Już od jakiegoś czasu chodziła nam po głowie wyprawa do Ameryki Północnej. Rozważaliśmy trip po parkach w zachodniej części USA, ale ostatecznie skusiła nas Kanada. Dość powszechnie za najpiękniejszy region Kanady uważana jest Kolumbia Brytyjska i parki narodowe w Górach Skalistych, położone częściowo w sąsiedniej Albercie. Tak narodził się plan podróży po Kolumbii Brytyjskiej, z uwzględnieniem parków Jasper i Banff.
Logistyka lotów
Bardzo istotną kwestią było dobre zaplanowanie lotów. Zależało nam na tym, aby w Kanadzie nie musieć wracać do miasta przylotu. Odległości tam są duże i konieczność powrotu z okolic Banff do Vancouver oznaczało kolejne dwa dni w drodze. Po wielu analizach i dopasowaniu lotów do naszych potrzeb zdecydowaliśmy się na następującą kombinację: lot Frankfurt – Vancouver (linie Condor), przejazd autem przez Kolumbię Brytyjską do Calgary, lot Calgary – Anchorage (WestJet), pętla na Alasce i lot powrotny Anchorage – Frankfurt (Condor). Oznaczało to pewne dodatkowe koszty, z których głównym była opłata za oddanie auta w innym mieście (250 CAD, czyli ok. 650 zł), ale powrót autem do Vancouver wliczając benzynę i 2 dodatkowe noclegi z pewnością byłby znacznie droższy.
Formalności przed wyjazdem
Do Kanady nie potrzebujemy wiz, natomiast należy wyrobić dokument o nazwie eTa (bliźniaczo podobny do amerykańskiej ESTA). Przy wypełnianiu formularza pytań było bardzo dużo, ale potem poszło już sprawnie. Następnego dnia eTa była zatwierdzona, a na lotnisku pogranicznik kanadyjski miał tylko pytanie, na ile dni przylecieliśmy i w jakim celu.
Przygotowania do wyjazdu
Dane mobilne
O czym należy pomyśleć przed wyjazdem do Kanady? Na pewno o zapewnieniu niedrogich połączeń telefonicznych i danych mobilnych. Możliwości jest kilka, ostatnio zyskują na popularności eSIMy, ale do nich trzeba mieć telefony obsługujące tę funkcję. My ich nie mieliśmy, więc skorzystaliśmy z pakietów Orange (Go 10GB) – za 75 zł przez 15 dni mieliśmy tanie połączenia i 10GB danych mobilnych, co w zupełności nam wystarczyło na swobodne używanie map i surfowanie po internecie.
Adaptery do gniazdek
Kolejna sprawa – warto zaopatrzyć się jeszcze w Polsce w adaptery do gniazdek. My o tym pomyśleliśmy, ale… przez pomyłkę zabraliśmy ze sobą adaptery brytyjskie, które niestety nie pasowały do tamtejszych gniazdek… I musieliśmy poszukiwać odpowiednich adapterów na miejscu. Jako że przejściówek do naszych wtyczek nie znaleźliśmy, kupiliśmy takie, które pasowały do adapterów brytyjskich i w ten sposób złożyliśmy zestaw, który zadziałał 🙂
Kolejna ważna sprawa – w gniazdkach kanadyjskich płynie prąd o napięciu 110V i nie wszystkie urządzenia będą tam działać. Telefony, komputery, powerbanki będą działać, ale już suszarki do włosów nie. Choć chyba we wszystkich hotelach i apartamentach suszarka była dostępna.
Noclegi
Bardzo dobra opcją – jak ktoś lubi – są campingi. Popularne jest wynajmowanie camperów czy spanie w namiocie. My jednak zdecydowanie wolimy tradycyjne łóżka. Już wstępny przegląd noclegów uświadomił nam, że w sezonie letnim w Kolumbii Brytyjskiej, a w parkach Jasper i Banff w szczególności, ceny są wysokie. Średnia cena noclegu dla naszej 4-osobowej rodziny w Kanadzie to 850 zł, przy czym niektóre noclegi były ze śniadaniem, a niektóre nie. Korzystaliśmy głównie z bookinga, raz z airbnb. Większość noclegów mieliśmy w hotelach, które były w bardzo dobrym standardzie i wszystkie dość podobne do siebie. Ważna uwaga – w Kanadzie, ale i na Alasce standard w pokoju 4-osobowym to były 2 duże łóżka. Tylko raz w Kanadzie chłopacy mieli osobne łóżka dla siebie. Na plus hoteli były baseny, w których można było wypocząć po męczącym dniu. Wszystkie nasze noclegi możemy z czystym sumieniem zarekomendować.
Modern New Private Bathroom Suite, Vancouver (1 noc) – apartament w domu w bardzo ładnej, willowej dzielnicy Vancouver. Na minus mandat, który niespodziewanie dostaliśmy za parkowanie na ulicy przed apartamentem.
Sandman Hotel and Suites, Squamish (2 noce) – fajny hotel położony na uboczu Squamish. Na plus zjeżdżalnia w basenie, co nasi chłopacy bardzo docenili.
Summit Lodge Boutique Hotel by Paradox, Whistler (2 noce) – świetnie zlokalizowany hotel w samym centrum Whistler, rekomendujemy zapłacenie za parking podziemny pod hotelem.
Best Western Plus Gateway to the Falls, Clearwater (2 noce) – popularna sieć hotelowa w Kanadzie, podobny do poprzednich hoteli.
Hinton Log Inn FR, Hinton (3 noce) – jedyny nocleg przez airbnb, apartament w klimatycznym drewnianym domu. Świetne śniadania, zlokalizowany w willowej dzielnicy, bardzo sympatyczny i rozmowny właściciel. Bardzo polecamy!
Coast Canmore Hotel & Conference Centre, Canmore (3 noce) – najdroższe noclegi w Kanadzie, ok. 1050 zł za noc, ale to za sprawą lokalizacji w parku Banff. Hotel bardzo dobry, w okolicy kilka restauracji, a samo Canmore też bardzo nam się spodobało.
Wynajem auta
W Kanadzie skorzystaliśmy z sieciowej wypożyczalni Thrifty. Rozważaliśmy też skorzystanie z bardzo popularnej aplikacji w Ameryce Północnej Turo, która polega na tym, że wypożycza się konkretne auto od konkretnej osoby. Z reguły są tam niższe ceny niż w sieciowych wypożyczalniach i skorzystaliśmy z tej aplikacji na Alasce. W Kanadzie jednak ta opcja odpadła z tego względu, że chcieliśmy oddać auto w innym mieście. Wypożyczyliśmy Toyotę Rav4, z pełnym ubezpieczeniem na 13 dni i wyniosło nas to 4700 zł. Z odebraniem i oddaniem auta nie było żadnych problemów, a samo użytkowanie tego auta było przyjemnością. Przejechaliśmy nim 2700 km, niemal wyłącznie po drogach asfaltowych (tylko w parku Wells Grey może z 30 km jechaliśmy po szutrze). Paliwo w Kanadzie jest dużo tańsze niż w Polsce, przy czym występowały spore różnice w cenach pomiędzy regionami. Nietypowy był też sposób płacenia na stacjach – najpierw trzeba było zapłacić z góry np. 50 CAD, potem zatankować, a jeśli kwota tankowania była mniejsza, to następował zwrot na kartę i to nie od razu.
Ceny w Kanadzie
Już po powyższych informacjach łatwo wysnuć wniosek, że w Kanadzie jest dość drogo. I jest to prawda. Ceny w sklepach są nieco wyższe niż w Polsce, podobnie w restauracjach, ceny atrakcji takich jak kolejki linowe, kajaki, raftingi, autobusy z wycieczkami są bardzo wysokie. Oczywiście można próbować podróżować budżetowo, na campingach, rezygnując z najdroższych atrakcji, nie zmienia to jednak faktu, że Kanada jest drogim krajem.
Pogoda
Choć przejeżdżaliśmy przez kilka różnych stref klimatycznych, przez dwa pasma górskie, to, bardzo rzecz upraszczając, pogoda była dość podobna do naszej letniej pogody. Na początku, w okolicach Vancouver, temperatura podchodziła pod 30 stopni i było dużo słońca. Im dalej od wybrzeża, tym temperatura nieco spadała, ale i tak była na tyle komfortowa, że przez większość dni mogliśmy chodzić w krótkich rękawkach. Przez prawie dwa tygodnie deszcz dokuczył nam tylko ostatniego dnia w Banff. A zwłaszcza w Jasper czy Banff słoneczna pogoda i brak nisko zawieszonych chmur jest podstawą, by w pełni móc podziwiać fantastyczne widoki.
Czy coś byśmy zmienili w naszym planie podróży?
Bardzo dobrym pomysłem okazało się, by startować z Vancouver i jechać w stronę Calgary. Nie było to zamierzone – tak nam pasowały loty, ale zdecydowanie lepiej jechać w tą stronę niż na odwrót. Dlaczego? Kolumbia Brytyjska jest bardzo fajna, ale absolutnym hitem są jednak parki w Górach Skalistych. I mieliśmy takie stopniowanie emocji i widoków – od dobrych do genialnych. Gdyby było na odwrót, to po super widokach w Jasper i Banff moglibyśmy czuć nieco rozczarowanie Kolumbią Brytyjską.
Być może dobrym pomysłem byłoby przedłużenie pobytu w Vancouver, które okazało się bardzo ładnym i ciekawym miastem, kosztem jednego noclegu w Squamish.
Co również istotne – na niektóre szlaki wymagana jest rezerwacja. Można ją zrobić równo 48 godzin wcześniej, od 7 rano. I trzeba to robić o 7:00, gdyż o 7:01 miejsc może już nie być – przekonaliśmy się o tym, chcąc zarezerwować wejście na szlak do Joffre Lake.
Po więcej ciekawych informacji zapraszamy do filmów i galerii!
Wideopocztówka z Kanady
Fotogaleria
Vancouver
Nasze zwiedzanie Kanady zaczęliśmy od Vancouver - stolicy Kolumbii Brytyjskiej. Licząca 2,6 mln mieszkańców aglomeracja Vancouver zwykle jest klasyfikowana bardzo wysoko w różnych rankingach mierzących jakość życia.
Doceniana jest bardzo dobrze rozwinięta infrastruktura, mnóstwo zieleni w mieście, bardzo sprzyjający klimat oraz bliskość lasów, pięknych gór i kurortów narciarskich.
Głównym mankamentem Vancouver są bardzo wysokie, nawet jak na i tak dość drogą Kanadę, koszty wynajmu i kupna mieszkania lub domu. Wielu średnio sytuowanych Kanadyjczyków musiało opuścić centralne dzielnice miasta z powodu rosnących czynszów. Dwa ostatnie zdjęcia zrobiliśmy z Lookout Tower - po wjeździe windą z wysokości 168 metrów można podziwiać panoramiczny widok miasta. Warto wydać 21 CAD (przelicznik w lipcu 2025 roku - 1 CAD - 2,70 PLN) na tę atrakcję.
Zostawiliśmy auto na parkingu przy Stanley Park (tu zastrzeżenie - niemal wszystkie parkingi w Downtown miały mnóstwo fatalnych opinii - dotyczących kradzieży i niszczenia aut), po czym przeszliśmy najpierw do Downtown, potem do Gastown, a na koniec do Chinatown. Na zdjęciu najbardziej znany na świecie zegar parowy, usytuowany w Gastown. Choć jest stylizowany na zegary XIX-wieczne, powstał w 1977 roku. Co 15 minut gwiżdże, co godzinę bucha parą, a jest napędzany przez silnik parowy.
Gastown to najstarsza dzielnica założonego w 1862 roku miasta. Różni się ona diametralnie od sąsiadującego Downtown, gdzie królują nowoczesne, wysokie wieżowce. W Gastown dominuje niska zabudowa, są tu stragany nastawione na turystów, były też rozstawione stoliki z szachami, z czego nawet skorzystaliśmy. Główna ulica Gastown jest wyłączona z ruchu samochodowego i to też przyczynia się do budowania fajnego klimatu tego miejsca.
Nazwa Gastown wzięła się od tawerny założonej przez Gassy Jacka w 1867 roku, czyli w początkowym okresie rozwoju miasta. Co ciekawe, wówczas nie funkcjonowała jeszcze nazwa Vancouver, która została wprowadzona dopiero w 1886 roku w miejsce dotychczasowej nazwy Granville.
Przechodząc z Gastown do Chinatown przez parę chwil ujrzeliśmy ciemną stronę Vancouver. Kilka zaśmieconych, śmierdzących uliczek, osoby wyglądające na bezdomne, a także ludzie ewidentnie będący pod wpływem fentanylu spowodowały, że poczuliśmy się nieco nieswojo.
Przed nami brama do Chinatown - zbudowana w 2002 roku Millenium Gate. Bardzo chcieliśmy zajrzeć do Chinatown, z kilku powodów. Po pierwsze nigdy wcześniej nie byliśmy w chińskiej dzielnicy, po drugie Chinatown w Vancouver to druga największa chińska dzielnica w Ameryce Północnej, za San Francisco.
Wcześniej nie wiedzieliśmy, że społeczność chińska, czy szerzej traktując azjatycka, jest tak ważna dla Vancouver. Tymczasem na niemal każdym kroku w tym kanadyjskim mieście natykaliśmy się na osoby pochodzenia azjatyckiego. Nawet nasi gospodarze, od których wynajęliśmy apartament, byli Chińczykami. Wedle danych 28% mieszkańców Vancouver ma pochodzenia chińskie, 5% filipińskie, a 7% z innych krajów południowej Azji. Dodając licznych migrantów z innych stron świata okazuje się, że biali pochodzenia europejskiego stanowią tu ledwie nieco ponad 40%.
Najciekawszym miejscem w chińskiej dzielnicy był założony w 1986 roku park Dr. Sun Yat-Sen. Można tu odpocząć chwilę w bardzo ładnym otoczeniu po zwiedzaniu Gastown czy Downtown. Patron tego parku Sun Yat-Sen w początkach XX wieku był prezydentem Chin i jednym z założycieli Kuomingtangu (partii socjalistycznej). I ciekawostka - polityk ten cieszy się uznaniem i szacunkiem zarówno na Tajwanie, jak i w Chinach.
Być może spodziewaliśmy się po chińskiej dzielnicy nieco większej egzotyki, większego rozgardiaszu, street food na każdym rogu, tymczasem egzotyka kończyła się na nieco innej architekturze, chińskich znaczkach na szyldach i jeszcze większym odsetku Chińczyków na ulicach. Na zdjęciu Yue Shan Society, jeden z ważniejszych budynków w Chinatown.
Musimy wspomnieć o niemiłej przygodzie, jaka nas spotkała na samym początku naszego pobytu w Vancouver. Wynajęliśmy apartament w willowej dzielnicy, spokojna okolica, zgodnie ze wskazówkami gospodarzy zaparkowaliśmy na ulicy przed domem. Rano doznaliśmy małego szoku, widząc wypisany mandat za wycieraczką. Okazało się, że zaparkowaliśmy w dobrym miejscu, ale odwrotnie niż trzeba było. A regulowało to chyba jakieś prawo zwyczajowe, bo żadnych znaków nakazujących kierunek parkowania nie było. Kwota mandatu nie była bardzo wysoka (60 CAD), więc potraktowaliśmy to raczej humorystycznie, niemniej był to lekki falstart.
Na koniec naszego krótkiego pobytu w Vancouver wypożyczyliśmy rowery, żeby zwiedzić Stanley Park. Nasz młodszy syn nastawił się na wypożyczenie hulajnogi elektrycznej i, niestety, spotkała go niemiła niespodzianka, gdyż okazało się, że te wypożyczają od 16. roku życia. Jemu ewidentnie trochę brakowało, więc musiał zadowolić się zwykłym rowerem. Swoją drogą, tuż przy Stanley Park było mnóstwo wypożyczalni rowerowych, z opcją wypożyczenia rowerów na godziny.
Niedziela, popołudnie, piękna słoneczna pogoda. Co to oznaczało? Ogromne tłumy ludzi. Mieliśmy plan skorzystać z basenów w Stanley Park, ale trafiliśmy na gigantyczną kolejkę na wejściu - czas oczekiwania około godziny. Oczywiście odpuściliśmy sobie tę przyjemność i zamiast tego pojechaliśmy nad Beaver Lake. Tu można było trochę odetchnąć od gwaru i zamieszania.
Wokół Stanley Park prowadzi asfaltowa ścieżka dla rowerów. Ma długość niespełna 10 km i oferuje super widoki na różne części Vancouver, a także na okoliczne wzgórza i zatokę. Ale tu bardzo ważne zastrzeżenie - większość tej drogi jest jednokierunkowa, o czym przekonaliśmy się w złym miejscu i złym czasie, co kosztowało nas kluczenie po wnętrzach parku, by znaleźć drogę do interesujących nas miejsc. Podpowiadamy naszym następcom - tu trzeba jechać w kierunku odwrotnym do wskazówek zegara!
Parę słów o Stanley Park. Jest to ogromny miejski park, o powierzchni 405 ha (większy od nowojorskiego Central Park, który ma "tylko" 341 ha). W dalekiej przeszłości było to miejsce osadnictwa ludów rdzennych, potem europejskich kolonistów, ale już pod koniec XIX wieku utworzono tu park, nazwany na cześć gubernatora Kanady, lorda Stanleya. Z biegiem czasu wybudowano tu kilka obiektów publicznych, m.in. akwarium, baseny, place zabaw, ale lwia część parku pozostaje w niezmienionym stanie od setek lat. Stanley Park uznawany jest za jeden z najlepszych miejskich parków na świecie. Na zdjęciu Totem Poles, miejsce, w którym zebrano i odrestaurowano indiańskie totemy.
I na koniec jeszcze mały polski akcent - mural poświęcony Stanisławowi Lemowi. Wprawne oko dojrzy na rękawku kombinezonu polską flagę. W Vancouver spędziliśmy jeden dzień, co pozwoliło nam zobaczyć najciekawsze miejsca i odrobinę wczuć się w klimat tego miasta. Wrażenia mieliśmy bardzo pozytywne, za wyjątkiem kilku minut obcowania z bezdomnymi i narkomanami przy chińskiej dzielnicy. Vancouver to dynamiczne, nowoczesne, bardzo różnorodne miasto, zarazem pełne zieleni i w ciekawym otoczeniu. To był dobry prognostyk przed zwiedzaniem Kolumbii Brytyjskiej!
Stawamus Chief, Brandywine, Train Wreck
Nasz plan wyprawy zakładał niespieszny przejazd przez Kolumbię Brytyjską, by ostatecznie dotrzeć do najpiękniejszych kanadyjskich parków narodowych - Jasper i Banff, które są położne w sąsiadującej prowincji Alberta. Kolumbia Brytyjska pod względem powierzchni jest 3x większa od Polski, ale zamieszkuje ją tylko nieco ponad 4 mln ludzi. W dodatku niemal wszystkie większe miasta znajdują się na południu prowincji, blisko granicy z USA, natomiast obszary centralne i północne są niemal bezludne.
Z czego znana jest Brytyjska Kolumbia? Przede wszystkim z fantastycznej, nietkniętej ludzką ręką przyrody. Przez prowincję przebiegają południkowo dwa duże pasma górskie - Góry Nadbrzeżne oraz Góry Skaliste. Niezwykle urozmaicona jest linia brzegowa, z mnóstwem wysepek, zatok i fiordów. Oprócz krajobrazów górskich jest tu też mnóstwo lasów (z czego bardzo korzysta przemysł drzewny), w tym nietypowy dla tej szerokości geograficznej las deszczowy, ale też krajobraz półpustynny w okolicach Kamloops.
Na dwa dni zatrzymaliśmy się w Squamish, mniej więcej 20-tysięcznym miasteczku, oddalonym o godzinę drogi od Vancouver. Jeszcze kilkanaście lat temu była to niewielka osada z kilkoma ulicami na krzyż, ale w ostatnich latach niesamowicie się rozwinęła, stając się bazą wypadową w okoliczne piękne szlaki dla mieszkańców Vancouver.
Kultowym wręcz szlakiem w tej okolicy jest Stawamus Chief Trail. Nad okolicą górują trzy szczyty o nazwie Stawamus Chief, będące gigantycznymi granitowymi monolitami, jednymi z największych na świecie. First Peak ma 610 metrów wysokości, Second 655 metrów, a nieco oddalony od nich i przez to mniej popularny wśród turystów Third jest najwyższy i ma 702 metry. Na zdjęciu widok z Third Peak.
Szlak na Stawamus Chief ma dwa możliwe warianty. Pierwszy to przejście przez First i Second Peak, natomiast drugi to dodanie jeszcze Third Peak. My zdecydowaliśmy się na wariant bardziej ambitny. Szlak jest określany jako dość trudny, miejscami stromy i wymagający koncentracji. Już sam początek nieźle dał nam w kość - setki stromych schodów pozwoliły, co prawda, dość szybko pokonać dużą różnicę wysokości, ale po ich przejściu musieliśmy dłuższą chwilę łapać oddech.
Wejście na Third Peak było dość długie, ale bez trudności technicznych. Natomiast aby wejść na Second Peak, trzeba było zmierzyć się z drabinami, łańcuchami i stalowymi linami. Warto też zaznaczyć, że szczyty Stawamus są niezwykle popularnym celem wspinaczy, a sama góra bywa nawet określana jako Yosemite North, co ma podkreślać jej atrakcyjność dla wspinaczy.
Dotarliśmy już do Second Peak, z widokiem na fiord Howe Sound. W tle widać też First Peak, który był naszym następnym celem. Na tym zdjęciu dobrze widać, że góra pod naszymi stopami jest monolitem.
Choć na poprzednim zdjęciu First Peak wydawał się być niemal na wyciągnięcie ręki, to w rzeczywistości przejście pomiędzy szczytami wcale nie było takie proste. Trzeba się było trochę powspinać i natrudzić, a mieliśmy już w nogach kilka godzin wędrówki.
A oto widok z First Peak. Na koniec szlak Stawamus Chief Trail w liczbach i nasza ocena. Przeszliśmy 7 km, pokonaliśmy przewyższenie 880 metrów, a całość zajęła nam nieco ponad 6 godzin. Był to szlak bardzo wymagający, dość długi (zwłaszcza w wariancie z Third Peak), ale zarazem dający dużo satysfakcji, z przepięknymi widokami ze wszystkich trzech szczytów. Kosztem ubocznym tej wędrówki były solidne zakwasy następnego dnia u większości naszej ekipy i potrzeba luźniejszego dnia. Ale było warto!
W drodze ze Squamish do Whistler zaplanowaliśmy przystanki na dwie atrakcje. Pierwsza z nich to wodospady Brandywine na rzece o tej samej nazwie. Dość zabawna jest etymologia nazwy tego wodospadu. Wedle legendy dwóch podróżników po dotarciu do bezimiennego jeszcze wodospadu założyło się o wysokość wodospadu. Stawką była butelka brandy. Podali typy. zmierzyli wysokość (imponujące 170 metrów), zwycięzca dostał butelkę brandy, natomiast przegrany nazwał wodospad Brandywine.
Kanada kojarzy się z niedźwiedziami i faktycznie w wielu miejscach były znaki ostrzegające przed tymi zwierzakami, zasady bezpieczeństwa, a nawet tablice z informacjami, kiedy w danej okolicy ostatnio widziano niedźwiedzia. Co ciekawe, inne są zasady przy spotkaniu czarnego niedźwiedzia, a inne przy grizzly. Dla poprawy poczucia bezpieczeństwa można też zaopatrzyć się w bear spray, niezwykle silny gaz pieprzowy (cena ok. 50 CAD). Trzeba jednak mieć na uwadze, że nie można tego spray'u przewozić samolotem, więc musi on zostać w Kanadzie.
Jeszcze planując rozmaite atrakcje przed wyjazdem rozważaliśmy szlak Panorama Ridge Trail. Ponoć z pięknymi widokami, ale długi (30 km) i z dużym przewyższeniem (1600 metrów). Jeszcze na etapie planowania mieliśmy wątpliwości czy damy radę, ale po wyczerpującym Stawamus Chief Trail problem w zasadzie sam się rozwiązał. Musieliśmy odpocząć, a kolejny morderczy trekking nie wchodził w grę. Zatem zamiast Panorama Ridge wybraliśmy krótki spacer do Train Wreck.
Skąd wzięły się wraki wagonów kolejowych w środku lasu? W 1956 roku wydarzyła się tu katastrofa kolejowa. Nieopodal przebiega linia kolejowa, która służyła głównie do transportu towarów. W tym lesie był ostry zakręt, przy którym należało zwolnić do 24 km/h. Feralnego dnia jechał tym szlakiem pociąg z 12 wagonami wypełnionymi drewnem. Pociąg miał opóźnienie i maszynista, nie zważając na ograniczenia prędkości, postanowił nadgonić stracony czas. Na feralnym zakręcie pociąg miał prędkość 56 km/h. Nietrudno zgadnąć, jak to się skończyło.
Pociąg wykoleił się, w trakcie bardzo skomplikowanej akcji ratunkowej odholowano 6 najmniej uszkodzonych wagonów, natomiast te najbardziej zniszczone przesunięto nieco dalej od torów i pozostawiono w lesie. Porzucone wagony stały się magnesem dla graficiarzy i wkrótce zostały pokryte malunkami. Wreszcie z biegiem czasu wraki wagonów stały się atrakcją turystyczną i zbudowano ścieżkę oraz kładkę nad rzeką, by ułatwić dojście do nich.
Był to nietypowy i całkiem ciekawy przerywnik w drodze do Whistler. Droga do wraków i z powrotem liczy sobie 4 km, a cała atrakcja zajęła nam niespełna 2 godziny.
Widoczna na zdjęciu rzeka Cheakamus nie imponuje długością (70 km), ale była ofiarą katastrofy ekologicznej. W 2005 roku przy samej rzece wykoleił się pociąg. Do Cheakamus wpadło 9 pustych wagonów po drewnie i 1 wagon z wodorotlenkiem sodu. Niestety, zawartość tego ostatniego wagonu przedostała się do rzeki, zabijając 500 tys. ryb. Dopiero po 6 latach przyroda poradziła sobie ze skutkami tego zdarzenia.
Whistler
Kolejnym naszym przystankiem było Whistler. Pod wieloma względami to największy kurort narciarski na kontynencie północno-amerykańskim. Zimą jest to kraina opanowana przez narciarzy i snowboardzistów, natomiast latem miejsce to przyciąga amatorów trekkingu i rowerzystów górskich. Na początek jednak zdjęcie z centrum Whistler, które robi naprawdę super korzystne wrażenie.
Na tej scenie wieczorem odbył się koncert, na który poszliśmy, natomiast zwrócę uwagę na nazwę tego miejsca - Whistler Olympic Plaza. Mnóstwo rzeczy w Whistler kręci się wokół Igrzysk Olimpijskich i ich symboliki. Sam rozwój infrastruktury narciarskiej na górze Whistler łączy się z próbą zorganizowania zimowych igrzysk w 1968 roku. Organizatorem zostało francuskie Grenoble, ale w Whistler pobudowano pierwsze wyciągi, trasy narciarskie i miasteczko zaczęło przyciągać narciarzy.
Stacjonując w Whistler skorzystaliśmy z opcji darmowego autobusu, wożącego turystów do położonego nieopodal Lost Lake. Wykąpaliśmy się (choć woda była mocno rześka) i przeszliśmy się dookoła jeziora. Górskie otoczenie jedynie dodawało temu miejscu uroku.
Wracając do historii Whistler, w latach 80. zaczęto inwestować w infrastrukturę narciarską na sąsiedniej górze Blackcomb. Doszło do rzadkiej sytuacji - dwie konkurencyjne firmy zaczęły rywalizować o tego samego klienta niemal w tej samej lokalizacji - jedna na górze Whistler, druga na Blackcomb. W efekcie cała infrastruktura niesamowicie rozwinęła się i w latach 90. Whistler był powszechnie uważany za najlepszy kurort narciarski w Ameryce Północnej.
Na przełomie wieków firma z góry Blackcomb przejęła swojego rywala, co jednak nie zatrzymało rozwoju ośrodka. Kolejnym impulsem było przyznanie Vancouver zimowych igrzysk w 2010 roku. To właśnie w Whistler rozgrywano konkurencje alpejskie. Warto podkreślić, że w trakcie igrzysk nie było tu żadnych problemów ze śniegiem, w odróżnieniu choćby od Cypress Mountain, gdzie rozgrywano konkurencje snowboardu.
Zdecydowaliśmy się na wjazd kolejką na górę Whistler, a potem Blackcomb, choć ceny biletów nie zachęcały (105 CAD dla dorosłego, 95 CAD dla młodzieży, 55 CAD dla dziecka). Mieliśmy wybrany szlak, ale, niestety, po wjeździe na górę Whistler okazało się, że szlak ten jest... zamknięty. Cóż, na szybko wybraliśmy alternatywę, szlak o nazwie Pika's and Mathew's Traverse.
Do szlaku zaraz powrócimy, natomiast warto kilka słów poświęcić Inukshukowi, ludzikowi z kamieni, którego widywaliśmy w wielu miejscach w Whistler i okolicy. Kamienni ludzie to figury ustawiane niegdyś przez Inuitów. Nie były to jednak pomniki, ale raczej drogowskazy o dość skomplikowanej symbolice. Dla przykładu dłuższe ramię wskazywało wędrowcy, w którym kierunku należało iść. Inukshuk (wymawiany inakszak) może też wskazywać miejsce, w którym jest bogactwo ryb. Ci kamienni ludzie symbolizują także harmonię i jedność wśród plemion inuickich.
A to był chyba najfajniejszy moment tego niezbyt długiego trekkingu. Przez parę chwil szliśmy w wydrążonym tunelu pośród pokrywy śnieżnej. Grubość pokrywy śnieżnej imponowała, zwłaszcza, że to był koniec czerwca, ale trzeba pamiętać, że zimą potrafi tu spaść kilkanaście metrów śniegu.
Szlak ten można pokonać z dołu do góry lub z góry na dół, bo na obu końcach jest stacja kolejki krzesełkowej. Teoretycznie łatwiej by było schodzić, ale organizacyjnie nie wszystko było tu odpowiednio przemyślane. Kolejka na górę Whistler startowała już o godz. 10 i mniej więcej o tej porze pojechaliśmy na górę Whistler. Jednak kolejna kolejka Peak Express Chairlift zaczynała pracę dopiero o 11, więc musielibyśmy prawie godzinę czekać na podwózkę. Wobec tego, chcąc nie chcąc, wybraliśmy wariant "pod górę".
Oto finał naszego trekkingu - platforma Raven's Eye z doskonałym widokiem na okoliczne szczyty oraz na Whistler.
Do platformy prowadziła taka efektowna kładka o nazwie Cloudraker Skybridge. Podsumowując nasz trekking Pika's and Mathew's Traverse - przeszliśmy 5 km z przewyższeniem 430 metrów, co zajęło nam nieco ponad 2 godziny. Atrakcyjność tego trekkingu oceniamy jako przeciętną, choć widoki po drodze były bardzo ładne i nieco wynagrodziły mozolną drogę.
Idąc szlakiem przemknęło nam przez myśl, że ta kolejka Peak Express Chairlift może jednak nie ruszy o tej 11 i będzie trzeba tą samą drogą wracać, ale jednak ruszyła i mogliśmy zjechać. Adamowi tak się ten zjazd podobał, że wymógł na nas, żebyśmy jeszcze raz podjechali tym wyciągiem do góry tylko po to, by ponownie zjechać na dół. Przy stacji końcowej zaliczyliśmy pierwszy kontakt w Kanadzie ze świstakiem siwym - od jego "gwizdów" swoją nazwę wzięła miejscowość i góra Whistler.
Następnie przetransportowaliśmy się z góry Whistler na górę Blackcomb. Oba szczyty łączy gondola, która wedle tablic pobiła kilka rekordów technicznych, m.in. najwyższe przewyższenie nad dnem doliny, 436 metrów wysokości oraz najdłuższy odcinek pomiędzy wspornikami (3,03 km), choć ten ostatni rekord został potem pobity przez niemiecką kolejkę na Zugspitze.
Po wjechaniu na Blackcomb nasze dzieci zgłosiły brak chęci na jeszcze jeden trekking, więc po krótkiej analizie sytuacji daliśmy im zielone światło na zjechanie do Whistler i powrót do hotelu, sami natomiast ruszyliśmy na trekking, będący połączeniem szlaków Alpine Loop oraz Overlord.
Od samego początku szlak bardzo nam się spodobał. Przede wszystkim co parę minut zmieniał się krajobraz, często też odsłaniały się przed nami szczyty górskie. Sam marsz też był znacznie przyjemniejszy niż na porannym trekkingu, choć niewykluczone, że wpływ na nasz odbiór tego szlaku miał brak dzieci 😉
Fajnie, że zarówno tego dnia, jak i w zasadzie przez całe nasze wakacje, bardzo współpracowała z nami pogoda. Było ciepło (przez pierwsze 2-3 dni nawet bardzo ciepło), pogodnie, niemal bezdeszczowo. Przez dwa tygodnie popadało raptem dwa razy - raz w trakcie przejazdu autem w Jasper i jedno przedpołudnie w Banff, przy czym jedynie te ostatnie opady spowodowały konieczność zmiany planów.
Trekking na górze Blackcomb liczył 6 km długości, z przewyższeniem 220 metrów, zajął nam ciut ponad 2 godziny. Sprawił nam bardzo dużo satysfakcji, widoki były przepiękne, a sama trasa dość łatwa i przyjemna. Musieliśmy jedynie kontrolować czas, bo ostatnia kolejka na dół zjeżdżała o 17.00.
Samo Whistler bardzo nam się spodobało, podobnie jak i okolice tego kurortu. Podczas podróży przez Kolumbię Brytyjską na pewno warto zatrzymać się w tym miasteczku na 2-3 dni. Na zdjęciu hotel Summit Lodge, w którym się zatrzymaliśmy. Przy tej okazji pochwalimy kanadyjskie hotele - zatrzymaliśmy się w 4 hotelach i wszystkie oferowały bardzo podobny, wysoki standard usług, z basenem włącznie. Kolejnego dnia opuściliśmy Góry Nadbrzeżne i ruszyliśmy w kierunku Gór Skalistych.
Wells Gray
Z Gór Nadbrzeżnych musieliśmy pokonać kilkaset kilometrów, by dotrzeć do Gór Skalistych. Były to tereny bardzo słabo zaludnione, często też traciliśmy zasięg w telefonach. Jazda była jednak dość atrakcyjna, z racji na zmieniające się krajobrazy. Początkowo jechaliśmy przez góry...
... by wkrótce oglądać takie łąki, a po chwili nawet krajobrazy półpustynne. Obszary pomiędzy dwoma pasmami górskimi z miastem Kamloops na czele cieszą się najcieplejszą i najdłuższą porą letnią w całej Kanadzie. W Kamloops zrobiliśmy przystanek i zajrzeliśmy do muzeum Indian Secwepemc, które jednak jakoś wielce nas nie zachwyciło.
Na kolejne dwa dni naszą bazą stała się miejscowość Clearwater, Cały jeden dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie położonego w Górach Cariboo Wells Gray Provincial Park. Park ten został założony w 1939 roku i oparł się licznym pomysłom zbudowania tam zapór na rzece Clearwater, które miały zapobiegać powodziom oraz produkować energię elektryczną. Na szczęście wszystkie te pomysły upadły i dziś nikt już nie zamierza w tak dramatyczny sposób zmieniać tej pięknej okolicy. Na zdjęciu Spahats Falls o wysokości 75 metrów - wodospad bardzo ładnie położony, aczkolwiek obserwować można go jedynie z platformy nieco oddalonej od samego wodospadu.
Ta piękna tęcza powitała nas przy drugim wodospadzie - Moul Falls. Do niego trzeba było nieco podejść, ale było warto. Park Wells Grey jest nazywany parkiem wodospadów i jest to nazwa w pełni zasłużona. Na terenie parku znajdują się aż 42 wodospady i kilka z nich to największe atrakcje tego parku.
Zwiedzanie parku Wells Gray jest niezwykle proste i niemal wszyscy turyści robią to w ten sam sposób. Od miejscowości Clearwater w głąb parku prowadzi jedna droga - Clearwater Valley Road. Ma ona długość 68 km, z czego początkowe 42 km są asfaltowe, a reszta to droga żwirowa, ale dobrej jakości. Wzdłuż drogi jest zlokalizowanych pięć atrakcyjnych wodospadów oraz trzy campingi. Wszędzie są przygotowane parkingi, do niektórych wodospadów jest kilka minut spaceru, jedynie do Moul jest nieco dłuższy marsz.
I to właśnie widoczny na zdjęciu wodospad Moul został nam zarekomendowany w hotelu jako najlepszy spośród wszystkich. I faktycznie, ten wodospad miał w sobie coś, czego nie miały pozostałe wodospady. Nie jest szczególnie wysoki, ma raptem 35 metrów wysokości, ale można podejść pod sam wodospad...
... obejrzeć niesamowite zjawisko rozproszenia kropelek wody nie tylko pod samym wodospadem, ale nawet kilkadziesiąt metrów od niego, co w połączeniu z mrocznym lasem i przebijającym się słońcem robiło niezwykłe wrażenie...
... ale też można było przejść za wodospadem na jego drugą stronę. Jako że widzieliśmy, jak wyglądał śmiałek, który zrobił to przed nami, chęci na całkowite przemoczenie wykazała jedynie Małgosia. Brawo za poświęcenie!
Fajne było to, że każdy kolejny wodospad był inny od poprzedniego. Dawson Falls nie imponował wysokością, ale tu z kolei rzeka Murtle pokazywała swoją potęgę. Z bliska mogliśmy obserwować, z jak wielką prędkością woda płynęła bardzo szeroką w tym miejscu rzeką.
Możliwe, że najbardziej znanym wodospadem w parku jest Helmcken Falls. Ma on wysokość 141 metrów i jest czwartym pod względem wysokości wodospadem Kanady.
Zimą Helmcken jest miejscem niezwykle ciekawego zjawiska przyrodniczego. Przy temperaturze spadającej poniżej 0 stopni od dołu wodospadu zaczyna tworzyć się lodowy stożek, który zazwyczaj sięga aż 50 metrów, a przy mroźnych zimach nawet wyżej. Dopiero wraz z nadejściem wiosny stożek się topi i Helmcken staje się zwyczajnym, choć nadal bardzo efektownym, wodospadem.
Drogą żwirową pojechaliśmy jeszcze na najbardziej oddalone miejsce naszej wycieczki - Baileys Chute. Tu już nie było żadnych turystów, na całkiem dużym parkingu nasze auto było jedynym pojazdem. O dziwo, to miejsce nie jest wodospadem, choć niektóre źródła chyba nieco na siłę go za takowy uznają.. To miejsce na rzece Clearwater znane jest z tego, że późnym latem jest to znakomite miejsce obserwacyjne do oglądania płynących w górę rzeki łososi. Wiedzieliśmy, że szanse na łososie na początku lipca są iluzoryczne, ale nie żałowaliśmy, że zajrzeliśmy w to odludne miejsce.
Wieczorem, już bez dzieci, wybraliśmy się na jeszcze jeden wodospad - Triple Decker Falls. To położony w lesie wodospad o łącznej wysokości 60 metrów, z trzema stopniami, natomiast najbardziej zapadł nam w pamięci z dość agresywnych muszek, które nas atakowały. Na pewno wycieczka do parku Wells Gray przyniosła nam sporo pozytywnych wrażeń, choć nieco brakowało tu takiego efektu wow.
Bardzo rozpowszechnioną atrakcją w Kanadzie, a w Brytyjskiej Kolumbii w szczególności, jest rafting. Rzadko mamy okazję do przeżywania takich emocji, więc jeszcze będąc w Polsce zarezerwowaliśmy 3-godzinny rafting na rzece Clearwater.
Kierując się dobrymi opiniami w internecie skorzystaliśmy z usług firmy Interior Whitewater Expeditions. Przyjemność taka dla 4-osobowej rodziny to koszt 532 CAD, czyli po obecnym kursie niespełna 1500 zł. Firma ta oferuje dwa rodzaje spływów - jeden rodzinny, spokojniejszy, dla dzieci od 7 lat oraz drugi bardziej wymagający, dla dzieci od lat 12 i co najmniej 41 kg wagi. Przez kilka miesięcy przed wakacjami ta ostatnia wartość była motywatorem dla Adama, żeby więcej jadł, bo inaczej go nie wpuszczą :).
Pontony były 8-osobowe, więc popłynęliśmy razem z jedną rodziną z Niemiec i miejscowym sternikiem. Na początku udzielono nam krótkiego instruktażu, 4 podstawowe komendy, które później faktycznie były używane.
Spływ był podzielony na dwa etapy. Najpierw trochę popłynęliśmy i na tym odcinku nie brakowało emocjonujących chwil, gdy fale wdziewały się do naszego pontonu. Chwilami trzeba było chwycić za wiosła, czasami przyklęknąć na dnie i trzymać się linek, a to wszystko w bardzo ładnej scenerii. Potem trzeba było zejść na ląd i kawałek przejść na piechotę, a potem przed nami był drugi odcinek na rzece.
Tu już było nieco spokojniej, a główną atrakcją była możliwość wskoczenia do rzeki. Zdecydował się na to Andrzej i Adam, woda była lodowata, nasz sternik twierdził, że ma ok. 13 stopni. Gdy drugi raz była taka możliwość, woleliśmy zostać w pontonie :). Podsumowując - bardzo fajna przygoda, bardzo dobrze zorganizowana, czasowo tak w sam raz. Jedyny lekki niedosyt to stosunkowo krótki odcinek z wirami, dużymi falami i zalewaniem pontonu. No i bardzo dobrze, że nie wybraliśmy wariantu rodzinnego, który przyniósłby nam znacznie mniej emocji.
Jasper – Wilcox Pass Trail
Pierwszy tydzień w Kanadzie, który spędziliśmy przemierzając Kolumbię Brytyjską, przyniósł nam mnóstwo pozytywnych wrażeń i ciekawych przygód. Drugi tydzień przeznaczyliśmy na zwiedzenie dwóch parków narodowych Jasper i Banff, niemal wszędzie określanych jako najpiękniejsze miejsca w całej Kanadzie. Najpierw jednak musieliśmy dotrzeć do Gór Skalistych, w których położone są oba parki. Widoki po drodze, takie jak Mount Robson (3954 m n.p.m.), umilały nam 400-kilometrową jazdę z Clearwater do Hinton, które obraliśmy za bazę noclegową do zwiedzania Jasper.
Aby nieco rozruszać się w dość długiej drodze, przeszliśmy krótki szlak Overlander Falls Trail, na końcu którego mogliśmy obejrzeć wodospad na rzece Fraser. Jeśli ktoś spojrzy na mapę parku narodowego Jasper (a jest to bardzo rozległy park - z północy na południe rozciąga się na ponad 150 km), to nie licząc campingów, jedyne propozycje noclegowe oferowało miasteczko Jasper. Niestety, ceny noclegów były bardzo wysokie, znacznie ponad 1000 zł za noc dla naszej rodziny. Najbliższą i w zasadzie jedyną alternatywą były noclegi w Hinton, które jest położone poza parkiem, co powodowało konieczność codziennych dojazdów.
Okazało się, że droga z Hinton do Jasper, którą pokonaliśmy 3 razy w każdą stronę, oferuje przepiękne widoki i ostatecznie byliśmy bardzo zadowoleni z wyboru tej lokalizacji, tym bardziej, że przez airbnb trafiliśmy na bardzo fajny apartament w drewnianym domku, z najsmaczniejszymi śniadaniami w całej Kanadzie. W opisie wprowadzającym wrzucimy nazwy wszystkich noclegów, gdyby ktoś zechciał z nich skorzystać.
Kilka faktów odnośnie parku narodowego Jasper. Ma on powierzchnię prawie 11 tys. km2 (czyli prawie tyle, co województwo świętokrzyskie), został założony jako teren chroniony już w 1907 roku, natomiast parkiem narodowym został w 1930 roku. Na jego terenie znajduje się pole lodowe Columbia, z którego spływają lodowce (najbardziej znany to Athabasca Glacier), liczne rzeki (prawie cały park leży w dorzeczu rzeki Athabasca), wodospady, jeziora, ale przede wszystkim wysokie góry. Najwyższym szczytem na terenie parku jest Mount Columbia (3737 metrów n.p.m.)
Planując trasę naszych wakacji wiedzieliśmy, że w sierpniu 2024 roku park narodowy Jasper zmagał się z gigantycznymi pożarami. W odróżnieniu od zwyczajnych pożarów Kanadyjczycy mają specjalną nazwę na trwające tygodniami i trawiące bardzo rozległe obszary pożary - wild fires. I ten pożar sprzed roku to był klasyczny wild fire. Zniszczył 32 tys. ha lasów, czyli 320 km2. W zestawieniu z powierzchnią całkowitą parku nie wydaje się to być jakaś wielka liczba, ale te pożary strawiły tereny położone wzdłuż głównych dróg, zniszczyły część jedynego miasteczka w parku, też o nazwie Jasper i spowodowały zamknięcie kilku ważnych atrakcji parku (m.in. Maligne Canyon i szlaki przy Mount Edith).
Obejrzeliśmy wywiady z mieszkańcami Jasper, dla których te pożary były strasznym dramatem. Gdy sytuacja zaczęła się szybko pogarszać, dostali nakaz natychmiastowej ewakuacji, gdyż groziło odcięcie ostatniej przejezdnej drogi. Przez kilka dni nie wiedzieli, co się stało z ich domami, a gdy wreszcie pojawiły się filmy ze spalonego miasteczka, to nie byli w stanie rozpoznać, jaki fragment miasta był na filmie. Zniszczeniu uległa 1/3 domów, a dramat ludzi, którzy potracili cały dobytek, wcale się nie skończył.
Od pożarów minął prawie rok, a nadal w przypadku większości zniszczonych domów nie rozpoczęła się odbudowa. Ludzie narzekali na powolne wypłacanie odszkodowań i długotrwałe procedury wydawania pozwoleń na budowę, wskutek czego znaczna część pogorzelców zrezygnowała z prób powrotu do Jasper.
O pożarach napiszemy jeszcze parę słów przy okazji trekkingów po obszarach dotkniętych pożarem z 2024 roku, natomiast na pierwszy trekking wybraliśmy Wilcox Pass Trail, położony daleko na południe od pogorzelisk. Tym samym mieliśmy okazję przejechać się fragmentem Icefields Parkway - drogi łączącej parki Jasper i Banff, uważanej za jedną z najpiękniejszych dróg na świecie. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów tej drogi za Jasper jest ładnych, aczkolwiek nie zachwycających.
Wilcox Trail Pass zaczyna się przy drodze widocznej na dole zdjęcia. Parking jest nie za duży, zajęliśmy przedostatnie wolne miejsce. Po podejściu pod górę spomiędzy drzew zaczął się wyłaniać Athabasca Glacer. I to właśnie widok na ten lodowiec był gwoździem tego trekkingu.
Przedstawiając kolejne zdjęcia z trekkingu napiszemy kilka słów o jeżdżeniu autem po Kanadzie. Auto wypożyczyliśmy w sieciowej wypożyczalni Thrifty w Vancouver, natomiast oddaliśmy w Calgary, za co musieliśmy dopłacić 250 CAD. Sam proces wypożyczenia i oddania auta, a także stan auta - Toyoty Rav4 - były bardzo zadowalające.
Czym różni się jeżdżenie po Kanadzie od tego po Polsce? Pierwsza rzecz, która się rzuca w oczy, to inaczej zlokalizowane sygnalizacje świetlne - za skrzyżowaniem. Nieco zaskoczyły nas też migające zielone światła na skrzyżowaniach, skręcające w prawo na czerwonym świetle auta (to dozwolone, przy zachowaniu ostrożności), a najbardziej skonfudowały nas dziwne znaki drogowe (oczywiście nie wszystkie, ale kilka takich było), niepodobne na znaków europejskich.
W odróżnieniu od Alaski, w Kanadzie od mniej więcej 40-50 lat obowiązuje system metryczny, co oczywiście ułatwia jazdę. Mamy więc km/h, odległości mierzone w km i m, temperaturę w Celsjuszach, a objętości napojów w ml. W USA wszystko jest dla nas trudniejsze, bo trzeba przeliczać. Przechodząc jednak do rzeczy - jak się jeździ po Kanadzie? Otóż jeździ się bardzo dobrze. Drogi poza miastami są zwykle dobrze utrzymane, ruch jest niewielki, a kierowcy raczej nie prowokują niebezpiecznych sytuacji. Często można spotkać ograniczenia prędkości do 80 km/h, na lepszych drogach 100 km/h.
Wróćmy jednak do naszego trekkingu. Po wyjściu z lasu szliśmy jakiś czas otwartymi przestrzeniami. Spotkaliśmy kilka owiec kanadyjskich, zwierzaki te osiągają do 140 kg wagi, mają do 1,6 metra długości i do 95 cm wysokości w kłębie. Nazwa może trochę mylić, bo owca kanadyjska występuje nie tylko w Kanadzie, ale także w USA i północnym Meksyku.
I w końcu dotarliśmy do miejsca z najlepszym widokiem na Athabasca Glacier. Mogliśmy stąd dojrzeć parking pod lodowcem, a także po lewej stronie drogę prowadzącą na lodowiec dla tych, którzy wykupią wycieczkę na lodowiec. Podejście pod Athabasca Glacier zostawiliśmy jednak na inny dzień.
Szlak Wilcox Pass Trail liczy 10,5 km tam i z powrotem, z przewyższeniem 480 metrów. Przejście tego szlaku zajęło nam niespełna 4 godziny. Wędrówka nie była trudna ani specjalnie męcząca, za to widokowo bardzo dobra. Atrakcją były też spotkane przez nas owce kanadyjskie i wiewiórki arktyczne. Na koniec tego udanego dnia podjechaliśmy do Miette Hot Springs i odpoczęliśmy w 4 basenach o różnej temperaturze wody (od bardzo zimnej, przez zimną, normalną i ciepłą) w bardzo ładnej dla oka scenerii.
Jasper – Annette Lake, Maligne Lake, Old Fort Point Trail
Drugi dzień w parku narodowym Jasper przeznaczyliśmy na zwiedzenie kilku miejsc, po których zaplanowaliśmy względnie krótkie spacery. Na pierwszy ogień poszła okolica miasteczka Jasper, gdzie znajdowały się dwa krótkie szlaki.
Pierwszym przystankiem było Lake Annette, nazwane tak na cześć żony lokalnego przedsiębiorcy. To niewielkie jezioro, które można obejść dookoła bardzo wygodną ścieżką, jeszcze przed pożarami było ciekawym miejscem - malowniczo położone, otoczone lasami, w tle ładne szczyty górskie.
Po pożarach doszedł jeszcze jeden element. W trakcie krótkiego spaceru można zobaczyć zarówno spalony las, jak i miejsca, których ogień nie sięgnął. Mogliśmy z bliska zaobserwować, jak kilka miesięcy po pożarach las pomału zaczyna się odradzać. Zaczęły już wyrastać pierwsze trawy i drobne krzewy, których zieleń kontrastowała z czernią spalonych drzew.
Lake Annette Loop Trail liczy niespełna 3 km i bardzo spokojny spacer z przerwami na kontemplację widoków zajął nam nieco ponad godzinę. W tle bardzo charakterystyczny szczyt Mount Edith Cavell o wysokości 3 363 m n.p.m., który widać też przy każdym przejeździe w okolicach miasteczka Jasper. Okolice tej góry oferują najładniejsze szlaki w całym Jasper, ale po zeszłorocznych pożarach są one niedostępne dla turystów, przynajmniej w obecnym sezonie.
Jakie lasy dominują w parku narodowym Jasper? Przede wszystkim iglaste. Na niższych wysokościach najczęściej można spotkać sosny wydmowe, nieco wyżej rośnie świerk Engelmanna i jodła subalpejska. Dość rozpowszechniona jest też daglezja zielona.
Kolejny punkt tego dnia to Old Fort Point Trail, także zlokalizowany w pobliżu Jasper. Głównym atutem tego szlaku była możliwość obejrzenia rzeki Athabasca z wielu różnych perspektyw. Rzeka ta liczy ponad 1200 km, swój początek bierze z lodowca Columbia, a następnie płynie na północ przez park narodowy Jasper do Athabasca Lake, by ostatecznie, już jako rzeka MacKenzie, dotrzeć do Oceanu Arktycznego.
Także i ta rzeka była ofiarą katastrof przemysłowych. Niedaleko od rzeki Athabasca odkryto roponośne piaski, które zaczęto eksploatować i wybudowano rurociąg do transportu ropy. W 1970 roku doszło do poważnego wycieku z rurociągu, a ropa zanieczyściła rzekę. Gdy w 2012 roku przeprowadzono badania dolnego biegu Athabasca okazało się, że na dnie zalega rtęć, ołów i kilka innych niebezpiecznych pierwiastków. Jakby tego było mało, rok później z kopalni węgla do Athabasca spłynęły setki milionów litrów szlamu, co jeszcze pogorszyło sytuację ekologiczną tej rzeki.
My jednak oglądaliśmy rzekę Athabasca w jej górnym biegu, gdzie tych wszystkich problemów nie ma. Zaintrygował nas kolor tej rzeki - nie był to kolor niebieski, a raczej mleczno-biały. Skąd się to wzięło?
Otóż jest to efekt obecności w wodzie tzw. rock flour, czyli mączki skalnej. Powstaje ona w wyniku tarcia lodowca o skałę, co odrywa od skały maleńkie cząstki. Wraz z topnieniem lodowca cząstki te przedostają się do rzeki i nadają jej taki właśnie mleczno-biały lub szary kolor. Co ciekawe, gdy taka rzeka wpada do jeziora, ta sama mączka skalna nadaje jezioru kolor turkusowy. Już wkrótce w parku narodowym Banff mieliśmy okazję obejrzeć kilka takich jezior.
Zupełnym ewenementem są rzeki, które mają zupełnie inny kolor, w zależności od pory roku. Gdy rzeki są zasilane przez wody topniejących lodowców, przybierają kolor mleczno-szary. Gdy jednak głównym dostarczycielem wody stają się opady deszczu, woda staje standardowo niebieska.
Ostatni raz wrócimy jeszcze do pożarów. W Ameryce Północnej panuje obecnie pogląd, że pożary lasów są naturalnym zjawiskiem w przyrodzie i co do zasady nie należy ich gasić. Jedynie, gdy ogień zagraża siedliskom ludzkim lub arteriom komunikacyjnym, podejmowana jest walka z żywiołem. Wskazuje się za to, że taki pożar jest lasom wręcz potrzebny, pozwala na odnowienie i odbudowanie drzewostanu, a niektóre gatunki mogą się rozmnażać tylko w warunkach bardzo wysokich temperatur powodowanych przez pożary. Dlatego praktycznie co roku można usłyszeć o wielkich pożarach na zachodzie USA, w Kanadzie czy ostatnio na Alasce.
Szlak Old Fort Point Trail był nieco bardziej wymagający niż dookoła Lake Annette. Liczył 4,2 km, było tu trochę przewyższenia (150 metrów) i przejście zajęło nam niespełna dwie godziny. Warto ten szlak przejść dla widoków rzeki Athabasca oraz zobaczenia ogromu zniszczeń spowodowanych przez zeszłoroczne pożary.
Napotkaliśmy na opinie, że w parkach Jasper i Banff niemal na każdym kroku można natknąć się na wielkie zwierzaki - niedźwiedzie, łosie, karibu czy owce. No cóż, my tych opinii nie potwierdzamy. Raz mieliśmy okazję obejrzeć niedźwiedzia czarnego, czyli mniejszego kuzyna niedźwiedzia grizzly - to właśnie ten okaz na zdjęciu. W bezpiecznej odległości coś tam sobie zajadał na łące, a jego obecność zasygnalizowało nam kilka aut stojących na światłach awaryjnych na poboczu drogi. Raz jeszcze dosłownie mignął nam brązowy niedźwiadek w lesie przy drodze, ale tym razem nie było opcji zatrzymania się, gdyż tuż obok czuwał strażnik parkowy, który nakazywał jechać dalej. I tyle widzieliśmy misiów przez dwa tygodnie pobytu w Kanadzie...
Najbardziej znanym jeziorem w parku narodowym Jasper jest Lake Maligne. Taką samą nazwę Maligne nosi kanion, szczyt oraz rzeka, wszystkie położone niedaleko od siebie. Źródła tej nazwy należy szukać w języku francuskim (swoją drogą o ile Kolumbia Brytyjska była anglojęzyczna, to w Albercie choćby napisy na znakach były już dwujęzyczne - angielskie i francuskie), w którym to słowo oznacza zdradliwy, zły. Ponoć pobliska rzeka taka właśnie wydała się eksploratorom tych terenów.
Pierwsza infrastruktura turystyczna przy jeziorze Maligne powstała już w 1927 roku, a to zdjęcie zrobiliśmy ze zbudowanego rok później hangaru na łodzie. Do dziś drewniany budynek pełni swoją rolę i jest utrzymywany w pierwotnej formie. Myśleliśmy nawet o wynajęciu łódki, ale ceny zdecydowanie do tego nie zachęcały. Za godzinę liczono sobie 85 CAD, a musielibyśmy wziąć dwie łódki, więc koszt ponad 400 zł za godzinę pływania w ładnych okolicznościach przyrody uznaliśmy za zbyt wygórowany. Można też było kupić bilet na stateczek robiący kurs po jeziorze, ale to była jeszcze droższa przyjemność.
Zadowoliliśmy się zatem spacerem wzdłuż brzegu jeziora. A nie jest to jezioro małe - jego długość to 22 km, a powierzchnia 20 km2. Oprócz kajakarstwa inną bardzo popularną aktywnością na jeziorze Maligne jest wędkarstwo sportowe.
Odwiedzając Lake Maligne należy mieć na uwadze, że jest to miejsce oddalone od głównej drogi o 45 minut jazdy. Przed pożarami można jeszcze było po drodze zwiedzić kanion Maligne, ale obecnie (stan na lipiec 2025 roku) jest on niedostępny dla turystów. W połowie drogi na Malgine mijamy Medicine Lake, które jest jeziorem... okresowym. W porze jesienno-zimowej woda uchodzi z niego poprzez system podwodnych cieków i na kilka miesięcy jezioro znika, by w okresie topnienia śniegów znów zapełnić się wodą.
Drugim dużym zwierzęciem, jakie udało nam się spotkać w parku Jasper, był łoś. Co ciekawe, łosie są dużo groźniejsze dla człowieka niż niedźwiedzie. My jednak czuliśmy się bezpiecznie, siedząc w aucie i obserwując tego łosia, który miał gdzieś gapiących się turystów.
W niektórych świeżych filmach na YouTube poświęconych parkowi Jasper pojawia się dramatyczne pytanie - czy warto tu przyjeżdżać, skoro tyle atrakcyjnych miejsc poszło z dymem? Naszym zdaniem zdecydowanie tak. Raz, że nie cały park spłonął i wiele miejsc było nietkniętych przez ogień. Dwa, że zobaczenie na własne oczy spalonych miejsc i już odradzającego się życia także jest bardzo ciekawe.
Icefield Parkway
Jedną z największych atrakcji w parkach Jasper i Banff jest... przejazd drogą pomiędzy miasteczkami Jasper i Banff. Droga ta (bez ostatniego odcinka przed Banff) nazywana jest często Icefields Parkway i uważana jest za jedną z najpiękniejszych dróg na świecie. Czy słusznie?
Często można spotkać opinie, że jeden dzień to za mało, by nacieszyć oczy widokami na tej liczącej 230 km drodze. Pierwsze kilometry za Jasper nie są aż tak spektakularne, także z powodu spalonych lasów, ale wkrótce faktycznie widoki zaczęły oszałamiać. Cała droga prowadzi doliną pomiędzy grzbietami górskimi, które - jak widać na zdjęciu - potrafią przybierać niesamowite formy i kolory. Do tego doliną płynie rzeka Athabasca, która dostarcza dodatkowych wrażeń choćby w postaci wodospadów. Jakby tego było mało, mamy jeszcze lodowce, jeziora o absurdalnie turkusowej barwie wody, a dla chętnych także wybitne szlaki trekkingowe.
Po drodze jest sporo punktów widokowych, a także parkingi przy co lepszych atrakcjach. Nie na wszystkich zatrzymywaliśmy się, ale na tych istotniejszych, jak choćby przy widocznym na zdjęciu wodospadzie Athabasca, jednak robiliśmy stop.
I tu istotna uwaga. Wkrótce po opuszczeniu Jasper straciliśmy zasięg w telefonach i za wyjątkiem krótkiego momentu przy Athabasca Glacier nie odzyskaliśmy go aż do końca Icefields Parkway. Było to znaczące utrudnienie, gdyż nie tylko mogliśmy korzystać z nawigacji w bardzo ograniczonym zakresie, ale też nie mogliśmy na bieżąco sprawdzać, czy najbliższy punkt widokowy warty jest zatrzymania się. Najważniejsze punkty tej trasy mieliśmy wcześniej pozaznaczane, ale jednak zasięg po drodze by się przydał.
Parę słów o samej drodze Icefields Parkway. Decyzję o budowie tej drogi podjęto w 1931 roku, a jednopasmową szosę ukończono w 1940 roku. Budowa przypadła na lata Wielkiego Kryzysu i bezrobocia, stąd zdecydowaną większość prac wykonywano ręcznie, aby dać zatrudnienie większej liczbie ludzi. Szybko wzrastający ruch skłonił władze do zmodernizowania i poszerzenia tej drogi, co nastąpiło w 1961 roku. Obecnie w miesiącach letnich miesięcznie drogą tą przejeżdża ok. 100 tys. pojazdów, przy czym ruch ciężarówek jest tu zakazany.
Istotnym punktem na Icefields Parkway są wodospady Sunwapta z malowniczą wysepką tuż przed wodospadem. W przypadku tego wodospadu mamy wariant dla leniwych i dla nieco ambitniejszych. Dla leniwych jest widoczny na zdjęciu górny wodospad, o wysokości niespełna 20 metrów, położony tuż przy parkingu.
Ci ambitniejsi mogą dotrzeć do dolnego wodospadu, ale to wymaga już półgodzinnego spaceru.
Ci, co nas znają, zapewne wiedzą, który wariant wybraliśmy...
Decyzji nie żałowaliśmy, gdyż idąc wzdłuż rzeki co chwilę mijaliśmy bardzo ładne widoki.
W wielu miejscach chwaliliśmy Kanadę za fantastyczną przyrodę, życzliwych ludzi, dobrą infrastrukturę turystyczną. A czy było coś, co nas w tym kraju irytowało? Otóż tak! Pierwsza rzecz, która nam przeszkadzała, to ceny w sklepach. Nawet nie chodzi o to, że było jakoś szczególnie drogo, wiele rzeczy było w porównywalnych cenach do warunków polskich (bardzo droga była butelkowana woda), ale cena, która widniała przy danym towarze, nie była ceną ostateczną. Przy kasie okazywało się, że doliczany jest kilkuprocentowy podatek i w efekcie trzeba było zapłacić więcej.
Druga sprawa, która także nas nieco irytowała, choć wiedzieliśmy o niej już przed wyjazdem, to kwestia napiwków w restauracjach. Z reguły wyglądało to tak, że dostawaliśmy rachunek, dajmy na to 100 CAD, przychodził kelner z terminalem, a tam były trzy opcje napiwku, z reguły rzędu 18%, 20% i 25%. Czasami te liczby były ciut inne, ale podobne. Niby była też możliwość wybrania swojego napiwku (Custom), ale wedle wielu opinii danie niższego napiwku niż proponowany lub niedanie napiwku bywa uważane za poważne faux pas.
A zaznaczmy przy tym, że jedzenie w restauracjach kanadyjskich już bez tych quasi przymusowych napiwków do tanich nie należy.
Chłopacy zwrócili uwagę na inny mankament. Namówili nas do wizyty w McDonaldzie, żeby spróbować kanadyjskiego shake'a. Kupili waniliowego i był on tak niesamowicie słodki, że nie dali rady go wypić. Spróbowaliśmy i my i faktycznie, nasze kubki smakowe nie wytrzymały takiego stężenia cukru. Potem jeszcze powtórzyliśmy eksperyment z shake'm na Alasce i rezultat był identyczny - nie do wypicia i wylądował w koszu.
I chyba ostatnia rzecz, która nam nie przypasowała - kanadyjskie śniadania. W niektórych hotelach mieliśmy wykupione śniadania. Wszystkie były podobne pod względem składników - jakieś gofry, placki na słodko, tosty, kiepskiej jakości pieczywo, parówki, coś tam z jajek, czasem jakieś płatki i to w zasadzie wszystko. Ani to smaczne, ani dające energię na cały dzień. Jedynie w apartamencie w Hinton, gdzie gospodarz robił nam domowe śniadania, było smacznie.
Kończymy narzekanie i wracamy na Icefields Parkway. Kolejny przystanek zrobiliśmy na samym końcu parku Jasper przy Athabasca Glacier. Jest to najłatwiej dostępny lodowiec w kanadyjskich Górach Skalistach. Można tu podjechać na parking, skąd jest ze 20 minut marszu pod czoło lodowca, można też wykupić wycieczkę na sam lodowiec. Co oznacza ta liczba 1992 na zdjęciu?
Lodowiec Athabasca od 125 lat cofa się. Przez ten czas lodowiec stracił połowę swojej objętości, cofnął się o 1,5 km, a te tabliczki pokazywały zasięg lodowca w danym roku. Obecnie lodowiec Athabasca cofa się w tempie 5 metrów na rok.
Ciągnąc temat lodowca - Athabasca to lodowiec, który przyciąga najwięcej turystów spośród wszystkich lodowców w Ameryce Północnej. Niestety, czasem lodowiec pokazuje swoje groźne oblicze. Jeden z najtragiczniejszych wypadków zdarzył się w 2020 roku, gdy autobus dowożący ludzi na lodowiec przewrócił się na morenie lodowca, w wyniku czego 3 osoby zginęły, a 24 zostały ranne.
Czy to białe na szczycie górskim nie przypomina czasem jaszczurki?
Tymczasem opuściliśmy park narodowy Jasper, a wjechaliśmy do sąsiadującego z nim parku Banff. Tutaj przystanków było chyba jeszcze więcej. Na zdjęciu Mistaya Canyon na rzece o tej samej nazwie. W tym miejscu rzeka wyrzeźbiła wąskie, kręte przejście przez skały, a dramatyzmu całej sytuacji dodawało to, że z wielką mocą rzeka przepływała przez to wąskie gardło. Kolejne bardzo ciekawe miejsce.
Jednak miejscem, które nas tak zauroczyło, że po prostu brakło nam słów, było Peyto Lake. Turkusowy kolor wody, skrzący się w słońcu, w przepięknym otoczeniu wysokich gór i zielonych lasów - wszystko to robiło piorunujące wrażenie, zwłaszcza, że można to miejsce było podziwiać z platformy położonej dość wysoko nad jeziorem.
Warto też zaznaczyć, że zazwyczaj wstęp do parków Jasper i Banff jest płatny. W kilku miejscach na głównych drogach są punkty poboru opłat. Jednak dosłownie kilka dni przed naszym przyjazdem do Kanady Parki Kanadyjskie (urząd zajmujący się parkami narodowymi) ogłosił, że przez dwa letnie miesiące 2025 roku nie będzie pobierał opłat za wstęp do kanadyjskich parków. Fajnie, bo "normalnie" za jednorazowy wstęp do parku musielibyśmy zapłacić ok. 30 CAD.
Bow Lake wygląda na spokojne, piękne miejsce. Ale dwa tygodnie przed naszą wizytą przy pobliskim Bow Falls nastąpiło osuwisko skalne, skutkiem czego dwóch turystów zginęło.
To już ostatnie zdjęcie z Icefields Parkway. Przejazd tą drogą był niesamowitym przeżyciem. Dosłownie za każdym zakrętem czaił się nowy, niesamowity widok. Będąc w tej części Kanady koniecznie trzeba tę trasę przejechać. Niezapomniane wrażenia gwarantowane!
Banff – Parker Ridge, Johnston Canyon, Lake Louis, Lake Morain, Bankhead
W trakcie przejazdu przez Icefields Parkway wielokrotnie zatrzymywaliśmy się na kilka czy kilkanaście minut, by zobaczyć jakiś fantastyczny widok. Ale tuż po wyjechaniu z Jasper i wjechaniu do Banff zatrzymaliśmy się na dłuższy trekking.
Naszym celem było przejście szlaku zwanego Parker Ridge Trail. Początkowo droga prowadziła przez las, cały czas pod górę. Dzięki temu co jakiś czas mieliśmy widoki na dolinę z coraz większej wysokości. W lesie trochę dokuczały nam muszki, ale podejrzewaliśmy, że gdy tylko wyjdziemy ponad pas drzew, problem muszek zniknie. I mieliśmy rację!
Już po godzinie dotarliśmy na grzbiet Parker Ridge, a nagrodą za wysiłek był widok na lodowiec Saskatchewan, który jest odnogą pola lodowego Columbia oraz na kilka okolicznych szczytów, w tym Big Bend Peak, o wysokości 2804 m n.p.m.
Super fajne w tej wędrówce było to, że to wcale jeszcze nie był koniec! Można było pójść dalej grzbietem, dzięki czemu co chwilę mogliśmy oglądać lodowiec i szczyty z innej perspektywy. Jedyne, co odrobinę przeszkadzało, to silny wiatr, który hulał po tej okolicy.
Parker Ridge Trail bywa określany jako najlepszy krótki szlak w parku narodowym Banff. Za mało widzieliśmy, by wydawać takie kategoryczne osądy, ale nam ten szlak niesamowicie się podobał. Stosunek wysiłku to widoków jest tu naprawdę fantastyczny. Szlak jest niezbyt długi, stosunkowo łatwy, a widoki na górze porywają.
Jak wyglądał Parker Ridge Trail w liczbach? Długość 5,5 km, przy czym jeśli ktoś chciałby jedynie wejść na górę, bez spaceru po grzbiecie, byłyby to tylko 4 km. Przewyższenie wyniosło 280 metrów, a cały szlak z wieloma przystankami na podziwianie krajobrazów zajął nam 2 godziny i 15 minut. Bardzo polecamy!
W parku Banff logistyka jest jeszcze ważniejsza niż w innych kanadyjskich parkach. Jest tu sporo ograniczeń w parkowaniu i dojazdach aut do niektórych atrakcji. Polecane są dwa sposoby na dojazdy do tych limitowanych atrakcji, czyli jezior Louise i Moraine. Pierwszy to korzystanie z Shuttle Bus (zaleta to stosunkowo niska cena biletu, wada to niekoniecznie pasujące godziny kursów i brak gwarancji miejsca), Drugi to wykupienie przewozu autobusem w firmie prywatnej (zaleta to gwarancja miejsca, względne dopasowanie godzin do potrzeb klienta, wada to wysoka cena).
My w Banff mieliśmy spędzić tylko dwa pełne dni, więc stwierdziliśmy, że zależy nam na sprawnym przemieszczaniu się i zdecydowaliśmy się na opcję nr 2. Poprzez getyourguide kupiliśmy przejazd z Banff do jezior Louise i Moraine oraz do innego popularnego miejsca w parku - kanionu Johnston. I to właśnie od kanionu zaczęła się nasza wycieczka.
W kanionie jest kilka opcji trekkingowych. Najkrótsza to przejście do Lower Falls i z powrotem (2,4 km), średnia do pójście dalej do Upper Falls (5 km), a najdłuższa to dojście do tzw. Ink Pots, gdzie są stawy z niebieską i zieloną wodą (11,5 km). Z racji ograniczeń czasowych wybraliśmy opcję z Upper Falls. I choć Johnston Canyon określany jest jako miejsce ikoniczne i must see, to na nas nie zrobił oszałamiającego wrażenia. Owszem, ładny, ale raz, że podobnych kanionów już kilka w życiu widzieliśmy, dwa że w samym parku Banff poprzedniego dnia widzieliśmy miejsca, które wzbudziły o wiele większą ekscytację, a, trzy, że pogoda tego dnia nie była tak ładna i pewnie to też miało jakiś wpływ na nasze postrzeganie tego miejsca. Trekking zajął nam 1 godzinę i 30 minut, przewyższenie wyniosło 170 metrów.
Drugim przystankiem w wycieczce było Lake Louise, prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalne miejsce w parku narodowym Banff. Mieliśmy tam ponad dwie godziny do odjazdu autobusu i wykorzystaliśmy je na dwa krótkie spacery. Najpierw poszliśmy na Fairview Lookout, platformę widokową na jezioro i kultowy hotel. Przy samej platformie, niespeszony bliskim towarzystwem turystów, spał sobie świstak siwy. Jest to gryzoń z rodziny wiewiórkowatych, ale samce potrafią mieć pokaźne rozmiary i osiągać wagę do 15 kg.
A to już widok na Lake Louise i neoklasycystyczny hotel Fairmont Chateau, zbudowany w 1893 roku i odbudowany po pożarze w 1923 roku. Raczej nie trzeba dodawać, że to prestiżowa i bardzo droga miejscówka. W wakacje dwa dwuosobowe pokoje, bez śniadania, to koszt ponad 6 tys. zł za dobę. Ze śniadaniem już 6,5 tys. zł.
Właśnie taki kadr jest najbardziej popularny przy Lake Louise. Oczywiście robotę robią tu kolor wody i okoliczne góry, natomiast tego dnia pełnego efektu, niestety, nie było z racji braku słońca i sporego zachmurzenia. Chwilami nawet coś tam kapało z nieba. A samo jezioro położone jest na imponującej wysokości 2637 m n.p.m.
Pierwszy spacer wymagał nieco wysiłku, bo trzeba się było wspiąć w górę, natomiast drugi był już super łatwy, wzdłuż jeziora. Łącznie oba spacery oznaczały pokonanie 6 km, z przewyższeniem 250 metrów i zajęło nam to ponad 2 godziny.
Rozważaliśmy wzięcie łódki na godzinę, ale zgodnie z oczekiwaniami ceny były zaporowe (165 CAD plus podatek za canoe trzyosobowe, czyli prawie 500 zł z godzinę). Samo jezioro było bardzo efektowne, natomiast trzeba być przygotowanym na tłumy ludzi, zwłaszcza na tym widokowym miejscu przed hotelem Fairmont.
Przed nami już trzeci przystanek w naszej wycieczce, Lake Moraine. Jest to niewielkie jezioro, o powierzchni 0,5 km2, zasilane przez wody z lodowców. O jego popularności i unikalności przesądzają dwa elementy - turkusowy kolor wody oraz niesamowite sąsiedztwo szczytów górskich. Nie przez przypadek dolina, w której położone jest to jezioro, nosi nazwę Valley of the Ten Peaks. Także i tu, podobnie jak przy Lake Louise, można wdrapać się na punkt widokowy. Wysokość nieco niższa niż w przypadku poprzedniego jeziora, ale i tak jest to 1885 m n.p.m.
Wizerunek Lake Moraine był bardzo często wykorzystywany jako tapeta. m.in. w reklamach systemu Android, telefonach Blackberry oraz systemy Windows 7. Tutaj ludzi było o wiele mniej niż przy Lake Louise i można było spokojnie pokontemplować piękne okoliczności przyrody. Na tym zakończyła się nasza wycieczka. Organizacja była bez zarzutu, plan wycieczki też chyba optymalny, choć mimo wszystko cena 1360 zł za 4-osobową rodzinę w naszym odczuciu jest za wysoka.
Choć pogoda nadal była niepewna, chcieliśmy jeszcze tego dnia zwiedzić ghost town, czyli porzucone miasto. W Bankhead na początku XX wieku funkcjonowała kopalnia węgla, wokół której powstało niewielkie miasteczko. Węgiel wydobywano na potrzeby kolei. Bankhead szybko się rozwijało, w 1911 roku liczyło 694 mieszkańców, a na początku lat 20. nawet ok. 1000. Jak na ówczesne czasy, było to nowoczesne miasto, z własną elektrownią i kilkoma innymi zdobyczami cywilizacji, które niekoniecznie były dostępne w innych okolicznych miejscowościach.
Ale jak szybko Bankhead powstało, tak też szybko umarło. W 1922 roku górnicy zorganizowali strajk, a już dwa miesiące później właściciele ogłosili zamknięcie kopalni, co oznaczało wyrok dla miasteczka. Jako powód zamknięcia nieoficjalnie wskazywano straty, jakie generowała kopalnia. Większość budynków została rozebrana i przeniesiona do Canmore i Banff. Do dziś przetrwały fundamenty kilku budynków i jeden budynek w całości, w którym urządzono wystawę. Ale w wielu miejscach postawiono tabliczki, szczegółowo opisujące, co w danym miejscu się znajdowało.
W okolicy na początku XX wieku zbudowano jeszcze drugą kopalnię węgla, o nazwie Anthracite, ale była ona jeszcze bardziej pechowa. Wkrótce po zbudowaniu została ona zalana przez wody podziemne i podjęto decyzję o jej porzuceniu.
Zajrzeliśmy jeszcze nad Two Jacks Lake, ale na koniec wspomnijmy o noclegach w parku Banff. Możliwości są w zasadzie dwie - albo Banff albo Canmore, chyba że ktoś się zdecyduje na nocleg poza parkiem w okolicach Calgary, ale wtedy dojazdy będą zabierać sporo czasu. Banff jest nieco bliżej większości atrakcyjnych miejsc, ale jest droższe, bardziej skomercjalizowane i zatłoczone. Canmore jest bardziej kameralne i trochę tańsze. Gdy nasz gospodarz w Hinton dowiedział się, że wybraliśmy na bazę Canmore, stwierdził, że to znakomity wybór i to miejsce jest o wiele przyjemniejsze od Banff. Jako że w Banff byliśmy tylko przejazdem, to trudno na te dwa miasteczka porównać, natomiast Canmore bardzo nam się podobało.
Yoho
Prognozy pogody na nasz ostatni dzień w Banff były fatalne - cały dzień miało lać. Oczywiście są tacy, którzy twierdzą, że nie ma złej pogody, tylko złe ubrania, ale aktywne zwiedzanie przy nisko zawieszonych chmurach i deszczu przyjemnością nie jest. Ale był promyczek nadziei - w sąsiednim parku narodowym Yoho pogoda miała się zdecydowanie poprawić od wczesnego popołudnia. Zatem szybki rekonesans, co tam ciekawego jest w Yoho i w drogę.
Yoho jest jednym z czterech parków narodowych w kanadyjskich Górach Skalistych (obok Jasper, Banff i Kootenay) i to tym najmniejszym. Liczy tylko 1313 km2. Yoho został ustanowiony parkiem narodowym już w 1886 roku, jako drugi park narodowy w Kanadzie (pierwszy był Banff). Najwyższe szczyty w Yoho sięgają 3500 metrów, a sam park jest położony po zachodniej stronie Gór Skalistych, przez co panuje tu bardziej wilgotny klimat niż choćby w Banff. Pierwszym naszym celem było Emerald Lake.
Dość zabawna historia wiąże się z nazwą tego jeziora. Pierwszym nie-Indianinem, który dotarł do tego jeziora, był kanadyjski przewodnik Tom Wilson w 1882 roku. Gdy tylko zobaczył jezioro, nazwał je Emerald Lake. Nie było to jednak pierwsze jezioro, które Wilson ochrzcił tym mianem. Wcześniej nazwał tak inne jezioro, które dziś znamy jako Lake Louise. Emerald Lake w Yoho zostało Emerald do dziś. Barwa tego jeziora różni się od barwy Lake Louise czy Peyto - tam jest bardziej błękitna, a tu wpada w zieleń. Barwy te zależą od składu minerałów, które wraz z topniejącą wodą z lodowców przedostają się do jezior.
Kilka razy w Kanadzie czailiśmy się na wynajem kajaka lub łódki, ale ceny były bardzo zniechęcające. W Emerald Lake nadal było drogo, ale najtaniej - 100 CAD za 3-osobową łódkę za godzinę. Jak widać na powierzchni jeziora, towarzyszył nam niewielki deszczyk, ale pomimo tego ta krótka wyprawa była fajnym przeżyciem. A dodatkową atrakcją stanowił helikopter, który transportował jakieś elementy do budowy pomostu przy jeziorze. Pod względem widokowym Lake Emerald było fantastyczne.
Natural Bridge to naturalna formacja skalna w przebiegu rzeki Kicking Horse River. Fajnie było zaobserwować, jak dość szeroka rzeka musi nagle przecisnąć się przez bardzo wąski przesmyk skalny. Nie pierwszy już raz rzeka w Kanadzie miała mleczno-szary kolor.
Takakkaw Falls w języku Indian Cree oznacza wspaniały. Zmierzono mu wysokość 373 metry, przy czym jest to wysokość całego wodospadu, natomiast główna kaskada liczy 254 metry. Ta ostatnia wartość sytuuje ten wodospad w ścisłej czołówce kanadyjskich wodospadów. Można podejść na tyle blisko wodospadu, że czuć kropelki wody, które rozbiły się parę chwil wcześniej o skały. Akurat późną wiosną i wczesnym latem przez ten wodospad przepływa najwięcej wody (jest on zasilany z lodowca Daly), więc dobrze trafiliśmy, aby go podziwiać w pełnej krasie.
Tym razem prognozy pogody w pełni się potwierdziły. Z każdym kwadransem niebo przejaśniało się i ostatecznie stwierdziliśmy, że bardzo dobrze się stało, że w Banff padało, bo tylko dzięki temu pojechaliśmy do Yoho i zwiedziliśmy kilka fantastycznych miejsc. A w Banff wszystkie najciekawsze atrakcje widzieliśmy już w poprzednich dwóch dniach. Na zdjęciu monumentalna góra Wapta Mouintain, o wysokości 2778 m n.p.m., po raz pierwszy zdobyta już w 1901 roku.
Bardzo ciekawe miejsce, w którym łączą się rzeki Yoho (ta na dole zdjęcia) i Kicking Horse (ta z góry). Obie rzeki mają diametralnie różnie kolory. Z naszego miejsca nie było tego idealnie widać, lepszy pewnie byłby widok z drona, ale i tak daje to wyobrażenie, co tu się dzieje. To był koniec naszej wyprawy w Góry Skaliste i koniec naszej wyprawy w Kanadzie. Tutaj podsumujemy to krótko - petarda, absolutnie fantastyczne miejsce pod względem przyrodniczym. Jeśli ktoś rozważa wyjazd do Kanady, to Kolumbia Brytyjska i parki narodowe w Albercie na pewno go nie rozczarują.
Podsumowanie
To były fantastyczne dwa tygodnie. Kanada BARDZO nam się podobała. Począwszy od nowoczesnego i dynamicznego Vancouver, przez poznawanie okolic Whistler, park Wells Grey aż po parki w Górach Skalistych – Jasper, Banff i Yoho, każde z tych miejsc było ciekawe i warte zwiedzenia. Gdybyśmy mieli tydzień więcej, to też bez problemu byśmy go zagospodarowali. Przed nami były jednak kolejne przygody, na Alasce!
Dodaj komentarz