaje! Jako jedyne arabskie państwo z Zatoki Perskiej utrzymuje dobre relacje z Iranem, dogaduje się z USA, nie ma problemów z arabskimi sąsiadami, a gdy wojowały ze sobą Arabia Saudyjska i Jemen, to mediatorem w tym konflikcie był właśnie Oman. Dzięki temu obecnie na arenie międzynarodowej Oman nie ma żadnych poważniejszych problemów i zagrożeń.
Bait Al Safah, Harat Al Bilad
Szukając interesujących miejsc wokół Bahli, które warto odwiedzić, natknęliśmy się na Bait Al Safah. To właśnie ten dom na zdjęciu. Dlaczego jest to unikalne miejsce?
Otóż jest to liczący 400 lat dom, należący wcześniej do szejka, czyli szefa lokalnej społeczności w miejscowości Al Hamra. Szejk zwyczajowo miał dużą rodzinę, więc dom musiał także być duży :).
Zwiedzanie było fajnie pomyślane. Najpierw w kilku zdaniach opowiedziano nam o historii tego domu, czym zajmował się szejk (uprawą daktyli i następnie wyrabianiem syropu z daktyli), Potem przeszliśmy do pomieszczenia, gdzie zaprezentowano nam różne tradycyjne czynności wykonywane przez kobiety w takich domach. Mieliśmy pokaz mielenia mąki i wypiekania omańskiego chleba, co właśnie widać na zdjęciu. Przygotowanie i wypieczenie takiego chleba trwa kilka minut, a efektem pracy tej pani był bardzo cienki, suchy placek. Oczywiście można było zdegustować - sam chleb, bez dodatków, jakiegoś wyraźnego smaku nie miał.
Można też było popróbować i potem kupić miejscowe perfumy. Ale idźmy dalej. Po tym pokazie można było samodzielnie eksplorować dalsze pomieszczenia w domu szejka, po uprzednim zdjęciu butów. Zwróćmy uwagę - to tradycyjny dom z gliny, jedynie stropy są drewniane. W środku było przytulnie, pomieszczenia były duże, a zgromadzone sprzęty i meble pozwalały wczuć się w klimat czasów, które już w Omanie przeszły do historii.
Kolejny dobry pomysł - pokój, w którym przygotowano miejsce na poczęstunek daktylami oraz kawą i herbatą. Akurat w tym pomieszczeniu wzory dywanów bardzo mocno przypominały nam wzory, jakie spotykaliśmy w polskich domach.
Prezentując zdjęcia z domu szejka, poruszymy kwestię rozpoznawalności Polski w Omanie. Jednym z pierwszych pytań ze strony miejscowych (i to zarówno Omańczyków, jak i pracowników najemnych z innych krajów) jest "Where are you from?". Oczywiście my odpowiadamy i wtedy rozmówca usiłuje skojarzyć, co mu mówi hasło Polska. Jeśli takie skojarzenie było, a było naprawdę często, to zawsze było takie samo....
LEWANDOWSKI. To, co Robert zrobił dla rozpoznawalności Polski zagranicą, nawet w jakimś dalekim Omanie, jest po prostu niesamowite. Od razu otwierało to pole do dalszej rozmowy, niekiedy nasi rozmówcy mieli całkiem sporą wiedzę o karierze Lewego. Wręcz humorystyczna była sytuacja, gdy po standardowym pytaniu skąd jesteśmy i otrzymaniu odpowiedzi, dwóch egipskich kelnerów, nie do końca pewnych, czy chodziło o Poland czy Holand, zaczęło dyskutować między sobą. Wtedy jeden z nich powiedział do drugiego - Lewandowski, Poland i wszystko było już jasne :).
Podsumowując naszą wizytę w Bait Al Safah - na pewno warto odwiedzić to miejsce, żeby wczuć się w atmosferę starego omańskiego domu. Co innego chodzić po ruinach, fortach czy nawet muzeach, a co innego zwiedzić taki dom. A do tego jeszcze mieliśmy tam wspomniane już dodatkowe atrakcje w postaci pokazów i degustacji. Zatem - polecamy!
Dom szejka znajduje się w opuszczonej dzielnicy miasta Al Hamra. W zasadzie prawie wszystko wokoło rozpada się w oczach i, biorąc pod uwagę budulec i brak działań konserwacyjnych, prawdopodobnie za kilka, kilkanaście lat mogą pozostać tylko fundamenty.
Być może jest to cena szybkiej modernizacji kraju. W ciągu raptem kilku dekad Oman przeszedł z etapu domów z gliny i transportu na wielbłądach do nowoczesnych domów z klimatyzacją, luksusowych centrów handlowych, autostrad i infrastruktury zbliżonej do tego, co mamy w Europie. Całe dzielnice, a nawet miasta glinianych domów stały się niemal z dnia na dzień zbędne.
Ale! Są miejsca w Omanie, w których zauważono potencjał, z jednej strony turystyczny, a z drugiej strony zachowania części bogatego dziedzictwa omańskiego i są czynione starania, by te stare gliniane domy odrestaurować. Kto wie, czy nie najlepszym przykładem tego typu działań jest osada zwana Harat Al Bilad w oazie Manah.
Osada składa się z ok. 370 domów i 4 meczetów i jest otoczona murem. Pierwsze nasze podejście do zwiedzenia tego miejsca było nieudane, bo przyjechaliśmy za późno (zwiedzanie tylko do 14.00), ale ponowiliśmy próbę następnego dnia i było to bardzo ciekawe doświadczenie.
Na mapie po lewej stronie widnieje cała osada. Na zielono zaznaczono obszar odrestaurowanych domów i po nim wolno się poruszać. Na niebiesko jest obszar aktualnie odnawianych domów. Bez koloru jest reszta, czekająca na swoją kolej. Po prawej stronie natomiast pokazano zdjęcia tych samych miejsc przed i po renowacji.
Na zdjęciu mamy wejście na wieżę obserwacyjną lub strażniczą. Jak widać, trzeba było mieć oczy dookoła głowy, ale do tego zaczynaliśmy się już przyzwyczajać.
Wspinaczka po rusztowaniu opłaciła się - mieliśmy widok na niemal całą osadę. Wyraźnie widać podział na część odnowioną (po lewej stronie) i niszczejącą (po prawej).
I znów, jak w kilku wcześniejszych miejscach, mogliśmy wszędzie wchodzić, zaglądać. Bardzo ciekawą obserwacją było to, że choć w tych domach brakowało okien i drzwi, to wręcz niesamowita była różnica temperatur pomiędzy wnętrzem takiego domu a dworem. W domach było znacznie chłodniej, wręcz przyjemnie, podczas gdy na zewnątrz słońce powodowało pewien dyskomfort.
Jak to jest w Omanie w kwestiach językowych? Otóż wystarczy znajomość języka angielskiego, by bez żadnych problemów poradzić sobie wszędzie. Omańczycy, co do zasady, znają angielski w stopniu dobrym. Język ten jest u nich obowiązkowy w szkole i w efekcie nie ma żadnych problemów, by się z nimi komunikować. Z Hindusami, Bengalami i innymi Azjatami bywa różnie, choć zdecydowana większość z nich poziom bardzo podstawowy ma opanowany.
O ile w Jordanii kilka razy przydał nam się tłumacz google, by tłumaczyć coś z arabskiego lub na arabski, tak w Omanie ani razu nie mieliśmy potrzeby, by sięgać po tę ostatnią deskę ratunku.
Wszystkie tablice na drogach, informacje dla turystów, a zazwyczaj też napisy w sklepach były dwujęzyczne - arabskie i angielskie. Warto nastawić się na to, że wielokrotnie przy różnych okazjach będziemy wypytywani o różne rzeczy. Mnie się zdarzyło, że mój rozmówca wypytywał mnie o moją pracę zawodową, innego z kolei bardzo interesowały kwestie religijne w Polsce (czy u nas jest protestantyzm czy katolicyzm czy prawosławie, jak bardzo ludzie przestrzegają religii), czasem też pytali o kwestie pogodowe w naszym kraju.
Ten sympatyczny pan z kolei uciął sobie ze mną pogawędkę, w której wyjaśniał mi, jak to jego zdaniem Europejczycy doszli do poziomu maksimum w rozwoju i teraz mogą już tylko iść w dół, a oni w Omanie cały czas się rozwijają i dlatego teraz Oman jest lepszym miejscem do życia niż Europa.
Harat Al Bilad to kolejne ciekawe, godne polecenia miejsce, w którym ciekawie spędziliśmy czas, przechadzając się po tradycyjnych, glinianych domach, jakie jeszcze kilka dekad temu królowały w Omanie.
Sharqiya Sands
Jedną z największych atrakcji Omanu jest możliwość eksploracji pustyni Sharqiya. Niegdyś pustynia ta nosiła miano Wahiba Sands (od nazwy jednego z plemion, które zamieszkiwały te okolice), ale inne plemiona zaprotestowały i nazwę zmieniono na bardziej neutralną.
Jak można zwiedzać pustynię? Najprostszą i pewnie najczęściej wybieraną opcją jest skorzystanie z oferty jednego z bardzo wielu obozów, jakie pobudowano na północnym skraju pustyni, w okolicach miasteczka Bidiyah. Obozy różnią się położeniem (im głębiej w pustynię tym lepiej), warunkami, wielkością. Wspólna cecha - nie jest tanio. Nocleg dla 4-osobowej rodziny z kolacją i śniadaniem to wydatek co najmniej 100 OMR, czyli ponad 1000 zł. Na zdjęciu ślady jakichś stworzeń (chyba z ogonem) na piasku.
My wybraliśmy Desert Stars Camp, położony ok. 15 km w głąb pustyni. Co ważne, im dalej wjeżdżaliśmy w pustynię, tym ładniejsza była pustynia i zagęszczenie obozów zdecydowanie malało. Zatem nasza rada - wybierać obozy nie przy skraju pustyni, a te bardziej w głębi.
Jak dotrzeć do obozu? Zasadniczo są trzy opcje. Pierwsza - zostawiamy auto na parkingu na skraju pustyni i na miejsce dowozi nas ekipa z campu. W przypadku naszego obozu to koszt 25 OMR (250 zł). Opcja zalecana w przypadku jazdy autem bez napędu 4x4. Druga - jazda własnym autem, ale za autem przewodnika z obozu, aby nie błądzić po pustyni. U nas 15 OMR. Trzecia - jazda własnym autem na własną rękę. W przypadku opcji drugiej i trzeciej przed wjazdem na pustynię należy udać się do jednej z licznych stacji obsługi pojazdów, aby obniżyli ciśnienie w oponach (a po wyjeździe z pustyni należy znów się tam zameldować, by podpompowali opony).
My mieliśmy auto z napędem 4x4 i wybraliśmy opcję z potencjalnymi przygodami, czyli nr 3 :). I pewne przygody były. Jazda główną drogą była bardzo prosta, ale mieliśmy pewne problemy ze zlokalizowaniem naszego obozu. Ostatecznie dzięki małej pomocy ekipy z obozu trafiliśmy, ale końcówka drogi prowadziła przez wydmy i była dość emocjonująca. Jeszcze więcej emocji mieliśmy w drodze powrotnej, gdy w pewnym momencie tak się zakopaliśmy w piachu, że auto nie chciało jechać ani w przód, ani w tył. Ale metodą prób i błędów, małych kroczków, udało się wyswobodzić z piaskowej pułapki.
Specjalnie tak ustawiliśmy sobie plan dnia, by dotrzeć na pustynię jakieś 2 godziny przed zachodem słońca, aby ponapawać się widokami. I te widoki były! Pomału zachodzące słońce pięknie komponowało się z wydmami i wzorami na piasku. Był to nasz drugi w życiu pobyt na pustyni (Pustyni Błędowskiej nie liczymy 🙂 ) i podobnie jak jordańska Wadi Rum, tak i omańska Sharqiya po prostu nas zachwyciła.
Sharqiya jest o wiele większą pustynią od Wadi Rum. Ma powierzchnię 12,5 tys. km2, a jej rozmiary to mniej więcej 180 na 60 km. Fajnie było też obserwować podczas jazdy do obozu, jak pustynia się zmieniała. Z początku było całkiem sporo jakichś karłowatych roślin, nawet krzewów, ale im dalej jechaliśmy, tym było ich mniej.
Obozy oferują rozliczne atrakcje dodatkowe, oczywiście płatne. Najpopularniejsze to sand boarding (zjazd na desce z wydm - widzieliśmy jak inni zjeżdżali i czuli delikatne rozczarowanie niezbyt imponującą prędkością zjazdu), jazda na wielbłądzie, jazda z przewodnikiem na zachód i wschód słońca oraz lot balonem na wschód słońca. My postawiliśmy na kontemplację pustyni.
Wysokość wydm na pustyni Sharqiya dochodzi do 100 metrów. My eksplorowaliśmy tylko najbliższe okolice naszego obozu i tak wysokich wydm nie widzieliśmy.
Pustynia Sharqiya jest naturalnym środowiskiem dla wielu ciekawych zwierząt. My widzieliśmy ślady prawdopodobnie jaszczurek, ale można tu też spotkać węże, gazele, szakale, pustynne zające i lisy oraz jeden z symboli Omanu - oryxa arabskiego. Wizerunek tego zwierzęcia (coś w rodzaju jelonka z bardzo długimi rogami) można często spotkać na ulicach Omanu, gdyż jedna z głównych sieci stacji benzynowych ma oryxa w swoim logo.
Tak wyglądał nasz obóz - mniej więcej 10 dość dużych namiotów. Ten klocek po prawej to łazienka ze zlewem, prymitywnym prysznicem i ubikacją. Był też duży namiot przeznaczony na jadalnię oraz ładnie wygrodzone miejsce na ognisko, gdzie wieczorem można było sobie posiedzieć i pointegrować się z innymi obozowiczami.
Wewnątrz namiotu mamy łóżka w konfiguracji, jaką sobie wybraliśmy, światełko, gniazdka z prądem, lustro, dwa krzesełka i mały stolik. W odróżnieniu od obozów na Wadi Rum, gdzie postawiono murowane domki i jedynie obito je materiałem, by przypominały namioty, tu mieliśmy do czynienia z prawdziwymi namiotami. Gdy zaczął wiać wiatr, ściany namiotu falowały i nieco nawet hałasowały.
To był dodatkowy bonus - przepiękny widok na bezchmurne niebo i tysiące gwiazd.
Rano wstaliśmy chwilę po 6 (czyli zaraz po 3 polskiego czasu, bo różnica czasu zimą to 3 godziny), żeby przeżyć wschód słońca na pustyni. Było jeszcze dość chłodno, stąd nasz ubiór. Wrażenia pozytywne, warto było trochę wcześniej wstać.
O ile w wielu innych atrakcjach coś trzeba zwiedzić, przejść, często według jakiegoś planu, tak na pustyni jest zupełna wolność. Można robić to, na co się ma ochotę. Można poleżeć na piasku, pospacerować, wdrapać się na wzniesienie i podziwiać panoramy, szukać śladów zwierząt czy cokolwiek innego.
Może to trudne do uwierzenia, ale to miejsce to też pustynia Sharqiya, ledwie kilka kilometrów od wydm z poprzednich zdjęć.
Widzieliśmy wielbłądy leniwie posilające się trawą, widzieliśmy też wielbłądy wiozące turystów, ale nie mieliśmy w planach jazdy wielbłądem. Nasz młodszy syn miał za to bardzo konkretne oczekiwanie - koniecznie chciał przejechać się quadem. Gdy jechaliśmy do obozu poprzedniego dnia, wypatrzył na uboczu parking z quadami i zafiksował się, że chce takim quadem pojechać.
Poprzedniego dnia było już za późno, ale w drodze powrotnej do cywilizacji podjechaliśmy do tego parkingu quadów i okazało się, że nie ma problemu, duży czy mały, facet czy kobieta, dla każdego jest odpowiednia maszyna! Adam był zachwycony, Gosia też miała radochę, ale że mieliśmy tego dnia napięty grafik, po kwadransie harców na quadach ruszyliśmy w drogę.
Krótko podsumowując - pustynia Sharqiya to zachwycające miejsce, absolutne must see w Omanie. Wydaje nam się, że opcja, która wybraliśmy jest optymalna - przyjazd na pustynię jakiś czas przed zachodem słońca (o tej porze roku ok. 17.20), by nacieszyć się pustynią, nocleg, najlepiej w obozie nieco oddalonym od jej skraju, rankiem dopełnić wrażeń z pustyni i ruszyć dalej. Nie jest to atrakcja tania, ale niezapomniane wrażenia gwarantowane!
Oman Across Ages
W Omanie chcieliśmy też nieco poznać historię tego kraju, a nie tylko zwiedzać miasta, forty i wadi. Niedaleko Nizwy, w szczerym polu, postawiono muzeum, które spełni wymagania każdego turysty, spragnionego wiedzy o Omanie. Zapraszamy do Oman Across Ages!
Już z zewnątrz muzeum robi gigantyczne wrażenie. Ogromne przestrzenie, ciekawa architektura, wysokiej jakości materiały wykończeniowe - to wszystko składa się na doskonałe pierwsze wrażenie. Na wejściu jednak niespodzianka - żołnierz pilnujący porządku orzekł, że bez długich spodni nie wejdę. Poradził wrócić się do auta po spodnie, ale nie byłem przygotowany na taką opcję (dlatego warto jednak wozić je ze sobą) i chcąc wejść do muzeum, musiałem zakupić omańską "spódnicę". Odnośnie chłopaków, po chwili wahania, żołnierz wyraził zgodę na krótkie spodenki.
Muzeum bardzo wszechstronnie opowiada o historii Omanu, od czasów prehistorycznych, poprzez wpływy arabskie, portugalskie, angielskie aż do niepodległego państwa i jego niesamowitego rozwoju. Wszystkie opisy są dwujęzyczne, ciekawe, przy czym mocno postawiono na multimedialność - wielkie ekrany, filmy, prezentacje.
W muzeum dowiedzieliśmy się mnóstwa ciekawych rzeczy, z których część jeszcze sobie później rozszerzyliśmy. Mało znanym u nas faktem jest to, że Oman przez długie dekady miał swoje kolonie. Były to wyspa Zanzibar oraz port Gwadar w Pakistanie. Gwadar był we władaniu sułtanów Omanu od 1783 do 1958 roku, gdy sułtan sprzedał ten teren Pakistanowi. Bardziej dramatycznie wyglądała kwestia Zanzibaru. Ta bardzo daleko położona od Omanu wyspa była pod zwierzchnictwem Omanu od 1698 roku! W 1858 roku sułtanat Zanzibaru uzyskał niezależność od Omanu, ale nadal panowała tam arabska dynastia silnie powiązana z władcami Omanu. Arabowie na Zanzibarze byli mniejszością (ok. 50 tys. ludzi) i wraz z mniejszością południowo-azjatycką (ok. 20 tys. ludzi) dominowali nad czarną większością (ok. 230 tys. ludzi). I to zarówno pod względem ekonomicznym, jak i politycznym. Doprowadziło to w 1964 roku do krwawej rewolty, masakr Arabów (wedle różnych szacunków zginęło od 1 tys. do 20 tys. Arabów) i wypędzenia tych, co przeżyli. W muzeum sporo można poczytać o omańskiej wersji dobrobytu na Zanzibarze za czasów ich bytności na wyspie.
Trzej sułtani - od lewej obecny Haitham, w środku legendarny Kaboos i po prawej poprzednik Kaboosa, Said bin Taimur. Do końca władzy Saida w 1970 roku Oman tkwił w średniowieczu. I to tak naprawdę. Ludzie mieszkali w domach z gliny, nie było infrastruktury, dróg, lotnisk, portów, szpitali, a w całym kraju istniało tylko 16 szkół. Jak to super delikatnie ujęto w muzeum, miał wówczas miejsce "slow economic development". Kaboos obalił ojca w 1970 roku i w ciągu 5 dekad swoich rządów uczynił Oman (w sporej części za sprawą dopiero co odkrytych złóż ropy) nowoczesnym krajem. Dziś, 5 lat po śmierci, Kaboos nadal jest otaczany powszechną czcią i szacunkiem.
Gdy Kaboos obejmował władzę w 1970 roku, Oman liczył 670 tys. mieszkańców. Kaboos zachęcał emigrację omańską do powrotu, postawił też na zrównoważoną migrację z Indii, Bangladeszu, Egiptu i kilku innych krajów, w wyniku czego w 2020 roku kraj zamieszkiwało 4,5 mln ludzi, z czego 70% to Omańczycy, a reszta to migranci. Przy wszystkich tych osiągnięciach należy jednak zdawać sobie sprawę, że nadal gospodarka Omanu jest mocno zależna od wydobycia węglowodorów. Szacuje się, że 80% wpływów z eksportu pochodzi z tego źródła. Władze Omanu czynią starania, by zdywersyfikować gospodarkę, a jednym z filarów nowej gospodarki ma być turystyka.
Oman to naród żeglarzy. Na zdjęciu widzimy model łodzi dau, niezwykle charakterystycznej dla Omanu. Kilka dni później temat budowy łodzi dau zgłębiliśmy znacznie bardziej, odwiedzając stocznię - muzeum w miejscowości Sur. A o rozmachu ekspozycji niech zaświadczy to, że Adam patrzył na gigantyczny ekran, pewnie wysoki na 8 metrów i szeroki na 20, którego jedyną funkcją było to, że przedstawiało morze, z falami. Tak, żeby było ładne tło dla tej łodzi.
Nasze dzieci najbardziej zaciekawiły się interaktywnym działem z grami. Mogły się wcielić w rolę Omańczyków i walczyć z wrogami, wykorzystując różne dostępne metody - strzelanie z armaty, oblewanie przeciwników gorącym syropem z daktyli, itd. Mocno ich to wciągnęło :).
Kobiety w Omanie - trochę poczytaliśmy sobie na ten temat, trochę widzieliśmy na własne oczy i wnioski mamy następujące: kobiety w Omanie podlegają pewnym rygorom, zwłaszcza związanym z ubiorem, miejscem do modlitw (są specjalne pomieszczenia tylko dla kobiet), zamążpójściem. Jednak z naszych obserwacji wynika, że faktycznie, zgodnie z tym hasłem ze zdjęcia, kobiety pełnią ważną rolę w życiu społecznym i ekonomicznym w Omanie. Zajmują ważne stanowiska (czytaliśmy fascynującą historię, jak to 30 lat temu młode Omanki jako pierwsze w kraju zostały kontrolerami ruchu lotniczego, przełamując tabu w tym względzie), prowadzą samochody, życie towarzyskie, są bardzo zadbane, absolutnie nie wyglądają na biedne i zahukane, jak to się niekiedy przedstawia kobiety w świecie arabskim.
To muzeum opowiada nie tylko o historii Omanu, ale także o teraźniejszości. Sporo miejsca poświęcono na kwestie kultury, najciekawszych miejsc, budowli, były nawet sale resortowe, poświęcone policji, wojsku czy strażakom.
Muzeum ma powierzchnię 38 900 m2 i naprawdę jest ogromne. My spędziliśmy w nim ponad 2 godziny, ale spokojnie można by tu spędzić drugie tyle. Jest to nowa inwestycja, oddana do użytku w 2023 roku. W projekcie tym zastosowano najnowsze osiągnięcia technologiczne, by cały budynek zużywał jak najmniej energii.
Zapewne po części Omańczykom chodziło o zaprezentowanie swoich dokonań w ostatnim półwieczu, po części też o wywarcie wrażenia na obcokrajowcach, że są rozwiniętym i nowoczesnym krajem. Bez dwóch zdań - udało im się to. Muzeum jest fascynujące, fantastyczne i jeśli ktoś chciałby w trakcie pobytu w Omanie pójść tylko do jednego muzeum - to powinien wybrać Oman Across Ages. Tylko trzeba pamiętać o długich spodniach :).
Wadi Hawer, Wadi Bani Khalid
Po emocjach związanych z pustynią czekała nas eksploracja dwóch wąwozów - Wadi Hawer i Wadi Bani Khalid. Nim przejdziemy do wąwozów, słów kilka o jeżdżeniu po Omanie. Wybraliśmy auto z napędem 4x4, by móc swobodnie jeździć w trudniejszym terenie. Tak naprawdę ten napęd przydał się głównie na pustyni i na bardzo krótkim kawałku Wadi Ghul. Drogi w Omanie generalnie są bardzo dobre. Między większymi miastami często są autostrady lub co najmniej takie drogi, jak na zdjęciu. Znak rozpoznawczy omańskich dróg - latarnie, nawet na terenach niezabudowanych.
Jedna rzecz, która różni omańskie zwyczaje drogowe od polskich - w Omanie nie wpuszcza się aut z ulic podporządkowanych. Chcąc włączyć się do ruchu, trzeba albo cierpliwie czekać, albo nieco wymuszać. W miastach natomiast bardzo mało jest przejść dla pieszych, stąd często piesi przebiegają przez nawet kilkupasmowe ulice. Niemniej, jeździ się tu dobrze i bez obaw można wynająć auto i samemu poruszać się po tym pięknym kraju.
Wróćmy jednak do naszych wadi. W tej okolicy zdecydowanie najbardziej popularnym miejscem jest Wadi Bani Khalid. My jednak, zainspirowani postem z Instagrama, chcieliśmy najpierw pójść do Wadi Hawer. Wiedzieliśmy, że przejście tego wadi nie jest wcale proste, a znakomicie może to ułatwić miejscowy przewodnik.
I dlatego skontaktowaliśmy się z Mohammedem (na Instagramie @guide.wadi), który został naszym przewodnikiem na oba wąwozy. Była to znakomita decyzja. Dlaczego?
Wadi Hawer jest fantastyczny, przepiękny i urywający wiadomo co. Ale! Już od samego wejścia do wąwozu nawarstwiają się rozmaite trudności. Przede wszystkim jest wiele momentów, w których trzeba wejść do wody, nieraz głębokiej, i przepłynąć fragment szlaku. Aby się to udało, trzeba być przygotowanym. Buty do wody i wodoszczelny worek to najbardziej potrzebne sprzęty.
Po drugie, wiele miejsc po drodze jest bardzo zdradliwych i trudnych do przejścia. Mohammed wiedział, którędy prowadzi najlepsza ścieżka, a do tego pomagał nam w trudniejszych miejscach. Był taki zwinny i silny, że Adam nadał mu przydomek Pan Sigma. Ci, którzy znają slang młodzieżowy, wiedzą, że to naprawdę prestiżowe określenie :).
W odróżnieniu od bardziej popularnych wadi, w tym wąwozie było niewielu turystów, co znakomicie podnosiło walory tego miejsca.
Po drodze nie brakowało momentów bardzo zaskakujących. Mniej więcej 15-metrowa skała nad jeziorkiem, a nasz przewodnik oznajmia nam, że skacze. Myślimy sobie - eee, za wysoko, tak tylko mówi. Skoczył. Dla nas to było za wysoko. Jakiś czas później Pan Sigma wskazuje na niewielką dziurę między skałami i oznajmia, że tędy droga. Też z początku wzięliśmy to za żart, ale okazało się, że faktycznie da radę tam wleźć. Po chwili wyszliśmy z drugiej strony, przechodząc po drodze przez niewielki wodospad. Ależ to były emocje!
Jeszcze ciekawostka - jak z Mohammedem omawialiśmy szczegóły naszej wycieczki, uprzedził, że w Wadi Hawer woda jest "very cold". No dobra, czego się nie robi dla przygody. Na miejscu okazało się, że jakaś tam szczególnie ciepła ta woda nie jest, ale dla nas była w porządku. A nasz biedny przewodnik po wyjściu z wody drżał z zimna.
To była wycieczka atrakcyjna nie tylko dla dorosłych, ale też dla naszych chłopaków. Ile tu było okazji do skakania po skałach, przeciskania się wąskimi przejściami, zjeżdżania na tyłku, nawet było wspinanie z liną i chodzenie po metalowych prętach wbitych w skałę. Jedyne na co trzeba było mocno uważać, to dość śliskie skały.
A to już końcowy punkt naszego szlaku, taka naturalna zjeżdżalnia. Tu Mohammed miał dla nas poczęstunek z daktyli i pomarańczy, po czym pozostało nam wrócić tą samą drogą. Razem trekking liczył 5,3 km, zajął nam prawie 4 godziny i była to w naszej zgodnej opinii jedna z naszych najlepszych wakacyjnych przygód ever. Bardzo wymagająca, widowiskowa i ciekawa. Jeśli ktoś w Omanie miałby czas tylko na jedno wadi, to polecilibyśmy właśnie Wadi Hawer, koniecznie z przewodnikiem.
Ale to nie był jeszcze koniec emocji na ten dzień. Szybko przemieściliśmy się do pobliskiego Wadi Bani Khalid, by eksplorować ten znacznie bardziej turystyczny wąwóz.
Tu był bardzo duży parking, nawet jakaś buda z jedzeniem. Było też znacznie więcej ludzi, choć akurat na tym zdjęciu tego nie widać. I były też atrakcje, nieco inne niż w poprzednim wąwozie.
Już na samym początku, w jeziorku, które widać na zdjęciu, można zamoczyć nogi, a po chwili przypływały małe rybki i skubały stopy. Takie darmowy pedicure 🙂
Idąc dalej, turysta ma wybór - może iść zboczem wąwozu po skałach lub też zejść do wody i płynąć w górę wąwozu. U nas ekipa podzieliła się - większa część wybrała drogę wodną, mniejsza - drogę lądową.
W odróżnieniu od Wadi Hawer, w tym wąwozie woda była "warm". To miejsce było szczególnie przyjemne, takie naturalne bicze wodne. Adamowi jeszcze bardziej spodobało się skakanie ze skały do wody. Znalazł miejsce, gdzie z wysokości może 3-4 metrów można było skakać i z entuzjazmem co chwilę lądował w wodzie.
I gdy myśleliśmy, że to już koniec atrakcji i będziemy wracać, Mohammed przygotował dla nas jeszcze jedną niespodziankę. Dał nam latarki i wspólnie eksplorowaliśmy jaskinię. Tutaj akurat było komfortowo, ale było sporo miejsc, gdzie nawet dzieci musiały się schylać, a dorośli mieli naprawdę dość trudno.
Ale nie było to tylko takie przejście wąskimi tunelami. Najpierw mieliśmy okazję obejrzeć bytujące w jaskini nietoperze, a potem, znów przeciskając się przez jakieś dziury, wylądowaliśmy w podziemnej rzece!
I to już był koniec tego ekscytującego dnia. Byliśmy wykończeni fizycznie, ale niesamowicie zadowoleni. Po prostu była to przygoda przez duże P. A nie byłoby tego bez naszego przewodnika Mohammeda (@guide.wadi), którego serdecznie polecamy. Bardzo sympatyczny, świetnie zorganizowany chłopak, mówiący po angielsku, do tego zrobił nam mnóstwo zdjęć i filmów. I, co się okazało, fan - uwaga - Piotra Zielińskiego :).
Turtle Beach, Wadi Shab
Wschodnie krańce Omanu i zarazem Półwyspu Arabskiego są słabo zaludnione, ale mają bardzo ładne plaże. Co więcej, plaże te upodobały sobie żółwie zielone do rozmnażania się. Akurat okres lęgowy tych zwierząt przypada pomiędzy majem i sierpniem, zatem szanse na obserwacje żółwi były niewielkie, ale w ramach dnia restowego po forsownym zwiedzaniu wadi postanowiliśmy nieco odpocząć na plażach.
Spotkaliśmy tylko jednego małego żółwia, niestety martwego. Dorosłe osobniki osiągają rozmiar do 150 cm i wagę do 200 kg. Na wolności mogą osiągnąć wiek 90 lat. Żółwie te są dość rozpowszechnione w ciepłych wodach oceanicznych .
Fotka z cyklu "Tuż przed tragedią". Przycupnąłem sobie na skale i obserwowałem sobie daleką perspektywę morza. A tu nagle jedna z fal dosłownie zmyła mnie z tej skałki i rzuciła kawałek dalej. Nie było to zbyt sympatyczne doświadczenie.
Najbardziej znaną plażą żółwiową jest Ras Al Jinz. Utworzono tu rezerwat, przy czym ustalono następujące zasady: żółwie można zaobserwować o wschodzie słońca lub późnym wieczorem. Aby w tych strategicznych momentach wejść na plażę, należy zapłacić, i to niemało (12 OMR za osobę pow. 12 lat, 6 OMR za dziecko, czyli odpowiednio 130 zł i 65 zł). Spotkaliśmy się z kilkoma opiniami, że spotkanie po ciemku pojedynczego żółwia nie jest warte tej dość wygórowanej ceny. W ciągu dnia cena radykalnie spada, za całą naszą rodzinę zapłaciliśmy raptem kilka OMR, choć uczciwie nam powiedziano, że żółwi raczej nie spotkamy.
Fajnie, że samochodem można było podjechać niemal pod samą plażę, bo od hotelu, w którym kupowaliśmy bilety, do plaży był spory kawałek, a słońce grzało solidnie. To zresztą niezwykle charakterystyczna cecha Omańczyków, aby wszędzie, gdzie się da, wjechać autem.
Sama plaża Ras Al Jinz to było kolejne miejsce w Omanie, które nas oczarowało. Fajny, miękki piasek, błękitne morze, a w zasadzie otwarty ocean, do tego niesamowite formy skalne i zupełny brak innych ludzi.
Co warte podkreślenia, mimo że byliśmy w Omanie na przełomie grudnia i stycznia, czyli w najchłodniejszym momencie roku w tym kraju, to temperatura wody w morzu była przyjemna.
To miejsce spodobało nam się najbardziej - nie tylko ciekawie poukładane kolejne warstwy skalne, ale do tego jeszcze piękna paleta barw. Warto na tę plażę podjechać, choćby przy okazji pobytu w Sur, skąd jest godzina drogi do rezerwatu żółwiowego.
To jest miejsce, do którego naprawdę mało kto dociera. Jak tu trafiliśmy? Szukając atrakcji w drodze z rezerwatu żółwi do Sur klikałem w różne miejsca na mapie. I w ten sposób trafiłem na zdjęcie takiej oto fantastycznie wyglądającej skały. Nosi ona nazwę Matka wszystkich wychodni. Wśród różnych dziwów natury, jakie mieliśmy okazję oglądać, ten będzie zajmował jedno z czołowych miejsc.
Aby dojechać do tej skały, musieliśmy przez 4 km jechać po takim pustkowiu. Co też było pewnego rodzaju przygodą, bo pogubiliśmy ledwie widoczne drogi, musieliśmy się cofać, szukać na nowo.
Pomiędzy Sur i Maskatem są dwa popularne wadi - Wadi Shab i Wadi Tiwi, położone zresztą blisko siebie. Oba atrakcyjne, przy czym ten pierwszy jest bardziej oblegany z powodu znacznie łatwiejszej logistyki. Do Wadi Tiwi prowadzi bowiem trudna, górska droga, a dodatkowo pomocne jest wynajęcie na miejscu przewodnika. Chętnie zwiedzilibyśmy oba wąwozy, ale ograniczenia czasowe spowodowały, że musieliśmy wybierać i nasz wybór padł na Wadi Shab. Na samym początku trzeba przepłynąć łodzią na drugi brzeg wąwozu.
Od osoby obsługującej prom dostaliśmy ostrzeżenie. Jeśli będzie kropić deszcz, to tylko obserwować, co się dzieje. Jeśli natomiast zacznie mocniej padać, natychmiast wracać. Nie było to bezpodstawne, bo akurat tego dnia chmur na niebie było całkiem sporo i w trakcie wędrówki nawet parę kropel spadło.
Po transporcie łodzią czekała nas mniej więcej godzinna wędrówka do początku naturalnych basenów z wodą. Szlak był dość urozmaicony, widoki po drodze zdecydowanie dawały radę, więc ten czas minął szybko.
Jako że akurat tutaj spotkaliśmy kobietę ubraną w bardzo skąpe bikini, dwa słowa o ubiorze w turystycznych miejscach. Zwykle w takich miejscach wisiały znaki nakazujące odpowiedni ubiór (kostium zakrywający kolana, brzuch i ramiona u kobiet, u mężczyzn w zasadzie podobnie). Wielu turystów nieszczególnie przestrzegało tych nakazów i nie widzieliśmy, by ktoś robił z tego powodu jakieś problemy. Aczkolwiek byliśmy też świadkami tego, że pani w pełnym abaya wchodziła do wody.
Tu zaczynały się baseny i droga wodna. Miejsce to było niesamowicie zatłoczone. Niektórzy robili tu sobie przystanek przed dalszą drogą, dla innych był to punkt końcowy wycieczki. Czym prędzej więc wskoczyliśmy do wody, by nieco uciec od tego zgiełku.
W tym miejscu niesamowicie przydały się nasze buty do wody. Mogliśmy komfortowo iść dalej i patrzeć na biedaków, którzy na bosaka, ewidentnie cierpiąc, posuwali się w żółwim tempie do przodu. Przypomniało nam to naszą niezbyt przygotowaną wyprawę w Wadi Numeira w Jordanii, gdy to my przeżywaliśmy podobne cierpienia. Człowiek uczy się na błędach :).
Trochę trzeba było popływać, ale woda była ciepła, jedynie trzeba było uważać na śliskie skały. Przy czym tutaj płynęliśmy z pewnym celem. Wiedzieliśmy bowiem, że na samym końcu wąwozu znajduje się...
Niewielka jaskinia, z wodospadem w środku. A chyba największą atrakcją tej jaskini jest samo wejście do niej. Skały schodzą tak nisko nad wodę, że dziecko da radę pokonać kilkumetrowy przecisk, nie zanurzając głowy. Dorosły z nieco większą głową musi pokonać ten odcinek nurkując. Pokonanie tego przejścia było pewnym przeżyciem. Całość szlaku tam i z powrotem zajęła nam 3,5 godziny, pokonaliśmy w tym czasie 7,5 km. Trekking był urozmaicony i ciekawy, natomiast było też wielu turystów.
Na koniec wielka dziura w ziemi, czyli Bimmah Sinkhole. Miejsce, do którego prawie wszyscy turyści zwiedzający północny Oman zajeżdżają, gdyż leży tuż przy autostradzie Sur - Maskat. Tak naprawdę jest to wielki lej krasowy (50x70 metrów), powstały w wyniku zapadnięcia stropu jaskini. Ciekawostka - dopływa tu słodka woda z gór, ale i słona z morza. Można się kąpać, są tu też rybki od pedicure. My mieliśmy nieco pecha, że słońce schowało się za chmurami i miejsce to nie robiło tak dobrego wrażenia, jak widzieliśmy na zdjęciach.
Sur
Zwiedzając północny Oman nie sposób ominąć Sur. Przez to miasto prowadzi droga z pustyni Sharqiya do Maskatu, tędy trzeb przejechać w drodze do rezerwatu żółwi Ras Al Jinz. Warto się tu zatrzymać nie tylko z racji sensownej oferty hotelowej. To miasto ma bowiem kilka rzeczy do zaoferowania.
Na zdjęciu typowe piaszczyste boisko piłkarskie. Widzieliśmy takich boisk znacznie więcej, choć na kilka trawiastych też trafiliśmy. Co do Sur zaś, to jest to jedno z najstarszych i najważniejszych miast w Omanie. Zamieszkane było już w czasach prehistorycznych, a o jego znaczeniu decydowało bardzo dobre położenie, nad Zatoką Omańską, niemal na skraju Półwyspu Arabskiego.
Pospacerowaliśmy sobie przy zachodzącym słońcu po okolicach mostu Al Ayjah, mogliśmy zobaczyć, jak wygląda nabrzeże w momencie odpływu. Po lewej stronie zdjęcia widać drewniany statek w budowie. To stocznia łodzi dau, będąca jednocześnie muzeum. To miejsce zwiedziliśmy jednak dopiero następnego dnia.
Sur jest sporym miastem, liczy niespełna 100 tys. mieszkańców, i już od półtora tysiąca lat pełni rolę ważnego portu morskiego. Najpierw było to centrum obsługujące handel ze wschodnią Afryką, a potem także z Indiami.
Na moment przerwiemy wątek historyczny. Ta łódka chciała zaparkować w bardzo ciasne miejsce. Z mostu obserwowaliśmy sobie ten manewr i zdawało się nam, że pod niezbyt optymalnym kątem sternik naprowadza swoją łódkę. I faktycznie, zaliczył małą kolizję. Do jednej z zaparkowanych łodzi, tej po lewej stronie, od razu przybiegł ktoś z obsługi i pomógł w zadokowaniu tej łodzi.
Ogładając most Al Ayjah wróćmy jednak do historii. Sur pełniło też ważną rolę militarną, to tu stawiano opór Portugalczyków, tu budowano forty mające stawić czoło najeźdźcom z głębi półwyspu.
Fatalnym zdarzeniem, z punktu widzenia znaczenia Sur, było otwarcie kanału Sueskiego w 1869 roku. Od tego momentu Sur jako ważny port i ośrodek handlu, mocno podupadło. Na zdjęciu sklep z materiałami. Co charakterystyczne, w Omanie sklepy bardzo często były pogrupowane tematycznie. Jak był już jeden sklep z materiałami, to bardzo prawdopodobne, że tuż obok będzie kilka kolejnych. Tak samo z krawcami (osobnymi dla kobiet, osobnymi dla mężczyzn), ze sklepami z akcesoriami telefonicznymi i komputerowymi, z warsztatami samochodowymi.
Druga cecha charakterystyczna takich sklepów i warsztatów usługowych, to fakt, że pracownikami w nich są niemal wyłącznie imigranci. Często te punkty były otwarte do późnego wieczora, nawet do 23.
Zaszliśmy też na suk w Sur. I tym razem, podobnie jak w Bahli, trafiliśmy na martwą porę dnia, więc mogliśmy spokojnie przyjrzeć się stoiskom. Co zwróciło naszą uwagę - sporo punktów oferujących sprzedaż kadzideł, bardzo dużo sprzedawców biżuterii.
No, to nie był obrazek dla osób szczególnie wrażliwych.
Coffee shop - to kolejna specjalność Omanu. Punkty te można spotkać niemal wszędzie - w miastach, miasteczkach, przy głównych drogach. To takie fast foody po omańsku. Można w nich smacznie i bardzo tanio zjeść. Oferują one różnego rodzaju tortille, wrapy, frytki, sałatki i tego typu rzeczy. Kilka razy skorzystaliśmy i za każdym razem byliśmy zadowoleni.
Noc spędziliśmy w luksusowym hotelu Arkan al Barzah. Do dyspozycji mieliśmy 2 bardzo duże sypialnie, 2 łazienki, wyposażoną kuchnię, osobny pokój telewizyjny i jeszcze przedpokój, wszystko eleganckie, przestrzeń ogromna, a to wszystko za 40 OMR, czyli ciut ponad 400 zł.
Od rana skierowaliśmy się do muzeum łodzi dau. Choć bardziej należałoby powiedzieć stoczni, a przy okazji muzeum. Łodzie dau są jednym z symboli Omanu, a Sur miejscem, które słynie z produkcji tych łodzi.
Muzeum zajmuje jedną dużą salę, w której w ciekawy sposób przedstawiono fazy budowy łodzi dau, najbardziej znanych konstruktorów, materiały, z których te łodzie budowano. Jest tam też model takiej łodzi. W pół godziny można sobie przyswoić wszystkie te informacje i nabyć nieco wiedzy o tych łodziach.
Chyba jeszcze większą frajdą była możliwość zwiedzenia stoczni. Można było wszędzie wchodzić, przyglądać się, dotykać. Pracownicy najwyraźniej byli przyzwyczajeni do szwędających się turystów, bo w ogóle nie zwracali na nich uwagi.
Można było wyraźnie oddzielić artystów, jak ten z poprzedniego zdjęcia, od inżynierów, jak pan z tego zdjęcia.
Są różne typy łodzi dau - z jednym masztem, z wieloma masztami. Pełniły one różne funkcje - niektóre służyły do transportu towarów, inne do celów rekreacyjno-turystycznych. Cechy wspólne to materiał (drewno, najczęściej tekowe) oraz trójkątne żagle.
Dziś łodzie te nie są już używane do handlu, ale nadal się je buduje, zazwyczaj na zamówienie bogatych Arabów z sąsiednich krajów. Mogliśmy podpatrzeć kilka budowanych aktualnie łodzi w różnych stadium budowy. Ta łódź na zdjęciu była najbardziej zaawansowana w budowie.
A to była zdecydowanie największa łódź budowana w stoczni. Chyba nawet lepszym określeniem byłby tu statek. Co ciekawe, widzieliśmy czyjąś relację zdjęciową z tej samej stoczni sprzed miesiąca. I na zdjęciach znaleźliśmy ten sam statek, tyle że w nieco wcześniejszej fazie budowy, bez pokładu.
Opuszczaliśmy to muzeum bardzo zadowoleni. Chodzenia było tu mało, bo stocznia zajmuje stosunkowo niewielki obszar, sporo się dowiedzieliśmy, a możliwość przyglądania się pracy budowniczych też była ciekawą atrakcją.
W Sur spotkał nas też najdziwniejszy przejaw życzliwości Omańczyków. W sklepie z akcesoriami telefonicznymi chcieliśmy zakupić wodoszczelny pokrowiec na telefon. Wybraliśmy model, cena lekko wygórowana, 6 OMR, widząc nasze delikatne zdegustowanie ceną, sprzedawca obniżył cenę do 4 OMR. Okej, stanęliśmy w kolejce, bo obsługiwany był Omańczyk. Sprzedawca naklejał mu szybkę na telefon, trwało to dłuższą chwilę i Omańczyk wdał się z nami w rozmowę. Standardowa rozmowa, sporo uśmiechów, Lewandowski i nagle nasz rozmówca z uśmiechem mówi - możecie iść, z tym co wybraliście, ja płacę. Trochę zaprotestowaliśmy, ale Omańczyk był stanowczy. Tego typu przygoda spotkała nas pierwszy raz nie tylko w Omanie, ale w ogóle.
Na koniec naszego niezbyt długiego pobytu w Sur wspięliśmy się jeszcze na wieżę Al Ayjah, z której jest bardzo fajny widok na latarnię Al Ayjah...
... i na cały Sur (na pierwszym planie stocznia łodzi dau). Szczególnie ładne widoki z tej wieży są przy zachodzie słońca. Naszą uwagę zwrócił fakt, że ostatnia drabina prowadząca na podest na tej wieży była taka dość wymagająca, zwłaszcza przy zejściu. Tym obrazkiem żegnamy Sur i pozostał nam już tylko Maskat.
Rejs na wyspy Dimaniyat, Maskat
Ostatnie dwa dni naszego pobytu w Omanie przeznaczyliśmy na zwiedzanie stolicy kraju, Maskatu. Jedną z aktywności, które chcieliśmy wypróbować, był rejs łodzią na wyspy Dimaniyat i snorkeling. Wyspy Dimaniyat to 9 niewielkich wysepek (łączna ich powierzchnia to 100 hektarów), położonych w odległości 18 km od stałego lądu.
Najbardziej popularną opcją dla turystów jest ok. 4-godzinny rejs łodzią na wyspy, połączony ze snorkelingiem w dwóch lub trzech miejscach. Taka przyjemność, łącznie z opłatą za wstęp do rezerwatu, sprzętem do snorkelingu i poczęstunkiem kosztuje 25 OMR (ok. 270 zł), przy czym cena jest taka sama dla dorosłych i dzieci. Można wybrać rejs poranny (8:30-13:00) lub popołudniowy (13:30-17:30). Wedle naszych informacji przed południem powinna być większa aktywność ryb, żółwi i innych morskich stworzeń.
Akurat, dość pechowo, tego dnia wiał dość silny wiatr, co miało spore reperkusje. Przede wszystkim podróż z portu na wyspy trwała znacznie dłużej niż zwykle, a łodzią strasznie bujało. Ponadto z powodu trudnych warunków program rejsu uległ skróceniu i zamiast standardowych trzech miejsc do snorkelingu, zaliczyliśmy tylko dwa. Ponoć tak silny wiatr, jak wiał tego dnia, jest tu rzadkością, a zwykle morze jest spokojne i wygląda jak tafla lodu.
Ale do rzeczy. Sam snorkeling był super. Woda bardzo ciepła, wyjątkowo czysta, a bogactwo morskiego życia zdumiewało. Mieliśmy mnóstwo rybek, mniejszych, trochę większych, były też takie o dziwnych kształtach, spotkaliśmy meduzy...
... no i przede wszystkim liczną kolonię żółwi zielonych. Jednak nie wszystkim członkom naszej rodziny snorkeling tak samo przypadł do gustu. Seniora rodu znów dopadła choroba morska, która nieco zepsuła wrażenia z wycieczki, ale pomimo tych drobnych zastrzeżeń rejs na żółwie był bardzo ciekawym doświadczeniem i warto było na to poświęcić pół dnia. My skorzystaliśmy z usług firmy Global Scuba, którą możemy polecić.
Z bramą miejską w Maskacie wiąże się ciekawa historia. Jeszcze na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku, za panowania sułtana Taimura, wraz z zapadnięciem zmroku bramy miejskie były zamykane i wędrowcy, którzy nie zdążyli wejść do miasta za dnia, musieli spędzić noc pod bramą. Dopiero sułtan Kabus zniósł te archaiczne zwyczaje.
Maskat ma bardzo nietypowy kształt. Rozciąga się na 40 km wzdłuż wybrzeża Zatoki Omańskiej, ale jest bardzo wąski, raptem na kilka kilometrów, gdyż od południa ograniczają go góry Hadżar. Tak naprawdę dzisiejszy Maskat powstał z połączenia kilku miejscowości, które obecnie zlały się w jedną całość. Obecnie w Maskacie mieszka 1,7 mln ludzi, co czyni go miastem porównywalnym z Warszawą.
Poznawanie Maskatu rozpoczęliśmy od jego wschodnich rubieży, a konkretnie okolic pałacu Al-Alam. Pierwsze wrażenie już z samej jazdy przez Maskat było bardzo pozytywne - dobrze utrzymane budynki, zadbane ulice, skwery, zaskakująco dużo zieleni, a na ulicach samochody poruszały się w sposób cywilizowany. Na zdjęciu siedziba władz podatkowych Omanu.
A to już pałac Al-Alam. Został on wzniesiony w 1972 roku w miejscu starego pałacu z początku XIX wieku. Jest on używany przez sułtana do goszczenia ważnych gości i pełni funkcje ceremonialne. Dlatego też turyści muszą się zadowolić widokiem zza widocznego na zdjęciu czarnego płotu. Choć pałacu nie można zwiedzać, to jego nietypowy wygląd spowodował, że stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Omanie.
Takie obrazki to w Omanie duża rzadkość. Z uwagi na bardzo suchy klimat taka zieleń ma rację bytu tylko przy intensywnej ludzkiej opiece.
Wyłożone marmurem korytarze z kolumnami dawały pierwszy przedsmak przepychu, na jaki jeszcze kilkakrotnie natrafiliśmy, zwiedzając znane maskackie budowle.
Na zdjęciu Mutrah Corniche - długi nadmorski deptak w dzielnicy Mutrah. Spędziliśmy w tym miejscu dłuższą chwilę, czekając na zmierzch i na to, by widoczny na zdjęciu meczet został ładnie podświetlony. Tak czekaliśmy, czekaliśmy i się nie doczekaliśmy :).
Zajrzeliśmy też na bodaj najbardziej znany suk w Omanie, czyli Mutrah Suk. Oficjalna nazwa tego miejsca to Al-Dhalam, czyli w tłumaczeniu "ciemność". Nazwa wzięła się stąd, że niemal całe targowisko jest zadaszone i promienie słoneczne nigdy tu nie dochodzą.
Panował tu całkiem spory ruch i już na samym początku gdzieś nam się zawieruszył Adam. Oczywiście, pechowo, akurat nie miał przy sobie telefonu. Mając na uwadze poziom bezpieczeństwa w Omanie, wielkiego stresu nie było, ale trwało to naprawdę dłuższą chwilę, nim go odnaleźliśmy w tym labiryncie alejek.
Dziś Mutrah Suk jest przeznaczony głównie dla turystów, ceny są adekwatne, choć sprzedawcy byli skłonni do negocjowania i opuszczania cen. W odróżnieniu do suku w Nizwie, tutaj sprzedawcy byli dość nachalni.
O ile dobrze pamiętam, w tym coffee shopie kupiliśmy smaczną tortillę z falafelem za 3 zł, a same falafele za 1 zł.
Cały kwartał suku był wypełniony sklepami z biżuterią, było ich mnóstwo. Jako że zwiedziliśmy podobne, choć nieco mniejsze miejsca w Nizwie, Sur czy Bahli, to Mutrah nie zrobił na nas jakiegoś oszałamiającego wrażenia. Warto jednak dodać, że właśnie dzielnica Mutrah jest uważana za najstarszą dzielnicę Maskatu. Przy tym jest to dzielnica, do której nowoczesność i modernizacja dotarły w ograniczonym zakresie.
W okolicy miejscem wartym odwiedzenia jest jeszcze fort Mutrah, położony na wzgórzu, z trzema wieżami. My tam jednak nie dotarliśmy. A jak stary jest Maskat? Pierwsze wzmianki o Maskacie, choć pod innymi nazwami, możemy znaleźć już u Ptolemeusza w I w. n.e. i już wówczas miejsce to było istotnym portem. Jednak taki Maskat, jaki jest obecnie, to dzieło ostatnich 50 lat i rozwoju za sułtana Kabusa.
Na zdjęciu dania z jedynej restauracji serwującej typowo omańskie dania, w jakiej byliśmy podczas całego pobytu w Omanie. Było smacznie, ale jako że czekaliśmy na jedzenie skandalicznie długo, to nie będziemy reklamować miejsca :).
Maskat – Wielki Meczet, Opera Królewska
Jeden z marynarzy na rejsie na wyspy Dimaniyat powiedział nam, że Maskat jest piękny, ale naprawdę piękny i fantastyczny jest dopiero wtedy, gdy zapadają ciemności. Postanowiliśmy sami to sprawdzić! Na zdjęciu Wielki Meczet Sułtana Kabusa.
Najważniejsze budowle Maskatu - meczety, opera, co ważniejsze budynki - są efektownie podświetlone. Ale co zauważyliśmy już w mniejszych miastach, które zwiedzaliśmy wcześniej, Omańczycy uwielbiają rozświetlać ciemności. Często jakimiś kolorowymi, migającymi światłami. Pewnie nie każdemu to się spodoba, ale tworzy to wrażenie, że dane miejsce żyje.
Od razu też dodajmy, że jeżdżąc po Maskacie, czy to wieczorem czy w ciągu dnia, należy być bardzo skoncentrowanym z uwagi na często bardzo skomplikowane, wielopoziomowe skrzyżowania. Zdarzyło się, że skręciliśmy nie w tę łącznicę, co trzeba (a pomylić się jest nietrudno) i droga do celu wydłużyła nam się z 2 km do 8 km.
Góry w panoramie Maskatu to niezwykle charakterystyczny obrazek. Tak jak wspomnieliśmy, na całej swojej długości stolica Omanu jest ograniczona przez góry, zatem widać je w bardzo wielu miejscach. Na jednym ze zboczy umieszczono bardzo duży napis MUSCAT, który szczególnie dobrze widoczny stawał się w ciemności. To był taki nasz punkt orientacyjny w Maskacie, wskazujący, że już niedaleko do naszego hotelu.
Punktem obowiązkowym wizyty w Maskacie jest wizyty w Wielkim Meczecie Sułtana Kabusa. I od razu ważne zastrzeżenie - turyści mogą odwiedzać meczet od soboty do czwartku, w godz. 8-11. W piątki meczet jest dla turystów zamknięty. I druga sprawa - na początku stycznia 2025 roku wstęp do meczetu był darmowy. Jednak raptem tydzień po naszej wizycie wprowadzono opłaty za wstęp w wysokości 8 OMR (ok. 85 zł) za dorosłego.
Aby zwiedzić meczet, należy przestrzegać dress codu - długie spodnie, zakryte ramiona, a u kobiet dodatkowo zakryte włosy. Nie wolno wnosić też plecaków. Spodziewaliśmy się, że będzie jakaś szatnia na plecaki albo szafki. A tu niespodzianka - powiedziano nam, że należy rzucić plecak luzem przed wejściem. This is Oman :).
Parę słów o historii powstania tego meczetu. Pomysłodawcą tej budowli był sułtan Kabus. Wybrano brytyjską firmę projektową i w 1994 roku rozpoczęto budowę. Trwała ona 6,5 roku i w 2001 roku sułtan Kabus uroczyście otworzył największy i najefektowniejszy meczet w kraju. Zbiegło się to zresztą z 30-leciem rządów Kabusa.
Oglądając wnętrza największej sali modlitewnej, mogącej pomieścić 6 500 wiernych kilka liczb. Sala ta ma wymiary 74x74 metry oraz 50 metrów wysokości. Wchodząc do środka ma się poczucie ogromnych rozmiarów. Podaje się, że jednorazowo może modlić się 20 000 wiernych, przy czym większość z nich może pomieścić się w rozległych korytarzach przed meczetem, rozmaitych placach i przestrzeniach otwartych.
Szczególnie efektowne w meczecie są dwa jego elementy. Pierwszym jest ogromny, pięknie zdobiony dywan, wyprodukowany w Iranie. Oczywiście wykonany ręcznie, w chwili wykonania był największym dywanem na świecie (4300 m2), obecnie jest drugi, po dywanie w meczecie w Abu Zabi. Drugim efektownym elementem są przepiękne żyrandole, a pośrodku meczetu wisi największy i najładniejszy z nich. Liczy on 14 metrów wysokości, ma 1122 żarówki i aż 600 000 kryształów Svaroskiego. Jest to dzieło włoskiej firmy Faustig i podobnie jak dywan, był to największy żyrandol na świecie, do momentu oddania do użytku meczetu w Abu Zabi.
Oczywiście same zdobienia w meczecie też były imponujące. My zwróciliśmy uwagę na to, że w licznych bocznych korytarzach z kolumnami znajdowały się bogate zdobienia na kształt drzwi. Okazało się, że chciano przedstawić w ten sposób rozmaite motywy zdobnicze, pogrupowane je w ozdoby perskie, arabskie, a Azji Centralnej, tureckie i jeszcze parę innych, Bardzo fajna była możliwość porównania różnych stylów w zdobieniach. W samym meczecie nie bawiono się już w miszmasz i zdobienia są w stylu arabskim.
Meczet to było jedno z tych miejsc w Omanie, gdzie były tłumy turystów. Chyba jeszcze tylko w Wadi Shab mnogość turystów nieco przeszkadzała. Choć turystyka zyskuje na znaczeniu w Omanie, powstają nowe hotele, są zachęty ze strony władz, by turystów było więcej, ale na razie Oman nie jest (jeszcze?) zadeptany przez turystów.
Obok głównej sali, która w zamierzeniu jest miejscem modlitewnym dla mężczyzn, jest też znacznie mniejsza sala dla kobiet, która mieści 700 osób.
Jak powszechnie wiadomo muzułmanie dzielą się na szyitów i sunnitów. To znaczne uproszczenie, gdyż istnieje też trzeci odłam - charydżyci. Ten odłam dalej dzieli się na różne grupy, a jedną z nich są ibadyci. Wspominamy o tym dlatego, że dominującym odłamem islamu w Omanie jest właśnie ibadytyzm. Cechuje się on znacznie większą tolerancją wobec innowierców, ale też innych odłamów islamu niż ma to miejsce w przypadku sunnitów i szyitów. Wydaje się, że te cechy bardzo pasują do pokojowego i życzliwego nastawienia Omańczyków.
Warto też zaznaczyć, że sam meczet zajmuje tylko niewielką część całego kompleksu. Pobudowano tu wiele pomocniczych budynków (czytelnia, biblioteka, administracja, islamskie centrum informacyjne), wszystko bogato zdobione, z kamienia i marmuru. Uwagę zwracały zwłaszcza chodniki, w których odbijały się te budynki.
Podsumowując - Wielki Meczet Sułtana Kabusa bezwzględnie należy zobaczyć. Jest to piękna, bogato zdobiona, robiąca wrażenie budowla.
Drugą budowlą, którą na pewno warto zwiedzić jest Opera Królewska. Zdobycie biletów na spektakle jest karkołomnym przedsięwzięciem. Bilety często są wyprzedawane w ciągu kilku godzin od uruchomienia sprzedaży na przedstawienia, które odbędą się za kilka miesięcy. Niemniej, sam gmach można i warto zwiedzić.
Opera powstała za sprawą sułtana Kabusa, który był miłośnikiem tej dziedziny sztuki. Kabus pragnął posiadać operę, ale nie taką zwyczajną, tylko wspaniałą, nowoczesną operę, w której będą występować najbardziej znani artyści na świecie. Trzeba przyznać, że dopiął swego.
Budynek oddano do użytku w 2011 roku, po 4 latach budowy. Użyto w nim wielu bardzo nowoczesnych rozwiązań, a o wielu szczegółowych rozwiązaniach decydował sam sułtan. Co ciekawe, opera nie powstała z pieniędzy publicznych, ale z prywatnych pieniędzy sułtana, który następnie ofiarował operę w darze narodowi. I jako że jest to dar, to postanowiono nie zarabiać na operze. Dlatego ceny biletów są na bardzo rozsądnym poziomie, nawet miejsca VIP nie miały jakichś kosmicznych cen.
Już od wejścia do środka czuć luksus i prestiż. W hallu i przedsionkach zaprezentowano zdobienia z różnych kultur. Za to na sali głównej mogli się już wykazać tylko omańscy rzeźbiarze i artyści.
Otwarcie opery zostało uświetnione przez jednego z największych tenorów na świecie Placido Domingo, a w kolejnych latach wystawiano tu najlepsze opery i przedstawienia. Zamierzeniem władz Omanu jest to, by Omańczycy zapoznali się z innymi kulturami, ale też by Oman miał miejsce, gdzie może zaprezentować swój dorobek obcokrajowcom.
Bardzo fajnie było zorganizowane zwiedzanie. Przewodnik dość zwięźle, ale ciekawie opowiedział, skąd wziął się pomysł na powstanie, ciekawostki dotyczące budowy oraz nieco szczegółów odnośnie wykończenia i samego funkcjonowania opery. Niektóre rozwiązania są naprawdę ciekawe - możliwość chowania pod podłogą kilku pierwszych rzędów, aby powiększyć scenę, podobnie ruchome niektóre loże VIP. Największa sala ma pojemność do 1100 miejsc.
Takie samo oprowadzenie przydałoby się w Wielkim Meczecie, gdzie trochę brakowało nam informacji. Opera bardzo nam się spodobała, a warto wiedzieć, że tworzy ona kompleks budynków wraz z restauracją i niewielkim, ale luksusowym centrum handlowym.
Ten bardzo ciekawie przystrojony pan powitał nas w restauracji syryjskiej, w której zjedliśmy nasz ostatni obiad w Maskacie. Na zdjęciu tego dobrze nie widać, ale ta misterna złota konstrukcja za jego plecami była do niego przyczepiona pasami i na powitanie pan nalał nam z tej konstrukcji powitalny kubek z jakąś ich specjalnością. Restauracja była z gatunku tych nieco droższych i w końcu udało nam się wydać na obiad kwotę porównywalną do polskich restauracji. Wcześniej zamawiając górę jedzenie dostawaliśmy rachunki po 7-9 OMR (75-100 zł).
I na koniec historia z autem. Na cały pobyt wypożyczyliśmy SUV-a z napędem 4x4, Renault Dustera. Zwykłe, niczym nie wyróżniające się auto, które dobrze spełniło swoją rolę na pustyni i górskich drogach. Dzień przed oddaniem auta wypożyczalnia zapytała nas, czy nie zechcielibyśmy oddać Dustera dzień wcześniej, a oni dadzą nam inne auto. Okej, poszliśmy im na rękę i dostaliśmy pięknego, jaskrawo żółtego sportowego MG GT. Jazda po maskackich ulicach tym autkiem dała nam ostatniego dnia sporo radości :). I na tym kończymy naszą opowieść o Omanie.
Podsumowanie
Czasem chwalimy jakieś miejsca bardziej, czasem mniej. Do Omanu nie mamy żadnych „ale”. Ten kraj po prostu nas oczarował. Fantastyczne miejsce, świetnie spędzone 9 dni, mnóstwo pozytywnych wrażeń. Oman nie jest w Polsce bardzo znany, rzadko stanowi też cel turystycznych wojaży, ale jeśli ktoś lubi poznawać nowe kultury, ciekawe miejsca i po prostu miło spędzić czas, to Oman jest do tego idealny. My jesteśmy zachwyceni i gorąco ten kraj polecamy!
PS. Polecamy również naszą relację, którą prowadziliśmy na naszym profilu na Instagramie. Relacja dostępna jest w zapisanych stories.
Eve Johnson
interesting