Zimą stanęliśmy przed dylematem, gdzie poszukać słońca, wyższych temperatur, a przy okazji miejsca, które po prostu byłoby ciekawe. Rozważaliśmy kilka opcji, ostatecznie zdecydowaliśmy się na Sycylię. Już pobieżna analiza atrakcji sycylijskich uświadomiła nam, że tydzień to za mało, by zwiedzić wszystkie ciekawe miejsca tej naprawdę dość dużej wyspy. W wariancie idealnym powinno się przeznaczyć tydzień na wschodnią Sycylię, kolejny tydzień na zachodnią, a jeszcze pewnie zostałoby sporo atrakcji na kolejną wizytę. My takiego luksusu czasowego nie mieliśmy, zatem wybraliśmy najlepsze – naszym zdaniem – atrakcje z całej wyspy, pomijając wiele innych, interesujących miejsc.
Czy warto jechać na Sycylię zimą?
Zima nie jest najpopularniejszym terminem na zwiedzanie Sycylii, ale z kilku względów może być to strzał w dziesiątkę. Po pierwsze zimą jest dużo taniej niż latem. Znacznie tańsze są loty, wynajem auta, noclegi. Razem może dać to znaczące oszczędności. Po drugie ruch turystyczny jest znacznie mniejszy niż w cieplejsze miesiące, co może polepszać odbiór wielu miejsc. Po trzecie wreszcie pogoda w miesiącach zimowych może wręcz sprzyjać aktywnemu zwiedzaniu. Latem przy temperaturach +30 stopni choćby trekkingi w pełnym słońcu mogą być kłopotliwe. W połowie lutego mieliśmy temperatury 15-19 stopni, w jeden dzień trochę popadało. Nam ta pogoda bardzo pasowała, choć może się zdarzyć, że dni deszczowych będzie więcej.
Atrakcje Sycylii
Co ciekawego może zaoferować Sycylia? Przede wszystkim mnóstwo bardzo ładnych miasteczek. Zwiedziliśmy miasta duże (Katania i Palermo), a także kilka mniejszych (Syrakuzy, Noto, Caltagirone, Taormina, Mazarra del Vallo, Cefalu) i bardzo małych (Forza d’Agro, Erice). Z każdego z nich wywieźliśmy miłe wspomnienia.
Poza tym liznęliśmy też ciekawej przyrody. Trekking po Rezerwacie Zingaro uważamy za jeden z najciekawszych w całej naszej podróżniczej karierze, z kolei Etna oferuje wiele różnych opcji. My wybraliśmy trekking po zboczach i byliśmy z tego wyboru bardzo zadowoleni. W zanadrzu mieliśmy jeszcze kilka innych trekkingów, na które jednak już nie starczyło nam czasu. Czego nie doświadczyliśmy z uwagi na porę roku? Kąpieli w morzu – na to było jednak za chłodno. Choć już np. na krótkie plażowanie w Zingaro pogoda była całkiem odpowiednia.
Czy Sycylia jest bezpieczna?
Czy przed podróżą na Sycylię można mieć jakieś obawy? Niektórzy obawiają się mafii/przestępczości/kradzieży i tego typu historii. W naszym odczuciu poziom bezpieczeństwa na Sycylii nie różnił się od wielu innych regionów w Europie. Nawet po zmroku bez obaw spacerowaliśmy i po mniejszych miasteczkach, i po tych największych.
Sporo obaw budzi też poruszanie się samochodem. I tu faktycznie musimy przyznać, że szczególnie w Palermo i Katanii jeździło nam się ciężko. Wąskie uliczki, korki, ciągłe trąbienie, jakieś innowacyjne zasady dotyczące pierwszeństwa, problemy z parkowaniem, do tego skuterki, które wciskały się w każdą lukę na drodze – to wszystko powodowało, że trzeba było bardzo uważać. Natomiast poza dużymi miastami jazda była bezstresowa. Zalecamy jednak wynajęcie auta z pełnym ubezpieczeniem, bo o drobne obtarcie nie jest tu trudno.
Auto wypożyczyliśmy na lotnisku w Katanii w firmie Locauto. Z auta byliśmy bardzo zadowoleni, proces odbioru i oddania auta bez zastrzeżeń. Przez tydzień objechaliśmy prawie całą wyspę, przejechaliśmy ok. 1200 km.
Wiele osób narzeka też na brud, walające się wszędzie śmieci, co bardzo psuje wrażenia. I faktycznie, trafiliśmy na miejsca, które wyglądały fatalnie, niechlujnie i budziły niesmak. Jednak takich miejsc było mniej niż się spodziewaliśmy. Wiadomo, że pod względem czystości daleko Sycylii do państw skandynawskich czy Bawarii, ale dramatu nie było.
Co zjeść i gdzie nocować na Sycylii?
Co jeszcze podobało nam się na Sycylii? Fantastyczne jedzenie. Restauracje wybieraliśmy dość starannie, kierowaliśmy się ocenami, opiniami i zaowocowało to tym, że jesteśmy zachwyceni miejscowym jedzeniem. I to zarówno tym obiadowym, jak i słodyczami. Z góry mieliśmy założone, że musimy spróbować arancini (smażonej w głębokim tłuszczu kulki z ryżowym nadzieniem), granity z brioszką (Sycylijczycy jedzą śniadania na słodko!), croissanta z kremem pistacjowym, cannoli z ricottą, pane e panelle (placuszki z ciecierzycy), makaron z pesto pistacjowym czy pastę alla norma. W Katanii popularna jest konina (mieliśmy okazję spróbować, ale się nie zdecydowaliśmy) oraz podroby w Palermo, które również sobie odpuściliśmy.
Podobnie dobrze trafiliśmy z noclegami – polecimy tutaj wszystkie nasze noclegi, bo z wszystkich byliśmy zadowoleni. Pułap cenowy w lutym dla wszystkich tych apartamentów to było mniej więcej 100 euro/noc dla 4-osobowej rodziny (we wszystkich mieliśmy zagwarantowane śniadanie). Jakby ktoś zechciał skorzystać z naszych doświadczeń, polecamy następujące noclegi:
Mavà Bed & Breakfast w Katanii – nocleg bardzo blisko centrum Katanii, oferuje prywatny parking w cenie 20 euro/noc (warto skorzystać). Małym mankamentem był hałas z pobliskiej ulicy. Za to śniadanie było fantastyczne.
Marla’s boutique rooms w Noto – super troskliwa gospodyni, bardzo dogodna lokalizacja, blisko centrum Noto. Śniadanie podano na tarasie na dachu budynku – bardzo fajna opcja.
B&B Nencioli w Castellammare del Golfo – bardzo gadatliwa gospodyni, tu trzeba było trochę naszukać się miejsca parkingowego, bardzo dobra lokalizacja.
B&B Le Stanze dell’Emiro w Palermo – najbliższa okolica apartamentu taka sobie, ale za to w miarę blisko najciekawszych atrakcji.
Casa Francesco w Forza d’Agra – wygodny, duży apartament z genialnymi widokami z tarasu. Tu śniadanie robiliśmy sami ze składników pozostawionych w lodówce.
Podsumowanie
Podsumowując – Sycylia pod względem turystycznym jest ze wszech miar godna polecenia. My z naszej tygodniowej wycieczki jesteśmy niezwykle zadowoleni i uważamy, że jest to bardzo ciekawa opcja w trakcie polskiej zimy.
Wideopocztówka z Sycylii
Fotorelacja z Sycylii
Katania, Syrakuzy
Z racji tego, że nasz samolot leciał do Katanii, to właśnie to miasto było miejscem naszego pierwszego noclegu na Sycylii, a także pierwszym celem do zwiedzania. Z balkonu naszego apartamentu mieliśmy widok (no, powiedzmy) na Etnę. Ale o Etnie napiszemy znacznie więcej w kolejnych galeriach.
Na nocleg wybraliśmy apartament położony bardzo blisko centrum miasta. Bardzo dużym plusem tej lokalizacji było to, że od razu po wyjściu z naszego lokum mieliśmy najciekawsze rewiry Katanii w zasięgu ręki. Jednak były też dwa mankamenty. Pierwszy - z cudem graniczyło znalezienie miejsca do zaparkowania auta (ten problem rozwiązał prywatny parking za 20 euro dziennie). Drugi - gwar miejski dobiegający z ulic trwał do bardzo późnych godzin i przeszkadzał w spaniu.
Co do samej Katanii, warto wiedzieć, że to drugi co do wielkości ośrodek miejski na Sycylii. Z tym pierwszym - Palermo - Katania rywalizuje na wielu polach i między mieszkańcami obu tych miast można wyczuć wzajemną niechęć.
Katania jednak przede wszystkim istnieje w cieniu Etny. Z wszystkimi tego dobrodziejstwami (żyzne gleby wokół wulkanu, atrakcja turystyczna) oraz przekleństwami (większość działalności Etny jest co najwyżej dokuczliwa, choćby w postaci spadających pyłów, ale od czasu do czasu góra pokazuje swoją niszczycielską moc).
W jednym z takich ogródków spróbowaliśmy sycylijskiej specjalności - granity. Granita jest to lodowy przysmak, podobny do sorbetu, często podawany ze słodką bułką brioszką. Jako że w tej części Sycylii niezwykle popularne są pistacje, i to nie tylko jako smak granity, ale też jako nadzienie w wielu ciastkach, crossaintach, smak lodów czy składnik pesto itd., to zamówiliśmy właśnie granitę pistacjową.
Fontanna słonia to miejsce niezwykle charakterystyczne. Rzeźbę słonia wykonał w 1736 roku Vaccarrini, wzorując się na posągu słonia z Rzymu. Co ciekawe, na Sycylii kiedyś, w czasach przedhistorycznych, żyły słonie karłowate, których szczątki zostały na wyspie odnalezione. Na słoniu umieszczono egipski obelisk, który na Sycylię trafił prawdopodobnie w trakcie jednej z wypraw krzyżowych.
Jedną z budowli, która wielokrotnie doświadczyła na własnej skórze kapryśnego charakteru Etny, jest bazylika św. Agaty. Wybudowano ją w XI wieku, ale kilka razy była niszczona przez niszczycielski żywioł (a swoje dokładały też trzęsienia ziemi) i potem odbudowywana (na zdjęciu akurat jest opactwo św. Agaty).
Kult św. Agaty jest rozpowszechniony na całej Sycylii, ale najmocniej właśnie w Katanii, gdzie św. Agata urodziła się i zmarła w niezbyt sympatycznych okolicznościach. Sławna stała się dopiero po śmierci, gdy, wedle legendy, welon, którym owinięto jej ciało, ochronił Katanię przed lawą z Etny.
Nieco żałowaliśmy, że nie trafiliśmy na obchody święta św. Agaty, które odbywają się na początku lutego, czyli krótko przed naszym przyjazdem. Dla naszej kultury jest to święto zupełnie nietypowe, z pochodami, w trakcie których przenoszone są drewniane, pozłacane, bogato zdobione konstrukcje, w rytmie radosnej muzyki, do tego dochodzą procesje, liczne fajerwerki, zdobienie ulic miasta licznymi iluminacjami, itd. Do Katanii zjeżdżają się tysiące ludzi, by wziąć udział w tym święcie. Nam to nie było dane, przynajmniej nie tym razem.
Na parę chwil wstąpiliśmy do term Achilliane. Imponujący jest wiek tej podziemnej budowli, znajdującej się pod Piazza del Duomo, powstała ona w IV-V w. n.e. Zobaczyć to miejsce można, ale na pewno nie jest to miejsce obowiązkowe przy zwiedzaniu Katanii. Cena za wejście dla naszej rodziny - 12 euro, adekwatna do tego, co zobaczyliśmy.
Wiedzieliśmy, że warto wstąpić do raczej niepozornego kościoła della Badia di Sant'Agata. Sama świątynia niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale za opłatą można wejść na tarasy widokowe na dwóch poziomach i obejrzeć z nich nie tylko bazylikę św. Agaty, widoczną na zdjęciu...
... nie tylko panoramę Katanii (na bliskim planie Piazza del Duomo i fontanna słonia)...
... ale przede wszystkim Etnę. I jest to widok znacznie lepszy niż z okna naszego balkonu. Po raz pierwszy Etnę widzieliśmy z góry, z samolotu. Wówczas wyglądała ona na wielką, ośnieżoną górę, dominującą nad okolicą. Z Katanii Etna wyglądała inaczej, śniegu za wiele nie widać. Gdy kolejnego dnia przemierzaliśmy sycylijskie drogi, jeszcze wielokrotnie wyłaniała nam się Etna, jeszcze z innej perspektywy.
Choć mieliśmy nakreślony plan zwiedzania, to od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się, czy to chłonąc promienie słońca, czy też obserwując sycylijskie życie, czy też kontemplując jakieś ciekawe widoki.
Teatr rzymski z I w. n.e., zbudowany na ruinach jeszcze wcześniejszego teatru greckiego. Służył jako teatr aż do VI w. n.e. Zainteresowało nas w tym miejscu to, że został szczelnie zabudowany dookoła. Jak widać, niektórzy z okien czy balkonów mają piękny widok na tę historyczną budowlę. Ale to nie wszystko. Okazało się, że jeszcze w 1930 roku na widowni i na scenie były rozlokowane... domy! Znaleźliśmy nawet zdjęcie, jak to wyglądało. Potem domy usunięto i w efekcie mamy taki oto widok na teatr sprzed 2 tysiącleci.
Via Crocifieri to jedna z bocznych uliczek w centrum miasta, ale jest to uliczka niezwykła. Została bowiem (cała uliczka!) wpisana na listę dziedzictwa UNESCO. Stało się tak za sprawą licznych kościołów i klasztorów zlokalizowanych przy tej ulicy.
Jeszcze niedawno Sycylia nie cieszyła się dobrą opinią w kwestiach bezpieczeństwa. Kilka lat temu problemem było ubezpieczenie wypożyczanego auta od kradzieży. No i do tego dochodzi osławiona mafia. Tymczasem w rankingu 100 najbardziej niebezpiecznych włoskich miast sycylijskie miejscowości wcale nie są w czołówce. Katania 23., Palermo 24., Trapani i Messina jeszcze dalej. Na czele Mediolan, Rimini i Rzym. I faktycznie, spacerując wieczorem ulicami Katanii czy Palermo nie mieliśmy żadnych nieprzyjemnych odczuć.
Podczas robienia researchu o Katanii trafiliśmy na sporo opinii niezbyt pochlebnych o tym mieście. Narzekano na korki, problemy z parkowaniem, podniszczone kamienice, brud i śmieci. Wiele osób lepiej oceniało Noto, Syrakuzy czy Taorminę.
Nam Katania podobała się. Przeszliśmy się po centrum miasta wieczorem, zrobiliśmy też większy spacer kolejnego dnia. Korzystne wrażenie zrobił ogród Villa Bellini, via Etnea, a także okolice Piazza del Duomo. Z restauracjami/cukierniami trafiliśmy bardzo dobrze, apartament wygodny, a do tego pogoda dopisywała, więc opuszczaliśmy Katanię w dobrych humorach.
Pod względem kulinarnym Katania, jak i cała Sycylia ma bardzo wiele do zaoferowania. Mamy tu lokalne pyszności (ciastko po prawej to minne di Sant’Agata czyli cycek św. Agaty - składa się z ricotty, ciasta biszkoptowego i masy migdałowej, koniecznie z wisienką), a także sycylijskie specjalności (po lewej arancini - kulki ryżowe o różnorodnym nadzieniu, smażone w głębokim tłuszczu, u góry cannoli - rurki z nadzieniem z sera ricotta, a na dole crossaint o nadzieniu pistacjowym).
Z Katanii skierowaliśmy się do Syrakuz. Z racji ograniczonego czasu zdecydowaliśmy się jedynie na spacer po Ortygii - wyspie połączonej mostami ze stałym lądem. Na zdjęciu jeden z dwóch mostów - Ponte Umbertino, a zdjęcie zrobiono z drugiego z nich - Ponte Santa Lucia.
Miejsce to jest zasiedlone od 3,5 tys. lat! Na zdjęciu widoczne są pozostałości greckiej świątyni Apolla. Była to ogromna budowla (190x70 metrów), powstała 2600 lat temu i w trakcie swojego istnienia była kościołem bizantyjskim, meczetem, znów kościołem chrześcijańskim, by następnie na wieki znaleźć się pod ziemią, a na tej świątyni wybudowano... koszary.
Na zdjęciu jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Syrakuzach - fontanna Diany z 1907 roku. Fontanna nawiązuje do mitu Aretuzy, o którym nieco więcej za chwilę.
Warto pociągnąć temat historii Syrakuz. Przez kilka wieków, mniej więcej od VIII w. p.n.e. do III w. p.n.e. panowali tu Grecy. Faktem mało znanym jest, że w początkowym okresie panowania Greków, przez mniej więcej 100 lat, Syrakuzy były najbardziej ludnym miastem Europy! Z liczbą mieszkańców ok. 60 tys. Syrakuzy wyprzedzały Rzym, Ateny, Sybaris czy Agrigento.
W czasach greckich Syrakuzy mieściły się głównie na wyspie Ortygia. To tu, na terenie o wielkości 1,5 km na 0,5 km umieszczono najważniejsze budowle ówczesnego miasta. Rzymianie rozbudowali miasto, choć, co fascynujące, dziś Syrakuzy liczą ok. 120 tys. mieszkańców, ledwie dwa razy więcej niż 2700 lat temu!
Zgłębiając historię Syrakuz, byliśmy zaskoczeni, gdy okazało się, że w Syrakuzach urodził się, mieszkał i zmarł jeden z najwybitniejszych umysłów świata starożytnego Archimedes. Żyli i tworzyli tu także Epicharm (twórca komedii greckiej), Platon (filozof) i Ajschylos (twórca tragedii greckiej).
Kończąc wątek historyczny dodamy jedynie, że po Rzymianach w Syrakuzach panowali jeszcze Arabowie, Normanowie, Hiszpanie a przez jakiś czas także sami Sycylijczycy. Na zdjęciu długa na 400 metrów promenada Foro Vittorio Emanuele II, zwana przez miejscowych Foro Italico. Przy ładnej pogodzie doskonałe miejsce na spacer.
Wracając do naszego spaceru po Ortygii, dotarliśmy do Źródła Aretuzy. Jest to miejsce niezwykłe.
Źródło Aretuzy to naturalne źródło słodkiej wody, położone tuż obok morza. Z powstaniem tego miejsca wiąże się legenda o nimfie Aretuzie, która zamieniła się w źródło, uciekając przed bogiem Alfejosem. Jest to też jedno z trzech miejsc na Sycylii, a zarazem w Europie, gdzie rośnie papirus. Źródło Aretuzy w obecnej formie (półokrągłego kamiennego basenu) powstało w 1843 roku i od tego czasu wielokrotnie było natchnieniem dla pisarzy i artystów.
Wiele osób odwiedzających Sycylię bardzo narzeka na wszechobecny brud i śmieci walające się, gdzie popadnie. Niektórym potrafi to nawet mocno wpłynąć na odbiór Sycylii. Nasze odczucia nie były aż tak negatywne, choć bez wątpienia można by w tej kwestii sporo poprawić. Zwłaszcza w dużych miastach, poza najpopularniejszymi miejscami.
Co zwróciło naszą uwagę podczas spaceru przez Syrakuzy, to było tu mnóstwo kotów. Ten akurat znalazł sobie taką przytulną miejscówkę, ale inni jego koledzy potrafili czmychać tuż przed nogami.
Syrakuzy przeżywały swój okres świetności za czasów greckich i rzymskich, czyli przez ponad 1000 lat. Po upadku Cesarstwa Rzymskiego miasto straciło na znaczeniu, a w IX w. po najeździe arabskim stanęło wręcz na skraju zupełnego upadku. Bardzo wiele szkód poczyniło też trzęsienie ziemi z 1693 roku. Dawnej roli i świetności Syrakuzy już nie odzyskały.
Jednym z celów naszego spaceru po Ortygii było opactwo św. Łucji. Największą atrakcją tego miejsca jest obraz Caravaggia "Pogrzeb Łucji". Niestety, już przy samym wejściu do kościoła widniała duża kartka z informacją, że tymczasowo obraz Caravaggia został wypożyczony w jakieś inne miejsce.
Nie ma co ukrywać - wiele miejsc w Syrakuzach, podobnie jak w wielu innych miastach Sycylii, jest mocno zaniedbanych. Często bardzo ładne kamienice bezpośrednio sąsiadują z budynkami, które są w ostatnim stadium przed zawaleniem. Mnóstwo było też domów, których bogate zdobienia wskazują na świetlaną przeszłość, ale teraźniejszość jest dla nich znacznie mniej łaskawa - odrapane tynki, pourywane rynny, graffiti na ścianach widzieliśmy dość często.
Jeszcze kilka słów o kwestiach praktycznych. Na Ortygię nie można wjechać samochodem bez specjalnego pozwolenia. Pozostawienie auta na którejś z ulic w pobliżu wyspy okazało się bardzo problematyczne. Wolnych miejsc nie było, za to podejrzani naganiacze z zerową znajomością angielskiego bardzo natarczywie zachęcali do skorzystania z ich usług. Ostatecznie zaparkowaliśmy na dużym, płatnym parkingu i chyba było to dobre rozwiązanie.
Nie wszystko w Syrakuzach udało nam się tak, jak zaplanowaliśmy. Chcieliśmy zwiedzić leżący na samym końcu wyspy Castello Maniace z XII w. Byliśmy nieco zaskoczeni, że w niedzielę o 15.00 miejsce to było zamknięte na cztery spusty i pozostało nam obejrzenie zamku z zewnątrz.
Niemniej spacer po Ortygii, przy bardzo przyjemnym słońcu, był ciekawy i na pewno nie żałowaliśmy, że poświęciliśmy kilka godzin na to miejsce.
Noto, Caltagirone, Villa Romana del Casale
Po zwiedzeniu Syrakuz skierowaliśmy się na południowy wschód Sycylii. W tej okolicy aż roi się od pięknych, klimatycznych małych miasteczek. Chcąc nie chcąc musieliśmy dokonać wyboru. Odpuściliśmy takie miejscowości jak Modica (słynie z produkcji czekolady oraz najwyższego mostu w Europie), Ragusa (miasto składające się z trzech różnych miasteczek), Marzememi (malownicza wioska rybacka) czy Scicli (zachwyca barokową architekturą).
Pojechaliśmy za to do Noto. Miejscowość ta uważana jest za perłę baroku. Zazwyczaj miasta budowane są stopniowo, potem rozbudowywane, modernizowane, przez co bardzo często nie stanowią jednej spójnej całości. Noto jest pod tym względem wręcz unikatowe.
Otóż Noto zostało założone w starożytności i zapisało się w historii jako ostatni punkt oporu arabskiego na Sycylii. Arabowie zostali ostatecznie pokonani w 1091 roku przez normańskiego władcę Rogera I. W 1693 roku Noto zostało całkowicie zniszczone przez potężne trzęsienie ziemi. Postanowiono je odbudować, ale... 12 km od dotychczasowej lokalizacji. Na zdjęciu katedra San Nicolo oraz nieco po lewej Palazzo Landolina.
Podziwiając panoramę Noto z tarasu kościoła di San Carlo al Corso wróćmy do historii Noto. Miasto zostało zbudowane w krótkim czasie, wedle założeń Giovanniego Landoliny i trzech innych architektów. Podzielili oni obszar nowego miasta w następujący sposób: obszary najwyżej położone zajęła arystokracja i bogacze, w centrum ulokowano kupców oraz katedrę, a obszary najniżej położone przeznaczono dla biedoty.
W efekcie zbudowano przemyślane, kompaktowe miasteczko, w jednym stylu architektonicznym (baroku), co dało znakomity efekt. Co bardzo odróżniało Noto od innych miasteczek i zwłaszcza miast na Sycylii to niewielki ruch samochodowy. Centrum było niemal wolne od aut, a i na przedmieściach nie uświadczyliśmy korków ani problemów ze znalezieniem miejsca do parkowania.
Schody przed katedrą San Nicolo są imponujące, a samej katedrze niedawno przytrafiła się katastrofa. W 1996 roku w zabytkowej budowli prowadzono prace budowlane. Na skutek błędów ludzkich, a także trzęsienia ziemi sprzed kilku lat runęła kopuła, a także duża część nawy centralnej oraz bocznej prawej. Bezpowrotnemu zniszczeniu uległy wówczas cenne malowidła. Odbudowa trwała aż 11 lat. Ciekawą cechą katedry jest to, że w zależności od pory dni i kąta, pod jakim padają na nią promienie słoneczne, budowla mieni się różnymi kolorami.
Będąc w Noto mieliśmy szczęście i zarazem go nie mieliśmy. Trafiliśmy na początek obchodów święta ku czci patrona miasta, San Corrado. Niestety, po przedpołudniowym zwiedzeniu miasteczka musieliśmy jechać dalej, a główne obchody były przewidziane na wieczór. Zobaczyliśmy jednak ciekawy pochód.
Uczestniczyło w nim naprawdę sporo osób, w różnym wieku, od nieco starszych dzieciaków do osób w wieku podeszłym. Większość uczestników była ubrana w uniformy różnych bractw.
San Corrado żył w jaskini koło Noto (tym w poprzedniej lokalizacji) w XIV wieku. Uważa się, że to dzięki niemu zdarzały się cuda rozmnażania chleba, przez co można było unikać częstych wówczas klęsk głodu.
Jedną z ciekawszych atrakcji Noto są schody Mariannina Coffa. Są na nich umieszczane instalacje, dające w efekcie coś w rodzaju muralu czy graffiti, choć nie są one malowane, a naklejane. Akurat chwilę wcześniej rozdzieliliśmy się i ja miałem szansę zobaczyć to dzieło prawie w całej okazałości. Gdy kilka minut później dotarła tu Małgosia z aparatem, część instalacji była już bezpowrotnie zniszczona. Pewnie za jakiś czas pojawi się tu nowy projekt.
Podsumowując, Noto bardzo nam się podobało. Niewielkie miasteczko, bez problemu do przejścia dla każdego, bardzo ładne, w porównaniu z innymi miastami czyste. Na pewno warto poświęcić co najmniej pół dnia na zwiedzenie Noto.
Tego dnia mieliśmy do przejechania niemal całą Sycylię. Aby urozmaicić sobie podróż, zaplanowaliśmy dwa niezbyt długie przystanki, podczas których chcieliśmy zobaczyć coś ciekawego. Pierwszym stopem była Caltagirona, niespełna 40-tysięczne miasteczko, położone w południowo-wschodniej części wyspy.
Spacerując po Caltagironie znaleźliśmy sporo ciekawych motywów. Tu mamy donice zdobione na "głowę Maura". Jest to niezwykle popularny na Sycylii motyw zdobniczy, związany z legendą o Sycylijce, która została uwiedziona, a następnie zdradzona przez Maura. W odwecie dziewczyna... ucięła mu głowę.
Choć byliśmy na Sycylii w lutym, to - jak widać na tym zdjęciu - przydawały się czapeczki czy okulary przeciwsłoneczne. Przez cały nasz pobyt temperatury wahały się w przedziale 14-19 stopni (jedynie na Etnie było znacznie chłodniej), większość dni była słoneczna, jedynie jednego dnia przelotnie padał deszcz. Nie była to pogoda na kąpiele w morzu (choć plażowanie w ograniczonym zakresie wchodziło w grę), natomiast na aktywne zwiedzanie wręcz idealna.
W końcu dotarliśmy do naszego celu - schodów Santa María del Monte, będących symbolem Caltagirone. Budowę schodów rozpoczęto w 1606 roku, a miały one połączyć stare dzielnice miasta, położone na dole, z nowymi dzielnicami, które powstawały na wzniesieniu. Budowa trwała 10 lat.
Początkowo schodów było 150, a w kilku miejscach stworzono miejsca do odpoczynku. W XIX wieku stwierdzono jednak, że wchodzenie po tych schodach jest bardzo męczące i je przebudowano - zmniejszono nachylenie, likwidując przy tym miejsca na odpoczynek, zmieniła się także liczba schodów - na 142. Jak widać na zdjęciu, każdy stopień jest udekorowany innym wzorem z płytek ceramicznych. Zdobienia te zapoczątkowano w 1954 roku i wkrótce wszystkie stopnie były upiększone.
Nasz najmłodszy chłopak podjął wyzwanie i przebiegł całe schody w górę i w dół. Jak sam przyznał, myślał, że jest to znacznie prostsze niż się okazało w rzeczywistości. Po wykonaniu zadania zapytaliśmy go, ile jego zdaniem jest tu schodów. Odpowiedział, że 500 🙂.
Co roku 24 i 25 lipca oraz 14 i 15 sierpnia schody są iluminowane 4000 lamp oliwnych. Cała ta uroczystość ma na celu upamiętnienie św. Jakuba, patrona Caltagirone.
W wielu włoskich miasteczkach warto zejść z głównego szlaku i zagłębić się w boczne uliczki. Wiele razy spacerując sobie bez jakiegoś wyraźnego celu trafialiśmy na takie perełki, jak na tym zdjęciu.
Caltagirone, jak wiele innych miasteczek na Sycylii, posiada bardzo długą historię. Odkryto tu dwa cmentarze sprzed ponad 3 tys. lat! Sama nazwa Caltagirone prawdopodobnie pochodzi z języka arabskiego, co sugeruje rozwój miasta w okolicach 1000 roku n.e. Warto tu zajrzeć, choćby dla samych schodów.
Choć od Etny w linii prostej dzieliło nas 70-80 km, to w odpowiednich warunkach terenowych majestatyczna góra była doskonale widoczna.
Na miejsce drugiego stopa wybraliśmy Villa Romana del Casale. Jest to luksusowa willa letniskowa z okresu Cesarstwa Rzymskiego.
Zbudowano ją ok. 300 r. n.e. i prawdopodobnie należała do senatora lub może nawet kogoś z rodziny cesarskiej. Na korzyść tej tezy przemawia zarówno wielkość całej budowli (50 izb), jak i zachowane w dużej części do dziś mozaiki posadzkowe, które będzie można podziwiać na kilku kolejnych zdjęciach.
Mozaiki mają łącznie powierzchnię 3500 m2. Każda z nich jest osobnym dziełem sztuki. I to właśnie mozaiki są największą atrakcją tej willi.
Jest ich tak wiele, że trudno o dokładne obejrzenie wszystkich. Niektóre można obejrzeć z bardzo bliska, niektóre z pomostów z pewnej wysokości.
Treść mozaik jest bardzo różna. Są na nich sceny z życia codziennego, polowania, wyścigi rydwanów, sceny wojenne...
... a te najdłuższe wręcz opowiadają konkretne historie.
Jak to się stało, że mozaiki przetrwały w tak dobrym stanie przez prawie dwa tysiąclecia? Pomogła w tym naturalna katastrofa - osuwisko ziemi w XII wieku. Willa została wówczas zasypana i tylko najwyższe fragmenty budowli wystawały z ziemi. Fragmenty mozaik z willi wydobywano już w XIX wieku, natomiast ponownego "odkrycia" willi dokonano w 1929 roku.
W latach 60. ubiegłego wieku dokopano się do kolejnych mozaik i wówczas zbudowano widoczne na tym zdjęciu przykrycie całej willi, by uchronić mozaiki przed czynnikami atmosferycznymi.
A to mozaika zwana "Dziewczyny w bikini". Co prawda, nie jest jednoznacznie wyjaśnione, czy na mozaikach uwieczniono bieliznę czy też strój do uprawiania sportu, niemniej faktycznie bardzo przypomina on "wynalezione" w połowie XX wieku bikini.
Bez wątpienia mozaiki w Villa Romana są imponujące. Wielka liczba mozaik sprawia jednak, że trudno wszystkie dokładnie obejrzeć. Jeśli jednak sycylijski szlak prowadzi przez okolice, to na pewno warto do tego muzeum wstąpić.
Castellammare del Golfo, Erice, Mazara del Vallo
Po przejechaniu niemal całej Sycylii znaleźliśmy się w Castellammare del Golfo, niewielkiej 15-tysięcznej mieściny położonej między Palermo i Trapani. Wybraliśmy to miejsce głównie z powodu dogodnego położenia - stąd było blisko do atrakcji zachodniej Sycylii, a także do rezerwatu Zingaro.
Tymczasem, ku pewnemu zaskoczeniu, okazało się, że jest to bardzo sympatyczne i ciekawe miasteczko. Tuż obok naszego apartamentu znajdował się niewielki park z takim oto imponującym, ogromnym drzewem. Sam park był fajnie pomyślany i sprawiał korzystne wrażenie.
W tym miejscu napiszemy parę słów o mafii. Z tego, co się orientowaliśmy, problem mafii nie jest już na Sycylii tak wielki, jak było to kilka dekad temu. Turystów ta problematyka raczej nie dotyka, miejscowi też zbyt chętnie na ten temat się nie wypowiadają, co nie przeszkadza wykorzystywać motywów z "Ojca chrzestnego" na wielu pamiątkach.
Niektóre miejscowości, jak choćby Corleone, wykorzystują powiązania z motywami "Ojca chrzestnego", czyli mafii, do przyciągania turystów. A dlaczego wspominam o tym przy okazji zdjęć z Castellammare del Golfo?
Otóż mieścina ta była miejscem pochodzenia wielu mafiosów, którzy potem tworzyli sycylijską mafię w USA. Gdy z ciekawości poszukaliśmy informacji o najbardziej znanych ludziach urodzonych w Castellammare del Golfo, na 10 wymienionych było 8 mafiosów, 1 gracz baseballa i 1 aktor.
O ile w Katanii, Syrakuzach czy Noto byliśmy dobrze przygotowani do zwiedzania, mieliśmy wydrukowane miniprzewodniki z najciekawszymi miejscami, a nawet trasą do zwiedzenia, to w Castellammare po prostu przechadzaliśmy się tam, gdzie nas nogi poniosą. Bez planu, bez atrakcji, po prostu obserwować codzienne życie miejscowych.
Port był idealnym miejscem na takie obserwacje. Tuż obok portu zlokalizowana jest forteca (będzie widoczna za kilka zdjęć, na panoramie z góry), od której wzięła się nazwa tej miejscowości.
Na tej ścianie wisiały płytki różnych klubów, na niektórych były opisane jakieś historie, na innych historyczne budowle. W tym miejscu przydałaby się znajomość włoskiego.
Przemierzaliśmy także takie nieoczywiste ścieżki - z lewej strony kilka metrów w dół i brzeg morza, z prawej strony jakieś budowle, ale niekoniecznie domy mieszkalne. Gdzie nas to zaprowadzi?
I na koniec tego spaceru panorama centrum Castellammare del Golfo wraz z portem i fortecą. Małgosia zaproponowała, żebyśmy poszli na piechotę do tego punktu widokowego, ale stosunkiem głosów 3:1 została przegłosowana i pojechaliśmy autem 🙂.
Pierwotnie tego dnia planowaliśmy wybrać się do rezerwatu Zingaro, ale bardzo niepewna pogoda (to był ten jeden dzień nienajlepszej pogody w trakcie naszego tygodniowego pobytu) skłoniła nas do zmiany planów. Zdecydowaliśmy się na zwiedzenie dwóch ciekawych, ale zarazem całkowicie różniących się miasteczek. Pierwsze z nich to Erice. Już brama do miasta była obiecująca.
Już sam wjazd do Erice dostarczał emocji. Z poziomu morza w kilka minut trzeba było krętymi serpentynami wjechać na wysokość 750 m n.p.m. W sezonie jest też opcja, by wjechać kolejką z Trapani, ale zimą jest ona nieczynna. We wszystkich opisach Erice wspominano, że jest to miejsce, które nadzwyczaj często tonie w chmurach i mgle. Cóż, sprawdziło się to 🙂.
My jednak nie narzekaliśmy, gdyż mgły dodawały temu miejscu aury tajemniczości. Dodatkowo w miasteczku było bardzo niewielu turystów, a i miejscowych w ogóle nie było widać.
Do Erice nie wolno wjeżdżać autem (choć kilka aut, przypuszczalnie lokalsów, widzieliśmy) i ten zakaz jest ze wszech miar uzasadniony.
Na czym zatem polega fenomen tego miejsca? Wygląda ono tak samo, jak 50, 100 czy 150 lat temu. Tutaj czas stanął w miejscu.
Miasto zostało założone przez Fenicjan i początkowo nosiło grecką nazwę Eryx, od jednego z greckich bohaterów. Arabowie zmienili nazwę na Cebel Hamid, a Normanowie w 1167 roku na Monte San Giuliano. Ta ostatnia nazwa przetrwała przez blisko 800 lat i dopiero niedawno, w 1934 roku dokonano kolejnej zmiany i odtąd jest to Erice. Miejsce to bardzo nam się podobało, głównie przez to, że całkowicie różni się od innych miasteczek sycylijskich.
Po drodze do drugiego miasta chcieliśmy jeszcze zajechać na saliny, gdzie ponoć woda przybiera różowy kolor. Czy to przez nieodpowiednią porę roku, czy zachmurzone niebo, w każdym razie różu nie zaobserwowaliśmy i musieliśmy zadowolić się widokiem takiego oto wiatraku 🙂.
Mazara del Vallo to kolejne miasto z niesamowicie długą historią, sięgającą trzech tysięcy lat. Ono także zostało założone przez Fenicjan, a dziś znane jest przede wszystkim jako skupisko społeczności arabskiej.
Na miejsce naszego spaceru wybraliśmy dzielnicę Kasbah. W dawnych czasach była to dzielnica arabska i ten charakter zachowała do dziś. Osiedlają się tu imigranci z północnej Afryki, w szczególności Tunezyjczycy. I choć sformułowanie dzielnica arabska w europejskim mieście niekoniecznie musi budzić dobre skojarzenia, to Kasbah jest podawany jako przykład bardzo dobrej asymilacji przybyszów z miejscową społecznością.
Co więcej, dzielnica stała się atrakcją turystyczną. Dlaczego? Jak widać na zdjęciu nad uliczkami zawieszono iluminacje, przed domami ustawiono zdobione wazony, rolety pokryto malowidłami.
Co warto też podkreślić, uliczki były czyste (co niekoniecznie było regułą w innych sycylijskich miasteczkach), poczucie bezpieczeństwa też było na odpowiednim poziomie.
W pewnym momencie Małgosia została w tyle, coś tam fotografując, a Adaś zaczął się lekko nudzić. Dostał więc zadanie: "Pobiegnij wokół tego budynku, wróć z drugiej strony, mama do tego czasu do nas dołączy." Pomysł chwycił, Adaś pobiegł. Mija minuta, dwie, trzy, Adama nie ma. Przyszła mama, Adama nie ma. Zadzwoniliśmy do niego, okazało się, że nie mógł znaleźć drogi dookoła budynku, więc cały czas skręcał w lewo, a teraz to nie ma pojęcia gdzie jest. Gdzieś w środku arabskiej dzielnicy 🙂.
Na szczęście lokalizacja w telefonie Adasia zadziałała dobrze i szybko go namierzyliśmy. Okazało się, że znajdował się kilka kwartałów dalej. Przygoda była, grunt, że z happy endem.
Wracając do specyfiki Kasbah - na wybetonowanych uliczkach widać wmurowane ceramiczne płytki z różnymi wzorami. To kolejna specyficzna cecha tej dzielnicy.
Włoskie kościoły często są bogato zdobione, wręcz ociekające bogactwem. Ale ten w Mazara del Vallo nawet jak na uwarunkowania włoskie był niezwykły. Aż nie wiadomo, na czym zawiesić oko.
Z czego jeszcze słynie Mazara del Vallo. Głośno o tym mieście zrobiło się w 1998 roku, gdy niedaleko portu, z głębokości 500 metrów wydobyto rzeźbę z brązu. Ustalono, że najprawdopodobniej jego twórcą był w IV w. p.n.e. grecki rzeźbiarz Praxiteles, a dziełu nadano nazwę "Tańczący satyr".
Po niezbędnych naprawach rzeźbę umieszczono w kościele Sant'Egidi w Mazara del Vallo. A o tym, że jest to cenny artefakt może świadczyć to, że na jakiś czas została wypożyczona do Luwru.
Spacer po dzielnicy Kazbah był bardzo ciekawy. Można tu było nieco poczuć klimaty arabskie, a wąskie uliczki bez ruchu samochodowego, często w jakiś sposób upiększone nadawały temu miejscu koloryt.
Na koniec krótkiego pobytu w Mazara del Vallo rzuciliśmy jeszcze okiem na katedrę del Santissimo Salvatore, przeszliśmy obok Łuku Normańskiego, będącego ostatnią pozostałością zamku zbudowanego w 1073 roku i zburzonego w 1880 roku, zjedliśmy smaczne lody i na tym zakończyliśmy ten pełen wrażeń dzień.
Rezerwat Zingaro
Prognozy pogody na kolejny dzień były optymistyczne, zatem wybraliśmy się na nasz pierwszy trekking na Sycylii do rezerwatu Zingaro. Można zacząć trekking od północy (od San Vito Lo Capo) lub od południa (od Scopello). My ze względów logistycznych wybraliśmy opcję nr 2. Od razu po kupnie biletów (5 eur od dorosłego) trafiliśmy na tunel, będący symbolem ochrony przyrody. W latach 80. ubiegłego wieku nie tylko planowano, ale nawet rozpoczęto budowę drogi przez tą okolicę. M.in. wydrążono ten właśnie tunel. Czynny opór okolicznych mieszkańców skłonił władze do przerwania budowy i utworzenia rezerwatu przyrody.
Na terenie rezerwatu Zingaro wytyczono 3 szlaki. Pierwszy wzdłuż wybrzeża, z możliwością dojścia do sześciu plaż (13 km długości). Drugi środkowy, oferujący widok z góry na brzeg morza i wspomniane plaże (w połączeniu z pierwszym szlakiem 10 km, ale znacznie większe przewyższenia). Trzeci, najbardziej wymagający i najdłuższy, wymagający dobrej kondycji, prowadzący przez trzy okoliczne szczyty, najwyższy Monte Speziale o wysokości 914 m n.p.m. (17 km, duże przewyższenie)
My wybraliśmy szlak nadmorski, gdyż chcieliśmy nacieszyć się plażami. Na zdjęciu widać już pierwszą z nich - Cala Capreria. Dojście do niej zajmuje ok. 20 minut i napotkaliśmy w necie opisy osób, które docierały właśnie do tej plaży i na tym kończyły eksplorację Zingaro. Tymczasem warto, wręcz należy iść dalej, bo na tym szlaku cały czas coś się dzieje!
Przy odrobinie uwagi można było zauważyć małe zwierzęta, mijaliśmy też co chwilę zmieniające się rośliny - różne rodzaje krzewów, palmy, tymianek, jesiony, migdałowce i sporo innych.
Niekiedy, aby dotrzeć do plaży, trzeba było nadłożyć nieco drogi. Ten szlak daje wybór - można iść nieco dłuższą drogą, ciesząc oko kolejnymi plażami lub omijać plaże. My szliśmy na plaże, choć przy którejś kolejnej nasze dzieci zgodnie stwierdziły, że wolą poczekać przy odbiciu na plażę, aż rodzice nacieszą się plażą i do nich wrócą.
Po drodze spotkaliśmy całkiem sporo jaszczurek, choć to dość płochliwe zwierzaki i zazwyczaj było je bardziej słychać (takie charakterystyczne szmery) niż widać. Ale kilka razy udało nam się je zobaczyć.
Ważna sprawa - zdecydowana większość szlaku nie daje żadnej ochrony przed słońcem i należy brać to mocno pod rozwagę. My byliśmy w Zingaro w środku zimy i przy temperaturze ok. 18 stopni maszerowało się znakomicie, natomiast latem przy temperaturach +30 stopni przyjemność może szybko zmienić się w udrękę. A po drodze nie ma żadnych możliwości kupna wody.
Kolejna sprawa - nie jest to szlak szczególnie trudny, jednak wygodne buty trekkingowe to podstawa udanej wyprawy. Jest trochę chodzenia w górę, w dół, czasem trzeba iść po kamienistym podłożu, czasem po żwirze. W sandałach może być ciężko i niewygodnie.
Tymczasem dotarliśmy do Cala della Disa. Podobnie jak wszystkie plaże w tej okolicy, jest to plaża kamienista. Nie ma tu niestety żółtego piasku. Wynagradza to turkusowy kolor wody oraz fajne, skaliste otoczenie plaż.
W sezonie rezerwat, jako jedna z największych atrakcji Sycylii, jest mocno oblegany przez turystów. Mogą być problemy z miejscem na parkingu przy wejściu, może być tłok na plażach, zwłaszcza tych w pobliżu obu wejść do rezerwatu. My napotkaliśmy tylko wycieczkę na pierwszej plaży, a potem z rzadka spotykaliśmy pojedynczych turystów, w tym naszych rodaków. Co nas w ogóle nie dziwiło, gdyż na całej Sycylii na Polaków trafialiśmy dosłownie co chwilę.
Niedaleko od rezerwatu Zingaro znajduje się jeszcze jeden ciekawy cel trekkingowy, który mieliśmy w planach - trekking dokoła Monte Cofano. Także jest tam rezerwat, sam szlak jest dość krótki (przejście ok. 2 godziny) i niezbyt wymagający, za to bardzo efektowny.
Po przejściu szlaku w rezerwacie Zingaro, co zajęło nam mniej więcej 6 godzin, nie mieliśmy już ani ochoty, ani czasu, by maszerować po kolejnej trasie. Może jeszcze kiedyś będzie okazja.
W pewnym momencie zaskoczył nas widok kikutów palm, wskazujących na pożar. Ale spalone były tylko i wyłącznie te palmy, nic więcej w najbliższej okolicy. Zagadka pozostała niewyjaśniona.
Kolejna plaża, Cala Berretta, robiła nieco gorsze wrażenie od poprzednich plaż. Mniejsza, otoczenie też nieco słabsze, do tego jakaś łódka niedbale porzucona.
Podczas dłuższych trekkingów zdarza się, że chłopacy zaczynają co chwilę pytać, ile jeszcze, kiedy koniec, itd. W Zingaro tego nie doświadczyliśmy, być może dlatego, że krajobraz był bardzo zmienny i co chwilę coś innego zaprzątało uwagę.
Patrząc na nieregularną linię brzegową Sycylii warto uświadomić sobie mało znany fakt. Pod względem geologicznym Sycylia znajduje się na płycie afrykańskiej, a granica pomiędzy płytą afrykańską i euroazjatycką przebiega na Morzu Śródziemnym pomiędzy Sycylią i kontynentalnymi Włochami. Jest to też powód występowania na Sycylii niszczycielskich trzęsień ziemi i zjawisk wulkanicznych.
Kolejna ciekawostka - w bliskim sąsiedztwie Sycylii znajduje się wiele mniejszych wysp. Mamy wyspy Liparyjskie ze Stromboli na północ od Sycylii, Egady na zachód, wyspy Pelagijskie ze znaną z napływu imigrantów Lampedusą na południe (choć już nieco dalej od Sycylii) oraz Pantellerię na południowy zachód.
Sycylia wraz z wymienionymi przed chwilą wysepkami tworzy region autonomiczny, który zamieszkuje ponad 5 mln ludzi. To więcej niż kilka średniej wielkości krajów w Europie, np. Chorwacja, Bośnia, Mołdawia czy Litwa. Średnia gęstość zaludnienie to 186 ludzi na km2, znacznie więcej niż choćby w Polsce.
Cala dell'Uzzo była widoczna z daleka. Od momentu, gdy ją ujrzeliśmy, do dotarcia na nią minęło dobre pół godziny.
Jedną z większych atrakcji w rezerwacie Zingaro jest grota dell'Uzzo. Znaleziono w niej ślady bytności człowieka z czasów górnego paleolitu.
Jak widać, rozmiary tej groty są całkiem spore, a nie jest to jedyna jaskinia na terenie rezerwatu. Najbardziej efektowna jest jaskinia Cork, ze względu na imponujące stalaktyty i stalagmity, a także podziemne jeziora. Inne dostępne jaskinie to Porco oraz Mastro Peppe Siino. Ta ostatnia, co ciekawe, służyła za schronienie ludziom jeszcze w poprzednim wieku.
W okolicy bardzo ładnej plaży Cala dell'Uzzo szlak się rozdwajał, co umożliwiło zrobienie pętli na ostatnim fragmencie naszego szlaku.
Plaża Cala Tonnarella dell'Uzzo jest znakiem, że dotarliśmy do końca szlaku, który jednocześnie jest północnym wejściem do rezerwatu Zingaro.. Teraz pozostaje jeszcze tylko wrócić z powrotem na parking.
Na kąpiel było trochę zbyt chłodno, ale położna w zacisznym miejscu plaża doskonale nadawała się na trochę dłuższy odpoczynek.
Podsumowując - trekking po rezerwacie Zingaro liczył 13 km przy 560 metrach przewyższenia, zabrał nam niespełna 6 godzin. Atrakcyjność tego szlaku oceniamy bardzo wysoko, był to jeden z najciekawszych naszych trekkingów ever. Bardzo ładne plaże, interesująca przyroda, otoczenie gór, do tego słoneczna pogoda - wszystko dopisało. Jeśli ktoś lubi kontakt z przyrodą jest to pozycja obowiązkowa podczas pobytu na Sycylii.
Palermo
Palermo - największe miasto i stolica Sycylii. Na początek podzielimy się kilkoma praktycznymi informacjami. Przede wszystkim w centrum (i to nie tylko ścisłym) miasta jest wytyczona strefa, do której nie wolno wjeżdżać bez specjalnych pozwoleń. Warto ściągnąć sobie mapkę tej strefy i pilnować, by np. nie wynająć apartamentu wewnątrz tej strefy, gdy ma się wynajęte auto. My znaleźliśmy lokum blisko strefy i zarazem względnie blisko centrum - na piechotę do najatrakcyjniejszych miejsc w Palermo mieliśmy może z 15 minut.
Jeżdżenie autem po Palermo nie jest łatwe ani przyjemne. Korki, chaos na drogach, notoryczne trąbienie wszystkich na wszystkich, niedostatek miejsc parkingowych - to wszystko sprawia, że jeździ się tu ciężko. Na zdjęciu kamienica, na której zwracamy uwagę na liczne klimatyzatory. Latem bez nich może być w mieszkaniach mocno nieprzyjemnie.
Pierwszy spacer po Palermo zrobiliśmy wieczorem po najbliższej okolicy naszego apartamentu i nasze wrażenia nie były szczególnie pozytywne. Gdy jednak następnego dnia od rana skierowaliśmy się do centrum miasta, zaczęło ono w naszych oczach zyskiwać.
Nieco przypadkiem trafiliśmy na targ w dzielnicy Capo. Kwestia dzielnic jest niezwykle istotna w Palermo, jeszcze szerzej o tym napiszemy, tutaj jedynie nadmienimy, że w ścisłym centrum poza Capo są jeszcze trzy inne dzielnice - Vucciria, Kalsa i Albergheria. Charakterystyczna rzecz na palermiańskich targach to częste skrapianie warzyw i owoców wodą, a nadmiar wody spływa chodnikiem.
Z tym panem wiąże się sympatyczna historia. Widząc Małgosię idącą z aparatem w ręku, pan widoczny na zdjęciu poprosił o zrobienie mu zdjęcia i wysłanie pocztą. Po czym wręczył karteczkę z adresem, oczywiście pocztowym:) Komunikacja odbywała się na migi, ale jakoś udało się dogadać 🙂 Zdjęcie oczywiście zostało wysłane!
Kilka słów o historii Palermo. Osada została założona w VIII w. p.n.e., a zatem podobnie jak mnóstwo innych miejsc na Sycylii miejsca by nie starczyło, by nawet w skrócie opisać najważniejsze dla tego miasta wydarzenia. Warto jednak zaznaczyć, że największy rozkwit Palermo nastąpił pomiędzy IX i XI w., gdy panowali tu Arabowie. Potem rządzili tu Normanowie, dynastie niemieckie, francuskie, hiszpańskie, a w końcu nastali Włosi. Nic dziwnego, że w Palermo mamy mieszankę różnych stylów, kultur, a samo miasto przez wieki cieszyło się sławą miasta kosmopolitycznego.
Oto przed nami pierwsza słynna budowla Palermo. Potężny, monumentalny gmach Teatro Massimo zaprojektowano i zbudowano w drugiej połowie XIX wieku, a miejsce pod budowę pozyskano, równając z ziemią część dzielnicy. Jest to jeden z największych teatrów w Europie i faktycznie, nawet oglądając go tylko z zewnątrz, czuć jego ogrom. Z kolei widoczne na zdjęciu schody teatru "zagrały" w finałowej scenie "Ojca chrzestnego".
Następnie skierowaliśmy się do dzielnicy Vucciria. Słynie ona ze street food, pod tym względem uważana jest za europejski top. Póki co jednak królowały stoiska z tanimi koszulkami piłkarskimi (odnotowaliśmy Lewandowskiego) i skarpetami w bardzo wymyślne wzory.
Minęliśmy bardzo ładny kościół San Domenico, którego efektowna fasada pochodzi z XVIII wieku i kierowaliśmy się w stronę targu Vucciria.
Szczególne wrażenie zrobił na nas staruszek, ostrzący noże w jednej z oficyn na takiej uliczce. Tak jakby w jego przypadku czas się zatrzymał i został przeniesiony z połowy ubiegłego wieku w 2024 roku.
A oto i targ Vucciria, miejsce nazywane sercem i żołądkiem Palermo. Wcale nie jest to duży targ - na zdjęciu widać może połowę placu, na którym się znajduje. Miejsce to tętni życiem dopiero wieczorem, wówczas gromadzą się tu tłumy mieszkańców Palermo, by kosztować taniego i smacznego jedzenia.
My zaszliśmy tam niedługo po zjedzeniu śniadania, więc odpuściliśmy sobie degustację tutejszych specjałów. A te są nie byle jakie, największą sławą cieszy się pane con la milza – paski cielęcych wnętrzności, dla ciekawych - konkretnie płuc i śledziony 🙂. Nasz młodszy syn, wojujący wegetarianin, był szczerze oburzony i zniesmaczony tutejszą ofertą kulinarną.
Inne tutejsze specjały to porchetta (bułka z wieprzowiną i warzywami), purpu vugghiutu (gotowana ośmiornica), stigghiole (grilowane baranie flaki) czy panelle (placki z ciecierzycy smażone na głębokim oleju). My zadowoliliśmy się zdjęciami i kontynuowaliśmy wędrówkę po Palermo.
Z pewnym żalem opuściliśmy dzielnicę Vucciria i na krótko zapuściliśmy się do dzielnicy Kalsa. Jednym z bardziej znanych miejsc w tej dzielnicy jest fontanna Pretoria. Początkowo została zaprojektowana do ogrodu w jednej z palermiańskich willi, ale ostatecznie została umiejscowiona w dużo bardziej prestiżowej lokalizacji.
Niestety, postacie ludzkie, a konkretnie niektóre szczegóły anatomiczne nie spodobały się miejscowym zakonnicom. Nie poprzestały jednak na niezadowoleniu, a z młotkami w dłoniach wybrały się na miejsce budzące zgorszenie, po czym w akcie protestu... odłupały rzeźbom nosy. Wygląda na to, że szkody po tym akcie wandalizmu zostały jednak naprawione.
Na razie jeszcze z pewnego dystansu widok na główne skrzyżowanie Palermo, czyli Quatro Canti. O samym skrzyżowaniu za moment, natomiast na zdjęciu jeden z czterech pałaców barokowych, jakie wzniesiono na rogach tego skrzyżowania. Wszystkie cztery pałace są podobne do siebie, a bardzo ważna jest ich symbolika. Ich fasady podzielono na trzy części. Fontanny i rzeźby na dolnym poziomie nawiązują do czterech pór roku, posągi na środkowym poziomie to czterej hiszpańscy królowie Sycylii, a na górnym poziomie umiejscowiono posągi patronek czterech dzielnic miasta.
Samo skrzyżowanie zostało zbudowane na początku XVII wieku, wówczas wytyczono też prostopadłe do siebie ulice via Maqueda i via Vittorio Emanuele. Ulice te stanowią do dziś granice czterech historycznych dzielnic miasta - Vucciria, Kalsa, Albergheria i Capo. A zdjęcie, które zamieściliśmy, jest takim fotograficznym "must do" w Palermo.
Ta niezwykle charakterystyczna budowla z trzema kopułami w stylu arabskim to kościół San Cataldo. Został wzniesiony w 1154 roku i jest przykładem architektury arabsko-normańskiej. W środku jest bardzo surowy...
... zatem zajrzeliśmy do sąsiedniego kościoła Santa Maria dell'Ammiraglio (zwany też La Martorana), który był absolutnym zaprzeczeniem surowości. Tutaj wnętrza wręcz ociekały złotym kolorem. Mozaiki i freski na sklepienie były wręcz zachwycające. Na pewno warto tu zajrzeć i ponapawać oczy tym dziełem sztuki.
Katedra budzi pewne kontrowersje. Budowlę wzniesiono w XII wieku, ale jej obecny wygląd niewiele ma wspólnego z pierwowzorem. W trakcie 800 lat dokonywano wielu ulepszeń, modernizacji, w różnych stylach, na skutek czego dziś katedra stanowi zlepek różnych stylów, koncepcji i pomysłów.
Nieco już zmęczeni spacerem po Palermo (przeszliśmy 7,5 km) zrezygnowaliśmy z wspinania się na taras widokowy na dachu katedry. W pobliskim parku spotkaliśmy znudzonego ulicznego grajka. Poprosiliśmy go, żeby nam zagrał "Bella Ciao" albo chociaż "Felicita". Okazało się, że... żadnej z tych melodii nie zna na tyle, żeby je zagrać. No nie powiem, zaskoczyło nas to.
Zespół miejski Palermo liczy 1,2 mln mieszkańców i jest piątym pod względem wielkości we Włoszech. Ciekawa jest nazwa portu lotniczego w Palermo - nosi on nazwę "Falcone-Borselino", co oczywiście ma upamiętnić dwóch dzielnych sędziów, którzy rzucili wyzwanie sycylijskiej mafii. Co, niestety, kosztowało ich życie.
W zestawieniach pokazujących zamożność regionów w UE Sycylia wypada bardzo słabo. Z krajów tzw. starej Unii podobnie kiepsko radzą sobie tylko niektóre regiony południowych Włoch oraz Grecji. Co więcej, kilka polskich regionów przegoniło Sycylię, w tym niektóre bardzo wyraźnie. I, niestety, zapóźnienia cywilizacyjne na tej wyspie widać. Zarówno w zaniedbanej i mocno podniszczonej infrastrukturze (ileż było "wiecznych" remontów na drogach, zwężeń na estakadach czy w tunelach), mnóstwie zapuszczonych czy nawet opuszczonych domów, do tego charakterystyczny dla południa Europy nieład, śmieci. Pod tym względem Sycylijczycy mają przed sobą bardzo dużo do poprawienia.
W Palermo udało nam się bardzo dużo zobaczyć, ale kilka potencjalnie ciekawych miejsc musieliśmy ominąć. Wymienimy tu kilka z nich: Ogród Botaniczny, Katakumby Kapucynów, położona przy porcie dzielnica La Kala i Piazza Marina.
Czy podobało nam się Palermo? Pomimo nienajlepszego pierwszego wrażenia ostatecznie zdecydowanie tak. Miasto oferuje mnóstwo ciekawych, efektownych miejsc, a i kręcenie się po uliczkach Vucciri czy Capo było ciekawym przeżyciem. Na zdjęciu Palazzo Normano, którego największą atrakcją jest ozdobiona wspaniałymi mozaikami Capella Palatina.
Monreale, Cefalu
Niektórzy twierdzą, że zwiedzanie Palermo nie może być zaliczone, jeśli przy okazji nie odwiedzi się katedry w Monreale. Dla wyjaśnienia - Monreale jest miasteczkiem, które sąsiaduje z Palermo. Monumentalna katedra została ukończona w 1267 roku, a z jej budową wiąże się ładna, ale niezbyt realistyczna legenda.
W okolicy Monreale przebywał Wilhelm II. Gdy spał pod drzewem, przyśniła mu się Matka Boża, która poleciła mu wybudowanie w tym miejscu kościoła. I teraz część fantastyczna legendy - pod tym samym drzewem wkrótce znaleziono złote monety, które pozwoliły sfinansować budowę katedry.
W katedrze można zauważyć różne wpływy - normańskie, arabskie, także bizantyjskie. Bardzo cennym zabytkiem jest mozaika w stylu bizantyjskim z XII-XIII wieku, która ma rozmiar 6500 m2.
Całkiem ciekawie wygląda też najbliższe otoczenie katedry. Tuż obok znajduje się potężny klasztor Benedyktynów, plac Guglielmo II i plac Vittorio Emanuela. W odróżnieniu od centrum Palermo czy Katanii było tu znacznie spokojniej, mniej ludzi, mniej zgiełku.
Na tym zdjęciu widać, jak bogato zdobiona jest katedra w Monreale. Można spotkać się z opiniami, że jest to najpiękniejszy kościół na Sycylii.
Bez wątpienia do Monreale warto zajrzeć, zwłaszcza, że jest tu jedna główna atrakcja, której zwiedzenie nie powinno zabrać bardzo dużo czasu.
Kolejny przystanek to 13-tysięczne miasteczko Cefalu, które jest jedną z największych atrakcji północnej Sycylii. Co wyróżnia Cefalu spośród innych sycylijskich miasteczek? Przede wszystkim położenie - jest ono wciśnięte pomiędzy morze a wielką skałę o nazwie "La Rocca", która góruje nad miejscowością.
Bez problemu udało nam się znaleźć miejsce parkingowe, co ponoć w sezonie graniczy z cudem i zrobiliśmy sobie spacer po miasteczku. Już na początku zaczepił nas wyjątkowo utalentowany sprzedawca i sprzedał nam krem truflowy w cenie 15 euro za średniej wielkości słoiczek.
Podobnie jak w kilku innych miejscach na Sycylii, także i w Cefalu natknęliśmy się na pięknie zdobione donice. Bardzo często takie donice są wyrabiane ręcznie i zdobione w motywy pomarańczy, cytryn, kwiatów lub opuncji. Obok misternie wykonanej ceramiki donice stanowią ważny element kultury Sycylijczyków.
Głównym deptakiem w mieście jest Corso Ruggero.
Za nami stoi katedra w Cefalu. Zaczęto ją budować w 1131 roku i ukończono dopiero po ponad 100 latach. Reprezentuje ona styl normański. Co ciekawe, Piazza del Duomo, na którym przysiedliśmy, kiedyś był cmentarzem.
Z placu katedralnego bardzo blisko jest do morza. Znajduje się tam kamienna brama z widokiem na morze - szczególnie dobrze zdjęcia wychodzą tu przy zachodzącym słońcu. Widoczne na zdjęciu betonowe molo już tak urokliwe nie jest.
W sezonie magnesem dla turystów w Cefalu jest zarówno piaszczysta plaża, jak i widok miasteczka na tle wysokiej na 268 metrów skały "La Rocca". Punktem obowiązkowym przy pobycie w Cefalu jest wejście (1 godzina dość uciążliwego marszu pod górę) lub wjazd (taki mieliśmy zamiar, ale super wąskie uliczki prowadzące na górę zniechęciły nas do tego pomysłu) na "La Rocca", ale że tego dnia mieliśmy jeszcze do przejechania ponad 200 km, a dzień pomału chylił się ku końcowi, to z żalem odpuściliśmy pomysł zdobycia tej skały.
Starczyło nam jednak czasu na zaglądnięcie do średniowiecznych pralni z 1514 roku. Nasze dzieci zamiast zgłębiać przeznaczenie tych dziwnych konstrukcji stwierdziły, że lepiej sobie poskakać 🙂. Całościowo Cefalu pozostawiło u nas pewien niedosyt, głównie dlatego, że 2 godziny spędzone w tym miasteczku to za mało, by je wystarczająco poznać.
Etna
Taki widoczek na Etnę (to te szczyty w dalszym planie) mieliśmy z tarasu naszego apartamentu w miejscowości Forza D'Agro. Co zabawne, następnego dnia była taka mgła, że z tego samego miejsca nie było widać zupełnie nic.
A oto już Etna w pełnej okazałości. Chcieliśmy jeden dzień naszego pobytu na Sycylii poświęcić na ten wulkan. Opcji, jak to zrobić, było kilka. Mogliśmy przejechać pociągiem Circumetnea wokół Etny, mając po drodze piękne widoki na górę z różnych kierunków (mankament - pociąg jedzie pętlą przez 80% obwodu Etny i potem z powrotem). Mogliśmy spróbować wejść na Etnę, co nie jest szczególnie trudne technicznie, ale jest naprawdę kosztowne (kolejka + ratraki + teoretycznie obowiązkowy przewodnik do szczytu dla naszej rodziny oznaczało wydatek rzędu ok. 250 euro), a do tego zimowe warunki mogły utrudnić wejście.
Wybraliśmy zatem inne rozwiązanie. Poszukaliśmy trekkingu na zboczach Etny, który spełniałby następujące warunki: ciekawy, z widokami na Etnę, wymagający, ale nie wymagający specjalistycznego sprzętu. I taki znaleźliśmy! Szlak zaczynał się w Rifugio Citelli, na wysokości ok. 1700 m n.p.m. Początkowo prowadził niewysokim lasem.
Wkrótce drzewa zaczęły się przerzedzać, a my szliśmy cały czas pod górę. Pewną niewiadomą dla nas była temperatura, jaka będzie panować w okolicach 2000 m n.p.m. O ile na poziomie morza było 15 stopni, to przy starcie trekkingu na wysokości 1700 m n.p.m. już tylko 7 stopni. Wraz z wchodzeniem coraz wyżej robiło się odczuwalnie chłodniej, a do tego na odkrytych połaciach dość mocno wiało, co potęgowało odczucie chłodu.
Co jest charakterystyczne dla trekkingów w okolicy Etny - teren pokryty jest czarnym wulkanicznym żwirem. Jest on dość sypki, ma ostre krawędzie i zwłaszcza przy schodzeniu w dół potrafił włazić w buty. Sandały tutaj nie sprawdzą się ani trochę.
Kilka faktów o Etnie. Jest to ogromny wulkan, zajmuje powierzchnię 1250 km2, a jego obwód to 135 km. Jego wysokość jest zmienna. Kolejne wybuchy mogą zwiększać lub zmniejszać jego maksymalną wysokość. Obecnie przyjmuje się, że wysokość Etny wynosi 3357 m n.p.m.
Jak widać, mniej więcej na wysokości 2000 m n.p.m. w zacienionych miejscach gdzieniegdzie leżało trochę śniegu i kilka razu musieliśmy przez takie miejsca przechodzić, ale to była nasza jedyna bezpośrednia styczność ze śniegiem.
Dotarliśmy do punktu widokowego Serra Delle Concazze. Oferuje on dwie atrakcje jednocześnie. Pierwsza to oczywiście widok na Etnę od strony wschodniej.
Druga to widok na Valle del Bove, czyli Dolinę Bawoła. Jest to ogromna rozpadlina, długa na 10 km, szeroka na 3-4 km, z trzech stron otoczona wysokimi na kilkaset metrów urwiskami. Kolejne erupcje Etny dostarczają do doliny lawy oraz popiołu. A warto wiedzieć, że Etna ma mnóstwo kraterów, doliczono się ich 270 i nigdy nie można przewidzieć, z którego krateru nastąpi kolejna erupcja. Swoim ogromem Dolina Bawoła robiła wielkie wrażenie.
Etna jest jednym z najbardziej aktywnych wulkanów na świecie. Pierwszy udokumentowany wybuch miał miejsce 1500 lat p.n.e., a od tego czasu zanotowano 200 erupcji. Nawet pomiędzy erupcjami Etna często dymi. Niewykluczone, że widoczne na zdjęciu obłoczki to właśnie dym wydobywający się z Etny, bo akurat w tej okolicy nagle coś zaczęło nas gryźć w gardłach i podejrzewaliśmy, że to efekty pomruków wulkanu.
Najpotężniejszy wybuch miał miejsce w 1669 roku. Wówczas lawa pokryła obszar 37 km2 i dotarła nawet do Katanii, powodując spore straty. W odległości 30 km od Etny żyje 1 mln ludzi, a w odległości 100 km aż 3 mln ludzi, więc w razie bardzo silnej erupcji szkody mogą być ogromne. Na zdjęciu cel naszego trekkingu - szczyt o niezidentyfikowanej przez nas nazwie o wysokości 2310 m n.p.m.
Etna jest dla Sycylijczyków, zwłaszcza tych z Katanii, niezwykle ważna. Traktują ją trochę jak mamę, która czasem trochę pokrzyczy, ale kocha swoje dzieci. I raczej nie żyją w poczuciu ciągłego zagrożenia. Inna sprawa, że Etna jest jednym z najbardziej monitorowanych wulkanów świata.
Szczyt zdobyty! Nie był to jakieś niesamowity wyczyn, ale jednak 600 metrów przewyższenia to całkiem sporo, a sypki żwir pod nogami nie ułatwiał zadania. Bardzo fajne w tej trasie było to, że prowadziła pętlą. Jeśli to tylko możliwe, to staramy się tak wybierać trekkingi, żeby nie wracać tą samą drogą i tutaj ten warunek był spełniony.
Wracając, nasze chłopaki odkryły, że po zboczach pokrytych żwirem można pędem zbiegać, co sprawiło im mnóstwo frajdy. I nawet obyło się bez upadku, co, biorąc pod uwagę podłoże, mogło mieć opłakane konsekwencje dla ubrań, ale i dla skóry.
Podsumowując trekking z Rifugio Citelli do Doliny Bawoła - przeszliśmy 7 km, co zajęło nam 4,5 godziny. Przewyższenie wyniosło 600 metrów. Trasę oceniamy bardzo wysoko - nie była nudna, krajobrazy zmieniały się kilka razy, widoki fantastyczne, była też umiarkowanie trudna, czyli tak akurat, żeby trochę się zmęczyć, ale żeby po jej przejściu była satysfakcja. A do tego wszystkiego fantastycznie dopisała nam pogoda.
W planie mieliśmy jeszcze jeden mini trekking. Dzieci zgodnie stwierdziły, że trekkingów na ten dzień im wystarczy i preferują poczekanie na nas w aucie, więc poszliśmy bez dzieci. Naszym celem był Monte Sartorius, nazwany na cześć niemieckiego fizyka i geologa, który badał wulkany. Poza Etną interesował się wulkanami na Islandii.
Cała ta okolica całkowicie zmieniła się na skutek wybuchu w 1865 roku - wówczas to powstała Monte Sartorius i okoliczne wzgórza. Sam spacer liczył skromne 3 km, zabrał nam niecałą godzinę, a przewyższenie to nie budzące grozy 140 metrów. Jak na tak krótki spacer, oferuje bardzo fajne widoki i na pewno jest godny rozważenia jako uzupełnienie poważniejszych wypraw. Uważamy, że będąc na Sycylii naprawdę warto chociaż dzień poświęcić na Etnę. My Etną po prostu się zachwyciliśmy.
Forza d’Agro, Taormina
Do Forza d'Agro trafiliśmy tylko dlatego, że w Taorminie noclegi były bardzo drogie, więc poszukaliśmy czegoś w okolicy i znaleźliśmy bardzo fajny nocleg właśnie w Forza d'Agro. Już sam dojazd do tego miasteczka był emocjonujący - serpentynami trzeba się było wdrapać na wysokość 429 m n.p.m. na górę Peloritani.
I właśnie dość trudny dojazd sprawia, że choć miasteczko to jest fantastyczne, to zagląda tu o wiele mniej turystów niż do Taorminy, Castelmoli czy Savoca. Na zdjęciu katedra di S. Maria Annunziata e Assunta, która została wzniesiona w XV wieku, już dwukrotnie ulegała poważnym zniszczeniom na skutek trzęsień ziemi, ale za każdym razem była pieczołowicie odbudowywana.
Zapuściliśmy się uliczki Forza d'Agro i był to bardzo ciekawy spacer. Via Santissima Annunziata była dobrze oświetlona, ale nie spotkaliśmy tu żadnych ludzi. Za to nie brakowało kotów - jeden z nich postanowił nam towarzyszyć podczas naszego spaceru.
I tak oto Forza d'Agro jedynie z miejsca, w którym zaplanowaliśmy nocleg, nieoczekiwanie stała się bardzo ciekawą atrakcją. A i tak, z racji na ciemności, nie mieliśmy okazji zobaczyć ruin zamku normańskiego z XII wieku, który góruje nad miejscowością.
Ostatni dzień naszego pobytu na Sycylii przeznaczyliśmy na zwiedzenie Taorminy. Mimo że był to luty, to na parkowanie w samej Taorminie nie było większych szans. Zostawiliśmy zatem auto na wielkim parkingu Lumbi, z którego co kilka minut do centrum Taorminy kursował bezpłatny busik.
Taromina ma wręcz bajeczne położenie. Leży na zboczu góry Monte Tauro, na wysokości ponad 150 m n.p.m., jednocześnie mając widok na brzeg morza, na Etnę, a także na kontynentalne Włochy. Ponad Taorminą góruje zaś nieco mniejsza Castelmola. Miasteczkiem tym zachwycali się artyści, m.in. Goethe, Lawrance czy Iwaszkiewicz.
Na Sycylii chłopacy zdecydowanie udoskonalili metody poszukiwania lodów. Do tej pory, idąc przez miasto, wypatrywali napisu Gelateria i jak zauważyli, to sukces. Na Sycylii zaprzęgli do pomocy mapy Google, wpisywali Gelateria, patrzyli na oceny lodziarni, czy są aktualnie otwarte i jak do nich dotrzeć. Prawdopodobieństwo sukcesu znacznie wzrosło!
Punktem obowiązkowym w zwiedzaniu Taorminy jest Teatro Antico, zwany też Teatrem Greckim. Został zbudowany w czasach hellenistycznych, w III w. p.n.e., a potem przebudowany przez rzymian, aby mogli tu walczyć gladiatorzy.
O wyjątkowości tego teatru stanowiły przepiękne widoki z miejsc na widowni. Akurat z uwagi na chmury nie mieliśmy okazji podziwiać tej panoramy w pełnej okazałości, natomiast przy sprzyjających warunkach można zobaczyć i grzbiet Etny, i brzeg morza do Katanii, a nawet do Syrakuz.
Scenę zbudowano z wapienia i marmuru, a widownia mogła pomieścić aż 10 000 widzów. Co ciekawe, w średniowieczu teatr pełnił rolę... twierdzy. Takie przeznaczenie miał za panowania zarówno Arabów, jak i Normanów. Ale już w XIX wieku doceniono jego znaczenie historyczne, odbudowano i udostępniono do zwiedzania. Obecnie odbywają się tu koncerty - grali tu m.in. Sting, Elton John, Liza Minnelli czy Eros Ramazzotti.
Taormina z jednej strony uważana jest za perłę wschodniej Sycylii, z drugiej jednak strony latem jest niesamowicie zatłoczona. Ceny usług noclegowych czy ceny w restauracjach są tu wyższe niż w innych sycylijskich miastach. My nie odczuliśmy zbyt mocno tych mankamentów, choć faktycznie noclegi były tu znacznie droższe niż choćby 15-20 km dalej.
Gdy zadarliśmy głowę, między chmurami przebijały się domy Castelmoli, sąsiedniego miasteczka, umiejscowionego na skale. To nie pierwszy raz, gdy na Sycylii widzieliśmy miejscowość zlokalizowaną na szczycie skały czy też góry.
Mieliśmy też okazję zapuścić się w zaułki Taorminy - wąskie przejścia, tylko dla pieszych, gdzie było cicho i spokojnie.
Zdarzają się opinie, że Taormina jest przereklamowana, rozdeptywana przez turystów, a na deptaku odbywa się rewia mody instagramerek. Być może gdybyśmy odwiedzili to miasto latem nasza ocena byłaby inna, ale żadna z tych rzeczy nie uderzyła nas.
W necie widzieliśmy wiele przepięknych zdjęć Isola Bella. Dlatego też chcieliśmy przyjrzeć się jej z bliska. Aby tego dokonać, trzeba było pokonać różnicę poziomu ok. 200 metrów między centrum Taorminy i brzegiem morza. W sezonie kursuje kolejka linowa, która pozwala oszczędzić schodzenia i wchodzenia po schodach, ale zimą jest ona nieczynna.
Pod koniec XIX wieku maleńka wysepka wpadła w oko kuzynce królowej Wiktorii, Lady Florence Trevelyan. Angielka wybudowała na Isola Bella dom i założyła piękny ogród. Następnie wyspa przechodziła z rąk do rąk, aż wreszcie w 1990 roku przeszła na własność regionu Sycylia.
Na wyspie założono rezerwat, który teoretycznie powinien być czynny, ale jednak nie był czynny. W rezerwacie obok śródziemnomorskiej flory można spotkać ptactwo wodne i jaszczurki.
Przejść taki kawał i nie dotrzeć na wyspę? No nie, trzeba było wyspę zdobyć, mimo że wymagało to zdjęcia butów i przejścia przez raczej zimnawą wodę. Całościowo jednak, głównie za sprawą pochmurnej pogody, Isola Bella nie spełniła naszych oczekiwań. Nie wyglądała tak ładnie jak na wielu zdjęciach, które widzieliśmy. Z perspektywy czasu oceniamy, że lepiej było ten czas poświęcić np. na ścieżkę Saracenów do Castelmoli.
Ozdobna ceramika pojawiła się na Sycylii za sprawą Arabów mniej więcej tysiąc lat temu. Z kolejnymi wiekami Sycylijczycy udoskonalali swoje dzieła i dziś ozdobne płytki ceramiczne są używane nie tylko jako podłogi w domostwach czy kościołach, ale także jako ozdoby grobów, fontann czy schodów. Płytki mogą służyć także do oznaczenia numeru lub nazwy domostwa. Główne ośrodki produkcji ozdobnej ceramiki to Santo Stefano di Camastra, Caltagirone, Palermo i Trapani.
W wielu miejscach, w których byliśmy można było zauważyć dbałość o to, by nawet jakiś mały fragment miasteczka był ładny. Jak widać, wystarczy trochę zieleni, parę ozdobnych motywów i już powstaje coś charakterystycznego.
Idąc głównym deptakiem Taorminy - via Umberto Corso - dochodzi się do najładniejszego placu miasta - Piazza IX Aprile. Przy placu znajduje się też widoczny na zdjęciu kościół San Giuseppe. Na zdjęciu nie zmieściła się natomiast XVII-wieczna brama Porta di Mezzo.
Miejscem, które przewyższyło nasze oczekiwania, był Ogród Publiczny imienia księcia Colonna di Cesaro. Został ufundowany w XIX wieku przez Lady Florence Trevelyan, tę od wyspy Isola Bella. Zwykle w tego typu ogrodach można spotkać różnorodną roślinność i oczywiście ten ogród pod tym względem był podobny do wielu innych.
Natomiast prawdziwą robotę robiły dwie rzeczy: różnica poziomów oraz kilka budowli wzniesionych w różnych punktach ogrodu. Zwłaszcza te budowle miały taki baśniowy, surrealistyczny charakter. Np. jedna z nich była zbudowana częściowo z cegieł, a częściowo z drewnianych szczap, które stwarzały wrażenie, jakby w każdej chwili ta budowla mogła się zawalić. A w sezonie to miejsce dodatkowo jeszcze zapewnia odrobinę ochłody i ochronę przed słońcem.
Ponad 200 lat temu Johann Wolfgang Goethe pisał o Taorminie tak: "Taormina to najwspanialsze dzieło sztuki i natury, kawałek raju na ziemi". Czy my byśmy wystawili aż tak entuzjastyczną ocenę tego miejsca?
Pewnie nie, ale Taormina bez wątpienia jest miejscem bardzo ciekawym. Jest fantastycznie położona, ma swoje "must see" (Teatr Grecki), poza tym jest po prostu ładnym miejscem. My możemy jedynie trochę żałować, że nie było błękitnego nieba i słońca, bo wówczas nasze wrażenia zapewne byłyby jeszcze lepsze.
Zjazd z Taorminy na autostradę wyglądał tak, jak pokazuje nawigacja. Na początku myśleliśmy, że nawigacja zwariowała, ale faktycznie tak trzeba było jechać. Wiele rozwiązań drogowych na Sycylii było bardzo wymyślnych. Zwłaszcza węzły autostradowe projektowali ludzie obdarzeni naprawdę sporą wyobraźnią.
Dodaj komentarz