Wciąż panujący i mocno ograniczający podróże covid sprawił, że na letnie wakacje 2021 wybraliśmy przestronne Alpy. Wcześniej w Alpach byliśmy już dwukrotnie i wiedzieliśmy, że to zawsze dobra opcja na aktywny wypoczynek. Aby było ciekawiej, podzieliliśmy nasze wakacje na dwie części. Pierwszy tydzień spędziliśmy w Austrii, a drugi w Szwajcarii. W Austrii trzeba było zdecydować się na konkretny region. W Tyrolu już byliśmy, podobnie jak w kraju salzburskim, ale nadal mieliśmy spory wybór. Spośród alpejskich pasm w Austrii można jechać w Alpy Kitzbühelskie, Zillertalskie, Niskie Taury, Wysokie Taury, Alpy Lavanttalerskie, Tuxerskie i jeszcze parę innych. Po gruntownej analizie wybraliśmy dolinę Zillertal.
Ferraty w Mayrhofen
Alpy Zillertalskie to ledwie mały wycinek całych Alp. Znajduje się on w większości na terenie Austrii i częściowo we Włoszech. Najwyższym szczytem tego masywu jest Hochfeiler (3509 m n.p.m.), leżący na granicy austriacko-włoskiej. W Alpach Zillertalskich są 23 szczyty o wysokości ponad 3000 metrów. Tym razem jednak ambitnych planów zdobywania szczytów, tych wysokich, nie mieliśmy 🙂.
W dolinie Zillertal nie ma dużych miast, jest za to sporo mniejszych miejscowości. Na zdjęciu jedna z nich - Mayrhofen.
Taki widoczek mieliśmy z naszego ogródka. Widok na plus, natomiast codzienna mozolna jazda wąską i krętą drogą do naszego mieszkania na lekki minus. Coś za coś 🙂.
Pierwszy dzień i ruszamy w teren. Wiedzieliśmy, że tutejsze góry obfitują w via ferraty ("żelazne drogi"). Jeszcze w Polsce zaopatrzyliśmy się w sprzęt, wybraliśmy na początek łatwą via ferratę dla dzieci w Mayrhofen i jazda 🙂.
Via ferraty mają określone poziomy trudności, począwszy od A (bardzo łatwa), poprzez kolejne literki aż do F (bardzo trudna). Ta widoczna na zdjęciu miała poziom A i chwilami też B.
Na poprzednim zdjęciu było widać dość wygodne metalowe stopnie, jednak nie wszędzie było tak komfortowo 🙂.
Fajnym urozmaiceniem były widoki na dolinę Zillertal, które w niektórych punktach trasy wyłaniały się spomiędzy drzew.
Jako że była to via ferrata dla dzieci, to przygotowano w kilku miejscach atrakcje specjalnie dla najmłodszych. Nasi chłopcy doceniali te dodatkowe przeszkody.
Ktoś może zapytać - czy to bezpieczne? Zasadniczo tak - przez cały czas wspinacz jest przypięty do takiej oto stalowej liny. Gdy odpadnie od ściany, zawiśnie na lonży. Oczywiście można się trochę potłuc, ale przy przestrzeganiu podstawowych zasad bezpieczeństwa nic gorszego nie powinno się zdarzyć.
Kolejne urozmaicenie - most linowy. Tu trzeba było ostrożnie stawiać kroki 🙂.
I choć ta ferrata była stosunkowo łatwa, to jednak nie jest to rozrywka dla osób z lękiem wysokości.
I jest! Pierwsza ferrata zaliczona bez większego trudu. Co więcej, nabraliśmy apetytu na coś bardziej wymagającego.
Schodząc mogliśmy się spokojnie przyjrzeć dolinie Zillertal, przez którą płynie świetnie widoczna na tym zdjęciu rzeka Ziller.
Chwilę odpoczęliśmy i podjęliśmy wyzwanie - kolejna via ferrata, tym razem nieco trudniejsza, z poziomem trudności do C (umiarkowanie trudna). Trzeba przyznać, że była faktycznie znacznie trudniejsza.
Przede wszystkim była znacznie większa ekspozycja, były też miejsca, w których trzeba się było natrudzić, aby pójść dalej.
Doszliśmy szczęśliwie do końca, ale dość zgodnie stwierdziliśmy, że na trudniejsze ferraty niż poziom C na razie nie będziemy się porywać.
Szlak na Frauenwand i Weisse Wand
Kolejny dzień i pierwsza wyprawa w góry. Cel - trekking w okolicach lodowca Hintertux.
Tę wycieczkę, podobnie jak jeszcze jedną, podpatrzyliśmy na jednym z blogów podróżniczych. Wiedzieliśmy czego się spodziewać - jak długa będzie trasa, jakie będą podejścia i zejścia, a nawet jakich widoczków możemy się spodziewać.
Gdy tylko odeszliśmy od stacji kolejki linowej, zostaliśmy zupełnie sami. Pierwszych turystów spotkaliśmy mniej więcej po dwóch godzinach wędrówki.
W oddali widać było lodowiec Hintertux. Jest to jedno z niewielu miejsc w Austrii, gdzie narciarstwo można uprawiać przez cały rok. I faktycznie, kolejką na górę jechało sporo ludzi z nartami.
Niesamowitą atrakcją tej wyprawy były świstaki. Wiele razy widzieliśmy je po drodze, usiłowaliśmy cichutko podejść nieco bliżej, żeby lepiej je obejrzeć i pstryknąć dobrą fotkę, ale czujność świstaków była na bardzo dobrym poziomie.
Po dwóch godzinach dotarliśmy na przełęcz Kaserer Schartl (2446 m n.p.m.). Rozpościerał się stąd efektowny widok na kolejną dolinę, ale silny wiatr zachęcał nas - idźcie dalej!
Więc chwilę się tylko rozejrzeliśmy i poszliśmy.
Trzeba było wzmóc czujność - ścieżka coraz węższa, a stoki coraz bardziej strome. Adam jednak uważał, że to łatwizna, więc można mieć luz 🙂.
Idziemy, idziemy, a gdzie jakiś szczyt?
Proszę bardzo, jest i szczyt - Frauenwand (2541 m n.p.m.). Fajną nagrodą za wejście na szczyty w dolinie Zillertal była możliwość przybicia sobie na ręce pieczątki. Zwykle na szczycie była niewielka skrzynka, a w środku czekała pieczątka. Nasi chłopacy chętnie sobie przybijali te pieczątki.
10 minut drogi z Frauenwand znajduje się kolejny szczyt - Weiße Wand (2518 m n.p.m.). Jak widać, niekiedy końcowe podejście nie jest szalenie wymagające
Z tego szczytu widać już było kolejny punkt wędrówki - schronisko Tuxer-Joch-Haus, gdzie zatrzymaliśmy się na jedzenie. Zarówno w tym schronisku, jak i wszystkich następnych w Austrii trafialiśmy na pyszne jedzenie, rozsądne ceny, brak tłumów i miłą obsługę.
Adaś zachwycił się alpejską florą. Mama musiała robić zdjęcia każdemu nowemu kwiatkowi, jaki został zauważony na alpejskich zboczach. Zapewne ze zdjęć tych kwiatków Gosia mogłaby zrobić osobną, całkiem sporą galerię 🙂.
Fauna też dawała radę. Jeśli dobrze poznajemy po zdjęciu to żmija żebrowana, wg Wikipedii dość rzadki gatunek, zatem mieliśmy szczęście, że go spotkaliśmy.
A po zejściu do stacji kolejki dzieci miały jeszcze frajdę z takim torem dla drewnianych kulek. W okolicach tej stacji, ale także kilku innych było wiele atrakcji dla dzieciaków i zaobserwowaliśmy, że dla wielu rodzin celem było wjechanie kolejką na górę i spędzanie czasu w okolicy stacji właśnie na takich atrakcjach.
I trochę zasłużonego odpoczynku po bardzo ciekawej, ale też wymagającej wyprawie.
Na koniec mapka wyprawy. Jeśli tylko się dało, szukaliśmy tras, które były pętlami.
Gdy tylko pozwalał czas i pogoda, popołudniami wybieraliśmy się na basen. W zasadzie każda większa mieścina w dolinie Zillertal posiada kompleks wodny. Wypróbowaliśmy kilka i wszędzie było super.
Raz też wizyta na basenie być może uratowała nasze auto od poważnych tarapatów. Ja z chłopakami pojechałem pewnego dnia na basen do Zell am Ziller, a Gosia w tym czasie odpoczywała w naszej miejscówce w Kaltenbach, gdzie spadł grad wielkości 3 cm. My byliśmy całkiem niedaleko - w linii prostej może z 10 km, ale rozdzielał nas zakręt doliny. Gdy wracaliśmy do mieszkania, widzieliśmy akcje strażaków, auta w rowach, gigantyczne korki, chaos.
Tu akurat zdjęcia z kompleksu w Stumm. To jeziorko było moim ulubionym miejscem - dzieciaki pluskały się w basenie i korzystały ze zjeżdżalni, a w tym czasie mogłem sobie w spokoju popływać 🙂.
Haizenberg, szlak na Gerlossteinwand
Kolejny dzień i spełnienie marzenia Adama, a nawet dwóch marzeń! Jeszcze nie dotarliśmy do celu, a podniecenie niemal go rozsadzało 🙂.
Marzenie nr 1 - płukanie złota w wersji lekko zmodyfikowanej. W miejscowości Zell am Ziller jest miejsce o nazwie Goldwaschcamp, gdzie jest to możliwe. W kasie poradzono nam jednak, by wybrać płukanie kamieni szlachetnych, bo dla dzieci jest to zdecydowanie łatwiejsze i przyjemniejsze.
Po krótkim instruktażu chłopcy ochoczo wzięli się do pracy.
Co chwilę rozlegały się radosne okrzyki: - Mam! Jeszcze jeden!
Oto urobek z półgodzinnego płukania.
Okej, kamienie znalezione, czas zatem na realizację marzenia nr 2...
... czyli odwiedziny w kopalni złota. Wycieczka była tak pomyślana, że najpierw trzeba było przejść szlak po najciekawszych miejscach w Haizenbergu (na zdjęciu kościół) i posłuchać trochę o historii tego miejsca, a dopiero na końcu była sama kopalnia.
W tym budynku niegdyś mieściła się szkoła, chłopcy orzekli, że ich szkoła jest nieco lepsza 🙂.
Jednak Adam zaczął się dopytywać, kiedy w końcu będzie ta kopalnia.
No nareszcie! Jednak sama kopalnia jakoś specjalnie nie różniła się od kilku innych kopalni, w których już byliśmy. Co zapamiętaliśmy - trzeba było wydobyć 350 000 ton skał, aby pozyskać 1 tonę złota. Wiele dekad pracy setek ludzi, by wydobyć 1 tonę złota.
Po atrakcjach związanych ze złotem stwierdziliśmy, że zaliczymy lajtowy trekking wokół szczytu Gerlossteinwand. Na zdjęciu za nami rzeczony szczyt.
Wjechaliśmy autem płatną drogą do schroniska Berghotel Gerlosstein (co i tak było o wiele tańsze od alternatywy w postaci kolejki linowej), rzuciliśmy okiem na mapę i w drogę.
Adaś tradycyjnie był czujny w kwestii kwiatków, natomiast ja pilnowałem, byśmy szli po śladzie GPS i nie zboczyli z drogi. A akurat tutaj nie było to trudne, gdyż rozwidleń było sporo, a znaki tylko potęgowały zamieszanie.
No i cóż, czas się przyznać. Nie wykazałem odpowiedniej czujności i w którymś momencie wybrałem zły szlak. Zacząłem mieć podejrzenia, gdy droga zaczęła nagle piąć się ostro w górę. Sprawdziłem w telefonie - zeszliśmy z naszej trasy. Ale chwila dyskusji i stwierdziliśmy, że skoro tak poszliśmy, to idźmy dalej.
Po raz kolejny muszę się przyznać - nie spodziewałem się, że będzie aż tak ciężko. Tu już fragment końcowy, ale wcześniejsze podejście w pełnym słońcu dało się nam we znaki. Wyprzedzając nieco resztę relacji, to było najtrudniejsze podejście w trakcie całych wakacji.
Ale daliśmy radę, Gerlossteinwand (2466 m n.p.m.) zdobyty!
Jeszcze parę szczytów i miejsca na pieczątki zabraknie 🙂.
Prognozy pogody były tego dnia wyjątkowo niepewne, zatem szybka fotka i w drogę w dół. Zresztą prognozy pogody i rzeczywistość pogodowa w Austrii znacząco się rozmijały. Na szczęście prawie zawsze pogoda była lepsza od prognoz.
Zejście ze szczytu było niby łatwe, ale wystarczyła chwila nieuwagi na wąskiej ścieżce...
... i kijek z prostego stał się nieco mniej prosty.
Adaś zachwycił się kolejnymi kwiatkami na zboczu, dzięki czemu ja z Jasiem mieliśmy nieplanowany odpoczynek.
Za nami został już Gerlossteinwand. Z tej perspektywy zrobił na nas jeszcze większe wrażenie niż na początku.
Tym razem przechytrzyliśmy deszcz, trasa była męcząca, ale widowiskowa.
A w schronisku chłopaków czekał jeszcze taki fantastyczny bonus - jazda na motocrossach. Minuta instruktażu i jazda. Jaś wsiadł, dał gazu i wjechał w płot 🙂. Adaś to wszystko widział, więc był znacznie ostrożniejszy 🙂.
Ale wystarczyło kilka minut, by nabrali odwagi i pewności. Jednak nie na tyle, by jeździć po tych przeszkodach 🙂.
Szlak do schroniska Furtschaglhaus
Kontynuujemy poznawanie Alp Zillertalskich. Jako że poprzednia wędrówka dała nam nieco w kość, tym razem wybraliśmy trasę o zupełnie innym profilu. Najpierw długa, 7-kilometrowa płaska droga na wysokości 1800 m n.p.m., potem podejście do schroniska i z powrotem.
Aby dotrzeć do zalewu Schlegeis musieliśmy dojechać do samego końca doliny Zillertal. Już od samego początku trasy towarzyszył nam mieniący się w szmaragdowych kolorach zalew i widoczny na zdjęciu szczyt Greiner Mauer (2883 m n.p.m.).
Tam w oddali majaczy się nasz cel - na końcu doliny po lewej stronie skrywa się schronisko Furtschaglhaus. Bardzo nietypowe w tej wędrówce było to, że przez cały czas widzieliśmy nasz cel.
To był hit. Adaś zobaczył taki mini wodospad, po czym przybiegł do mamy i zapytał: "Czy mogę pod niego wejść?" Spodziewał się, że mama oczywiście się nie zgodzi, a tu big surprise - mama powiedziała, że jak chce, to niech idzie. Biedak nabrał chyba trochę wątpliwości, ale nie chciał wyjść na niepoważnego człowieka, więc stanął pod tym wodospadem. Przemoczyło go konkretnie, a mama na koniec stwierdziła: Myślałam, że ten wodospad jest znacznie mniejszy 🙂.
Doszliśmy do końca zalewu. Jedyne co nas lekko niepokoiło, to chmury. Prognozy przepowiadały wkrótce deszcz.
Dolina stawała się coraz węższa, ale droga cały czas była lekka i przyjemna.
Mama była perfekcyjnie przygotowana na pytanie chłopaków, które zawsze prędzej czy później się pojawiało: Co masz do jedzenia? 🙂
Zalew zaczynał już pomału niknąć w oddali, to znak, że jesteśmy coraz bliżej celu.
A niech to! Ta krowa ewidentnie patrzy na nas wzrokiem szeryfa, który niekoniecznie pozwala na wejście na jego teren.
Dotarliśmy do miejsca, od którego zaczynało się dość strome podejście. Jasia trochę bolała noga i jego zapał wyraźnie osłabł. Adaś za to chciał iść dalej. Chwila dyskusji, skuszenie Apfelstrudlem (dla Jasia lepszy przysmak niż lody) i ostatecznie idziemy dalej.
Podejście do schroniska było bardzo urozmaicone. Raz wąska ścieżka przedzielona strumykiem...
... za chwilę kamienne stopnie...
... a chwilami nieco większe skały.
Wreszcie jest - po godzinie wspinania w górę widzimy w końcu schronisko Furtschaglhaus. To już jest wysokość 2295 m n.p.m.
W nagrodę mamy widok na lodowiec Schlegeiskees 🙂.
Z nagrodą dla Jasia było już znacznie gorzej... Gdy dotarliśmy do schroniska, każdy coś sobie zamówił. Jaś oczywiście Apfelstrudla. Kelner przyjął zamówienie, spokojnie czekamy na jedzenie, aż tu nagle pojawia się kelner i mówi, że bardzo przeprasza, ale Apfelstrudel się skończył. Gdy to przetłumaczyłem, Jaś zareagował nieco... emocjonalnie 😉. W sumie rozumiem - to była jego motywacja, by tu się wspiąć. Kelnerowi zrobiło się bardzo głupio i w ramach przeprosin przyniósł Jasiowi wafelki 🙂. Ostatecznie jednak sytuacja na złe nie wyszła, bo zamiennie zamówiliśmy Kaiserschmarm (omlet porwany na kawałki w trakcie smażenia), który też wszystkim bardzo smakował. Co więcej, po tych wakacjach Kaiserschmarm na stale zagościł w naszym domowym menu 🙂.
Chmury niepokoiły nas coraz bardziej, zatem jeszcze rzut oka na lodowiec i czym prędzej na dół, aby przed deszczem chociaż pokonać ostre zejście.
Ufff, udało się. A chłopacy zwykle odważni i przebojowi, w towarzystwie takich miłych krówek tracili cały rezon
Niecodzienny widok. Bardzo niecodzienny 🙂.
Kolejna atrakcja tej wędrówki - przekraczanie całkiem sporego strumyka.
Z deszczem prawie się nam udało 🙂. Gdyby lunęło godzinę później, byłoby idealnie. A tak to przemokliśmy całkowicie.
To była nasza najdłuższa wędrówka w trakcie całych wakacji. 17 km to sporo, ale jako że zdecydowana większość trasy prowadziła po płaskim, to kondycyjnie spokojnie daliśmy radę.
Jezioro Durlaßboden, ferrata Talbach, Ahorn
Jako że w dwa poprzednie dni robiliśmy dość ambitne wycieczki, postanowiliśmy zrobić chłopakom dzień na tak. Mogli wybrać, co chcą robić, gdzie jechać. Ich wybór padł na: tor saneczkowy w Zell am Ziller, potem Adaś koniecznie chciał spróbować płukania złota (więc płukał i nawet trochę złota znalazł)...
... a następnie zadysponowali - jedziemy nad jezioro Speicher Durlaßboden. Podobnie jak większość tutejszych jezior, powstało ono na skutek budowy zapory.
Dzień na tak? To poproszę Apfelstrudla z bitą śmietaną!
A teraz poprosimy na rowery wodne.
Nawet do tak spokojnej aktywności można było wprowadzić nutkę szukania przygód. Widzicie ten zakręt jeziora? Płyniemy tam i zobaczymy, co tam ciekawego się kryje. Warto było płynąć - w oddali majaczyły majestatyczne alpejskie szczyty.
Dokoła jeziora prowadzi widowiskowa trasa trekkingowa o długości 10 km, ale tego dnia odpoczywaliśmy.
Dzień na tak zakończył się szachami w Zell am Ziller. Jaś znalazł rywali - dwóch braci. Najpierw pokonał starszego, a potem (fakt, że wyjątkowo fartownie) młodszego. Wreszcie zmierzył się z Adasiem, który generalnie gra słabiej od Jasia. Ale w tej partii Adasiowi dobrze szło, Jaś zaczął się irytować, więc sprytny Adaś powiedział, że da Jachowi fory. I od tej pory każdy fatalny ruch Adasia (np. podstawienie figury) kończył się krzykiem Jasia - cofnij ten ruch, miałeś mi nie dawać forów! I zadowolony Adam cofał zły ruch 🙂.
Ostatni dzień w Austrii zaczęliśmy od via ferraty Talbach. Gosia znalazła ferratę ze stosunkowo łatwym początkiem i możliwością zejścia z trasy w kilku punktach, w tym przed budzącym lekką grozę odcinkiem wycenionym na D/E. Przypomnę, że kilka dni wcześniej na C mocno się namęczyliśmy.
Niby mostek dość łatwy, ale trzeba było ostrożnie stawiać kroki.
Wspinanie szło elegancko, byliśmy już wprawieni, aż dotarliśmy do tego megatrudnego odcinka.
Pierwsza poszła Gosia, jako najbardziej obeznana we wspinaniu. Miała przetrzeć szlak, zobaczyć co i jak. Adam chciał iść, Jan nie chciał iść, a ja w sumie sam nie wiem, co chciałem 🙂.
Gosia coś nie wracała, Adaś strzelił lekkiego focha, więc pozwoliłem mu pójść. Gdy dotarł do końca, stwierdził, że łatwizna. Doszedłem do wniosku, że zapewne to jeszcze nie jest ten megatrudny odcinek D/E, skoro dla 8-latka to łatwizna. I miałem też drugi wniosek, jeszcze gorszy od pierwszego - skoro Adaś na luzie przeszedł, to przejdę i ja. Jezu, jaki to był błąd. To była walka, by dać radę. Resztkami sił i nadludzkim wysiłkiem przeszedłem ten odcinek. Długo jeszcze dochodziłem do siebie i na pewno te parę minut na ścianie na długo zapamiętam 🙂.
Na koniec pobytu w Austrii zostawiliśmy sobie wjazd na Ahorn. W odróżnieniu od naszych poprzednich wypraw to było bardzo popularne miejsce.
I trudno się temu dziwić - widoczki na dolinę Zillertal naprawdę przednie...
... a dla najmłodszych wielką atrakcją było małe jeziorko Ahornsee. I w tym miejscu wyrażę swoje uznanie dla austriackiej pomysłowości i organizacji. Taki prosty pomysł - niewielkie jeziorko, na nim kilka atrakcji i dzieciaki są zachwycone. A organizacja była wszędzie widoczna - jak jest stacja kolejki linowej, to na pewno będzie duży parking i wolne miejsca. Jak jest fajna trasa w górach, to na pewno będzie schronisko ze znakomitym jedzeniem. Jak jest basen, to można w ciemno zakładać, że będzie parking, a na basenie będzie dość miejsca dla wszystkich.
Do tego wszędzie czysto, schludnie, ładnie. Trawka wszędzie tak zielona, że prawie jakby ją malowali. Pod tym względem Austria nas zachwyciła.
Jedyne zastrzeżenie, jakie można mieć, to ceny wejść na atrakcje turystyczne oraz ceny kolejek linowych. Rozmawiałem z naszą gospodynią i ona też narzekała, że te ceny i dla miejscowych są wysokie.
Ale dość uwag ogólnych, przed nami jeszcze wejście na ostatni szczyt. W porównaniu z wcześniejszymi wędrówkami tym razem będzie szybko i łatwo. Nasz cel to Filzenkogel (2227 m n.p.m.)
Za Jasiem Ahornspitze - to już prawie trzytysięcznik (2973 m n.p.m.).
Filzenkogel zdobyty!
Tak się skończył intensywny, ciekawy, pozytywny tydzień w Alpach Zillertalskich.
Już po fakcie możemy z czystym sumieniem stwierdzić, że był to znakomity wybór. Dolina Zillertal pozbawiona jest większych miast, natomiast ma sporo niewielkich, ładnych, schludnych miasteczek. Latem aż bije po oczach żywa zieleń tutejszych łąk, zbocza górskie są niezwykle efektowne, uroku okolicy dodaje też rzeka Ziller, która wije się w dolinie. Dokoła jest mnóstwo tras na piesze wędrówki, o różnym stopniu trudności. Co bardzo istotne, niemal wszędzie kolejki linowe podwożą turystów w wyższe partie gór, dzięki czemu górskie wyprawy są krótsze i dużo przyjemniejsze. Nie ma tu mozolnego przedzierania się przez zwykle mniej efektowne niższe partie gór. A widoki po wjechaniu już kolejką na górę zwykle powalały. Alpy są po prostu piękne.
Ponadto w dolinie jest wiele innych możliwości spędzania czasu. Tor saneczkowy, ferraty, kompleksy wodne w niemal każdej miejscowości (z tego korzystaliśmy prawie codziennie – super sprawa), kopalnia złota, rowery wodne, muzea (na które już nam nie starczyło czasu), a nawet motocross dla dzieci – tu nie sposób się nudzić. Do tego wszystkiego dopisała nam piękna pogoda, tylko raz w przeciągu tygodnia trafiliśmy na ulewę.
Podsumowując, dolina Zillertal to dla nas jedna z najlepszych destynacji wakacyjnych, będziemy mieć stamtąd super wspomnienia.