Covidowe ograniczenia spowodowały, że latem 2020 roku nie ryzykowaliśmy wakacji poza granicami Polski. Ale może to i dobrze, bo dzięki temu dostaliśmy okazję do zwiedzenia pięknego zakątka naszego kraju. Nie tak popularnego jak choćby Tatry, ale pięknego. W Pieninach spędziliśmy tydzień i jest to w naszej opinii wystarczający czas, aby spokojnie zwiedzić wszystko, co najciekawsze w okolicy.
Wąwóz Homole, Sokolica i Trzy Korony
W tym roku zastanawialiśmy się nad Bieszczadami, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na wyprawę w Pieniny. Plany takie jak zawsze - trochę połazić, trochę pozwiedzać, trochę się zrelaksować.
Zaczęliśmy od wąwozu Homole. Po mozolnej podróży było to idealne miejsce na rozruszanie kości.
Długość wąwozu to 800 metrów, a jego nazwa wzięła się od słowa homoła lub gomoła, co oznacza obły i nawiązuje do kształtu tego wąwozu. Dnem wąwozu płynie rzeczka Kamionka, który w dużym stopniu przyczyniła się do wykształcenia wąwozu.
To najbardziej charakterystyczny punkt wąwozu - Kamienne Księgi. Ta wapienna skała nieco przypomina rozłożone księgi. Legenda głosi, że są w niej zapisane losy wszystkich ludzi na świecie, ale nikt nie potrafi tej księgi odczytać. Chłopacy zdecydowanie upierali się, że to bujda 🙂.
Po godzince doszliśmy do górnej stacji kolejki linowej. Niestety, nie działała.
Zjechać kolejką nie było możliwości, ale za to mogliśmy podziwiać ładne panoramki na okolicę przy blasku zachodzącego słońca. Wąwóz Homole to fajna opcja na krótką, dwugodzinną wycieczkę, bez żadnych terenowych utrudnień.
Kolejny dzień i najbardziej ambitna wyprawa. Plan był następujący: zostawić auto w Sromowcach Niżnych, przejechać busikiem do Krościenka, a następnie przejść z północy na południe przez Pieniński Park Narodowy, po drodze zdobywając dwa najważniejsze szczyty tych gór - Sokolicę i Trzy Korony.
Gdy tylko wyszliśmy z busika, oznajmiłem chłopakom, że na tej wyprawie nie ma żadnego sensu jęk pt. "dalej nie idziemy, wracamy do auta". Auto jest przed nami, trzeba iść tylko przed siebie 🙂.Na zdjęciu mieniący się w słońcu Dunajec.
Podejście pod Sokolicę było dość męczące. Niby górka nie jakoś imponująco wysoka (747 m n.p.m..), ale jednak odzwyczajone od takiego wysiłku nogi plus bardzo słoneczny dzień (choć fakt, że większość droga prowadziła przez las i to bardzo pomagało) dały nam się we znaki.
W końcu jest Sokolica. Na szczycie było nieco tłoczno, choć - jak się okazało parę godzin później - mogło być o wiele gorzej.
Widoczek z Sokolicy na przełom Dunajca. Najbardziej charakterystycznym symbolem Sokolicy i może nawet całych Pienin jest reliktowa sosna, rosnąca na szczycie.
A to najbardziej atrakcyjny fragment drogi z Sokolicy na Trzy Korony, najbardziej rozpoznawalny szczyt Pienin Właściwych. Chłopacy byli tą wspinaczką zachwyceni.
Po drodze zaliczyliśmy jeszcze Czerteż (774 m n.p.m.). Była to także jedna z bardzo nielicznych okazji podziwiać panoramy Pienin, bowiem przez 99% trasy towarzyszył nam las.
Cały czas zmierzaliśmy ku Trzem Koronom. Od pewnego momentu z poczuciem lekkiego bezsensu, bo dowiedzieliśmy się, że aby się dostać na szczyt, trzeba odczekać w kolejce półtorej godziny.
Ale wielkiego wyboru nie było, bo jak zaznaczyłem na początku, auto było przed nami i trzeba było iść 🙂. Gdy dotarliśmy pod Trzy Korony okazało się, że kolejka jest mniej więcej na godzinę. Stanie w słońcu, w dużym ścisku, by przez parę minut podziwiać piękne widoki, mając jeszcze w głowie covidy... Reasumując jednogłośnie stwierdziliśmy, że nie wchodzimy na szczyt, idziemy dalej.
Gdy zeszliśmy, mogliśmy podziwiać Trzy Korony od dołu 🙂. Cała trasa liczyła 13 km, na jej przejście potrzebowaliśmy 7 godzin. Byliśmy zmęczeni, ale w odróżnieniu od forsownego podejścia pod Triglav na drugi dzień nie potrzebowaliśmy restu 🙂.
Trasa rowerowa Szczawnica – Sromowce Niżne, spływ Dunajcem
Kolejny dzień z piękną pogodą przeznaczyliśmy na wyprawę rowerowo-wodną. Najpierw wypożyczyliśmy w Szczawnicy rowery z opcją oddania ich w Sromowcach Niżnych.
Trasa prowadziła wzdłuż Dunajca, po stronie słowackiej, z kilkoma możliwościami na przystanki po drodze.
Nim dotarliśmy do celu, zatrzymaliśmy się na godzinkę w Czerwonym Klasztorze. Słowacy byli bardzo dobrze przygotowani na turystów z Polski. Płatność w złotówkach, mini przewodnik po polsku, pani w recepcji mówi po polsku.
Surowe życie mnichów zainteresowało chłopaków. I choć sam klasztor jakoś szczególnie nie powalał, to na pewno nie żałowaliśmy, że do niego zajrzeliśmy.
W Sromowcach Niżnych oddaliśmy rowery i musieliśmy jakoś wrócić do Szczawnicy. Opcje były dwie - spływ tratwą lub spływ pontonem. Chwila dyskusji i stanęło na pontonie, bo zapewnia bardziej ekstremalne doznania 🙂.
Tak się złożyło, że do przystani pontonowej dotarliśmy o dość późnej porze. Dlatego też byliśmy jedynymi chętnymi do spływu i towarzyszył nam jedynie sternik.
Chłopacy szybko obczaili, że aby bardziej kołysało, trzeba płynąć w stronę wzburzonej wody, a omijać spokojne rewiry rzeki.
Chwilami nawet przejmowali wiosła, ale szybko dochodzili do wniosku, że wiosłowanie nie jest jednak tak proste, jak to się może zdawać.
Ponton miał specjalne dziury w dnie i niekiedy, jak właśnie na załączonym obrazku, woda atakowała od spodu 🙂.
Reasumując, spływ pontonem był bardzo dobrym pomysłem. Nie siedzieliśmy stłoczeni na tratwie, płynęliśmy bardziej niespokojnymi ścieżkami, frajda była spora 🙂.
I na koniec dnia dwa widoczki ze Szczawnicy, najbardziej znanego miasteczka w rejonie Pienin. Od mniej więcej połowy XIX wieku Szczawnica jest znana jako uzdrowisko. Trzeba przyznać, że niektóre odrestaurowane budynki prezentują się imponująco.
Spróbowaliśmy słynnej wody z pijalni wód. Wzięliśmy dwa rodzaje - jeden był niedobry, a drugi wręcz wstrętny 🙂.
Niedzica, Czorsztyn
Dzień z ryzykowną pogodą przeznaczyliśmy na zwiedzenie dwóch zamków. Zaczęliśmy od zamku w Niedzicy.
Wręcz euforię u Adasia wywołała informacja, że budowniczym tego zamku był Kokosz. Akurat niedawno czytaliśmy komiksy z serii Kajko i Kokosz i to właśnie Kokosz stał się idolem Adasia, choć wolę nie pisać, z jakich to powodów 😉. Bardzo intensywnie dopytywał, czy to może ten Kokosz z komiksu zbudował ten zamek, czy jednak jakiś inny. No niestety, jakiś inny.
A sam zamek jest naprawdę stary, z początków XIV wieku.
Tylko nie wpadnij, bo polecisz 60 metrów w dół!
Ciekawostka - na dobrach wokół zamku jeszcze w XX wieku, aż do 1931 roku istniały szczątkowe formy pańszczyzny.
W jednym z zamkowych pomieszczeń Adaś zaczął wydawać dźwięki świadczące o ekscytacji i stwierdził: "Muszę się tam dostać!". Chwilę zajęło nam zrozumienie całej sytuacji - za barierkami, na dole, zauważył sporo rzucanych przez turystów monet i zapragnął je ukraść.
W historii zamku w Niedzicy najbardziej zaciekawiła mnie informacja, że przez zdecydowaną większość swojego istnienia zamek ten należał do Węgrów, w przeciwieństwie do oddalonego może o kilometr, leżącego po drugiej stronie Dunajca zamku w Czorsztynie, który należał do Polaków.
Zamek w Niedzicy był wielokrotnie wykorzystywany w filmach, m.in. kręcono tu Janosika, Wakacje z duchami czy Zemstę.
Skorzystaliśmy z opcji przepłynięcia przez zbiornik Czorsztyński do zamku w Czorsztynie. Dla chłopaków niesamowitą atrakcją była możliwość pokierowania przez chwilę tym wielkim statkiem.
Zamek w Czorsztynie miał nieco mniej szczęścia niż jego niedzicki odpowiednik. Przetrwał, ale w stanie częściowo zrujnowanym.
Na tym zamku z kolei najbardziej zaciekawiła mnie historia utworzenia zbiornika Czorsztyńskiego i związane z tym zalanie okolicznych wiosek, wysiedlenia i nieodwracalne zmiany w środowisku.
Sam zamek zbudowano w XIV wieku, a popadł w ruinę w wieku XVIII, najpierw za sprawą Kozaków, a dzieła zniszczenia dopełniła kilkadziesiąt lat później burza z piorunami.
3/4 naszej rodziny postanowiło się rozerwać w parku linowym w Krościenku. Adaś postawił ultimatum: "Idę, jeśli wpuszczą mnie na tą samą trasę co Jasia. Trasą dla dzieci nie idę!". Szczęśliwie dla niego (i chyba dla nas też 😉 ) wpuścili go na tę samą trasę 🙂
Trasa przypadła wszystkim do gustu, a dodatkowej adrenaliny dostarczyła obserwacja nieba - spadnie deszcz i będzie potrzebna ewakuacja czy nie spadnie. Nie spadł 🙂.
Jednym z marzeń Adasia na tych wakacjach było zawarcie bliższej znajomości z owieczkami. Udało się spełnić to marzenie w Łapsze Niżne, miejscowości, w której mieszkaliśmy. Popytaliśmy, gdzie można spotkać stado owiec, uzyskaliśmy wskazówki i znaleźliśmy owieczki 🙂.
A Łapsze Niżne, razem z Niedzicą, stanowią polski skrawek Spiszu, regionu, którego lwia część znajduje się na terytorium Słowacji i który jeszcze kilka dekad temu stanowił zarzewie sporu między Polską i Czechosłowacją.
Trekking Lesnickie Sedlo – Wysoki Wierch – Wysoka
W poszukiwaniu nowych doznań i wrażeń zapuściliśmy się na Słowację, w pasmo Małych Pienin. Tym razem plan był następujący: zostawiamy auto na przełęczy pod Tokarnią (inna nazwa tego miejsce to Lesnickie Sedlo), wchodzimy na szczyt Wysoki Wierch, potem idziemy dalej na najwyższy szczyt całych Pienin Wysoką i z powrotem.
Podejście pod Wysoki Wierch (898 m n.p.m.) było niezbyt strome i niezbyt męczące...
... a z kopulastego szczytu rozpościerały się najładniejsze chyba w całych Pieninach widoki zarówno na stronę słowacką, jak i polską. Bo sam szczyt leży dokładnie na granicy tych dwóch państw.
W porównaniu ze szlakiem na Sokolicę i Trzy Korony tu niemal w ogóle nie było ludzi.
Generalnie droga była łatwa i przyjemna, ale w kilku miejscach były pewne trudności. Tym bardziej, że poprzedniego dnia padało i miejscami było bardzo ślisko.
Drugi nasz szczyt (pierwszy to Szczeliniec Wielki) w Koronie Gór Polski zdobyty! Do kompletu zostało jeszcze tylko 26 🙂.
Pozostała jeszcze droga powrotna. Tu jeszcze idziemy razem, ale w pewnej chwili gdzieś z przodu zniknął nam Jaś. Odnalazł się może po pół godzinie i ze dwóch kilometrach. Okazało się, że według niego za wolno szliśmy, więc poszedł swoim tempem.
Krótki przystanek na podziwianie wspaniałych widoków. Była to zdecydowanie najatrakcyjniejsza trasa, którą zrobiliśmy w Pieninach.
Po wzmocnieniu zupą pomidorową w schronisku pod Durbaszką w Adasia wstąpiły nowe siły. Prawie nauczył się latać 😉.
No tak, wkrótce stało się jasne, że aby dotrzeć do auta, trzeba jeszcze raz wspiąć się na Wysoki Wierch 🙂.
Z Wysokiego Wierchu ponownie podziwiamy wyższe o 1600 metrów szczyty Tatr.
Drogę powrotną z Wysokiego Wierchu zapamiętamy przede wszystkim jako ożywioną i zgodną (!) dyskusję obu braci na temat jakiejś gry komputerowej, co pozwoliło rodzicom podziwiać piękną przyrodę 🙂. Cała wyprawa na Wysoki Wierch i Wysoką była nadzwyczaj udana, na 10 możliwych punktów dajemy dychę!
Wodospad Zaskalnik, Velo Czorsztyn
Niemal każdego dnia pokonywaliśmy drogę prowadzącą przez Pieniński Park Narodowy. Drogę krętą, czasem zamgloną, nieco tajemniczą. A konieczność jej budowy (to rzadkość, by przez park narodowy budować taką drogę) wiąże się ze stworzeniem zbiornika Czorsztyńskiego. Dotychczasowa droga znalazła się pod wodą i aby nie odcinać kilku miejscowości od cywilizacji, trzeba było zbudować nową drogę, przez park.
I jeszcze jedna fotka ze Szczawnicy - tu się zaczynała nasza kolejna wyprawa - do wodospadu Zaskalnik.
Tym razem trasa była nieco krótsza niż poprzednie, ale to nie znaczy, że było bardzo łatwo 🙂. Odpoczynki co jakiś czas były bardzo wskazane.
Jest i schronisko pod Bereśnikiem.
Możliwość przejścia przez strumyk po kamieniach zawsze wzbudza w chłopakach dodatkowy entuzjazm.
Ostatni punkt tej trasy, czyli wodospad Zaskalnik. Wysokość wodospadu wynosi niezbyt imponujące 5 metrów, a nazwa płynącej tu rzeki to Sopotnicki Potok.
Na ostatnie popołudnie pozostał nam wybór ostatniej atrakcji. Albo wąwóz Międzyskały z rezerwatem Biała Woda albo trasa rowerowa dookoła zbiornika Czorsztyńskiego. Znów werdykt był jednogłośny - rowery.
Jeszcze nawiązując do poprzedniego zdjęcia. Na początku tej trasy trzeba przepłynąć stateczkiem na drugą stronę jeziora, a dopiero potem zaczyna się licząca 28 km trasa rowerowa (można też odwrotnie, ale wtedy nie zdążylibyśmy na ostatni statek). Korzystając z faktu, że stateczku jeszcze nie było, szybko wybrałem sobie piwo bezalkoholowe. Żar się lał z nieba, zimne piwo było niemal zbawienne 🙂. Gdy już większa część puszki została skonsumowana, nagle spostrzegłem znaczek na puszce - przekreślona pani w ciąży. Coś mi zaczęło nie grać - okazało się, że piwo bezalkoholowe jest jednak alkoholowe.
Velo Czorsztyn można przejechać w dwóch wariantach. Pętla dłuższa prowadzi dokoła Zbiornika czorsztyńskiego, liczy 40 km, ale ma poważny mankament - przez jakiś czas trzeba jechać ruchliwą szosą. My wybraliśmy wariant nieco krótszy (niespełna 30 km), w którym omija się wspomniany odcinek, a zamiast tego trzeba przeprawić się promem przez jezioro.
Nie byliśmy świadomi profilu tej trasy. Wiedzieliśmy jedynie, że prowadzi wokół zbiornika. No i na sam początek dostaliśmy tak w kość mega ciężkimi podjazdami (a słońce nadal prażyło niemiłosiernie), że bez dłuższego postoju na szczycie wzniesienia nie było szans na kontynuację jazdy.
Tu akurat jeden z dość licznych punktów do odpoczynku, ale też trzeba docenić przedsiębiorczość miejscowych. Na szczycie góry rozstawili punkty ze sprzedażą zimnej wody i innych napojów
Noooo, było ciągle pod górę, to jest i z górki.
Adaś miał o tyle trudniej, że jechał na rowerze z 24-calowymi kołami, a do tej pory jeździł na 20-calowych. Ale dawał radę.
Trasa chwilami odchodzi od jeziora, ale długimi fragmentami wije się tuż kolo brzegu.
Mieliśmy nieco szczęścia, bo cała trasa jest zupełnie nowa, dopiero co oddano ją do użytku. Jeszcze są w niej dwa słabsze momenty (dwa mosty), ale i tam ma zostać poprowadzony osobny szlak dla rowerów.
W dalekim tle widoczne oba zamki. Po lewej zamek w Czorsztynie, daleko po prawej ta mała szara plamka to zamek w Niedzicy
Na ostatnim podjeździe niespodziewanie Jaś spasował, a Adaś dał radę podjechać.
Dotarliśmy do celu! 3,5 godziny jazdy, 28 km, super wrażenia po drodze. Piękna trasa, godna polecenia. Zasłużenie znalazła się wśród najciekawszych tras rowerowych w Polsce.
Pieniny opuszczaliśmy zadowoleni - najciekawsze atrakcje zwiedziliśmy, pogoda dopisała.
Pieniny są bardzo dobrym miejscem na wakacyjny wyjazd. Można tu trochę połazić, jest też wiele innych możliwości spędzania czasu – spływy, rowerki, park linowy, zamki. Ludzi w największych atrakcjach sporo, ale poza kolejką do Trzech Koron nie było przegięć. Nie wiem, czy tam jeszcze wrócimy, ale wspomnienia będziemy mieć z Pienin bardzo pozytywne.