Na Rugię chcieliśmy wybrać się od dłuższego czasu. Jednak przy planowaniu tygodniowych czy 10-dniowych wakacji zawsze bardziej atrakcyjna okazywała się inna opcja, z kolei wyjazd weekendowy wydawał się być zbyt krótki, by w miarę rzetelnie zwiedzić tę wcale nie tak małą wyspę. No i wreszcie wszystko się zgrało – korzystnie ułożone wolne dni na początku maja plus optymistyczne prognozy pogody zachęciły nas do spędzenia 5 dni (choć odliczywszy dojazd, tak naprawdę 4) na Rugii.
Bo Rugia to świetny pomysł właśnie na przedłużony weekend. Ta niemiecka wyspa na Morzu Bałtyckim leży stosunkowo blisko naszych granic – z Poznania można tam dojechać w 4-5 godzin. Również maj to znakomity moment na odwiedzenie Rugii. Nie tylko z powodu braku tłoku turystów, których w sezonie jest tu bardzo dużo, ale z powodu bardzo licznych, rozciągających się po horyzont żółtych pól rzepaku, które tworzą obłędny widok.
Jak zwiedzać Rugię?
Bardzo popularnym środkiem na przemieszczanie się po wyspie jest rower. Infrastruktura rowerowa jest tam naprawdę dobrze rozwinięta – sporo bardzo dobrych, asfaltowych ścieżek rowerowych, liczne wypożyczalnie rowerów, punkty naprawy rowerów, bardzo dużo miejsc do przypięcia rowerów przed restauracjami, przy plażach i wielu innych miejscach. W związku z tym na ten wyjazd wzięliśmy rowery.
Gdzie nocować na Rugii?
Oferta noclegowa jest dość szeroka, przy czym zdecydowanie łatwiej znaleźć kwaterę na wschodnim wybrzeżu wyspy, co ma swoje uzasadnienie. Właśnie na wschodzie Rugii zlokalizowane są wszystkie najciekawsze turystycznie miejsca i nocowanie w tej części wyspy bardzo ułatwia logistykę. My wybraliśmy nocleg w miejscowości Lancken-Granitz. Stąd bardzo blisko jest do zamku Jagdschloss, tajemniczego kompleksu Prora, uroczych miasteczek Sellin czy Göhren, po sąsiedzku przejeżdża „Pędzący Roland” – zabytkowy parowóz, wreszcie oferta pobliskich plaż też jest bardzo atrakcyjna. Nieco dalej mieliśmy jedynie do parku narodowego Jasmund oraz na wyspę Hiddensee.
Już wymienione powyżej atrakcje mogą zapewnić rozrywkę na kilka dni, a przecież Rugia to trasy rowerowe, trekkingowe (szczególnie w Jasmundzie), parki rozrywki dla dzieciaków, muzea, a nawet spacer po imponującej konstrukcji wśród wierzchołków drzew. Oczywiście nie starczyło nam czasu na wszystkie atrakcje, ale widać jak na dłoni, że nie sposób się tu nudzić.
Kilka porad praktycznych
koniecznie trzeba zabrać ze sobą gotówkę. W wielu miejscach płacenie kartą było niemożliwe lub też możliwe powyżej 10 euro.
ze znajomością języka angielskiego jest różnie. W restauracjach menu jest tylko po niemiecku.
niemal wszędzie trzeba płacić za parkingi, często także w niedziele i w nocy.
na Rugii, a zwłaszcza na Hiddensee, potrafi wiać i to mocno. Szczególnie może to mieć znaczenie dla rowerzystów na terenach odkrytych. My mieliśmy taki mały przedsmak możliwości wiatru właśnie na Hiddensee, na szczęście tylko na jednym krótkim odcinku.
w parku narodowym Jasmund należy zostawić auto na parkingu, ok. 3 km od klifów. Od parkingu do klifów jeździ bus, bodaj za 3 euro można skrócić sobie drogę. Absolutnie nie warto tego robić! Szlak przez las do klifów jest po prostu genialny, może nawet lepszy od samych klifów.
należy być przygotowanym na nieco wyższe ceny niż w Polsce. Dotyczy to zwłaszcza restauracji, ale także wstępów na atrakcje (np. spacer ścieżką wśród koron drzew dla rodziny 33 euro, rejs promem na Hiddensee dla rodziny z rowerami tam i z powrotem 114 euro). Kawa w kawiarni to koszt 3,5-4 euro.
Wideopocztówka z Rugii
Fotorelacja
Stralsund
W drodze na Rugię zatrzymaliśmy się na trzy godziny w Stralsund, mieście, które jest bramą na Rugię. To tu zaczyna się trzykilometrowy most na wyspę, zatem jadąc na Rugię nie sposób jest ominąć Stralsund.
Dziś jest to spokojne, 60-tysięczne miasto, z portem, ciekawą starówką i burzliwą historią. W skrócie - dawno temu mieszkali tu Słowianie, od których wywodzi się nazwa miasta (od słowiańskiego słowa strela - strzała), którzy jednak zostali wyparci przez plemiona germańskie. Prawa miejskie Stralsund zyskał w 1234 roku.
Ważnym momentem w historii miasta było przystąpienie w 1293 roku do związku hanzeatyckiego. Obok Lubeki, Stralsund był najważniejszym miastem Hansy na południowym Bałtyku. W XVI wieku Stralsund był jednym z najważniejszych ośrodków reformacji w północnych Niemczech.
W wiekach XVII i XVIII panowali tu Szwedzi, czego ślady można znaleźć w mieście, a od 1815 roku rządzy przejęli Prusacy. W trakcie II wojny światowej Stralsund ucierpiał na skutek bombardowań alianckich, a w okresie NRD istotna była tylko funkcja portowa. Cierpiały na tym liczne zabytkowe budowle.
Dopiero po zjednoczeniu Niemiec Stralsund, a także Rugia doczekały się lepszych czasów - wiele budowli odnowiono, zbudowano most i dziś centrum Stralsundu prezentuje się bardzo okazale.
Znając już nieco rys historyczny, przejdźmy do tego, co warto zobaczyć w Stralsund. Najważniejsze i najciekawsze atrakcje miasta są skupione na stosunkowo niewielkiej starówce i wystarczy nieco dłuższy spacer, by je po kolei obejrzeć. Na zdjęciu pozostałości klasztoru św. Jana, który został zniszczony w trakcie bombardowań alianckich i już go nie odbudowano.
Nam szczególnie spodobały się budynki poklasztorne przy ulicy Am Johanniskloster. To miejsce odrobinę oddzielone od zgiełku rynku, ciche, spokojne, a przy tym bardzo ładne.
Centralnym punktem miasta jest Alter Markt, przy którym stoi widoczny na zdjęciu gotycki ratusz. Jego budowa trwała 150 lat! Jak na tak długi okres budowy, można było oczekiwać czegoś bardziej okazałego🙂. W tle natomiast mamy wieżę katedry św. Mikołaja, wzorowanej na kościele mariackim w Lubece. Także tę budowlę wznoszono 150 lat.
W środku katedry można podziwiać średniowieczny ołtarz i zegar astronomiczny, ale niestety byliśmy w Stralsund pierwszego maja, co oznaczało, że kościół był zamknięty i musieliśmy zadowolić się obejrzeniem świątyni z zewnątrz.
Jeszcze rzut oka na ratusz i jego najbardziej charakterystyczny element - szczyt składający się z siedmiu smukłych wieżyczek, pomiędzy którymi postawiono ścianę z cegieł z licznymi otworami na okna i inne ozdoby. Przy intensywnie niebieskim niebie całość wygląda bardzo efektownie.
W średniowieczu Stralsund otaczały mury miejskie z 11 bramami i 30 strażnicami. Do czasów dzisiejszych zachował się fragment murów po stronie zachodniej i dwie bramy. Na zdjęciu jedna z nich - Kütertor z 1446 roku, która do połowy XIX wieku pełniła rolę więzienia.
Przeszliśmy się na Neuer Markt, który jednak nie robi zbyt pozytywnego wrażenia. Plac jest zabetonowany, zamieniony w parking, co bardzo wpływa na odbiór tego miejsca. Przy rynku stoi monumentalny kościół mariacki, z którego wieży można podziwiać panoramę miasta. No ale niestety, 1 maja... Na zdjęciu natomiast porośnięty przez pnącza kościół św. Ducha, wokół którego są urokliwe uliczki ze starymi domkami.
Wielkim hitem Stralsund jest Ozenaum - jedno z największych oceanariów w Europie. Bilety nie są tanie, nam spieszyło się na Rugię, a ponadto mieliśmy już okazję zwiedzić obiekt tego typu w Lizbonie, więc odpuściliśmy zwiedzanie.
Podsumowując - Stralsund zasłużenie znalazł się na Liście Dziedzictwa UNESCO, ma bardzo ciekawą starówkę z dobrze zachowanymi dziesiątkami, a nawet setkami kamienic. Na pewno warto zatrzymać się tu na kilka godzin, pospacerować po starówce, a w porcie spróbować tutejszej specjalności - śledzia w bułce a'la bismarck.
Hiddensee
Jednym z miejsc, które koniecznie chcieliśmy zwiedzić, będąc na Rugii, była mała wysepka Hiddensee. Ma ona ledwie 19 km2 powierzchni, mieszka na niej ciut ponad 1000 osób, ale przede wszystkim jest to miejsce, którego cywilizacja nie dogoniła jeszcze ze swoimi wszystkimi zdobyczami. I dlatego chcieliśmy Hiddensee odwiedzić. Najpierw jednak smaczne śniadanie w Schillings Gasthof 🙂.
Jak można dostać się na Hiddensee? Jedynie promem, żadnego mostu na tę wysepkę nie ma. Podróż trwa niespełna godzinę i nie należy do tanich przyjemności - w obie strony z rowerami zapłaciliśmy 114 euro. Mimo tego chętnych na zwiedzenie Hiddensee nie brakowało.
Jak można poruszać się po Hiddensee? Opcje są trzy. 1. pieszo - biorąc pod uwagę odległości (wyspa ma 17 km długości) jest to opcja nieco kłopotliwa. 2. wozami ciągniętymi przez konie - to z kolei opcja dość droga (25 euro od osoby), no i można poruszać się po z góry ustalonej trasie. 3. rowery - pozwala to na w miarę szybkie poruszanie się i dojechanie praktycznie w każde miejsce. I właśnie na opcję rowerową postawiliśmy.
Nie ma natomiast opcji jeżdżenia autem. Hiddensee jest bowiem wyłączone z ruchu samochodowego. Choć pojedyncze auta dostawcze czy poczty niemieckiej spotkaliśmy, to dla osób indywidualnych nie ma możliwości jeżdżenia autem. Co gorsza, do naszej pierwszej atrakcji, czyli widocznej na zdjęciu latarni Dornbusch, nie można także dojechać rowerem! Znaki wyraźnie zakazywały dalszej jazdy jednośladem, zatem rowery zostawiliśmy i dalej udaliśmy się na piechotę.
Płycizny w pobliżu wybrzeża w połączeniu z piaszczystym podłożem dawały fajny efekt dwukolorowego morza. Trzeba też przyznać, że pogoda tego dnia naprawdę dopisywała - było słonecznie, ciepło i przez większą część dnia niemal bezwietrznie.
Z latarni Dornbusch z wysokości ok. 20 metrów mamy panoramę na samo Hiddensee, a także na wybrzeże Rugii. Co ciekawe, jeszcze kilkaset lat temu Rugia i Hiddensee stanowiły jedną wyspę. W wyniku powtarzających się sztormów w 1308 roku Hiddensee utraciło połączenie lądowe z Rugią i dziś dzieli je cieśnina, szeroka od 400 metrów na północy, po 4 kilometry na wysokości Schaprode.
Latarnia Dornbusch została zbudowana z cegły w 1888 roku, a w latach 1927-29 została zmodernizowana i wzmocniona betonem. W 1994 roku latarnię udostępniono turystom, choć przy silnym wietrze wstęp na latarnię jest zakazany. Przy tym nadal pełni funkcję latarni!
Kościół Inselkirche w miejscowości Kloster jest ostatnią pozostałością po klasztorze cystersów, od którego zresztą wzięła się nazwa miejscowości. To drugi kościół w tym miejscu, pierwszy został zbudowany w XIV wieku, a ten na zdjęciu w XVIII wieku. Kościół otoczony jest przez cmentarz - tu widać najstarsze groby, natomiast za kościołem są te nieco nowsze. Na cmentarzu pochowano najznamienitszych mieszkańców wyspy, m.in. Gerharta Hauptmanna, noblistę z kategorii literatura.
W środku Inselkirche, jak to często bywa z kościołami ewangelickimi, jest skromny, ale ładny. Uwagę zwracają elementy morskie w wystroju kościoła.
Ten napis na belce nad drzwiami nieco nas zaintrygował. Nie wygląda to na język niemiecki, a ciekawą wskazówkę dał translator Google, który w tym napisie wykrył język... fryzyjski.
Na początku wspomnieliśmy o możliwości transportu konnego i w trakcie naszej jazdy przez wyspę kilka razy spotykaliśmy takie oto mniejsze i większe wozy ciągnięte przez konie. Wozy z reguły były zapełnione nieco starszymi ludźmi, dla których pewnie opcja piesza i rowerowa były zbyt wymagające.
Symbolem Hiddensee i także Rugii jest rokitnik, roślina ozdobna z gatunku oliwnikowatych. Występuje w Europie i Azji, w szczególności w okolicach Morza Bałtyckiego. Z uwagi na małe wymaganie często jest sadzony na wydmach, aby zapobiegać erozji, a w niektórych obszarach, właśnie na Hiddensee, jest wykorzystywany przy wytwarzaniu rozmaitych przetworów, a także alkoholi. Naszą wesołość wzbudził spory baner w jednym z rugijskich miasteczek - Rokitnik to rugijska odpowiedź na kiwi! Mieliśmy nadzieję zobaczyć kwitnącego rokitnika z charakterystycznymi pomarańczowymi owocami, ale niestety najwyraźniej kwitnie on w innej porze roku.
Czas na kilka słów o wyspie Hiddensee. Jest ona z jednej strony częścią Parku Narodowego Vorpommersche Boddenlandschaft (jest to trzeci co do wielkości park narodowy w Niemczech, obejmuje także kilka innych wysp i półwyspów wokół Hiddensee), przy czym najcenniejsze przyrodniczo tereny znajdują się na północnym (rokitnik) i południowym (wrzosowiska) skrawku wyspy. Na wyspie zimują też żurawie - przylatuje ich w te okolice ok. 30 tysięcy.
Z drugiej strony jest to bardzo popularne miejsce do wypoczynku - można tu wynająć kwaterę, jest też kilka restauracji.
Wracając jeszcze na chwilę do rowerów - można przypłynąć na wyspę z własnym rowerem lub też wypożyczyć rower na miejscu. Zastanawialiśmy się, która opcja będzie lepsza, ale własny rower miał jeden ogromny plus. Mianowicie można było przypłynąć na Hiddensee do jednej miejscowości (w naszym przypadku był to Kloster), a odpłynąć z innej (u nas Neuendorf). Dlaczego to takie ważne? Otóż oszczędziło nam to jazdy powrotnej i prawie 10 km drogi (które trzeba by pokonać, żeby zwrócić rowery). Lepiej ten czas przeznaczyć na relaks na plaży czy choćby zwiedzenie muzeum Gerharta Hauptmanna.
I tym sposobem przechodzimy do najsłynniejszego mieszkańca Hiddensee, Gerharta Hauptmanna, którego dom widzimy na zdjęciu. Mieści się tam muzeum poświęcone pamięci tego wybitnego dramaturga i powieściopisarza. Hauptmann był przedstawicielem nurtu naturalistycznego w teatrze, a za swoją twórczość został uhonorowany nagrodą Nobla w 1912 roku. Jego grób znajduje się w pobliskim Kloster, co wcale nie było takie oczywiste. Hauptmann zmarł bowiem w 1946 na Dolnym Śląsku i zorganizowanie transportu zwłok do Niemiec trwało półtora miesiąca.
W opisie tej plaży zawarto frazę "nie jest polecana dla rodzin z dziećmi". Na tyle nas to zaintrygowało, że zajechaliśmy obejrzeć sobie tę plażę. No i zdania mieliśmy podzielone - ja przychylałem się do opinii, że faktycznie te kamienie trochę przeszkadzają (w zasadzie zejście do wody było niemożliwe), natomiast Adam uważał, że ta plaża jest o wiele ciekawsza od zwykłej plaży i jemu bardzo się tu podoba.
To, co najbardziej podobało nam się na Hiddensee, to taka sielskość, spokój i te domy z dachami pokrytymi strzechą. W połączeniu z brakiem aut całość sprawiała wrażenie, jakby czas zatrzymał się tutaj dobre kilkadziesiąt lat temu.
Dom o nazwie Blaue Scheune (Niebieska stodoła) jest jednym z najbardziej charakterystycznych na całej wyspie. Liczy sobie ok. 200 lat, a swego czasu mieszkała w nim artystka Henni Lehmann.
Dom ten jest ostatnim na wyspie domem zwanym Rauchhaus. Jego niezwykłość polega na tym, że nie ma komina. Dym ulatuje z domu przez szpary i nieszczelności w dachu.
Niedaleko Blaue Scheune było małe jeziorko, w którym rozgrywały się bardzo ciekawe sceny. Ten oto wąż próbował dorwać zieloną żabę, która niemal idealnie wtapiała się w glony. Koniec końców żaba okazała się sprytniejsza.
Nasza młodsza latorośl podjęła wyzwanie rywalizacji z tatą - taka partia to zawsze ciekawe doświadczenie.
W kilku miejscach spotkaliśmy takie sklepiki self-service z wyrobami z rokitnika. Opiera się to na zaufaniu, że kupujący będą postępować uczciwie.
Ten dom, o ciekawej nazwie Hexenhaus (Dom wiedźm) został zbudowany w 1755 roku i uważany jest za najstarszy istniejący dom na Hiddensee.
Ciekawa jest historia lasów na Hiddensee. Przed setkami lat rósł tu las dębowo-klonowy. Gdy w XVII wieku wyspę zdobywali Szwedzi, wycofujące się wojska niemieckie spaliły całkowicie las, aby drewno nie mogło posłużyć Szwedom do budowy statków. Przez kolejne dwieście lat na Hiddensee nie rosły żadne drzewa, a gdy znów wróciły rządy niemieckie, to zasadzono drzewa na nowo, tym razem głównie sosny i klony.
Znalezienie restauracji, w której można zjeść obiad, wcale nie było takie proste. Jedna miała mocno średnie oceny, dwie kolejne otwierały się dopiero po 16.00, co dla nas było za późną godziną i widmo głodowania zaczynało nam zaglądać w oczy. Na szczęście otwarta była knajpka w Neuendorf - Pension & Gaststätte Zur Boje. Wystrój bardzo fajny, ceny wysokie, jedzenie dobre, choć nie wybitne.
O ile pomiędzy latarnią Dornbusch na północy i wioską Neuendorf na południu (ostatnia miejscowość na wyspie, jadąc z północy na południe) spotykaliśmy sporo turystów, to na południe od Neuendorf było już zupełnie pusto, cicho, wozy konne tu już nie docierały.
Pośród przyrody jedynym elementem niepasującym w okolicy była taka oto miniaturowa latarnia Gellen. Ma ona wysokość ledwie 12 metrów n.p.m. i po remoncie z 2002 roku wciąż działa! Kawałek dalej na południe zaczynał się rezerwat ścisły, do którego wchodzić nie wolno.
Na samym końcu, wracając już do Neuendorf, poczuliśmy mały przedsmak tego, jak wiatr może utrudniać życie na Hiddensee. Te trzy ostatnie kilometry na otwartym terenie pod silny wiatr kosztowały nas więcej sił niż poprzednie dziesięć. Na zdjęciu widoczna jest flaga Hiddensee. Stworzenie na niebieskim tle to konik morski, co stanowi nawiązanie do... kształtu wyspy, faktycznie przypominającego nieco konika morskiego.
Na koniec małe podsumowanie. Hiddensee na pewno jest warte odwiedzenia, choć nie ma tu jakichś rzucających na kolana atrakcji. Bardzo fajna jest natomiast ta sielska atmosfera, domy ze strzechą, brak zgiełku, aut. Rozkład promów jest tak ułożony, że na zwiedzanie wyspy jest czas od 11 do 18, co wystarcza, żeby bez pośpiechu objechać rowerem całą wyspę. Na taką wycieczkę warto wybrać słoneczny, bezwietrzny dzień.
Trekking w Parku Narodowym Jasmund
Planem na kolejny dzień był trekking po Parku Narodowym Jasmund. Ale po drodze był przejazd kolejowy. Światła zaświeciły się dokładnie w momencie, gdy podjeżdżaliśmy. Chłopacy byli zachwyceni, bo już im wcześniej opowiedziałem o "Pędzącym Rolandzie". Czym prędzej wysiedli zatem z auta i czekając na Rolanda znaleźli takie ładny mural.
A oto i Roland w pełnej okazałości. Przewijał się on wciąż w trakcie naszego zwiedzania Rugii, ale wiadomo, że ten pierwszy raz jest najbardziej emocjonujący. Jako że wracając z Jasmundu przejechaliśmy się tym pociągiem, to szerzej o Rolandzie napiszemy ciut później.
Park Narodowy Jasmund jest najważniejszym miejscem turystycznym na Rugii. To tu znajduje się słynny klif kredowy Königsstuhl. My poszukaliśmy trasy trekkingowej przez Jasmund, by była ciekawa, nie za długa, ale i nie za krótka.
Parking jest zlokalizowany ok. 3 km od Königsstuhl i można ten dystans pokonać pieszo, ale można też kupić bilet na autobus kursujący między parkingiem i centrum dla zwiedzających nieopodal Königsstuhl. Ostrzegamy - ogromnym błędem jest pójście na łatwiznę i jazda autobusem. Spacer przez las był fantastyczny, równie ciekawy, co późniejsze podziwianie klifów.
Pierwotny las bukowy, największy tego typu las w północnych Niemczech, robił wrażenie. Zwłaszcza, że pogoda tego dnia dopisywała i promienie słoneczne przebijały się pomiędzy drzewami.
Jasmund jest najmniejszym parkiem narodowym w Niemczech, ma powierzchnię tylko 30 km2. Został też całkiem niedawno utworzony, bo w 1990 roku. Jego najcenniejszymi walorami są wspomniany przed chwilą las bukowy oraz wybrzeże złożone z klifów kredowych. Na terenie parku znajduje się też najwyższy szczyt Rugii - mierzący 161 metrów n.p.m. Piekberg.
O, to była naprawdę fajna niespodzianka na naszym szlaku.
Kolejna cecha charakterystyczna Jasmundu to liczne zagłębienia, w których zbiera się woda. To jedna z takich sadzawek, jak widać, nie tylko z florą, ale i z fauną. W Jasmundzie występują też torfowiska, przy których rosną olchy czarne.
Po godzince niespiesznego spaceru dotarliśmy do wybrzeża. Wiedzieliśmy, że widok na klify będzie taki sobie. Jest też opcja rejsu statkiem z Sassnitz i obserwacji klifów od strony morza, jednak po analizie cen oraz obejrzeniu filmików z tych statków (płynęły one dość daleko od brzegu, przez co widok na klify był taki sobie) stwierdziliśmy, że lepiej jednak wybrać opcję pieszą.
A oto najsłynniejsza formacja skał kredowych w Jasmund o nazwie Königsstuhl, czyli królewskie krzesło. Wznosi się ona na wysokość 117 m n.p.m. i spośród innych skał kredowych wyróżnia się lśniąco białą barwą. Trzeba przyznać, że w promieniach słońca faktycznie wyglądała imponująco, choć bujna roślinność nieco zasłaniała widok.
Dalsza część trasy prowadziła wzdłuż wybrzeża i była to fajna odmiana po pierwszej, leśnej części. Chwilami można było podejść na sam skraj klifu i spojrzeć w dół. Było naprawdę czuć wysokość.
Klify kredowe na Rugii podlegają stałej erozji. Kreda jest miękką skałą i morze przez cały czas nadgryza klify. Dzieje się tak zwłaszcza podczas sztormów. Widocznym objawem erozji są zwalone ze szczytu klifu drzewa.
Niestety, działalność człowieka mocno przyspieszyła proces erozji. Gdy w XIX wieku budowano port w pobliskim Sassnitz, potrzebowano dużych głazów, Takie znajdowały się na płytkich wodach właśnie w Jasmundzie. Głazy wydobyto, port zbudowano, ale nie przewidziano, że te głazy były naturalną zaporą przeciwerozyjną. Bez głazów erozja postępuje znacznie szybciej, a jej skutki widać choćby w tle tego zdjęcia.
Te klify też wyglądały imponująco, ale nie miały już tak czystej barwy jak Königsstuhl.
Co ciekawe, klify kredowe w Jasmundzie od kilku stuleci są uwieczniane na obrazach i rycinach, ale to, co zostało namalowane 100 czy 200 lat temu, dziś już nie istnieje, właśnie za sprawą erozji.
W końcu było zejście na plażę, co bardzo zaktywizowało naszych chłopaków. Przy zejściu był też niewielki wodospad, jeden z nielicznych wodospadów na nizinach w północnych Niemczech.
Wziąłem kawałek skały kredowej i pokazałem chłopakom, jak krucha jest ta skała - można ją było bez trudu pokruszyć - oraz jak może ona służyć jako kreda. Nasz młodszy chłopak postanowił pozostawić po sobie ślad 🙂.
Trekking po Jasmundzie liczył 11 kilometrów, zajął nam 4,5 godziny. Byliśmy z tej wycieczki bardzo zadowoleni, nawet przewyższyła ona nasze oczekiwania.
Tak wyglądała trasa naszego trekkingu po Parku Narodowym Jasmund. Podajemy też link, pod którym można ściągnąć tę trasę na telefon: https://www.komoot.com/pl-pl/smarttour/3561771?ref=atd
Podróż zabytkowym pociągiem, ciągniętym przez parowóz to zawsze fajna atrakcja, więc po poznaniu uroków Jasmundu skusiliśmy się na przejażdżkę "Pędzącym Rolandem". Kursuje on po wąskotorowej linii o rozstawie 750 mm, zbudowanej w latach 1895-99.
W czasach świetności rugijski system kolei wąskotorowej liczył 100 km, do czasów obecnych uchowały się 24 km pomiędzy miasteczkami Putbus i Göhren. Kilka razy dziennie trasą tą jeżdżą pociągi, ciągnięte przez parowozy.
Parowozów jest osiem, wagonów jeszcze więcej, w tym wagon odkryty, tzw. letniak, a całość nosi sympatyczne miano "Pędzącego Rolanda". Choć przydomek pędzący został chyba nadany prześmiewczo, bo 24-kilometrową trasę Roland pokonuje w nieco ponad godzinę. Słyszalny z daleka i strasznie dymiący składa słyszeliśmy i widzieliśmy wielokrotnie, zwłaszcza w trakcie naszej wycieczki rowerowej.
Aby sprawnie przejechać się Rolandem musieliśmy się podzielić. Mama z chłopakami pojechała pociągiem, a tata samochodem. Nie przejechaliśmy całej trasy, ale nawet 15-minutowa podróż między Sellin i Binz okazała się bardzo atrakcyjna dla naszej młodzieży.
Prora
O tajemniczym miejscu zwanym Prora usłyszeliśmy dość dawno temu, w programie dokumentalnym poświęconym porzuconym konstrukcjom. Nie wiedzieliśmy wtedy, że będziemy mieli okazję obejrzeć to miejsce na własne oczy. Ale skoro to był program o porzuconych konstrukcjach, to skąd to zdjęcie nowych bloków?
Zaraz do tego dojdziemy, najpierw jednak krótki rys historyczny. Prora to projekt nazistów, ich plan na masowy wypoczynek dla ciężko pracujących przez cały rok obywateli. Plany były bardzo ambitne - na wybrzeżu Rugii chciano postawić gigantyczny kompleks bloków z 10 tysiącami pokojów, w którym jednocześnie mogłoby wypoczywać 20 tys. ludzi. Do tego miała być jeszcze cała infrastruktura, m.in. z dwoma basenami, kinem i kilkoma restauracjami. Projekt został nagrodzony na Wystawie Światowej w Paryżu. Budowa ruszyła w 1936 roku.
Na budowie pracowało 9 tys. robotników i prace szybko posuwały się naprzód. W momencie wybuchu wojny projekt był mocno zaawansowany - ukończono 4 z planowanych 8 sześciopiętrowych bloków, a pozostałe były w trakcie budowy. Razem te 8 bloków miało się ciągnąć przez 4,5 km wzdłuż wybrzeża! Na zdjęciu widać część kompleksu nieodnawianego od lat 30. ubiegłego wieku i budynek niedawno odnowiony.
Gdy zaczęła się wojna, inne potrzeby okazały się pilniejsze i budowa Prory została zarzucona. Nieukończony projekt stał się kulą u nogi dla kolejnych zarządców. Pod koniec wojny w części kompleksu umieszczono uchodźców wojennych, natomiast po wojnie 3 najmniej zaawansowane w budowie bloki rozebrano, przez co długość kompleksu zmalała do "tylko" 2,5 km. Pozostałe zamieniono na koszary, najpierw Armii Czerwonej, a potem armii NRD. Nietrudno zgadnąć, że pod zarządem wojska obiekty ulegały stopniowej degradacji.
Warto też dodać, że 5 bloków, które przetrwały do naszych czasów, zostało poważnie przebudowanych na początku lat 50. i w efekcie wnętrza bloków mocno różniły się od założeń z nagrodzonego na Wystawie Światowej projektu. Po zjednoczeniu Niemiec wojsko straciło zainteresowanie kompleksem, który stał się wzorcowym miejscem dla serii "Porzucone konstrukcje".
Ku rozpaczy miłośników tajemniczych, starych budowli i ku radości wszystkich pozostałych ludzi w ostatnich 15 latach cały kompleks stopniowo jest rewitalizowany. Najpierw w części jednego z bloków otwarto schronisko młodzieżowe, a następnie kolejne bloki były gruntownie odnawiane.
Dziś większość Prory jest już odnowiona, wygląda na to, że w części bloków urządzono mieszkania. W końcu, po niemal 90 latach od rozpoczęcia tego projektu zaczął on przynosić społeczne korzyści.
Przeszliśmy się wzdłuż dwóch bloków, zajęło nam to trochę czasu, ale było to naprawdę ciekawe. Zwłaszcza porównanie części odnowionej i niszczejącej. Po przejściu na stronę "od morza" lekko zaskoczyło nas, że z okien kompleksu nie ma widoku na morze. Pas drzew zabiera potencjalnie ładny widok. A na miejscu tej trawy wedle projektu rewitalizacji powinny być baseny i miejsca na relaks. Reasumując - Prora jest miejscem niezwykłym, z pasjonującą historią, które zmienia się na naszych oczach. Bardzo możliwe, że jeśli wrócimy tu za kilka lat, to miejsce będzie wyglądać zupełnie inaczej.
Wycieczka rowerowa przez Jagdschloss, Sellin, Göhren, Klein Zicker
Na ostatni pełny dzień zaplanowaliśmy ambitną wyprawę rowerową. Znaleźliśmy wycieczkę, która zawierała przejazd przez wszystkie najciekawsze miejsca w południowo-wschodniej Rugii, a przy tym w zdecydowanej większości prowadziła ścieżkami rowerowymi. Startując trzymaliśmy kciuki za pogodę - tego dnia mogło coś z nieba spaść. W tle nasz apartament, który możemy z czystym sumieniem polecić - Apartmentanlage Lancken-Granitz.
Początek był taki średnio zachęcający - najpierw fatalna dla rowerów kamienista droga...
... a gdy skończyły się kamienie i zaczęła się znacznie przyjemniejsza droga przez las, były takie podjazdy pod górę, że nawet najwięksi twardziele z naszej ekipy zsiadali z rowerów i pchali swoje jednoślady pod górkę.
Gdy dojechaliśmy do Jagdschloss Granitz, potrzebowaliśmy kilku chwil, aby złapać oddech. Zamek ten jest najczęściej odwiedzanym zamkiem w Meklemburgii. Powstał w połowie XIX wieku i był chętnie odwiedzany przez znamienitych gości - króla Prus, króla Danii czy kanclerza Bismarcka. Po II Wojnie Światowej przeszedł na własność państwa. Po upadku komunizmu syn dawnych właścicieli próbował odzyskać zamek, ale sądy odrzuciły jego żądania. Zamek można zwiedzać, ale mając przed sobą jeszcze długą drogę stwierdziliśmy, że kilka zamków już zwiedziliśmy i na ten jeden nie mamy szczególnego ciśnienia.
Zamek jest na wysokości 107 metrów n.p.m., Sellin jest kilka metrów n.p.m., zatem droga z zamku do Sellin była czystą przyjemnością 🙂. Samo Sellin jest uroczym kurortem, z wieloma efektownymi willami, a najładniejsza jest reprezentacyjna aleja Wilhelmstraße. Przy tej alei znaleźliśmy restaurację, którą pragniemy polecić - w restauracji Glückauf byliśmy dwa razy i za każdym razem, w przypadku każdego dania byliśmy wręcz oczarowani. Absolutni mistrzowie w swoim fachu.
Niemcy ewidentnie lubią mola. Budują je nawet w niewielkich miejscowościach, są one długie - to na zdjęciu z Sellin jest najdłuższe na Rugii, 394 metry długości, i mimo tego, że natura takie konstrukcje regularnie niszczy, to Niemcy pieczołowicie je odbudowują.
Seebrücke w Sellin jest szczególnie imponujące, gdyż na początku molo zbudowano całkiem sporą i bardzo efektowną restaurację. Na zdjęciu po lewej stronie widać, jak wyglądała pierwotna konstrukcja z 1906 roku. Była ona jeszcze dłuższa niż obecna, liczyła aż 508 metrów! Zatory lodowe i pożary kilka razy niszczyły molo w Sellin, obecna wersja powstała w 1998 roku.
Schody prowadzące na molo pełnią ważną rolę w życiu społecznym - byliśmy świadkami sesji zdjęć ślubnych właśnie na tych schodach 🙂. Na prawo od schodów widać windę dla wygodnych, skorzystaliśmy z niej, była straszliwie wolna, ale nie trzeba było dreptać po schodach.
Jeszcze w Sellin Adam zaczął się skarżyć, że kierownica roweru obciera mu dłonie. I że bardzo przydałyby mu się rękawiczki rowerowe. Misja zdobyć rękawiczki nie była taka prosta, ale w wypożyczalni rowerowej uzyskaliśmy namiary na sklep w następnej miejscowości i ku ogromnej radości Adama znaleźliśmy nam dla niego rękawiczki. W doskonałych humorach dojechaliśmy do Göhren, kolejnego miejsca w tej okolicy, którego nazwa pochodzi z języka słowiańskiego. Oczywiście Göhren ma swoje molo, także imponujące, o długości 270 metrów.
Pączki serowe, po niemiecku Quarkbällchen, były tak dobre, że poszliśmy po dokładkę 🙂.
W Göhren odbywał się festyn, była kapela, która grała muzykę raczej dla seniorów, były stoiska z jedzeniem, namioty dla dzieciaków. Frekwencja na festynie była naprawdę dobra, ale my mieliśmy jeszcze długą drogę przed nami, więc ruszyliśmy dalej.
Przed wejściem na plażę było małe stoisko, na którym pani dysponowała kluczykami do tych wiklinowych koszów. Cena za dzień - 12 euro, ale tego dnia biznesu nie było, jeszcze za zimno.
Kwestia obiadu okazała się dość problematyczna. Wszystkie dobrze oceniane knajpy otwierały się dopiero o 16-17, a działały jedynie te kiepskie. Byliśmy już mocno głodni, więc zatrzymaliśmy się na rybę w bułce w Mönchguter Fischbüdchen Lobbe. Okazało się to tak dobre, że Jaś kupił jeszcze jedną bułkę.
Kierowaliśmy się dalej na południe, w kierunku cypla Klein Zicker. I był to najfajniejszy fragment drogi - asfaltowa ścieżka prowadząca przez las, osłonięta od wiatru. Co kilkaset metrów były zejścia na plażę.
W końcu, po 6 godzinach, dotarliśmy do najbardziej oddalonego miejsca na trasie naszej pętli. To cypel Klein Zicker. Popatrzyliśmy na zegarki, za nami było dopiero ciut ponad połowa drogi, godzina 16, trzeba jeszcze wrócić, a prognozy przewidywały późnym popołudniem opady.
Weszliśmy na małe wzniesienie na Klein Zicker, ale widoki nie były szczególnie powalające, zatem ruszyliśmy w drogę powrotną.
Wracając wstąpiliśmy jeszcze na plażę na chwilę relaksu i odpoczynku. Jak widać, część naszej ekipy faktycznie odpoczywała...
... a druga część aktywnie spędzała ten czas. Nasz mały mors nie zniechęcił się informacją, że woda w morzu ma tylko 13 stopni, skrytykował mamę, że nie wzięła kąpielówek i stwierdził, że wchodzi do wody. Akurat w tym miejscu dno był tak fajnie ukształtowane, że najpierw miał wodę do połowy ud, ale gdy poszedł dalej, nagle zrobiło się płytko i miał wody do kostek. Takie ukształtowanie dna powodowało też, że fale przy brzegu były minimalne.
Na tej wycieczce Adam nabył nową umiejętność. Starszy brat nauczył go jechać bez trzymanki. Na szczęście tym razem postęp nie wymagał ofiar i obyło się bez wypadków 🙂.
Krajobraz znacząco się zmienił w porównaniu do tego sprzed kilku godzin. Miejsce pięknych, piaszczystych plaż zajęły zalewy, trzciny, zamiast nadbrzeżnych lasów widzieliśmy raczej łąki.
To, co nam bardzo przypadło do gustu na Rugii, to wiele ładnych domków z zadbanymi, ciekawie zaaranżowanymi ogrodami.
Na moment jeszcze wrócimy do plaż i organizacji plażowania. Jak to u Niemców, pełny porządek i wszystko według zasad. Tabliczki bardzo szczegółowo informowały, czy jest to miejsce dla tekstylnych, dla naturystów czy dla psiarzy. A jeśli nie jest, to którym wejściem np. psiarze mogą wchodzić.
Droga powrotna upływała nam znacznie szybciej. Rzadziej zatrzymywaliśmy się, bo choć okolice były całkiem przyjemne, to nie było aż tak ciekawych miejsc, by na dłużej przystanąć.
Przejeżdżaliśmy przez kolejne miejscowości - Mariendorf, Alt Reddevitz (co ciekawe, kilka kilometrów dalej była mała, rybacka wioska Neu Reeddevitz, którą obejrzeliśmy sobie poprzdniego dnia), a także minęliśmy przystań niedaleko miejscowości Baabe.
Ufff, dojeżdżamy, mając obok siebie takie ładne pole rzepaku. Te żółte połacie, pięknie błyszczące w słońcu, to coś, co zapamiętamy z Rugii, ale także z drogi przez Polskę i Niemcy.
Podsumowanie naszej wycieczki - przejechanych 56 kilometrów, czas 9 godzin, przy czym oczywiście wiele razy zsiadaliśmy z rowerów, by coś ciekawego zobaczyć. W sporej części jechaliśmy ścieżkami rowerowymi, ale kilka krótszych fragmentów musieliśmy też jechać zwykłymi drogami. Cała wycieczka podobała nam się, zwłaszcza dlatego, że co chwilę coś się działo, była duża zmienność krajobrazów, nie było nudy. Na następnym slajdzie pokażemy ślad całej naszej trasy.
Jeśli ktoś zechciałby się wybrać na tę wycieczkę, podajemy linka do trasy, z którego my skorzystaliśmy:
https://www.komoot.com/pl-pl/smarttour/887853?ref=wdd
Ścieżka w koronach drzew, Putbus
Rugia oferuje wiele różnych atrakcji - muzea, parki rozrywki, aquaparki i pewnie jeszcze kilka innych. Na jedną z takich atrakcji postanowiliśmy się wybrać. Dzieciom powiedzieliśmy tylko, że będzie to niespodzianka. Pierwsze podejście mieliśmy dwa dni wcześniej ale zajechaliśmy tu chwilę przed 18, a obiekt był czynny do 18, więc musieliśmy ten plan odłożyć na później. Ale tu wróciliśmy 🙂. Na zdjęciu efektowna rzeźba z piasku, która powstawała akurat w momencie, gdy tam byliśmy.
A co było tą niespodzianką? Naturerbe Zentrum czyli ścieżka wśród koron drzew. Takich ścieżek trochę już powstało, m.in. przeszliśmy się po takiej w Poznaniu, ale ta była mocno ulepszona. Na zdjęciu wyjście ze ścieżki - albo zjazd rurą za 2 euro albo schodami albo windą z wysokości 20 metrów.
Wejście na ścieżkę odbywało się poprzez taką czteropoziomową wieżę. Chłopacy urządzili sobie bieg na czas z dołu na górę - zajęło im to mniej więcej minutę.
Początek ścieżki był jeszcze dość zwyczajny.
Ale wkrótce zaczęły się pierwsze atrakcje. Trochę przypominały przeszkody w parku linowym. Obok było też przejście dla osób niespragnionych tego typu udziwnień.
Na całej ścieżce było też kilka tablic edukacyjnych, bardzo fajnie zrobionych, i co ważne, dwujęzycznych.
Kilka liczb o samej ścieżce. Ma ona 1250 metrów długości, wysokość do 17 metrów, została zbudowana z daglezji i modrzewia. Powstała w 2013 roku.
Hitem tej ścieżki jest ta oto wieża, widoczna z kilku miejsc na wyspie ze sporej odległości. Wieżę nazwano Adlerhorst, czyli gniazdem orła. Trzeba przyznać, że jest to wielka, imponująca konstrukcja.
Taką ścieżką o nachyleniu 6% trzeba się wdrapać na platformę widokową na wysokość 40 metrów nad poziomem gruntu i 82 metrów n.p.m. Do pokonania jest 12 poziomów, a że średnica wieży wynosi 24 metry, to podejście wymaga dłuższej chwili. Nie jest za to zbyt męczące.
Dotarliśmy! Z wieży rozciągał się interesujący widok dookoła. Bez problemu można było rozpoznać Prorę, bardzo fajnie wyglądał też las z drzewami w różnych odcieniach zieleni. Niestety, z powodu nisko zawieszonych chmur trudno było dojrzeć nieco dalej położone miejsca, np. Jasmund.
W środku wieży rośnie dorodny buk. Wraz z pokonywaniem kolejnych poziomów można obserwować, jak zmienia się to drzewo. W pewnym momencie docieramy na taką wysokość, że zrównujemy się z czubkiem drzewa, by następnie patrzeć na nie z góry.
Przy dobrej pogodzie z tego miejsca można dostrzec kościoły w Stralsund oraz pylony mostu na Rugię. Tego dnia nie było o tym mowy.
Podobnie jak w innych miejscach na Rugii, ceny wstępu na tą atrakcję nie były niskie (33 euro za bilet rodzinny plus jeszcze dodatkowo płatny zjazd zjeżdżalnią na końcu), ale opuszczaliśmy to miejsce usatysfakcjonowani, a pewnie gdyby była ładna słoneczna pogoda i lepsza widoczność, to bylibyśmy jeszcze bardziej zadowoleni.
Ostatnim akordem naszych wakacji na Rugii był krótki przystanek w Putbus. W miasteczku tym stację początkową ma "Pędzący Roland", ale ma ono jedno niecodzienne, oryginalne miejsce. W centralnym punkcie tej niewielkiej, niespełna 5-tysięcznej miejscowości znajduje się okrągły plac.
Ma on średnicę 200 metrów, jest starannie rozplanowany z alejkami rozchodzącymi się z centralnego punktu we wszystkie kierunki. A w centralnym punkcie placu stoi obelisk, zwany obeliskiem cyrkowym.
Dookoła placu, na planie koła, postawiono szereg budynków, niektóre z nich są dość efektowne, których elementem wspólnym jest biały kolor.
I na tym kończymy relację z niedługiego, ale intensywnego i bardzo udanego wypadu na Rugię.
Podsumowanie
Nam Rugia bardzo się spodobała. Nie ma tu dużych miast, jest trochę atrakcji przyrodniczych, trochę zabytków, trochę rozrywki, wreszcie w niewielkich miasteczkach jest po prostu ładnie. Dojazd na Rugię jest bezproblemowy – autostrada wiedzie aż do Stralsund, z zachodniej części Polski można na Rugię dojechać w 3-5 godzin. Gdybyśmy zostali na Rugii jeszcze dzień czy dwa dłużej, to bez problemu znaleźlibyśmy ciekawe miejsca do zwiedzenia. Jednym słowem – polecamy!
Dodaj komentarz