Jednodniowy wypad do Wenecji był pomysłem spontanicznym i wcześniej nieplanowanym. Skłoniła nas do tego kiepska prognoza pogody w Dolomitach. Stwierdziliśmy, że lepiej w słońcu zwiedzić Wenecję niż w deszczu chodzić po górach. Pod względem logistycznym była to dość łatwa eskapada – z Dolomitów do Wenecji jedzie się nieco ponad 2 godziny, w większości wygodną autostradą. Na miejscu, w Wenecji, jest przygotowany ogromny parking, na którym należy zostawić auto i to w zasadzie wszystko. Potem pozostaje jedynie zwiedzanie Wenecji, czy to na piechotę czy korzystając z transportu wodnego.
Wenecja to była wycieczka na spontanie. Ot, prognoza pogody w górach była niezbyt optymistyczna, za to 140 km na południe w Wenecji miało być ładnie. Zatem wieczorem zapada decyzja, a następnego ranka jesteśmy w Wenecji. Już na wstępie byliśmy o krok od gigantycznej wtopy. Zaparkowaliśmy przy wjeździe do Wenecji i zgodnie z planem poszliśmy na tramwaj wodny. Przystanek końcowy - San Marco, wszystko gra. I już prawie wsiadamy, ale patrzę - jest też druga linia na San Marco. Okazało się, że ta pierwsza płynie szybciej, ale omija Canal Grande i mnóstwo ciekawych miejsc. Na szczęście zorientowaliśmy się w ostatniej chwili i wsiadamy do właściwego tramwaju 🙂
Przejażdżka vaporetto była bardzo fajna. Mogliśmy zobaczyć trochę od kuchni, jak wygląda logistyka w Wenecji.
Wiele mówi się o pogarszającym się stanie wielu budowli i konstrukcji w Wenecji. I faktycznie w wielu miejscach było widać, że remont/modernizacja bardzo by się przydały.
Na Canal Grande panował wielki ruch. Chwilami nawet nasz tramwaj musiał chwilę poczekać, aż będzie przestrzeń przed nim.
Plusem podróży największym weneckim kanałem było to, że wiele efektownych budowli właśnie fasadę miało od strony kanału.
Duże zdziwienie u chłopaków wywoływały drzwi domostw, wychodzące prosto na wodę. Interesowało ich, co się stanie, jak ktoś zapomni, że za drzwiami jest woda i wyjdzie z domu. No cóż, pewnie chlup do niezbyt czystej wody 🙂.
Najsłynniejszy i najstarszy most na Canal Grande - most Rialto. Drewniane konstrukcje tego mostu kilka razy zawalały się i w 1591 roku wybudowano solidny, kamienny most.
To, co się rzucało w oczy już z tramwaju, to bardzo mało zieleni. Każdy skrawek ziemi jest wykorzystany na zabudowę. Na zdjęciu jedno z nielicznych miejsc, gdzie choć odrobinę zieleni się uchowało.
Choć okolice Canal Grande to miejsca reprezentacyjne, to zdarzały się nieco zaniedbane budynki - ot, urwana w połowie rynna, odrapana latarnia, tynk, jeśli był, to też już dawno odpadł.
Canal Grande ma długość 3,8 km, kształt litery S i dzieli Wenecję na dwie części. Jego szerokość wynosi 30-60 metrów, a głębokość 6 metrów. Większość budynków nad brzegami kanału powstała między XIII a XVII wiekiem. Sam Canal Grande powstał zaś w XV wieku,
O, ślepy zaułek. Kilka razy sami się zapędziliśmy w takie miejsce w trakcie naszej wędrówki po Wenecji.
Wszechobecni byli gondolierzy na gondolach.
Wszystkie gondole wyglądały elegancko, w kolorze czarnym. Jednak ceny skorzystania z ich usług (od 100 euro w górę) bardzo skutecznie zniechęciły nas od skorzystania z tego środka lokomocji.
Nareszcie dopłynęliśmy! Jesteśmy na placu św. Marka - i to suchą stopą. A to wcale nie jest takie oczywiste, bo plac jest regularnie zalewany przez aqua alta - zjawisko podnoszenia się poziomu wody i zalewania m.in. placu św. Marka. Jednak z reguły zdarza się to jesienią i zimą.
Zbudowana w XI wieku bazylika św. Marka z zewnątrz robiła wrażenie. Architekci wzorowali się nieco na wzorach islamskich, stąd też wygląd nieco odmienny od większości kościołów.
Wejście do bazyliki było darmowe, ale kolejka pewnie na godzinę stania. Ale okazało się, że jeśli kupi się wejście przez internet za jedyne 3 eurosy, to można wejść bez kolejki. Wybór był oczywisty - kilka chwil klepania w telefon i oszczędziliśmy godzinę bezsensownego stania w wielkim skwarze. Zdjęć ze środka nie mamy, ale wnętrze też było imponujące, a głównym motywem było złoto.
Mieliśmy podejrzenia, że gondole zacumowane przy samym placu św. Marka mogły być jeszcze droższe niż i tak bardzo drogie gondole w innych miejscach Wenecji.
W oddali, po drugiej stronie kanału, kościół San Giorgio Maggiore.
Kolejna słynna budowla wenecka - most Westchnień. Łączy on pałac Dożów z więzieniem. Nazwa zbudowanego w 1614 roku mostu wzięła się stąd, że prowadzono nim do więzienia więźniów, którzy na moście po raz ostatni mogli spojrzeć na Wenecję.
Mniam, mniam, do czasu spojrzenia na ceny 😉.
Nie ma jednak co ukrywać - okolice placu św. Marka, bazyliki, pałacu Dożów czy mostu Westchnień były straszliwie zatłoczone. W połączeniu z lejącym się z nieba żarem zniechęcało to do dalszego przebywania w tej okolicy. Zatem czym prędzej zapuściliśmy się w weneckie zakamarki.
Najważniejsze jednak, że w bocznych kanałach, w różnych zaułkach był już spokój, cisza, możliwość spokojnego pstryknięcia zdjęć...
... a nawet chwila na kontemplację.
I tak się włóczyliśmy, bez jakiegoś konkretnego planu, to trafiając na ślepą uliczkę, to na jakiś niespodziewany mostek - jedynym naszym wyznacznikiem był kierunek mniej więcej na most Rialto.
Pytanie do chłopaków - "Chcielibyście tutaj mieszkać?" - "A skąd! W życiu! Nigdy!"
Tak sobie obserwowaliśmy krzyżówkę kanałów i obstawialiśmy - zderzą się te gondole czy nie. Ku pewnemu rozczarowaniu chłopaków nie doszło do zderzenia 🙂.
Gdy po jakimś czasie w młodszej części naszej ekipy nieco opadł entuzjazm odkrywania nowych miejsc, zadbaliśmy o odpowiednią motywację - idziemy do najlepszej lodziarni w Wenecji. Trochę pechowo, że jest ona ładny kawałek stąd 😉.
Oczywiście musieliśmy kilka razy pobłądzić, żeby tak mniej więcej zrozumieć zasady poruszania się po Wenecji. Możliwości przekraczania kanałów były sprawą kluczową.
Obaj chłopacy mogli sobie coś wybrać w sklepie z pamiątkami. Jaś wybrał sobie wachlarz za jakieś 1,5 czy 2 euro i cóż, za ceną szła jakość. Wachlarz przeżył może godzinę i uległ destrukcji.
Trzeba przyznać, że w ten bardzo upalny dzień wąskie uliczki dawały cień i wytchnienie. Zwiedzanie pewnie każdego innego miasta tego dnia byłoby bardzo męczące, a w Wenecji poza nielicznymi większymi placami było całkiem znośnie.
Żeby nie było, że oszukujemy dzieci - są i lody w Gelatoteca SuSo. I faktycznie były bardzo dobre.
Rzut oka na Canal Grande z mostu Rialto.
I mniej więcej w tym miejscu padły akumulatory od aparatu. Cóż, chcąc nie chcąc, trzeba się było przerzucić na telefon 🙂. Na zdjęciu kościół San Giacomo di Rialto.
Osobną historią było poszukiwanie miejsca na obiad. Mieliśmy wytypowaną knajpkę - była dość daleko, ale recenzje bardzo zachęcające.
Szliśmy tam i szliśmy, robiliśmy się coraz bardziej głodni, a gdy w końcu doszliśmy okazało się, że ta knajpa jest zamknięta na cztery spusty. Bywa i tak 🙂.
"Ja muszę tu coś kupić!" - ta myśl opanowała głowę Adasia. Najgorzej, że nic mu do końca nie pasowało - a to rozmiarowo, a to poza jego zasięgiem cenowym, a to coś jeszcze. Po 15 minutach stwierdził, że nic nie chce i... obraził się 🙂.
Czas jednak pożegnać Wenecję. Dawno temu byłem już w tym mieście i nie spodobało mi się wówczas ani trochę. Tym razem było znacznie lepiej i generalnie wspomnienia wywozimy z Wenecji pozytywne.
I na koniec nasza trasa. Podejrzewam, że gdybyśmy tu kiedyś wrócili, moglibyśmy pójść zupełnie inną trasą, potem trzeci raz i jeszcze inną, itd. To niewątpliwie urok Wenecji.
Oczywiście nie jest tak, że Wenecja ma same plusy. Można się lekko przyczepić do niezbyt przyjemnych zapachów w niektórych zaułkach, do wielkich tłumów w okolicy placu św. Marka i Bazyliki św. Marka. Sporo budynków sprawia wrażenie nieco zaniedbanych. Jednak Wenecja jest fascynująca przez to, że tak bardzo różni się od setek innych miast. Te wszystkie kanały, mosty, brak aut, to wszystko sprawia, że jest to miasto niepowtarzalne. A można też uniknąć tłumów, gdy tylko zejdziemy z głównych placów w liczne boczne uliczki.
A dla nas, dodatkowo, była to świetna odskocznia od wędrówek po górskich szlakach.