Na krótki, trzydniowy wypad szukaliśmy miejsca z dobrymi trasami rowerowymi, atrakcyjnego turystycznie i niezbyt odległego. Wybór padł na Park Mużakowski i okolice. Noclegi zaplanowaliśmy po niemieckiej stronie, a ambitny plan zakładał dojechanie rowerami do Parku Mużakowskiego, Geoparku i Parku Głazów. Jedyne, co nas martwiło, to nieciekawe prognozy pogody, ze sporymi opadami deszczu.
Park Mużakowski
Cel na majówkę - Park Mużakowski. Znajduje się on na granicy polsko-niemieckiej, półtorej godziny jazdy za Zieloną Górą. Co nas zachęciło? Po pierwsze świetne miejsce do jazdy rowerami, po drugie ciekawa przyroda, po trzecie mało turystów z racji niezbyt wielkiej popularności tego miejsca 🙂.
Prognozy pogody przed samym wyjazdem były niezbyt zachęcające, zatem już godzinę po przyjeździe byliśmy na rowerkach i w trasę. A trasy były świetnie przygotowane - wydzielone, asfaltowe drogi rowerowe Po zeszłorocznej walce z piachami na Kaszubach była to miła odmiana 🙂.
Pierwszy cel - Park Mużakowski. Po stronie niemieckiej znajduje się mniejsza część parku, ale znacznie bardziej zagospodarowana, po stronie polskiej terenów parkowych jest więcej, przy czym są one bardziej dzikie. Łącznikiem pomiędzy nimi jest widoczny na zdjęciu most Angielski na Nysie Łużyckiej.
Na początek przejazd po polskiej stronie parku. Kiedyś w tym miejscu stało prawdopodobnie potężne i wiekowe drzewo. Ale już na tyle dawno zakończyło swój żywot, że w jego miejscu zdążyło wyrosnąć nowe, całkiem spore drzewo.
Prawdopodobnie na skutek pioruna poległo ogromne, dorodne drzewo.
W tej katastrofie można było znaleźć pewne plusy - zwalony pień był sporą atrakcją dla dzieciaków.
A to już niemiecka strona parku. Tutaj po prostu było ładnie.
Na chwilę zeszliśmy z rowerów i zapuściliśmy się w roślinny labirynt.
A to perełka tego Parku - zamek Pucklera. Jego twórca, książę Hermann von Puckler nie miał wystarczających funduszy, aby zbudować zamek, jaki sobie wymarzył, więc... rozwiódł się z żoną i poślubił znacznie bogatszą kobietę, co pozwoliło mu ukończyć jego zamysł.
A tak prezentuje się zamek Puckera z drugiej strony.
Na koniec dnia chłopcy mieli jeszcze na tyle sił, że po dojechaniu do naszego lokum wybrali plac zabaw zamiast kolacji i spania.
A naszym lokum był kameralny pałacyk z 1860 roku w miejscowości Kromlau.
Geopark
Rzut oka z mostu granicznego na Bad Muskau, czyli Mużaków. Ładne domki, czysto, schludnie. Wystarczyło jednak odwrócić się i przejść przez most, by ujrzeć...
... targ jak w jakiejś głębokiej Azji. Może jedynie napisy Zigaretten zdradzały, że to jednak Europa. Wiadomo, że króluje handel pod Niemców, ale wrażenia estetyczne po prostu fatalne.
Co mnie zaskoczyło, to że nie tylko kusi się Niemców zachętami w ich języku, ale nawet na stacji benzynowej ceny były w eurosach, a ceny w złotówkach były ledwo widoczne na tym białym pasku. Z trzech stacji w centrum tej miejscowości tylko Orlen bohatersko trwa przy złotówkach.
Celem naszej wycieczki był Geopark, założony w miejscu dawnej kopalni Babina. Przez kilkadziesiąt lat w XX wieku wydobywano tu węgiel, częściowo metodą odkrywkową, częściowo drążąc tunele pod ziemią. Najbardziej widocznym skutkiem tej działalności są liczne jeziora powstałe w miejscu wydobycia. Niektóre z tych jezior mają kwaśną wodę, czego efektem są takie widoki jak na zdjęciu.
To z kolei Źródełko, miejsce, w którym spod ziemi wydobywa się woda obfita w różne minerały, w szczególności żelazo.
Kolejne widowiskowe miejsce - brzeg jeziora o nazwie Afryka (kształtem nieco przypomina Afrykę, stąd nazwa). Uwagę zwracała woda o kolorze brązowym. Geopark spełnił nasze oczekiwania i jest wręcz idealny do zwiedzenia rowerkiem. Tego dnia przejechaliśmy 33 km.
Kopalnia Tagebau Nochten, Park Głazów
Dzień drugi, pogoda wbrew prognozom nadal dawała radę, więc jedziemy! Na początek Park Rododendronów w Kromlau. Grota po prawej to niebo, po lewej piekło. Chłopacy szybko znaleźli dziurę w niebie, przez którą można było się dostać do piekła.
Tym razem skierowaliśmy się na południe, ku miejscowości Weisswasser, czyli Biała Woda. Po drodze mijaliśmy kolejne jeziorka powstałe za sprawą człowieka. W okolicy, zarówno po stronie polskiej, jak i niemieckiej takich jeziorek jest ok. 500. Część drogi jechaliśmy wzdłuż kolejki parkowej, która jednak w dni powszednie nie jeździła.
Jaś przypiął sobie do roweru kamerkę i czuł się w obowiązku, żeby rowerem wszędzie dotrzeć, nawet przez jakieś wąskie ścieżki nad jezioro, no bo inaczej przecież się nie nagra!
Pierwszym celem była wieża widokowa na kopalnię odkrywkową Tagebau Nochten. Widok robił wrażenie - niemal po horyzont piach, gdzieniegdzie posadzone drzewka w ramach rekultywacji, a w oddali gigantyczne maszyny do wydobycia węgla.
Wokół kopalni prowadziła ścieżka rowerowa do Parku Głazów, który był naszym kolejnym celem. Po drodze robiliśmy odpoczynki, a chłopacy odpoczywali w taki właśnie sposób.
Gdy nadarzyła się okazja, poszliśmy sprawdzić, co też widać za horyzontem. Daleko, daleko widnieją kominy gigantycznej elektrowni Boxberg, a obszar do elektrowni to właśnie teren kopalni odkrywkowej.
Park Głazów (w sporej części wydobytych z pobliskiej kopalni) - nie brzmiało to jakoś ekscytująco, ale okazało się, że Niemcy w takie atrakcje po prostu potrafią. Niby nic wielkiego, odkrywczego, ale dzieciakom bardzo się podobało, a i wrażenia estetyczne dla dorosłych były na całkiem dobrym poziomie. Na zdjęciu bardzo pomysłowa atrakcja - przejście na boso po różnych rodzajach kamyków (a tych rodzajów było kilkanaście). Jako jedyny z naszej wycieczki nie skusiłem się 🙂.
W tle elektrownia Boxberg. Podsumowując dzień drugi - tym razem 47 km na rowerkach, bez poważniejszych wypadków, zwiedzane miejsca zdecydowanie dały radę, a chłopacy po powrocie do naszego pałacyku tym razem nie byli zainteresowani placem zabaw :).
Miśnia
Po dwóch dniach na rowerach okolice Parku Mużakowskiego mieliśmy objeżdżone, zatem trzeciego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do Miśni. Na zdjęciu widok ze starego miasta na Łabę.
Z czego słynie Miśnia? Oczywiście z porcelany. Zatem zwiedzanie tego miasta rozpoczęliśmy od manufaktury porcelany. Bardzo spodobała nam się koncepcja zwiedzania - najpierw przechodziliśmy przez sale, gdzie pracownicy demonstrowali kolejne etapy powstawania porcelanowych cudeniek.
Podczas gdy pani pracowicie lepiła czy malowała, w słuchawkach mogliśmy posłuchać szczegółowych wyjaśnień. Plus dla muzeum, że po polsku.
Następny etap - sklep. Był podział na outlet i sklep premium. W outlecie takie okazje - nic, tylko brać!
W sklepie premium żarty się skończyły - ten ładny zegar kosztował tyle co dobre auto. Szczerze przyznam, że czujność na działania chłopaków w tym miejscu była x2 albo i x4 😉.
I na koniec jeszcze tradycyjne muzeum, w którym zgromadzono dorobek ostatnich 300 lat. Eksponaty można było podzielić na ładne, bardzo ładne i super ładne 🙂. Ciekawostką była salka poświęcona temu, jak manufaktura porcelany brała czynny udział w propagandzie socjalistycznej NRD.
Ale Miśnia to nie tylko porcelana. Najpierw ruszyliśmy na poszukiwanie restauracji. Początkowo chłopacy nieco wybrzydzali (jakieś herezje typu tylko frytki 🙂), zatem postanowiliśmy przejść się po centrum miasta.
Nie dość, że kamienice i kościoły dawały radę, to dodatkowym plusem było to, że niemal nie było ludzi. Pusto, cicho, spokojnie.
tyle zgłodniała, że było im już wszystko jedno, gdzie i co zjemy 🙂. W poprzednich dniach próbowaliśmy kuchni włoskiej i tureckiej, zatem kolej była na kuchnię niemiecką.
W restauracji, którą widać po lewej stronie natrafiliśmy na pewien problem - internet nie działał, a menu było tylko po niemiecku, więc zamówiliśmy nieco na chybił trafił. W przypadku chłopaków spodziewaliśmy się pyz, a dostaliśmy placki 🙂. Ale najważniejsze, że było smacznie.
Budynek późnogotyckiego ratusza z końca XV wieku. Za najcenniejszy element tej budowli uważany jest dach, który składa się z 50 tys. dachówek.
Co ciekawe, bardzo dawno temu, ale jednak, przez kilka miesięcy w 1002 roku Miśnia należała do Polski, za czasów Bolesława Chrobrego. Kilkanaście lat później syn Chrobrego, Mieszko II oblegał Miśnię, ale bez powodzenia.
W oddali widać nasz cel - katedrę św. Jana i św. Donata. Kościół ten ma długą historię, bo wzniesiono go w XIII wieku.
Ciekawa jest historia widocznych na zdjęciu obu wież kościoła. Budowano je pracowicie przez kilkadziesiąt lat, ale w 1413 roku uderzył w nie piorun i obie wieże spłonęły. Odbudowano je po... 500 latach, dopiero na początku XX wieku.
Z katedrą sąsiaduje zamek Albrechtsburg. Został on wzniesiony w XV wieku i jest uważany za najstarszy zamek w Niemczech.
Najstarszy, choć na pewno nie robiący największe wrażenie. Ale warto go było zwiedzić choćby po to, by dowiedzieć się, że w XIX wieku został zdegradowany przez umieszczenie w nim fabryki porcelany, ale już wówczas, ponad 100 lat temu, miejscowi doszli do wniosku, że jest to na tyle cenna pamiątka dawnych czasów, że fabrykę przeniesiono w inne miejsce, a sam zamek odrestaurowano i od tego czasu jest udostępniony do zwiedzania.
W miejscu obecnego zamku już w 929 powstała drewniana twierdza, potem przebudowana w kamienną. W miejscu tych budowli w 1471 roku wzniesiono zamek, który istnieje do dziś.
I na pożegnanie rzut oka na zamek Albrechtsburg i wieże katedralne.
Niekorzystne prognozy przesuwały się z dnia na dzień. Początkowo miało padać pierwszego dnia – było ładnie, potem drugiego dnia – też było ładnie, trzeciego dnia też nie padało, ale za to czwartego, gdy wyjeżdżaliśmy, to lało potężnie. Dzięki temu udało nam się sporo pojeździć po okolicy, na pewno ciekawa była też wycieczka, już samochodem, do Miśni. Jedyne, co trochę nam zepsuło wrażenia, to remont w Parku Rododendronów w Kromlau. Jest takie znane zdjęcie kamiennego mostku nad jeziorkiem w tym parku (w odpowiednich warunkach most pięknie odbija się w wodzie), ale nie mogliśmy go powtórzyć, bo z jeziora spuszczono wodę. Ale i tak z całego wyjazdu byliśmy bardzo zadowoleni.