Dlaczego Rugia?
Na Rugię chcieliśmy wybrać się od dłuższego czasu. Jednak przy planowaniu tygodniowych czy 10-dniowych wakacji zawsze bardziej atrakcyjna okazywała się inna opcja, z kolei wyjazd weekendowy wydawał się być zbyt krótki, by w miarę rzetelnie zwiedzić tę wcale nie tak małą wyspę. No i wreszcie wszystko się zgrało – korzystnie ułożone wolne dni na początku maja plus optymistyczne prognozy pogody zachęciły nas do spędzenia 5 dni (choć odliczywszy dojazd, tak naprawdę 4) na Rugii.
Bo Rugia to świetny pomysł właśnie na przedłużony weekend. Ta niemiecka wyspa na Morzu Bałtyckim leży stosunkowo blisko naszych granic – z Poznania można tam dojechać w 4-5 godzin. Również maj to znakomity moment na odwiedzenie Rugii. Nie tylko z powodu braku tłoku turystów, których w sezonie jest tu bardzo dużo, ale z powodu bardzo licznych, rozciągających się po horyzont żółtych pól rzepaku, które tworzą obłędny widok.
Jak zwiedzać Rugię?
Bardzo popularnym środkiem na przemieszczanie się po wyspie jest rower. Infrastruktura rowerowa jest tam naprawdę dobrze rozwinięta – sporo bardzo dobrych, asfaltowych ścieżek rowerowych, liczne wypożyczalnie rowerów, punkty naprawy rowerów, bardzo dużo miejsc do przypięcia rowerów przed restauracjami, przy plażach i wielu innych miejscach. W związku z tym na ten wyjazd wzięliśmy rowery.
Gdzie nocować na Rugii?
Oferta noclegowa jest dość szeroka, przy czym zdecydowanie łatwiej znaleźć kwaterę na wschodnim wybrzeżu wyspy, co ma swoje uzasadnienie. Właśnie na wschodzie Rugii zlokalizowane są wszystkie najciekawsze turystycznie miejsca i nocowanie w tej części wyspy bardzo ułatwia logistykę. My wybraliśmy nocleg w miejscowości Lancken-Granitz. Stąd bardzo blisko jest do zamku Jagdschloss, tajemniczego kompleksu Prora, uroczych miasteczek Sellin czy Göhren, po sąsiedzku przejeżdża „Pędzący Roland” – zabytkowy parowóz, wreszcie oferta pobliskich plaż też jest bardzo atrakcyjna. Nieco dalej mieliśmy jedynie do parku narodowego Jasmund oraz na wyspę Hiddensee.
Już wymienione powyżej atrakcje mogą zapewnić rozrywkę na kilka dni, a przecież Rugia to trasy rowerowe, trekkingowe (szczególnie w Jasmundzie), parki rozrywki dla dzieciaków, muzea, a nawet spacer po imponującej konstrukcji wśród wierzchołków drzew. Oczywiście nie starczyło nam czasu na wszystkie atrakcje, ale widać jak na dłoni, że nie sposób się tu nudzić.
Kilka porad praktycznych
- koniecznie trzeba zabrać ze sobą gotówkę. W wielu miejscach płacenie kartą było niemożliwe lub też możliwe powyżej 10 euro.
- ze znajomością języka angielskiego jest różnie. W restauracjach menu jest tylko po niemiecku.
- niemal wszędzie trzeba płacić za parkingi, często także w niedziele i w nocy.
- na Rugii, a zwłaszcza na Hiddensee, potrafi wiać i to mocno. Szczególnie może to mieć znaczenie dla rowerzystów na terenach odkrytych. My mieliśmy taki mały przedsmak możliwości wiatru właśnie na Hiddensee, na szczęście tylko na jednym krótkim odcinku.
- w parku narodowym Jasmund należy zostawić auto na parkingu, ok. 3 km od klifów. Od parkingu do klifów jeździ bus, bodaj za 3 euro można skrócić sobie drogę. Absolutnie nie warto tego robić! Szlak przez las do klifów jest po prostu genialny, może nawet lepszy od samych klifów.
- należy być przygotowanym na nieco wyższe ceny niż w Polsce. Dotyczy to zwłaszcza restauracji, ale także wstępów na atrakcje (np. spacer ścieżką wśród koron drzew dla rodziny 33 euro, rejs promem na Hiddensee dla rodziny z rowerami tam i z powrotem 114 euro). Kawa w kawiarni to koszt 3,5-4 euro.
Wideopocztówka z Rugii
Fotorelacja
Stralsund
Dziś jest to spokojne, 60-tysięczne miasto, z portem, ciekawą starówką i burzliwą historią. W skrócie - dawno temu mieszkali tu Słowianie, od których wywodzi się nazwa miasta (od słowiańskiego słowa strela - strzała), którzy jednak zostali wyparci przez plemiona germańskie. Prawa miejskie Stralsund zyskał w 1234 roku.
Znając już nieco rys historyczny, przejdźmy do tego, co warto zobaczyć w Stralsund. Najważniejsze i najciekawsze atrakcje miasta są skupione na stosunkowo niewielkiej starówce i wystarczy nieco dłuższy spacer, by je po kolei obejrzeć. Na zdjęciu pozostałości klasztoru św. Jana, który został zniszczony w trakcie bombardowań alianckich i już go nie odbudowano.
Centralnym punktem miasta jest Alter Markt, przy którym stoi widoczny na zdjęciu gotycki ratusz. Jego budowa trwała 150 lat! Jak na tak długi okres budowy, można było oczekiwać czegoś bardziej okazałego🙂. W tle natomiast mamy wieżę katedry św. Mikołaja, wzorowanej na kościele mariackim w Lubece. Także tę budowlę wznoszono 150 lat.
Przeszliśmy się na Neuer Markt, który jednak nie robi zbyt pozytywnego wrażenia. Plac jest zabetonowany, zamieniony w parking, co bardzo wpływa na odbiór tego miejsca. Przy rynku stoi monumentalny kościół mariacki, z którego wieży można podziwiać panoramę miasta. No ale niestety, 1 maja... Na zdjęciu natomiast porośnięty przez pnącza kościół św. Ducha, wokół którego są urokliwe uliczki ze starymi domkami.
Podsumowując - Stralsund zasłużenie znalazł się na Liście Dziedzictwa UNESCO, ma bardzo ciekawą starówkę z dobrze zachowanymi dziesiątkami, a nawet setkami kamienic. Na pewno warto zatrzymać się tu na kilka godzin, pospacerować po starówce, a w porcie spróbować tutejszej specjalności - śledzia w bułce a'la bismarck.
Hiddensee
Jednym z miejsc, które koniecznie chcieliśmy zwiedzić, będąc na Rugii, była mała wysepka Hiddensee. Ma ona ledwie 19 km2 powierzchni, mieszka na niej ciut ponad 1000 osób, ale przede wszystkim jest to miejsce, którego cywilizacja nie dogoniła jeszcze ze swoimi wszystkimi zdobyczami. I dlatego chcieliśmy Hiddensee odwiedzić. Najpierw jednak smaczne śniadanie w Schillings Gasthof 🙂.
Jak można poruszać się po Hiddensee? Opcje są trzy. 1. pieszo - biorąc pod uwagę odległości (wyspa ma 17 km długości) jest to opcja nieco kłopotliwa. 2. wozami ciągniętymi przez konie - to z kolei opcja dość droga (25 euro od osoby), no i można poruszać się po z góry ustalonej trasie. 3. rowery - pozwala to na w miarę szybkie poruszanie się i dojechanie praktycznie w każde miejsce. I właśnie na opcję rowerową postawiliśmy.
Nie ma natomiast opcji jeżdżenia autem. Hiddensee jest bowiem wyłączone z ruchu samochodowego. Choć pojedyncze auta dostawcze czy poczty niemieckiej spotkaliśmy, to dla osób indywidualnych nie ma możliwości jeżdżenia autem. Co gorsza, do naszej pierwszej atrakcji, czyli widocznej na zdjęciu latarni Dornbusch, nie można także dojechać rowerem! Znaki wyraźnie zakazywały dalszej jazdy jednośladem, zatem rowery zostawiliśmy i dalej udaliśmy się na piechotę.
Z latarni Dornbusch z wysokości ok. 20 metrów mamy panoramę na samo Hiddensee, a także na wybrzeże Rugii. Co ciekawe, jeszcze kilkaset lat temu Rugia i Hiddensee stanowiły jedną wyspę. W wyniku powtarzających się sztormów w 1308 roku Hiddensee utraciło połączenie lądowe z Rugią i dziś dzieli je cieśnina, szeroka od 400 metrów na północy, po 4 kilometry na wysokości Schaprode.
Kościół Inselkirche w miejscowości Kloster jest ostatnią pozostałością po klasztorze cystersów, od którego zresztą wzięła się nazwa miejscowości. To drugi kościół w tym miejscu, pierwszy został zbudowany w XIV wieku, a ten na zdjęciu w XVIII wieku. Kościół otoczony jest przez cmentarz - tu widać najstarsze groby, natomiast za kościołem są te nieco nowsze. Na cmentarzu pochowano najznamienitszych mieszkańców wyspy, m.in. Gerharta Hauptmanna, noblistę z kategorii literatura.
Symbolem Hiddensee i także Rugii jest rokitnik, roślina ozdobna z gatunku oliwnikowatych. Występuje w Europie i Azji, w szczególności w okolicach Morza Bałtyckiego. Z uwagi na małe wymaganie często jest sadzony na wydmach, aby zapobiegać erozji, a w niektórych obszarach, właśnie na Hiddensee, jest wykorzystywany przy wytwarzaniu rozmaitych przetworów, a także alkoholi. Naszą wesołość wzbudził spory baner w jednym z rugijskich miasteczek - Rokitnik to rugijska odpowiedź na kiwi! Mieliśmy nadzieję zobaczyć kwitnącego rokitnika z charakterystycznymi pomarańczowymi owocami, ale niestety najwyraźniej kwitnie on w innej porze roku.
Czas na kilka słów o wyspie Hiddensee. Jest ona z jednej strony częścią Parku Narodowego Vorpommersche Boddenlandschaft (jest to trzeci co do wielkości park narodowy w Niemczech, obejmuje także kilka innych wysp i półwyspów wokół Hiddensee), przy czym najcenniejsze przyrodniczo tereny znajdują się na północnym (rokitnik) i południowym (wrzosowiska) skrawku wyspy. Na wyspie zimują też żurawie - przylatuje ich w te okolice ok. 30 tysięcy.
Wracając jeszcze na chwilę do rowerów - można przypłynąć na wyspę z własnym rowerem lub też wypożyczyć rower na miejscu. Zastanawialiśmy się, która opcja będzie lepsza, ale własny rower miał jeden ogromny plus. Mianowicie można było przypłynąć na Hiddensee do jednej miejscowości (w naszym przypadku był to Kloster), a odpłynąć z innej (u nas Neuendorf). Dlaczego to takie ważne? Otóż oszczędziło nam to jazdy powrotnej i prawie 10 km drogi (które trzeba by pokonać, żeby zwrócić rowery). Lepiej ten czas przeznaczyć na relaks na plaży czy choćby zwiedzenie muzeum Gerharta Hauptmanna.
I tym sposobem przechodzimy do najsłynniejszego mieszkańca Hiddensee, Gerharta Hauptmanna, którego dom widzimy na zdjęciu. Mieści się tam muzeum poświęcone pamięci tego wybitnego dramaturga i powieściopisarza. Hauptmann był przedstawicielem nurtu naturalistycznego w teatrze, a za swoją twórczość został uhonorowany nagrodą Nobla w 1912 roku. Jego grób znajduje się w pobliskim Kloster, co wcale nie było takie oczywiste. Hauptmann zmarł bowiem w 1946 na Dolnym Śląsku i zorganizowanie transportu zwłok do Niemiec trwało półtora miesiąca.
W opisie tej plaży zawarto frazę "nie jest polecana dla rodzin z dziećmi". Na tyle nas to zaintrygowało, że zajechaliśmy obejrzeć sobie tę plażę. No i zdania mieliśmy podzielone - ja przychylałem się do opinii, że faktycznie te kamienie trochę przeszkadzają (w zasadzie zejście do wody było niemożliwe), natomiast Adam uważał, że ta plaża jest o wiele ciekawsza od zwykłej plaży i jemu bardzo się tu podoba.
Ciekawa jest historia lasów na Hiddensee. Przed setkami lat rósł tu las dębowo-klonowy. Gdy w XVII wieku wyspę zdobywali Szwedzi, wycofujące się wojska niemieckie spaliły całkowicie las, aby drewno nie mogło posłużyć Szwedom do budowy statków. Przez kolejne dwieście lat na Hiddensee nie rosły żadne drzewa, a gdy znów wróciły rządy niemieckie, to zasadzono drzewa na nowo, tym razem głównie sosny i klony.
Znalezienie restauracji, w której można zjeść obiad, wcale nie było takie proste. Jedna miała mocno średnie oceny, dwie kolejne otwierały się dopiero po 16.00, co dla nas było za późną godziną i widmo głodowania zaczynało nam zaglądać w oczy. Na szczęście otwarta była knajpka w Neuendorf - Pension & Gaststätte Zur Boje. Wystrój bardzo fajny, ceny wysokie, jedzenie dobre, choć nie wybitne.
Na samym końcu, wracając już do Neuendorf, poczuliśmy mały przedsmak tego, jak wiatr może utrudniać życie na Hiddensee. Te trzy ostatnie kilometry na otwartym terenie pod silny wiatr kosztowały nas więcej sił niż poprzednie dziesięć. Na zdjęciu widoczna jest flaga Hiddensee. Stworzenie na niebieskim tle to konik morski, co stanowi nawiązanie do... kształtu wyspy, faktycznie przypominającego nieco konika morskiego.
Na koniec małe podsumowanie. Hiddensee na pewno jest warte odwiedzenia, choć nie ma tu jakichś rzucających na kolana atrakcji. Bardzo fajna jest natomiast ta sielska atmosfera, domy ze strzechą, brak zgiełku, aut. Rozkład promów jest tak ułożony, że na zwiedzanie wyspy jest czas od 11 do 18, co wystarcza, żeby bez pośpiechu objechać rowerem całą wyspę. Na taką wycieczkę warto wybrać słoneczny, bezwietrzny dzień.
Trekking w Parku Narodowym Jasmund
Planem na kolejny dzień był trekking po Parku Narodowym Jasmund. Ale po drodze był przejazd kolejowy. Światła zaświeciły się dokładnie w momencie, gdy podjeżdżaliśmy. Chłopacy byli zachwyceni, bo już im wcześniej opowiedziałem o "Pędzącym Rolandzie". Czym prędzej wysiedli zatem z auta i czekając na Rolanda znaleźli takie ładny mural.
Parking jest zlokalizowany ok. 3 km od Königsstuhl i można ten dystans pokonać pieszo, ale można też kupić bilet na autobus kursujący między parkingiem i centrum dla zwiedzających nieopodal Königsstuhl. Ostrzegamy - ogromnym błędem jest pójście na łatwiznę i jazda autobusem. Spacer przez las był fantastyczny, równie ciekawy, co późniejsze podziwianie klifów.
Jasmund jest najmniejszym parkiem narodowym w Niemczech, ma powierzchnię tylko 30 km2. Został też całkiem niedawno utworzony, bo w 1990 roku. Jego najcenniejszymi walorami są wspomniany przed chwilą las bukowy oraz wybrzeże złożone z klifów kredowych. Na terenie parku znajduje się też najwyższy szczyt Rugii - mierzący 161 metrów n.p.m. Piekberg.
Po godzince niespiesznego spaceru dotarliśmy do wybrzeża. Wiedzieliśmy, że widok na klify będzie taki sobie. Jest też opcja rejsu statkiem z Sassnitz i obserwacji klifów od strony morza, jednak po analizie cen oraz obejrzeniu filmików z tych statków (płynęły one dość daleko od brzegu, przez co widok na klify był taki sobie) stwierdziliśmy, że lepiej jednak wybrać opcję pieszą.
A oto najsłynniejsza formacja skał kredowych w Jasmund o nazwie Königsstuhl, czyli królewskie krzesło. Wznosi się ona na wysokość 117 m n.p.m. i spośród innych skał kredowych wyróżnia się lśniąco białą barwą. Trzeba przyznać, że w promieniach słońca faktycznie wyglądała imponująco, choć bujna roślinność nieco zasłaniała widok.
Niestety, działalność człowieka mocno przyspieszyła proces erozji. Gdy w XIX wieku budowano port w pobliskim Sassnitz, potrzebowano dużych głazów, Takie znajdowały się na płytkich wodach właśnie w Jasmundzie. Głazy wydobyto, port zbudowano, ale nie przewidziano, że te głazy były naturalną zaporą przeciwerozyjną. Bez głazów erozja postępuje znacznie szybciej, a jej skutki widać choćby w tle tego zdjęcia.
Parowozów jest osiem, wagonów jeszcze więcej, w tym wagon odkryty, tzw. letniak, a całość nosi sympatyczne miano "Pędzącego Rolanda". Choć przydomek pędzący został chyba nadany prześmiewczo, bo 24-kilometrową trasę Roland pokonuje w nieco ponad godzinę. Słyszalny z daleka i strasznie dymiący składa słyszeliśmy i widzieliśmy wielokrotnie, zwłaszcza w trakcie naszej wycieczki rowerowej.
Prora
O tajemniczym miejscu zwanym Prora usłyszeliśmy dość dawno temu, w programie dokumentalnym poświęconym porzuconym konstrukcjom. Nie wiedzieliśmy wtedy, że będziemy mieli okazję obejrzeć to miejsce na własne oczy. Ale skoro to był program o porzuconych konstrukcjach, to skąd to zdjęcie nowych bloków?
Zaraz do tego dojdziemy, najpierw jednak krótki rys historyczny. Prora to projekt nazistów, ich plan na masowy wypoczynek dla ciężko pracujących przez cały rok obywateli. Plany były bardzo ambitne - na wybrzeżu Rugii chciano postawić gigantyczny kompleks bloków z 10 tysiącami pokojów, w którym jednocześnie mogłoby wypoczywać 20 tys. ludzi. Do tego miała być jeszcze cała infrastruktura, m.in. z dwoma basenami, kinem i kilkoma restauracjami. Projekt został nagrodzony na Wystawie Światowej w Paryżu. Budowa ruszyła w 1936 roku.
Na budowie pracowało 9 tys. robotników i prace szybko posuwały się naprzód. W momencie wybuchu wojny projekt był mocno zaawansowany - ukończono 4 z planowanych 8 sześciopiętrowych bloków, a pozostałe były w trakcie budowy. Razem te 8 bloków miało się ciągnąć przez 4,5 km wzdłuż wybrzeża! Na zdjęciu widać część kompleksu nieodnawianego od lat 30. ubiegłego wieku i budynek niedawno odnowiony.
Gdy zaczęła się wojna, inne potrzeby okazały się pilniejsze i budowa Prory została zarzucona. Nieukończony projekt stał się kulą u nogi dla kolejnych zarządców. Pod koniec wojny w części kompleksu umieszczono uchodźców wojennych, natomiast po wojnie 3 najmniej zaawansowane w budowie bloki rozebrano, przez co długość kompleksu zmalała do "tylko" 2,5 km. Pozostałe zamieniono na koszary, najpierw Armii Czerwonej, a potem armii NRD. Nietrudno zgadnąć, że pod zarządem wojska obiekty ulegały stopniowej degradacji.
Warto też dodać, że 5 bloków, które przetrwały do naszych czasów, zostało poważnie przebudowanych na początku lat 50. i w efekcie wnętrza bloków mocno różniły się od założeń z nagrodzonego na Wystawie Światowej projektu. Po zjednoczeniu Niemiec wojsko straciło zainteresowanie kompleksem, który stał się wzorcowym miejscem dla serii "Porzucone konstrukcje".
Przeszliśmy się wzdłuż dwóch bloków, zajęło nam to trochę czasu, ale było to naprawdę ciekawe. Zwłaszcza porównanie części odnowionej i niszczejącej. Po przejściu na stronę "od morza" lekko zaskoczyło nas, że z okien kompleksu nie ma widoku na morze. Pas drzew zabiera potencjalnie ładny widok. A na miejscu tej trawy wedle projektu rewitalizacji powinny być baseny i miejsca na relaks. Reasumując - Prora jest miejscem niezwykłym, z pasjonującą historią, które zmienia się na naszych oczach. Bardzo możliwe, że jeśli wrócimy tu za kilka lat, to miejsce będzie wyglądać zupełnie inaczej.
Wycieczka rowerowa przez Jagdschloss, Sellin, Göhren, Klein Zicker
Na ostatni pełny dzień zaplanowaliśmy ambitną wyprawę rowerową. Znaleźliśmy wycieczkę, która zawierała przejazd przez wszystkie najciekawsze miejsca w południowo-wschodniej Rugii, a przy tym w zdecydowanej większości prowadziła ścieżkami rowerowymi. Startując trzymaliśmy kciuki za pogodę - tego dnia mogło coś z nieba spaść. W tle nasz apartament, który możemy z czystym sumieniem polecić - Apartmentanlage Lancken-Granitz.
Gdy dojechaliśmy do Jagdschloss Granitz, potrzebowaliśmy kilku chwil, aby złapać oddech. Zamek ten jest najczęściej odwiedzanym zamkiem w Meklemburgii. Powstał w połowie XIX wieku i był chętnie odwiedzany przez znamienitych gości - króla Prus, króla Danii czy kanclerza Bismarcka. Po II Wojnie Światowej przeszedł na własność państwa. Po upadku komunizmu syn dawnych właścicieli próbował odzyskać zamek, ale sądy odrzuciły jego żądania. Zamek można zwiedzać, ale mając przed sobą jeszcze długą drogę stwierdziliśmy, że kilka zamków już zwiedziliśmy i na ten jeden nie mamy szczególnego ciśnienia.
Zamek jest na wysokości 107 metrów n.p.m., Sellin jest kilka metrów n.p.m., zatem droga z zamku do Sellin była czystą przyjemnością 🙂. Samo Sellin jest uroczym kurortem, z wieloma efektownymi willami, a najładniejsza jest reprezentacyjna aleja Wilhelmstraße. Przy tej alei znaleźliśmy restaurację, którą pragniemy polecić - w restauracji Glückauf byliśmy dwa razy i za każdym razem, w przypadku każdego dania byliśmy wręcz oczarowani. Absolutni mistrzowie w swoim fachu.
Seebrücke w Sellin jest szczególnie imponujące, gdyż na początku molo zbudowano całkiem sporą i bardzo efektowną restaurację. Na zdjęciu po lewej stronie widać, jak wyglądała pierwotna konstrukcja z 1906 roku. Była ona jeszcze dłuższa niż obecna, liczyła aż 508 metrów! Zatory lodowe i pożary kilka razy niszczyły molo w Sellin, obecna wersja powstała w 1998 roku.
Jeszcze w Sellin Adam zaczął się skarżyć, że kierownica roweru obciera mu dłonie. I że bardzo przydałyby mu się rękawiczki rowerowe. Misja zdobyć rękawiczki nie była taka prosta, ale w wypożyczalni rowerowej uzyskaliśmy namiary na sklep w następnej miejscowości i ku ogromnej radości Adama znaleźliśmy nam dla niego rękawiczki. W doskonałych humorach dojechaliśmy do Göhren, kolejnego miejsca w tej okolicy, którego nazwa pochodzi z języka słowiańskiego. Oczywiście Göhren ma swoje molo, także imponujące, o długości 270 metrów.
Kwestia obiadu okazała się dość problematyczna. Wszystkie dobrze oceniane knajpy otwierały się dopiero o 16-17, a działały jedynie te kiepskie. Byliśmy już mocno głodni, więc zatrzymaliśmy się na rybę w bułce w Mönchguter Fischbüdchen Lobbe. Okazało się to tak dobre, że Jaś kupił jeszcze jedną bułkę.
... a druga część aktywnie spędzała ten czas. Nasz mały mors nie zniechęcił się informacją, że woda w morzu ma tylko 13 stopni, skrytykował mamę, że nie wzięła kąpielówek i stwierdził, że wchodzi do wody. Akurat w tym miejscu dno był tak fajnie ukształtowane, że najpierw miał wodę do połowy ud, ale gdy poszedł dalej, nagle zrobiło się płytko i miał wody do kostek. Takie ukształtowanie dna powodowało też, że fale przy brzegu były minimalne.
Podsumowanie naszej wycieczki - przejechanych 56 kilometrów, czas 9 godzin, przy czym oczywiście wiele razy zsiadaliśmy z rowerów, by coś ciekawego zobaczyć. W sporej części jechaliśmy ścieżkami rowerowymi, ale kilka krótszych fragmentów musieliśmy też jechać zwykłymi drogami. Cała wycieczka podobała nam się, zwłaszcza dlatego, że co chwilę coś się działo, była duża zmienność krajobrazów, nie było nudy. Na następnym slajdzie pokażemy ślad całej naszej trasy.
Ścieżka w koronach drzew, Putbus
Rugia oferuje wiele różnych atrakcji - muzea, parki rozrywki, aquaparki i pewnie jeszcze kilka innych. Na jedną z takich atrakcji postanowiliśmy się wybrać. Dzieciom powiedzieliśmy tylko, że będzie to niespodzianka. Pierwsze podejście mieliśmy dwa dni wcześniej ale zajechaliśmy tu chwilę przed 18, a obiekt był czynny do 18, więc musieliśmy ten plan odłożyć na później. Ale tu wróciliśmy 🙂. Na zdjęciu efektowna rzeźba z piasku, która powstawała akurat w momencie, gdy tam byliśmy.
Podobnie jak w innych miejscach na Rugii, ceny wstępu na tą atrakcję nie były niskie (33 euro za bilet rodzinny plus jeszcze dodatkowo płatny zjazd zjeżdżalnią na końcu), ale opuszczaliśmy to miejsce usatysfakcjonowani, a pewnie gdyby była ładna słoneczna pogoda i lepsza widoczność, to bylibyśmy jeszcze bardziej zadowoleni.
Podsumowanie
Nam Rugia bardzo się spodobała. Nie ma tu dużych miast, jest trochę atrakcji przyrodniczych, trochę zabytków, trochę rozrywki, wreszcie w niewielkich miasteczkach jest po prostu ładnie. Dojazd na Rugię jest bezproblemowy – autostrada wiedzie aż do Stralsund, z zachodniej części Polski można na Rugię dojechać w 3-5 godzin. Gdybyśmy zostali na Rugii jeszcze dzień czy dwa dłużej, to bez problemu znaleźlibyśmy ciekawe miejsca do zwiedzenia. Jednym słowem – polecamy!
Dodaj komentarz