Szwajcaria kanton Valais – Matterhornie odkryj się!
Dlaczego Valais?
Skoro mieliśmy plan spędzenia tygodnia w Alpach austriackich, to pomyśleliśmy, że skoro już pojedziemy taki kawałek od domu, to może pojedziemy na jeszcze jeden tydzień w Alpy szwajcarskie. Wybór konkretnego regionu nie był oczywisty, bo i Gryzonia, i Ticino, i Valais oferują bogactwo wysokich szczytów, szlaków wędrówkowych, lodowców i innych tego typu atrakcji. O wyborze kantonu Valais przesądził kultowy szczyt Matterhorn, który właśnie w tym francuskojęzycznym kantonie się znajduje. Nie mieliśmy ambicji wejścia na szczyt, ale chcieliśmy obejrzeć go z bliska. Akurat Valais geograficznie położony jest najdalej od Polski, ale stwierdziliśmy, że skoro i tak jedziemy już tak bardzo daleko, to te 100 czy 200 km dalej nie robi większej różnicy.
Wideopocztówka z Valais
Fotorelacja z Valais
Grand Tour of Switzerland, kanion Ruinaulta, szlak Trocauet – Nandez
Zostawiliśmy auto na leśnym parkingu (płacić!), poszliśmy nad ponoć ładne jeziorko Crestasee, nad którym lubią wypoczywać Szwajcarzy (chcesz wejść na plażę - płacić!). Cóż, pod względem jeziorek Austria nas nieco rozpuściła, tam były zdecydowanie ładniejsze i to bez płacenia 🙂.
Ale naszym celem nie było jeziorko, tylko szwajcarski Wielki Kanion. Ruinaulta, bo tak brzmi jego nazwa, powstała w wyniku wielkiego osuwiska skał przed tysiącami lat. Dzięki temu Ren wije się w tym miejscu w niesamowity sposób.
Aby w pełni móc podziwać uroki kanionu, Szwajcarzy wybudowali wysoką konstrukcję, która pozwala w pełni docenić to miejsce (o dziwo, tu akurat nie trzeba było płacić). Zwracam uwagę na mostek po lewej stronie. To fragment trasy pociągu Glacier Express, który jest słynny z fenomenalnych widoków.
Celem ostatecznym tego dnia było dotarcie w okolice miasta Sion, stolicy kantonu Valais, niedaleko granicy z Francją. Do wyboru były dwie drogi - nieco szybsza i znacznie dłuższa autostradą przez północ kraju oraz zwykłe drogi prowadzące przez alpejskie przełęcze biegnące przez południe Szwajcarii. Chcemy jak najwięcej zobaczyć, więc wybieramy opcję południową.
I był to znakomity wybór. Przede wszystkim musieliśmy pokonać dwie alpejskie przełęcze, najpierw Oberalppass (2046 m n.p.m.)...
... a niedługo potem Furkapass na imponującej wysokości 2436 m n.p.m. Co ciekawe, zamiast mozolnie wspinać się na Furkapass, mogliśmy przejechać pod przełęczą na... platformie kolejowej. Też byłaby to pewnego rodzaju atrakcja, ale postawiliśmy na widoczki z przełęczy 🙂.
Gdy zjeżdżaliśmy już z Furkapass na dół i szczerze mówiąc byłem już trochę zmęczony górskimi serpentynami, przed nami ukazały się kolejne serpentyny prowadzące znów w górę. Aż jęknąłem, ale szybko okazało się, że to nie nasza droga 🙂.
Po drodze mijaliśmy sporo miejscowości, w których dominowało tego rodzaju drewniane budownictwo. Lekko nas zdziwiło, że wiele z tych domów nie było w najlepszym stanie, dość delikatnie to ujmując. W końcu pod wieczór dotarliśmy do naszego szwajcarskiego domu i zaczęły się niespodzianki... To, że z naszych komórek lepiej w Szwajcarii nie rozmawiać i przenigdy nie korzystać z danych mobilnych, wiedzieliśmy. Ale już inny rodzaj gniazdek elektrycznych nas zaskoczył. Brak możliwości obejrzenia meczu Lecha w nc+go takoż (w Austrii nie było z tym problemów). Wszystkie filmiki w necie z igrzysk - poblokowane. Prawie UE, ale w tym wypadku prawie robiło sporą różnicę.
Prognozy pogody na szwajcarską część naszych wakacji były tragiczne. W skrócie codziennie deszcz, często w komplecie z burzami. Jak na plany chodzenia po górach, niezbyt fajnie. Ale cóż, trzeba się dostosować do sytuacji. Pierwszego dnia zaplanowaliśmy stosunkowo łatwą wycieczkę z Trocauet do Nandez. Najpierw wjechaliśmy kolejką na wysokość 1600 m n.p.m., a stamtąd mieliśmy zejść na wysokość 800 m n.p.m.
Wjechaliśmy i... plus że nie pada, minus, że widoczność może z 20 metrów.
Wystarczyło jednak, że zeszliśmy troszkę w dół i chmury zniknęły. Mogliśmy skupić się na podziwianiu przyrody.
Największą atrakcją tej trasy był stary las, reklamowany jako jeden z najstarszych w całej Szwajcarii.
Niektóre drzewa wręcz zdumiewały swoimi kształtami.
Chmury na tyle ustąpiły, że mogliśmy nawet podziwiać góry po drugiej stronie doliny.
Z tym, że większość trasy prowadziła przez las, w związku z czym góry widzieliśmy tylko od czasu do czasu.
Na tej wycieczce wielce pożyteczny okazał się ślad GPS, ściągnięty na komórkę. Kilka razy nie było wiadomo jak iść i bez podpowiedzi z komórki pewnie byśmy pobłądzili.
Akurat ta jedna wycieczka pozostawiła w nas lekki niedosyt. Trasa była łatwa, chwilami nieco monotonna, chłopacy zaczęli się nawet trochę nudzić. Na plus zapisujemy to, że udało nam się zdążyć do Nandez przed deszczem. Gdy dochodziliśmy do parkingu, akurat zaczęły spadać z nieba pierwsze krople 🙂.
Z kolei wyznaczanie trasy przez mapy Google'a kilka razy poprowadziło nas... niekonwencjonalnymi drogami. Tu - przez środek winnic zamiast cywilizowaną drogą. Innym razem wąską, krętą, górską drogą, z tunelem na szerokość jednego auta, który skręcał w bok i nie było widać drugiego końca. Akurat jechało auto z drugiej strony, o czym uprzedził nas... klakson tego auta. A obok prowadziła alternatywna dwupasmowa droga.
Sion, zamek Tourbillon, Bazylika de Valere
Mieszkaliśmy niedaleko Sionu i korzystając z wolnego popołudnia zwiedziliśmy to ponoć najstarsze miasto Szwajcarii. Dlaczego ponoć?
Kilka dni później szukałem informacji o innym szwajcarskim mieście, stolicy kantonu Gryzonia Chur. Pierwsze zdanie o Chur lekko mnie zmroziło - to najstarsze miasto Szwajcarii. Ciekawe ile jeszcze mają tych najstarszych miast 🙂.
Ten bardzo elegancki budynek to siedziba władz kantonu Valais. Flagę z czerwonymi gwiazdami na białym tle jeszcze wielokrotnie widzieliśmy w naszych wojażach po kantonie Valais.
Śródmieście Sionu było całkiem przyjemne. Mocno rzucało się w oczy, że tutaj zdecydowanie najważniejszym językiem jest francuski. Niestety, angielski, a nawet niemiecki nie zawsze pozwalały na sprawną komunikację. Wtedy pozostawał telefon i translate.google.com 🙂.
Adaś wpadł na genialny pomysł - zanurkuję w tej fontannie, bo na dnie są jakieś monety. Niestety, natrafił na veto rodziców.
Do knajpek nie wchodziliśmy. Weszliśmy za to do lodziarni. Fajny wybór, smaki, które widzieliśmy pierwszy raz na oczy, no ale te ceny... 1 kulka to 3,8 franka, czyli jakieś 16 zł.
W tle widać wzgórze z zamkiem Tourbillon. A co do kwestii językowych to nie ma chyba w Europie drugiego kraju, w którym byłoby to tak skomplikowane. Jako język ojczysty większość Szwajcarów deklaruje język niemiecki (73%), ale znaczący jest też udział języka francuskiego (13% - zachodnia Szwajcaria, w tym kanton Valais) oraz włoskiego (6%, południowe skrawki). Jest jeszcze czwarty język oficjalny, retoromański, ale on jest najmniej istotny.
Wróćmy jednak do samego Sionu. Dziś to miasto z 34 tysiącami mieszkańców i stolica kantonu Valais. Historia osadnictwa w tym miejscu sięga bardzo daleko wstecz. Znaleziono ślady pierwszej osady w tym miejscu datowane na 6800 lat p.n.e. W czasach rzymskich Sion był znaczącą osadą, wspominaną w dokumentach.
To właśnie w Sionie ustanowiono pierwsze biskupstwo na terenie dzisiejszej Szwajcarii i jedno z pierwszych na północ od Alp. Pierwszym biskupem Sionu był św. Teodor w IV wieku n.e. Ciekawostka z czasów współczesnych - trzy razy Sion walczył o organizację Zimowych Igrzysk Olimpijskich, jednak za każdym razem przegrywał, kolejno z Denver (w wyniku różnych zawirowań igrzyska trafiły ostatecznie do Innsbrucku), Salt Lake City i Turynem. Były plany, by walczyć dalej, ale mieszkańcy w referendum przegłosowali rezygnację z dalszych starań.
Na koniec tej części ciekawostka. Kanton Valais słynie z produkcji win. I faktycznie, winnic spotykaliśmy mnóstwo. Ale wina szwajcarskie są niemal nieznane poza Szwajcarią. Dlaczego? Ponoć całą produkcję wypijają Szwajcarzy i na eksport nic już nie zostaje 🙂.
W kolejnym dniu prognozy pogody były szczególnie pesymistyczne, więc plany górskich wycieczek odłożyliśmy na później i postanowiliśmy pozwiedzać okolice Sionu. Na pierwszy ogień poszedł Chateau de Tourbillon, czyli zamek Tourbillon.
Ta średniowieczna budowla wznosi się 180 metrów nad Sionem, więc żeby coś zobaczyć, trzeba było pomaszerować pod górę.
Zamek zbudowano ok. 1300 roku dla biskupa Sionu. Jego historia jest dość burzliwa. Po raz pierwszy został spalony w XV w. w wyniku zamieszek, ale jeszcze wówczas biskupi go odbudowali.
Po raz drugi zamek spłonął w wyniku wielkiego pożaru w XVII w. i to był niestety koniec świetności tego zamku. To, co z niego pozostało, Szwajcarzy uznali za dobro narodowe i od 150 lat dbają o to, by pozostały chociaż te ruiny.
Widok z wnętrza zamku - widać na nim przeciwległe wzgórze i kaplicę de la Poudrière będącą niejako przedsionkiem do bazyliki de Valere.
Z kolei przez inne wejście do zamku wyłania się widoczek na Sion.
A to już bazylika de Valere. Chronologicznie była pierwsza, przed zamkiem Tourbillon. Budowę rozpoczęto ok. 1100 roku, a jej inicjatorem także był biskup Sionu. Początkowo budowla pełniła rolę katedry, potem tę rolę przejęła nowa katedra w Sionie.
A to już kapelica de la Poudrière z bliska. Fajnie, że główne atrakcje Sionu są położone blisko siebie. Jedynie trzeba być przygotowanym na wchodzenie na wzgórza, bo i zamek i bazylika są położone na wzniesieniach.
Wielka szkoda, że w środku bazyliki trwa wielki remont, bo z tych fragmentów, które są udostępnione do zwiedzania, można poczuć lekko mroczny, średniowieczny klimat.
Jeszcze rzut oka na Sion (śródmieście zwiedzane przez nas uprzednio to obszar najbliżej wzgórza) i w drogę w poszukiwaniu kolejnych przygód.
Oto najwyższa na świecie zapora grawitacyjna, Grande Dixence. Jej wymiary działają na wyobraźnię. Mur u podstawy ma grubość 200 metrów, a wysokość zapory wynosi 285 metrów. Podjechaliśmy pod samą zaporę i faktycznie jej rozmiary budzą podziw.
Była jeszcze opcja wjazdu kolejką na górę zapory i obejrzenie sztucznego jeziora, ale problemy z parkingiem w połączeniu z deszczem i chmurami spowodowały, że ten punkt odpuściliśmy i pojechaliśmy szukać piramid.
Piramidy w Szwajcarii? - dziwili się chłopacy. Nic o tym nie słyszeliśmy. Egipt wiadomo, może Meksyk, ale Szwajcaria? Wkrótce wszystko się wyjaśniło, to trochę inne, naturalne piramidy w miejscowości Euseigne. Są dziełem cofającego się lodowca. Szwajcarzy uznali je za jedno z najważniejszych stanowisk geologicznych w kraju.
I znów winnice. Zaczynaliśmy rozumieć, czemu na prześmiewczej mapce Szwajcarii, wytykającej mieszkańcom poszczególnych kantonów różne ich przywary, mieszkańcy kantonu Valais byli określeni niezbyt prestiżowym określeniem "alcoholics" 😉
Szlak 5 Jezior, Zermatt
Kolejny dzień zapowiadał się pogodowo troszkę lepiej, więc podjęliśmy strategiczną decyzję - wstajemy wcześniej i jedziemy do Zermatt, podziwiać jeden z najbardziej znanych alpejskich szczytów Matterhorn (4478 m n.p.m., znany m.in. z opakowań czekolady Toblerone). Jeszcze na dworcu w Zermatt swoje chwile szczęścia miała Gosia 😉 Przez całą drogę pierwszego dnia w Szwajcarii polowała z aparatem na Glacier Express. Nie udało się. Tymczasem w Zermatt pociąg ten stał sobie spokojnie na stacji... 🙂
Zermatt jest wyjątkowym miastem pod kilkoma względami. Jeden z nich to zakaz wjazdu autami do tej miejscowości. Auto trzeba zostawić kilka kilometrów wcześniej i dojechać pociągiem do samego Zermatt. Czy to oznacza, że na ulicach Zermatt można nie obawiać się pojazdów? Otóż nie, wręcz przeciwnie. Po ulicach mkną elektryczne taksówki, bardzo ciche i tym samym średnio bezpieczne dla pieszych.
To nie lotnisko, to dojście do kolejki linowej na stację Blauherd.
Mieliśmy różne opcje tras w tej okolicy. Mogliśmy spróbować podejść blisko Matterhornu do schroniska Hörnlihütte. Za przemawiała imponująca wysokość (3260 m n.p.m.) - tak wysoko jeszcze nie byliśmy - oraz bliskość słynnej góry. Przeciw jednak wymagające podejście oraz brak fantastycznych widoków w trakcie drogi. Ostatecznie wybraliśmy trasę 5 jezior. Już na starcie powinniśmy mieć piękny widok na Matterhorn. Powinniśmy 🙂.
Początek nie był zachęcający, ale z biegiem czasu chmury się nieco rozrzedziły. Trasa prowadziła poprzez 5 jezior i trzeba przyznać, ze była niezwykle malownicza.
Wiedzieliśmy, że przy dobrych warunkach z wielu punktów tej trasy widać Matterhorn. Co więcej, w trzech jeziorkach w tafli wody odbija się sylwetka tego szczytu.
No niestety, to nie jest Matterhorn 🙂. Znad jeziora Stellisee był fajny widok, ale w przeciwną do Matterhornu stronę.
Spośród wszystkich tras, jakie zrobiliśmy w Alpach szwajcarskich, właśnie na tej spotkaliśmy najwięcej turystów.
Jest i kolejne jeziorko.
Wędrówka trasą 5 jezior powinna zająć ok. 3-3,5 godziny. My jednak nie spieszyliśmy się, robiliśmy sporo odpoczynków. Limitowała nas jedynie godzina kursu ostatniej kolejki w dół. No i wciąż z nadzieją czekaliśmy, aż chmury opuszczą Matterhorn 🙂
Gdybyśmy się spóźnili, czekałyby nas ekstra 2-3 godziny mozolnego schodzenia do Zermatt.
Gdy pół godziny wcześniej szliśmy górą tego zbocza, nie podejrzewaliśmy, że z dołu może tak to wyglądać.
Gosia coraz bardziej niecierpliwie obserwowała chmury, które cały czas były w ruchu, ale uparcie zasłaniały wszystko w kierunku, w którym powinien być Matterhorn.
Między trzecim a czwartym jeziorkiem drogę zaczęły nam uatrakcyjniać takie fantastyczne wytwory przyrody.
To drzewo jakby przeniesione z jakiegoś filmu o hobbitach.
Wielkim plusem tej trasy była różnorodność. Co chwilę zmieniały się krajobrazy, były fragmenty bardziej płaskie, były też momenty dość stromych zejść w dół.
Gdy dotarliśmy do ostatniego z pięciu jeziorek - Leisee - w końcu chmury na tyle się rozrzedziły, że można było zidentyfikować, gdzie jest ten cholerny Matterhorn. Tak, to ta góra przed nami. Chcieliśmy zobaczyć ją w pełnej okazałości...
... więc chłopcy dostali trochę czasu na swoje przyjemności.
Ale czekaliśmy i czekaliśmy, chmury się przesuwały, raz było lepiej widać Matterhorn z prawej, raz z lewej, ale wierzchołek uparcie był cały czas zasłonięty.
Cóż, w końcu daliśmy za wygraną i zjechaliśmy w dół do Zermatt.
Postanowiliśmy dać tej przeklętej górze ostatnią szansę i poszliśmy na punkt widokowy na obrzeżach Zermatt, by stamtąd zrobić tą jedną, jedyną fotkę Matterhornu bez chmur. Nastawiłem GPS, poszliśmy i... po paru minutach okazało się, że albo doznałem jakiejś pomroczności albo GPS zwariował, ale szliśmy dokładnie w przeciwną stronę!
Sytuację uratował fakt, że trafiliśmy w uroczy zakątek Zermattu 🙂.
Ten przewodnik wszedł na Matterhorn aż 370 razy, po raz ostatni w wieku 100 lat.
I to jest to ostatnie zdjęcie Matterhornu. Cóż, prawie sukces 🙂.
Wyprawa była bardzo długa - samej jazdy do Zermatt mieliśmy 1,5 godziny, wróciliśmy do mieszkania, gdy było już ciemno. Ale ta wycieczka dała nam wiele satysfakcji.
Szlak Eggishorn – Bettmerhorn, lodowiec Aletschgletscher
Ciekawych propozycji na wycieczki w góry w kantonie Valais nie brakuje. Na troszkę ładniejszy dzień wybraliśmy dość ambitne przejście. Chcieliśmy zdobyć szczyt Eggishorn (2927 m n.p.m.), następnie przejść granią do szczytu Bettmerhorn (2858 m n.p.m.), a potem zatoczyć pętlę i dojść do stacji pośredniej Fiescheralp.
Gdy wjechaliśmy kolejkami na górę (wjazd z 1049 m na 2869 m - niemal dwa kilometry w górę!) Gosię zmroziło. Patrzy na Adasia i mówi - wkładaj polar, zimno jest. A Adaś rezolutnie -
"tata nie wziął polaru, to ja też nie wziąłem". Z tym że ja miałem długi rękaw, a on krótki. Temperatura na tej wysokości pewnie kilka stopni. Ale Adam w charakterystyczny dla siebie sposób stwierdził: dam radę, i ruszył przed siebie.
Ze stacji końcowej jest fajne, nie za długie podejście na szczyt Eggishorn. Bez trudu go zdobyliśmy i jest to nasza najwyższa, póki co, wysokość, na jakiej się znaleźliśmy - dokładnie 2927 m n.p.m., kilkadziesiąt metrów wyżej od szczytów w Dolomitach.
Czasu na delektowanie się widokami nie było wiele, gdyż tego dnia mieliśmy bardzo wyliczony czas na przejście. Na 17.30 mieliśmy już kupione bilety na podziemne jezioro i zależało nam, żeby zdążyć.
Pierwsza część wycieczki zakładała przejście widoczną na zdjęciu granią. Już na początku nieźle się wpakowaliśmy - zboczyliśmy ze szlaku i dobre 10 minut bardzo, ale to bardzo gimnastykowaliśmy się, żeby schodzić po wielkich głazach. A przecież nam się spieszyło!
W trakcie tej wycieczki w zasadzie przez niemal cały czas mieliśmy fantastyczny widok na Aletschgletscher, jeden z największych i najefektowniejszych lodowców Alp.
Jak wszystkie alpejskie lodowce, także i ten kurczy się w szybkim tempie. W ciągu ostatnich 150 lat jego długość zmalała o 3200 m, a średnia grubość o 300 m.
Trasa, którą szliśmy, częściowo była zabezpieczona stalowymi linami. Jako że mieliśmy sprzęt ferratowy, to go założyliśmy, ale poziom trudności nie był zbyt wysoki i w wielu miejscach te liny nie były konieczne.
Takich chwil wytchnienia było niewiele, czas biegł nieubłaganie.
Droga była bardzo ciekawa - trudna, ale nie bardzo trudna, z przepięknymi widokami, trochę w górę, trochę w dół.
Kilka razy wydawało się, że ostatni szczyt tuż tuż, ale po chwili jednak okazywało się, że jeszcze całkiem sporo drogi przed nami.
Tutaj ewidentnie kończy się jęzor lodowca Aletsch.
Ten kawałek śniegu bardzo ucieszył Adasia, który chciał po nim pobrykać.
Od pewnego momentu Adaś śmigał już w kurtce przeciwdeszczowej, bo jednak było trochę zimno 😉
Nareszcie, po blisko 3 godzinach przedzierania się przez skały widać finisz naszego szlaku. Ten krzyż oznacza szczyt Bettmerhorn (2858 m n.p.m.).
Nauczony doświadczeniem z wcześniejszych szczytów Adaś wiedział, co może być w tej skrzynce. Jakież było jego zdziwienie, gdy okazało się, że pieczątki w skrzynce nie ma... 😉
Pozostał jeszcze powrót na stację kolejki. Oczywiście w szybkim tempie, bo chcieliśmy zdążyć na podziemne jezioro.
W oddali majaczyły się trzytysięczniki (w Szwajcarii jest ich aż 347), a także czterotysięczniki (48).
Tuż przed stacją, na wysokości 2200 m n.p.m. znajdowała się osada. Ewidentnie przygotowana pod turystów - głównie hoteliki i restauracje. Ale nas najbardziej zdumiały krowy, które przechadzały się uliczkami, odpoczywały przed domami, zupełnie jakby to one tu mieszkały.
Trasa na Eggishorn i potem przejście granią na Bettmehorn była absolutnie fantastyczna. Dopisała też pogoda. Jedyne zastrzeżenie to presja czasu, która stale popędzała nas do przodu. Od dystansu należy tu odjąć kilkaset metrów, za późno wyłączyłem Caynaxa.
Park Vapeur, zamek Chillon
Ufff, zdążyliśmy. Oczywiście, jak to w tego typu miejscach bywa, zdjęcia wyszły marnie, więc dajemy jedno poglądowe zdjęcie z jeziora Saint-Léonard. Jest to największe udostępnione do zwiedzania podziemne jezioro w Europie. Ma długość 200 metrów, głębokość do 10 metrów, a najbardziej zafascynowała nas bardzo czysta woda. Co ciekawe, odkryto je dopiero w 1943 roku.
Kolejny dzień i tym razem prognoza pogody nie pozostawiła żadnych złudzeń - będzie padać. Zatem góry odpadały. Ale w domu przecież siedzieć nie będziemy. Wybraliśmy Park Vapeur, położony nad Jeziorem Genewskim, tuż przy granicy z Francją.
Jest to park rozrywki, ale dość nietypowy. Jest to Szwajcaria w miniaturze, a po tej Szwajcarii wożą nas miniaturowe pociągi.
Pociągi zbudowano w skali 1:4, było ich kilka. Łączna długość torów w całym parku to ponad 2 km, a cała zabawa polegała na przesiadaniu się między pociągami, bo każdy z nich jechał inną trasą.
Były też 4 stacje, mosty, wiadukty, tunele, no i oczywiście wiele szwajcarskich budowli, od zamków, przez miasteczko, kopalnię złota, aż po kolejkę linową. A przy tym miejsce to jest stale rozbudowywane. Powstało w latach 80. XX wieku i co kilka lat właściciele dobudowują nowe elementy.
Spędziliśmy tu 3 godziny, chłopakom bardzo się podobało, nam zresztą też 🙂
Jedyny mankament to był cały czas towarzyszący nam deszcz. Miało padać i tym razem padało.
Po atrakcji przeznaczonej dla chłopaków przyszedł czas na atrakcję dla dorosłych. Oto zamek Chillon.
Do tej pory zwiedzaliśmy atrakcje kantonu Valais, tu na chwilę wjechaliśmy do kantonu Vaud. Przy wejściu do zamku jedna rzecz na plus (informator w języku polskim), a jedna na minus (problemy z parkingiem i konieczność zaopatrzenia się w kartę godzinową).
Już w pierwszym pomieszczeniu zamku zmyślni Szwajcarzy przypomnieli o tradycjach winiarskich tego regionu i mimochodem wspomnieli, że miejscowe wina można nabyć w sklepie z pamiątkami.
W tych pomieszczeniach niegdyś mieściło się więzienie. Jak widać, warunki nie były tu szczególnie komfortowe.
Oczywiście w komnatach dla dostojników standardy były o wiele lepsze.
Hej, zobaczcie, gdzie jestem!
Akurat nie mamy tego uwiecznionego na zdjęciach, ale bardzo zaciekawiły nas ubikacje zamkowe. Była to decha z dziurą - tu jeszcze nic nadzwyczajnego, ale po zajrzeniu w dziurę widniała... wielka pustka. 10, może 15 metrów w dół i na dole jezioro.
Informator po polsku wciągnął Jasia bez reszty. Każde pomieszczenie zamku było opisane, więc było co czytać.
Najstarsza część zamku pochodzi z XI wieku, więc liczy sobie prawie 1000 lat!
Ta autostradowa estakada trochę przypomniała mi historię budowy autostrady przez brazylijską dżunglę. Stwierdzono wówczas, że jedyną możliwością jest budowa takich właśnie estakad. I budowę rozpoczęto, ale dżungla wygrała z człowiekiem i niedokończone fragmenty tej autostrady straszą do dziś. Szwajcarzy swoje estakady ukończyli 🙂.
A na czym zbudowano bogactwo zamku Chillon? Przede wszystkim na strategicznym położeniu. Przez to miejsce prowadziła w średniowieczu główna droga pomiędzy Lombardią i terenami dzisiejszej Francji. I to właśnie tu pobierano od kupców myto za przejazd.
Przez blisko tysiąc lat zamek był wielokrotnie przebudowywany, modernizowany, coś rozbierano, coś dobudowywano. Czasem ciężko dziś dojść, która część zamku kiedy powstała.
Zamek był dość rozległy, żeby spokojnie go obejść trzeba przeznaczyć na to 2-3 godziny.
Obaj chłopcy wciągnęli się w zwiedzanie zamkowych zakamarków. Jaś pozyskiwał informacje z informatora, a Adaś ożywiał się na wystawach broni. Która lepsza? Dzida czy łuk? A może kusza?
O ile w trakcie pobytu w Parku Vapeur cały czas padało, to na czas zwiedzania zamku Chillon przestało kapać z nieba. Jakbyśmy wiedzieli, że tak będzie, to byśmy zaplanowali zwiedzanie obu tych miejsc w odwrotnej kolejności.
A tu rzut oka na jezioro Genewskie. Zamek Chillon położony jest na skale wrzynającej się w jezioro.
Został nam jeszcze ostatni dzień wakacji. Co robimy? Góry czy może relaks na basenach? Albo może zwiedzanie jakiegoś większego miasta - Genewy albo Lozanny?
Szlak Gemmipass – Lämmerenhütte
Na ostatni dzień wakacji zaplanowaliśmy wędrówkę górską - ze stacji Gemmipass do schroniska Lämmerenhütte i z powrotem. Prognozy, cóż za niespodzianka, przewidywały przelotny deszcz. Rano odpaliliśmy kamerki internetowe na Gemmipass - chmur było niewiele. Zatem w drogę.
Wjechaliśmy zatem na wysokość 2300 m n.p.m. Pewnym negatywnym zaskoczeniem były ogromne maszty z liniami energetycznymi. Uroku na pewno temu miejscu nie dodawały.
Droga znacznie się różniła od wszystkich poprzednich szlaków w Szwajcarii, a także Austrii. Przede wszystkim było tu bardzo mało roślinności, a jeśli już, to jedynie skąpe trawy. Ponadto po raz pierwszy musieliśmy przejść przez większą połać śniegu. Było naprawdę ślisko!
Cały czas szliśmy wzdłuż strumienia, który czasem płynął jednym korytem, a czasem się rozlewał na wiele mniejszych strumyków.
"Skoczę tam. Że co, nie dam rady? Jasne, że dam. Zobaczycie! Co jeśli wpadnę? No, trudno, najwyżej wpadnę do rzeki. Ale nie wpadnę!"
Wtedy Adam nie wpadł do rzeki, ale co się odwlecze... Kilka strumyków dalej źle wymierzył skok i skończyło się mokrym butem do końca wyprawy 🙂.
Chłopcy domagali się ciekawych historii, zatem na tej wędrówce wjechała opowieść jak to się stało, że hitlerowskie Niemcy nie najechały Szwajcarii, choć były bardzo zaawansowane plany takiej inwazji. Swoją drogą, to też fenomen, że kraj leżący pośrodku mocno niespokojnego kontynentu ostatni raz był świadkiem wojny (a w zasadzie wojenki, bo zginęło wówczas tylko 100 osób) w 1847 roku. Jeszcze chwila i stukną im dwa wieki bez wojennych zniszczeń i ofiar.
Najtrudniejszy moment (no, trwający ze trzy kwadranse) - podejście do schroniska Lämmerenhütte na wysokość 2507 m n.p.m. Sytuacji nie ułatwiał siąpiący deszczyk - przez to skały były śliskie i trzeba było bardzo uważać.
Szczęśliwie dotarliśmy i musieliśmy zamówić kultowe szwajcarskie danie - rösti. To poszarpane placki ziemniaczane, popularne w niemieckojęzycznej części Szwajcarii. W różnych podziałach Szwajcarii jednym z najważniejszych jest ponoć ten, który rozgranicza tereny, na których rösti jest bardzo popularne od tych, gdzie nie uznaje się tej potrawy.
Widok ze schroniska na dolinę, z której przyszliśmy.
Takich konstrukcji wokół schroniska było więcej, natomiast ta była najbardziej imponująca.
Dla Adasia była to ostatnia szansa na znalezienie kwiatków, które jeszcze nie zostały sfotografowane.
Najedzeni, wypoczęci możemy wracać z powrotem na Gemmipass.
Większość napotykanych kwiatków była oczywiście pod ścisłą ochroną.
Niektóre miejsca wyglądały na mocno niegościnne.
A to bodajże stary, opuszczony hotel tuż przy stacji kolejki linowej. No tego po Szwajcarach się nie spodziewaliśmy, że pozwolą na doprowadzenie budynku do takiego stanu.
Tutaj jeszcze wyglądało na przejaśnienie, co nas ucieszyło, bo na dole, w miejscowości Leukerbad, były baseny termalne, które chcieliśmy przetestować. Gdy zjechaliśmy na dół, ulewa. Zatem z pewnym żalem pozostało nam wrócić do szwajcarskiego mieszkania.
Przez to, że ten szlak był tak różny od wszystkich innych, spodobał się wszystkim. To był udany akord na zakończenie wakacji. Jeśli chodzi o dystans, należy odjąć 2 km, znów za późno wyłączony Caynax...
Wodospad Rheinfall, Stein am Rhein
Następnego dnia mieliśmy do pokonania 1450 km, lekko licząc nieco ponad 15 godzin jazdy. Po drodze postanowiliśmy zrobić stopy połączone ze zwiedzaniem, by jakoś ten dzień przetrwać. Wybraliśmy 2 miejsca, leżące na granicy Szwajcarii i Niemiec.
Pierwsze z nich to Rheinfall, największy pod względem przepływu wodospad w Europie.
W 2008 roku odwiedziliśmy to miejsce i pamiętam, że mówiliśmy sobie wówczas, że fajnie byłoby podpłynąć do skały pod samym wodospadem. Minęło 13 lat i popłynęliśmy 🙂. A sam wodospad, zwłaszcza z bliska, robi ogromne wrażenie.
Drugie miejsce także wówczas zwiedziliśmy - to Stein am Rhein.
Centrum tego miasta zachowało średniowieczny układ ulic, a wiele domów liczy sobie 300-400 lat.
Są one nie tylko stare, ale też bogato zdobione freskami, rzeźbami. Prawie każdy opowiada na swoich murach jakąś historię.
Lody to podstawa każdej miejskiej wycieczki 🙂.
To miasteczko to raj dla fotografów. Ale na uważne focenie nie było tym razem za wiele czasu.
Stein am Rhein zostało pierwszym laureatem nagrody Wakkera, przyznawanej za najlepiej zachowany obraz miasta. Z ciekawości poszukałem kolejnych laureatów i z ponad 40 szwajcarskich miasteczek mamy jeszcze zwiedzone St. Gallen, zwycięzcę z 1992 roku.
Wystarczyło odejść kilka kroków od głównej ulicy, by znaleźć cichy zaułek.
Jeszcze tylko chwila nad Renem i wracamy do auta, przed nami jeszcze ponad 1000 km drogi.
I na tym żegnamy Szwajcarię i Alpy. Generalnie nam się podobało, ale o ile w Austrii nie było żadnych 'ale', tak w Szwajcarii do kilku rzeczy moglibyśmy się przyczepić. O tym jednak w podsumowaniu 🙂.
Czy Valais spełniło nasze oczekiwania?
O ile Austria podobała nam się pod każdym względem, to Szwajcaria miała pewne mankamenty. Organizacja nie była taka idealna – zdarzały się problemy z parkingami i nie zawsze przyjazne dla turystów systemy z parkowaniem. Pod względem językowym było dużo trudniej – bez znajomości francuskiego były pewne schody. Było też jasne, że tanio nie będzie, ale restauracje czy też kolejki linowe były naprawdę drogie.
Co nas zaskoczyło, to w wielu miejscach krajobraz przemysłowy sąsiadował z pięknymi górami. No i w kilku mijanych przez nas miastach zaskakiwały okropne blokowiska. Mieliśmy też pewne turbulencje z wtyczkami do gniazdek elektrycznych (potrzebne są adaptery), z bardzo drogimi komórkami (tu byliśmy przygotowani) czy blokadą transmisji sportowych (efekt braku przynależności Szwajcarii do UE).
Pewnie nasze wrażenia byłyby nieco lepsze, gdyby pogoda lepiej współpracowała. Mimo że był to środek lata, to było deszczowo.
Ale góry Szwajcarzy mają bez dwóch zdań fantastyczne. Majestatyczne, wysokie, ze świetnymi szlakami. Pozostałe atrakcje (zamki, park rozrywki, podziemne jezioro) też na duży plus. A tak naprawdę zwiedziliśmy tylko jeden z kantonów – Valais. Pozostałe regiony kraju Helwetów jeszcze na nas czekają.
1 komentarz
1 pingback