Wyprawa na Maderę była bardzo wyczerpująca. Pierwszego dnia musieliśmy wstać, gdy jeszcze na dworze było ciemno, taksówka na lotnisko, potem lot Lizbona – Funchal, wynajęcie auta, odebranie kluczy od mieszkania – wszystko w biegu. Jako że na miejscu mieliśmy 2 dni, a na Maderze jest mnóstwo ciekawych miejsc, to musieliśmy sobie wszystko dokładnie zaplanować. A i tak swoje dwa grosze wtrąciła pogoda w postaci mgieł w centralnej części wyspy, przez co musieliśmy korygować plany.
Dzień 1
Z Maderą było to tak... Początkowo mieliśmy kupione loty do Lizbony i mieszkanie w Lizbonie. Aż któregoś dnia Jaś pyta: - A może byśmy poszli do muzeum Cristiano Ronaldo? - A gdzie ono jest? - W Funchal, na Maderze. Pierwsza odruchowa odpowiedź była oczywista - nie ma szans. Ale na wszelki wypadek sprawdziliśmy loty Lizbona - Funchal, miejsce do spania, auto do wynajęcia i stwierdziliśmy, że to się da zrobić. Na zdjęciu dolina Zakonnic (nazwana tak na cześć zakonnic, które skryły się tu przed piratami).
Na zwiedzenie Madery mieliśmy 36 godzin (od niedzieli rano do poniedziałku wieczór). zatem planowanie odgrywało jeszcze większą rolę niż zwykle. Najpierw ruszyliśmy na północno-zachodni skrawek wyspy, po drodze podziwiając wysokie tego dnia fale.
Baseny lawowe w Porto Moniz. Z jednej strony szkoda, że tak wiało, bo wstęp do nich był niemożliwy, z drugiej strony fale rozbijające się o skalisty brzeg były bardzo efektowne.
Z powrotem wróciliśmy przez płaskowyż Paul de Serra. Widoczek na zdjęciu jest obiecujący, jednak wiele więcej na tym płaskowyżu nie zobaczyliśmy z powodu chmur, mgieł i deszczu. Niemniej, dobrze chociaż, że przejechaliśmy tą drogą, bo ponoć w miesiącach zimowych (choć na Maderze to pojęcie raczej teoretyczne niż praktyczne) często ze względów bezpieczeństwa jest ona zamykana, a objazdy są bardzo kłopotliwe i dalekie.
Już po kilku godzinach spędzonych na Maderze można było stwierdzić, że jest to kraina górzysta. Wyspa jest efektem wybuchów wulkanów i musiały być to naprawdę spore erupcje, ponieważ wysokość względna (czyli ponad dno okolicznego oceanu) najwyższych szczytów Madery to ok. 6000 metrów. Ostatnie erupcje wulkaniczne na wyspie miały miejsce wcale nie tak dawno, bo ok. 6500 lat temu.
Popołudnie pierwszego dnia przeznaczyliśmy na Monte Palace Madeira, wielopoziomowy ogród z egzotycznymi drzewami, rzeźbami i jeziorkami. Dotarcie do niego było prawdziwym wyzwaniem. Momentami podjazd był tak stromy, że nasz Volkswagen Up ledwo, ledwo dawał radę, a silnik wył jak opętany, żeby jechać pod górę, a nie staczać się z powrotem. Gdybyśmy jeszcze raz mieli zwiedzać Maderę, to wypożyczylibyśmy nieco mocniejsze auto.
Jak w wielu innych miejscach w Portugalii Jaś wziął mapę i podjął się roli przewodnika.
W tym ogrodzie były nie tylko rośliny (choć te były imponujące), ale także przybliżono ważne momenty z historii Portugalii na płytkach azulejos. Azulejos to bogato zdobione malunkami płytki ceramiczne, bardzo charakterystyczne dla Hiszpanii i Portugalii. Najstarsze azulejos pochodzą z XIII wieku i przynajmniej początkowo w zdobieniach bardzo wyraźne były wpływy arabskie.
Chłopacy najbardziej cieszyli się z takich atrakcji, a tych nie brakowało. Były wysepki, na które można było wejść przez mostki, bardzo wąskie przejścia tuż przy jeziorku, przejście pod wodospadem, wejście do jakichś tajemniczych krypt.
W Monte Palace są dwie strefy orientalne. Jest to efekt podróży do Chin i Japonii założyciela ogrodu, Jose Berardi i jego fascynacji kulturą i tradycjami tych azjatyckich krajów.
Ogród Monte Palace jest zlokalizowany na 7 hektarach na zboczu wulkanu. Strome ukształtowanie terenu daje duże możliwości urozmaicenia tras prowadzących przez ogród - schodki, strumyki, podejścia, wszystko to powoduje, że co chwilę można odkryć coś nowego, coś ciekawego.
I choć do ogrodu trafiliśmy trochę przez przypadek (gdyby pogoda na płaskowyżu była nieco lepsza, to nie starczyłoby nam na niego czasu), to jednak wychodziliśmy z niego bardzo usatysfakcjonowani. A i tak nie dotarliśmy do wszystkich zakamarków.
O drogach na Maderze krążą legendy i choć być może są ciut przesadzone, to jednak przyznam, że takich stromych podjazdów i zjazdów jak w Funchal chyba nigdzie nie uświadczyłem. W kilku miejscach jechałem z duszą na ramieniu, a jedynka była chyba najczęściej wykorzystywanym biegiem w naszym autku.
A jeżdżąc choćby trasą wzdłuż północnego brzegu wyspy, wiele razy widzieliśmy znaki "uwaga na spadające kamienie". Mieliśmy względny luz do czasu, gdy w kilku miejscach na drodze zobaczyliśmy kamienie, które spadły i które były na tyle duże, ze niewiele by z nas zostało, gdyby akurat spadły na nas. Po kolejnych takich znakach odruchowo patrzyłem w górę, czy czasem coś na nas nie leci 🙂.
Akurat tego dnia, w niedzielę, muzeum CR7 było zamknięte, ale Jaś wskazał jednoznacznie, gdzie jutro mamy koniecznie zajść!
W samym centrum Funchal, na jednej z promenad prowadzących na wybrzeże swoje popiersie ma marszałek Piłsudski. Wiąże się z nim ciekawa historia. Gdy przebywał na Maderze przez kilka miesięcy, by podreperować zdrowie, jego kompani w Polsce zorganizowali akcję wysyłania pocztówek do marszałka z życzeniami z okazji imienin. W krótkim czasie na tą niewielką wyspę przyszło milion pocztówek z Polski 🙂.
Jednym z fenomenów pogodowych na Maderze był delikatny deszczyk, mżawka, która od czasu do czasu nam towarzyszyła. Kropelki niezwykle wolno opadały w dół, miało się wrażenie, jakby ten deszczyk utrzymywał się w powietrzu.
Kolejny fenomen to niesamowita różnica pogody pomiędzy miejscami położonymi od siebie o kilka, kilkanaście kilometrów. Na wybrzeżu mogła być słoneczna pogoda, 18 stopni - miło, przyjemnie, a gdy podjechało się trochę pod górę, nagle nachodziły chmury, zaczynało padać, a temperatura spadała do kilku stopni.
Wieczór spędziliśmy kręcąc się trochę po Funchal, które zrobiło na nas całkiem dobre wrażenie. Funchal to największe miasto i zarazem stolica Autonomicznego Regionu Madery (jednej z dwóch, obok Azorów, takich jednostek w Portugalii). Z liczbą nieco ponad 100 tys. mieszkańców jest to zarazem szóste co do wielkości miasto w Portugalii. Największe znaczenie Funchal i sama Madera miała w XVI wieku, gdy statki płynące czy to do Indii, czy do Nowego Świata (czyli Ameryk) mogły tu zawinąć i uzupełnić zapasy.
Memoriał Nelsona Mandeli, zbudowany w 2018 roku, krótko przed naszą wizytą. Ciekawy był pomysł na kolorystykę liter N i M (inicjały Mandeli). Inspirację zaczerpnięto z... koloru koszul, jakie często nosił Mandela.
Na kolację Gosia koniecznie musiała spróbować lokalnego przysmaku - ryby espada (swoją drogą o wyjątkowo specyficznym wyglądzie, czego już oczywiście nie widać na talerzu).
Dzień 2
Dzień drugi na Maderze mieliśmy rozpisany do najdrobniejszych szczegółów 🙂. Zaczęliśmy od Cabo Girao - klifu wznoszącego się 560 metrów nad poziom oceanu. Na szczycie klifu w 2012 roku zbudowano szklaną platformę, przez którą można patrzeć kilkaset metrów w dół. W dole widać pola uprawne, do których dostęp jest tylko od strony oceanu lub przez kolejkę linową.
Bez wątpienia w Cabo Girao największą "robotę" robi imponująca wysokość. Często nadmorskie klify mają 100, 200, czasem 300 metrów n.p.m., ale te maderskie są po prostu imponujące. Na zdjęciu widok na Funchal.
Kilka minut po nas na niewielką platformę zwaliły się wycieczki z kilku autokarów jednocześnie, co oznaczało konieczność szybkiej ewakuacji z tego miejsca
Punkt drugi - muzeum Cristiano Ronaldo. Pomnik Ronaldo przed muzeum idealnie oddawał charakter tego miejsca - w sylwetce CR7 uwypuklone jego przyrodzenie oraz podpis The best player in the world. Muzeum było dokładnie w tym klimacie - same trofea, nagrody, medale plus obrazy Ronaldo, niektóre nieco podobne, niektóre budzące lekkie zażenowanie.
Podsumuję to tak - miejsce to nie spowodowało, by nasza sympatia do Ronaldo wzrosła. A piłkarz ten cieszy się na rodzinnej Maderze sporą estymą, skoro jego nazwiskiem nazwano miejscowe lotnisko.
W parku Santa Catarina w Funchal miał być plac zabaw, ale było tylko miejsce pod plac zabaw (albo po placu zabaw). Stwierdziliśmy zatem, że ruszamy dalej, zdobyć drugą co do wielkości górę na Maderze.
Łatwo dotrzeć tu nie było. W ciągu 20 km drogi wznieśliśmy się z kilku metrów n.p.m. do 1800 metrów. W dodatku od połowy trasy mgła i chmury były takie, że trudna trasa stawała się jeszcze trudniejsza, a w dodatku wiedzieliśmy, że na górze nie ma co liczyć na cudowne widoki. Ale nie pękamy - jedziemy! Od szczytu Pico Arieiro wyższy o dokładnie 51 metrów jest tylko szczyt Pico Ruivo.
W sklepie z pamiątkami zapytałem panią, czy jest szansa, że te chmury przejdą. Pani zaśmiała się tylko i powiedziała, że tak - na wiosnę 🙂. Potem wyczytałem, że na szczytach górskich i na płaskowyżu taka pogoda panuje przez 250 dni w roku. Czyli nie możemy się skarżyć, że mieliśmy jakiegoś nadzwyczajnego pecha, po prostu tu zwykle tak właśnie jest 🙂.
Mimo obiektywnie trudnych warunków (2 stopnie powyżej zera, do tego taki wiatr, że odczuwalnie pewnie z dziesięć stopni mniej) Jaś poczuł potrzebę wspinu.
Jedną z najbardziej charakterystycznych rzeczy na Maderze są lewady. Są to kanały doprowadzające wodę z obszarów górskich oraz z bardziej wilgotnej północnej części wyspy na południe, gdzie mieszka większość ludzi. Pierwsze lewady powstały jeszcze w XV wieku, a ostatnie zbudowano w latach 40. XX wieku.
Takich kanałów jest tu mnóstwo, razem 2170 km (z tego 25 km w tunelach), wzdłuż części z nich są trasy trekkingowe. Z uwagi na niepewną pogodę i bardzo ograniczony czas wybraliśmy krótką, niespełna 2-kilometrową lewadę PR11.
Koniec trasy PR11 wieńczył punkt widokowy Balcoes. Przy odrobinie szczęścia można tu spotkać najmniejszego ptaka, występującego na wyspie, zniczka maderskiego. Jest to gatunek endemiczny, występuje tylko na Maderze. W tym aspekcie mieliśmy zatem szczęście :).
Adasia bardziej niż widoczki interesowały ptaszki, a właściwie straszenie tych biednych stworzeń.
Drążąc dalej temat szczęścia, to przy kolejnej dawce szczęścia punkt widokowy Balcoes oferuje wspaniałe widoki na dolinę Ribeira da Metade. Na zboczach gór rosły lasy wawrzynowe (Laurisilva). Niegdyś pokrywały one całą wyspę, jednak w wyniku wyrębu ostały się tylko w jej centralnej części i dziś są rezerwatem przyrody.
W pogodny z tego punktu widokowego można dojrzeć najwyższe szczyty wyspy, m.in. Pico Arieiro, na którym byliśmy wcześniej tego dnia, ale nie zdziwiliśmy się, że powyżej mniej więcej tysięcznego metra zalegała gęsta warstwa chmur.
Ostatni rzut oka na Balcoes i ruszyliśmy na ostatni punkt naszej wycieczki po Maderze - przylądek św. Wawrzyńca.
Gdy jechaliśmy sobie północnym wybrzeżem wyspy na przylądek św. Wawrzyńca świeciło słoneczko. Wjechaliśmy w jeden z bardzo licznych tuneli, wyjechaliśmy po może kilometrze, a tu ulewa. Nie deszczyk czy mżawka, ale ulewa. Szczęśliwie deszcz skończył się w momencie, gdy dotarliśmy na miejsce docelowe, czyli parking na początku trasy trekkingowej PR8.
W odróżnieniu od reszty wyspy, w tym miejscu nie ma żadnych drzew ani nawet krzaków - ostały się tu tylko trawy i pomniejsze kwiatki. Cel wydawał się ambitny - 3 km dość trudnej trasy, ciągle w górę i w dół, chwilami dość wąskiej i po skałkach. A trzeba jeszcze było wrócić.
Na zdjęciu samolocik 🙂. Startował ze ścieżki, wlatywał najchętniej w jakieś trudno dostępne miejsce wzdłuż ścieżki, po czym na rozkaz powrotu niezbyt chętnie lądował z powrotem na ścieżce.
Już po kilkuset metrach samolocik świetnie wiedział, że te białe kolczaste rośliny należy omijać szerokim łukiem 🙂.
Niejednokrotnie schodziliśmy z głównej ścieżki, by odkrywać jakieś ciekawe zakamarki lub znaleźć miejsce na dobre zdjęcie. W tle góra, do której zmierzaliśmy.
Najfajniejsze w tej trasie było to, że co chwilę diametralnie zmieniał się krajobraz. Były łąki jak w Szkocji i Irlandii, był krajobraz piaszczysto-gliniasty, były też skały i to tak różnorodne, że nie podejrzewałem natury, że w jednym miejscu mogą być tak różne formacje skalne.
Charakterystycznym miejscem na tym przylądku są plaże z czarnymi kamieniami. Na jedną z nich można nawet podejść.
Kolejna pogodowa ciekawostka. Na niektórych miejscach tej trasy było zacisznie, spokojnie. Wystarczyło przejść sto, dwieście metrów i wiało przeraźliwie, wręcz urywało głowę. A za chwilę znów spokój.
Było już późne popołudnie i pewnie dlatego turystów na tym widowiskowym szlaku było już bardzo niewielu.
Normalnie obaj chłopcy niezbyt chętnie chodzą za rękę, bo to przecież dobre dla dzidziusiów. Ale w wielu miejscach na tej trasie nawet nie dyskutowali na polecenie "za rękę", bo sami widzieli, że tu żartów nie ma.
Nim doszliśmy do celu skończyła nam się woda. Wiedzieliśmy, że w widocznym w oddali domku jest mały sklepik i mieliśmy nadzieję, że uzupełnimy tam zapasy. Dotarliśmy tam tuż przed zamknięciem, kupiliśmy wodę, a sprzedawca zaoferował nam za free kanapki, które i tak by wyrzucił. Potem Adaś opowiadał, że tata kupił kanapki za darmo 🙂.
Podczas gdy ja z chłopcami odzyskiwaliśmy siły w sklepiku, nasz wysłannik specjalny czyli Małgosia z aparatem i kamerką podeszła pod ostatnią górę, by uwiecznić ten właśnie widok. Koniec świata na końcu świata 🙂. Jak sama stwierdziła, po wejściu czuła się jakby zdobyła ośmiotysięcznik 😉. A przy wejściu liczyło się szybkie tempo, bo została nam tylko godzina na powrót 3,5 kilometrową trasą przed zapadnięciem ciemności.
Obaj chłopcy dzielnie maszerowali z powrotem, choć Adaś stwierdził pod koniec, że samolocik ma już zmęczone skrzydełka. Niemniej, na tej wycieczce spisali się świetnie!
Pomysł z poświęceniem 2 dni na wypad na Maderę był znakomity. Przyroda wyspy "wiecznej wiosny" po prostu powalała na kolana. Logistyka przy organizowaniu tego wypadu nie była łatwa, ale wszelkie trudy opłaciły się po wielokroć.
Gdy drugiego dnia o północy wróciliśmy do naszego lizbońskiego mieszkania, byliśmy wykończeni. Ale też jednocześnie niesamowicie zadowoleni. W rankingu miejsc, które nam się najbardziej podobały, Madera na pewno znalazłaby się w czołówce. Jest to miejsce, do którego nie jest się tak prosto z Polski dostać. O ile np. na wyspy Kanaryjskie jest mnóstwo bezpośrednich połączeń z różnych lotnisk w Polsce, to na Maderę trzeba lecieć z przesiadką w Lizbonie. Jeśli już jednak ktoś jest w Lizbonie, to na pewno warto wybadać opcję poświęcenia kilku dni na wyprawę na Maderę.