Decyzję o wyjeździe na przełomie października i listopada do Jordanii podjęliśmy dość spontanicznie. Chcieliśmy poznać coś nowego, a przy okazji skorzystać z tego, że ten okres jest optymalny do zwiedzania krajów Bliskiego Wschodu. Jordania oferowała ciekawe miejsca do zwiedzania, nieźle rozwiniętą infrastrukturę turystyczną, bezpieczeństwo i przyjaźnie nastawionych ludzi. Wybuch konfliktu izraelsko-palestyńskiego na początku października nieco zburzył nasz spokój odnośnie bezpieczeństwa, ale koniec końców nie miało to wpływu na naszą podróż.
Jordania w 7 dni
Być może komuś przyda się plan naszego tygodniowego wyjazdu. Poniżej rozpiska, dzień po dniu, co zwiedzaliśmy w Jordanii:
dzień 1. – po przylocie bardzo późnym wieczorem nocleg w Madabie (tego dnia nie liczymy), od rana zwiedzanie Madaby, Jerashu, przejazd nad Morze Martwe i kąpiel w przy zachodzie słońca – nocleg w Elite Apartment Dead Sea Samara Resort
dzień 2. – kąpiel w Morzu Martwym, Salt Beach, trekking w Wadi Numeira, zamek Shobak (Montreal) – nocleg w At-Taybeh
dzień 3. – trekking w Wadi Ghuweir, Mała Petra – nocleg w At-Taybeh
dzień 4. – Petra, przejazd na Wadi Rum – nocleg na pustyni
dzień 5. – trekking na szczyt Jabal umm Ad Dami, całodzienna wycieczka po Wadi Rum – nocleg na pustyni
dzień 6. – przejazd do Ammanu, zwiedzanie As-Salt i wieczorne zwiedzanie Ammanu – nocleg w Ammanie
dzień 7. – Amman i wieczorem wylot do Polski
Miejsca, które trzeba odwiedzić
Które z tych miejsc uważamy za absolutne „must see”? Na pewno Petra i Wadi Rum, dodalibyśmy do tego rzymskie miasto w Jerash, wizytę nad Morzem Martwym, kanion Wadi Ghuweir i mozaiki w Madabie.
Tam nie dotarliśmy
Kilka miejsc, prawdopodobnie wartych odwiedzenia przy nieco dłuższym pobycie w Jordanii, świadomie odpuściliśmy. Czasem ze względu na brak czasu, czasem wybieraliśmy, naszym zdaniem, ciekawsze alternatywy, raz też musieliśmy zrezygnować z trekkingu z uwagi na minimalny wiek wejścia wynoszący 18 lat. Co zatem pominęliśmy:
Akaba – fanami snorkelingu nie jesteśmy, plaże i kąpiele znacznie ciekawsze są w Morzu Martwym, a samo miasto nie zachwyca
zamek Karak – po zwiedzeniu zamku Shobak uznaliśmy, że wystarczy nam już ruin zamków
Wadi Mujib – najbardziej ekstremalny wąwóz w Jordanii, niestety powyżej 18 lat
Szlaki trekkingowe w Rezerwacie Biosfery Dana – mieliśmy rozeznane kilka szlaków, np. Dana Trail, Rumana Trail, ale wybraliśmy jeden, naszym zdaniem najbardziej atrakcyjny – Wadi Ghuweir
Umm ar-Rasas – ruiny bizantyjskiego miasta – to jednak dwie półki niżej od Jerash
związane z historiami biblijnymi góra Nebo oraz miejsce domniemanego chrztu Jezusa – zamiast tego wybraliśmy kąpiel przy zachodzącym słońcu w Morzu Martwym.
Wideopocztówka z Jordanii
Fotorelacja z Jordanii
Zapraszamy zatem do relacji zdjęciowej z komentarzami!
Madaba
Naszą jordańską przygodę rozpoczęliśmy od miasta Madaba. W Polsce pewnie każdy słyszał o Ammanie czy Petrze, a Madaba jest znacznie mniej znana. Jednak miasto to ma bardzo długą historię, sięgającą ponad 2000 lat wstecz, a także jedną rzecz, którą wyróżnia się spośród wielu innych miast. Są to mozaiki.
Mozaiki w Madabie są absolutnie unikatowe i niezwykłe. Po pierwsze, są bardzo stare - najsłynniejsze powstały w VI wieku naszej ery. Po drugie, zachowało się ich całkiem sporo. Po trzecie, zachowały się w zadziwiająco dobrym stanie. Bez wątpienia okolicznością bardzo sprzyjającą przetrwaniu mozaik było... niszczycielskie trzęsienie ziemi z 746 roku. Zrujnowane miasto zostało opuszczone na ponad tysiąc lat i dopiero pod koniec XIX wieku na gruzach starożytnego miasta zaczęła powstawać nowoczesna Madaba. Dziś miasto liczy prawie 100 tys. mieszkańców.
Nim jednak obejrzeliśmy słynne mozaiki, pokręciliśmy się nieco po tętniących życiem uliczkach Madaby. Ze sporą ulgą odnotowaliśmy fakt, że większość sprzedawców coś tam potrafiła po angielsku, a do tego wszyscy bez wyjątku byli bardzo życzliwie nastawieni do turystów. Jak się później okazało, te uwagi można rozciągnąć na całą Jordanię.
Przed nami kościół św. Jerzego, w którym przechowywany jest największy skarb Madaby. Warto w tym miejscu nadmienić, że choć Jordania jest w zdecydowanej większości krajem muzułmańskim, to widok kościoła chrześcijańskiego wcale nie jest czymś rzadkim. Chrześcijan w Jordanii jest ok. 3% i od dekad cieszą się oni swobodą wyznania. Ciekawe, że większość jordańskich chrześcijan to Arabowie - bycie Arabem wcale nie oznacza bycia muzułmaninem i odwrotnie.
Kościół św. Jerzego dla miejscowych chrześcijan zaczęto budować pod koniec XIX wieku. W trakcie prac budowlanych, w 1884 roku przypadkiem odkryto zdumiewającą mozaikę. Była to bowiem mapa, złożona z wielu tysięcy małych różnokolorowych kamyków. Dokładne badanie mozaiki wykazało, że musiała ona powstać między 542 a 570 rokiem n.e. Skąd ta pewność? Na mapie są zaznaczone budowle, które powstały w 542 roku, natomiast nie ma zaznaczonych budowli jerozolimskich, które zbudowano w 570 roku.
Odkryty fragment mozaiki ma 25 metrów kwadratowych, szacuje się, że to jedna czwarta całości. Reszta niestety nie zachowała się. Na mapie jest fragment ówcześnie znanego świata, od Libanu przez Ziemię Świętą, Jordanię, Synaj, aż do delty Nilu. Na mapie zaznaczono 156 nazw miejscowości i miejsc, niektóre z nich poznano dzięki tej mapie! Uważa się, że do czasów nowożytnych nikt nie stworzył lepszej, bardziej dokładnej mapy tej części świata.
Na zdjęciu widnieje flaga Jordanii, której warto poświęcić dwa słowa. Jest to symbol często spotykany w Jordanii - bywa wywieszany w domach, w atrakcjach turystycznych, na gigantycznych masztach, po prostu wszędzie. Cztery barwy widoczne na fladze symbolizują ruch panarabski i można je odnaleźć na flagach krajów sąsiednich - Iraku, Syrii czy Egiptu. Siedmioramienna gwiazda nawiązuje do siedmiu wersetów sury otwierającej Koran.
Kolejne nasze kroki skierowaliśmy ku kościołowi pw. ścięcia św. Jana Chrzciciela. Został on zbudowany na początku XX wieku, ale w jego podziemiach i budynkach przykościelnych można obejrzeć przepiękne mozaiki sprzed setek lat.
Sam kościół ma ciekawą architekturę, jest taką oazą spokoju w gwarnej Madabie.
Dodatkową atrakcją jest możliwość wejścia na kościelną wieżę. Trzeba było się przeciskać i mocno uważać na głowę 🙂.
Nagrodą była taka panorama Madaby. Budynek ze złotą kopułą i dwoma minaretami to meczet króla Husajna, nie mogło też zabraknąć flagi Jordanii. Król Husajn I jest postacią niezwykle ważną dla Jordanii. Panował 46 lat (w latach 1952-99). Zdarzały mu się poważne błędy - choćby udział w ataku na Izrael w 1967 roku, co zakończyło się utratą Zachodniego Brzegu na rzecz Izraela, czy też poparcie Saddama Husajna po jego agresji na Kuwejt. Król Husajn I umocnił jednak państwowość jordańską, doprowadził do pokoju z Izraelem i sprawił, że dziś Jordania uznawana jest za jeden ze stabilniejszych krajów w regionie.
Oglądając mozaiki z podziemi kościoła pw. ścięcia św. Jana Chrzciciela przez chwilę kontynuujmy jeszcze wątek królewski. Następcą Husajna I w 1999 roku został jego najstarszy syn Abd Allah II lub też Abdullah II wedle innego nazewnictwa. Kształcenie odebrał w USA i Wielkiej Brytanii, a jedną z jego zasług jest otwarcie kraju na turystykę.
Ciekawostka - wiele postaci ludzkich i zwierzęcych na mozaikach w Madabie ma zamazane głowy, choć akurat widoczna na zdjęciu mozaika nie ma tej cechy. Mozaiki powstawały w okresie bizantyjskim, a od VII wieku na tych ziemiach rozpowszechnił się islam, który zakazuje przedstawiania istot żywych. Stąd też gorliwi wyznawcy nowej religii "dostosowywali" istniejące już mozaiki do nakazów religijnych.
Odwiedziliśmy też kościół św. Apostołów, choć z tego miejsca akurat zdjęcia nie publikujemy. Pani bileterka z wielką chęcią nas oprowadziła, trochę opowiedziała o ruinach starożytnego domu, który sąsiaduje z kościołem, a na koniec uprzejmie acz stanowczo domagała się zapłaty za to oprowadzenie. Tego typu sytuacja zdarzyła nam się w Jordanii po raz pierwszy, ale nie ostatni. Dlatego zawsze warto mieć przy sobie kilka zielonych jednodinarowych banknotów na tego typu sytuacje.
Ostatnim punktem zwiedzania Madaby było Muzeum Archeologiczne. Zgromadzono tutaj wiele różnych mozaik. Niektóre w lepszym stanie, niektóre w nieco gorszym.
To największa mozaika w muzeum. Pochodzi ona z Kościoła Najświętszej Marii Panny z VI wieku, a sama mozaika jest datowana na 767 rok. Ma ona średnicę blisko 10 metrów.
W Muzeum jest też najstarsza zachowana mozaika na terenie całej Jordanii - z I wieku p.n.e.
Po raz pierwszy w Madabie, ale potem wiele razy w innych odwiedzanych przez turystów miejscach spotykaliśmy policjantów mających plakietki "Tourist police". W sumie do końca nie wiemy, czy ich zadaniem jest bardziej pilnowanie turystów czy też sprawianie, by czuli się oni bezpiecznie.
A to jest, niestety, ciemniejsza strona Jordanii. Śmieci, w postaci papierów, folii, butelek są niemal wszędzie. W okolicach zabudowań, na polach, wzdłuż dróg, a także w niektórych atrakcjach turystycznych. Zdarzały się nawet sytuacje, gdy jechaliśmy za jakimś autem, a tam z okna leciały prosto na ulicę jakieś butelki i inne odpadki. Te wszechobecne śmieci bardzo, ale to bardzo psują obraz Jordanii.
To bardzo charakterystyczny obrazek dla Jordanii. Wzdłuż dróg bardzo często natrafialiśmy na stoiska, najczęściej z warzywami i owocami.
Przy głównych ulicach, a nawet tamtejszych autostradach w pobliżu miast, co chwilę sprzedawcy byli rozstawieni nawet nie na poboczu, a wprost na ulicy. Potrzebujesz warzyw? Po prostu się zatrzymujesz i kupujesz!
Jerash
Po zwiedzeniu Madaby skierowaliśmy się na północ, do miasta Jerash. Czasami nazwa ta jest spolszczana na Dżarasz, ale będziemy używali nazwy jordańskiej. Dziś jest to średniej wielkości, 50-tysięczne miasto, które samo w sobie nie jest specjalnie ciekawe, ale...
... to właśnie w Jerash zachowały się ruiny miasta z czasów rzymskich. Ale to nie jest tylko jedno z pewnie kilkudziesięciu podobnych ruin, zachowanych w basenie Morza Śródziemnego. Jerash uważany jest za najlepiej zachowane miasto całego imperium rzymskiego! Może to nieco zaskakiwać - w końcu tereny dzisiejszej Jordanii są mocno oddalone od centrum imperium, w dodatku panowanie rzymskie było tu krótsze niż w wielu innych rejonach Europy czy Azji. A do tego ziem tych nie omijały barbarzyńskie wręcz najazdy Mongołów. Jak zatem starożytny Jerash przetrwał do czasów nowożytnych?
Podobnie jak w przypadku Madaby, "pomogło" w tym wielkie trzęsienie ziemi z 749 roku. Miasto zostało bardzo poważnie uszkodzone i w efekcie opuszczone, a wkrótce zupełnie zapomniane. Na nowo odkryto je dopiero w 1806 roku. Na zdjęciu widok z głównej ulicy miasta na Forum Owalne (tam, gdzie stoi grupka ludzi) oraz na świątynię Zeusa powyżej.
Na chwilę zostawimy Jerash, by przyjrzeć się tej arabskiej rodzinie. Jak ubierają się ludzie w Jordanii? Odpowiedź brzmi - bardzo różnie. Zwłaszcza w przypadku kobiet zróżnicowanie jest ogromne. Od czarnych strojów zakrywających całą postać, z twarzą włącznie, jedynie z wąską szparą na oczy, poprzez stroje widoczne na zdjęciu, po ubiór bardziej europejski, ale z bardzo powszechną chustą na włosy (i to chyba jest najbardziej popularny strój), i wreszcie w dużych miastach zdarzał się ubiór typowo europejski. Co ciekawe, królowa Rania preferuje ten ostatni styl, a jej nowoczesność przejawia się w prowadzeniu konta na Instagramie, na Twitterze, publikowaniu filmików o roli kobiet na YouTube.
Wracając do Jerash - miasto to powstało prawdopodobnie w III lub II wieku p.n.e, a Rzymianie zdobyli je w 63 roku p.n.e. za sprawą Ptolomeusza. Rozkwit Jerash nastąpił po ugruntowaniu władzy rzymskiej, w II wieku n.e. za cesarza Trajana. O świetności tego miasta świadczyć może choćby to zdjęcie - widok na główną ulicę miasta, po bokach której zbudowano gigantyczne kolumny, ciągnące się na kilkaset metrów. Każda z nich misternie zdobiona. Trudno sobie wyobrazić, ile pracy wymagało wzniesienie tych budowli.
Ciągnąc dalej historię Jerash, w 614 roku miasto zostało podbite przez rządzących terenami dzisiejszego Iranem Sasanidów, ale był to ostatni podryg tej dynastii, bo nadchodziła już nowa potęga - Arabowie. To oni wkrótce pobili Sasanidów i w 636 roku zajęli Jerash. Akurat tym miastem zbyt długo nie nacieszyli się, bo nieco ponad sto lat później nadeszło niszczycielskie trzęsienie ziemi i o niegdyś wspaniałym mieście wkrótce zapomniano.
W Jerashu spotkaliśmy kilka stoisk z różnego rodzaju pamiątkami czy napojami. Tutaj absolutnie to nie przeszkadzało i nie rzucało się w oczy. Mimo, że Jerash jest uważane za jedną z głównych atrakcji turystycznych Jordanii, to teren wykopalisk jest na tyle duży, że można niemal w samotności podziwiać kunszt starożytnych budowniczych.
Wróćmy jednak do historii Jerash. W 1120 roku na chwilkę starożytne miasto miało szansę ożyć. Emir Damaszku wykorzystał najwyżej położone ruiny miasta do budowy fortu. Miało to stanowić miejsce oporu przed wyprawami krzyżowymi. Na wiele się to nie zdało, rok później krzyżowcy całkowicie zniszczyli fort, a następnie porzucili to miejsce, które na kolejne setki lat popadło w zapomnienie.
Jak można wywnioskować ze zdjęć, zdecydowana większość budowli została w mniejszym lub większym stopniu zniszczona. Niemniej, do naszych czasów uchowało się na tyle dużo, by po pierwsze mieć wyobrażenie, jak wyglądało to miasto 2000 lat temu, a po drugie zachowane detale, jak choćby te na zdjęciu, dają pojęcie o dawnej świetności Jerash.
Warto też dodać, że to, co odsłonięto, to nie jest całe starożytne miasto. Pod dzisiejszym miastem, pod domami i ulicami, znajduje się część miasta z czasów rzymskich.
Co zatem możemy podziwiać w tym imponującym kompleksie? Mamy dwie świątynie - Zeusa i Artemidy, główną ulicę miasta z imponującymi kolumnami, dwa teatry, hipodrom, dwa kompleksy łaźni, Owalne Forum z kolumnami dokoła, bramy do miasta, nimfeum (rodzaj publicznej fontanny), mury miejskie i sporo innych, pomniejszych budowli.
Kompleks w Jerash uważany jest za drugą najważniejszą, po Petrze, atrakcję turystyczną Jordanii. Przy czym, oceniając po liczbie zwiedzających, pomiędzy Petrą a Jerash jest jednak przepaść.
Samo miasto Jerash korzysta z dogodnego położenia (blisko do trzech największych miast Jordanii - Ammanu, Irbid i Zarqa), stało się ważnym centrum biznesowym i zwłaszcza uniwersyteckim (zlokalizowano tu dwie uczelnie wyższe).
Na koniec zwiedzania Jerash zostawiliśmy sobie bardzo dobrze zachowany teatr. Mieliśmy tu występy artystyczne miejscowych. Co ciekawe, jeden z nich grał na instrumencie, który wyglądem i brzmieniem do złudzenia przypominał szkockie kobzy.
Tu też trafiliśmy na człowieka, który uparł się, by zrobić nam panoramiczne zdjęcie telefonem, a potem... targował się o wysokość napiwku. Niezbyt był zadowolony z 1 dinara (banknot zielony) i dopraszał się banknotu pomarańczowego, czyli 5 dinarów (ok. 30 zł).
Z Jerash żegnamy się widokiem na Owalne Forum, główny plac starożytnego miasta. Spokojne przejście tego całego kompleksu powinno zająć 2-3 godziny. Dla miłośników starożytności będzie to miejsce absolutnie fantastyczne, ale nawet dla kogoś średnio zainteresowanego historią bez wątpienia jest to miejsce warte zwiedzenia. Należy mieć jednak na uwadze, że teren jest całkowicie odsłonięty i w gorący, słoneczny dzień dłuższe zwiedzanie może być nieco wyczerpujące.
Morze Martwe, Wadi Numeira
Kolejnym naszym celem było Morze Martwe. Jeśli komuś się nie spieszy, po drodze z Jerash może zboczyć nad rzekę Jordan, by dotrzeć w miejsce chrztu Jezusa, ale my chcieliśmy zobaczyć zachód słońca nad Morzem Martwym i zdążyć z kąpielą nim się ściemni, zatem miejsce chrztu Jezusa ominęliśmy.
Zachód słońca nas nie zawiódł. Będąc w najgłębszej depresji na kuli ziemskiej, leżąc w niesamowicie ciepłym morzu (tak naprawdę wielkim jeziorze) obserwowaliśmy jak odbijająca się na tafli wody tarcza słoneczna szybko chowała się za wzgórzami na Zachodnim Brzegu, czyli po stronie izraelskiej. Fantastyczne przeżycie!
Kąpiel w Morzu Martwym była absolutnie inna od wszystkiego, co zaznaliśmy w jakimkolwiek morzu/oceanie. Przede wszystkim bez żadnego wysiłku utrzymywaliśmy się na powierzchni. Wysiłku wymagało stanięcie na nogach! Oczywiście wynika to z ekstremalnego zasolenia Morza Martwego, 34%, dziesięciokrotnie większego od zasolenia oceanu. Adam szybko przerobił na własnej skórze, że lepiej, aby woda nie dostała się do oka 🙂. Niemniej kąpiel była bardzo przyjemna, a to za sprawą bardzo ciepłej wody.
Atrakcję kąpieli nad Morzem Martwym stanowi wysmarowanie błotem przed kąpielą. Skorzystaliśmy z tej opcji i było warto, bo po błotnej kąpieli skóra stawała się bardzo miękka i miła w dotyku. Oczywiście po wyjściu z wody należy obowiązkowo wziąć prysznic i zmyć z siebie resztki soli. Stąd też najwygodniejszą opcją na kąpiel w Morzu Martwym jest rezerwacja noclegu w jednym z hoteli, które mają prywatne plaże, prysznice, ręczniki, co znacznie podnosi komfort kąpieli. Niestety, tych hoteli za wiele nie ma i są one w bardzo dobrym standardzie, za czym idą bardzo wysokie ceny. My znaleźliśmy hotel za 140 JOD (ok. 850 zł) za 4-osobowy pokój w Samarah Dead Sea Resort.
Kilka słów o Morzu Martwym. Jest to jezioro słone, o wymiarach 50 km na 15 km i powierzchni 605 km2. Jeszcze sto lat temu powierzchnia akwenu wynosiła 1050 km2. Tendencja jest więc wyraźna i zarówno Izrael, jak i Jordania, które mają dostęp do jeziora, rozważają budowę kanału z Morza Czerwonego, który doprowadziłby więcej wody. Zasolenie Morza Martwego sprawia, że nie ma w nim ani roślin, ani zwierząt.
Morze Martwe jest też najgłębszą depresją na Ziemi. Sięga ona aż 438 m p.p.m. Dla porównania najgłębsza depresja w Polsce na Żuławach Wiślanych ma raptem 2 m p.p.m. Co ciekawe, jeszcze w 1930 roku poziom Morza Martwego był znacznie wyższy, a depresja miała 390 m p.p.m. Ba, jeszcze 17 lat temu depresja liczyła "tylko" 417 m p.p.m. Tempo spadku poziomu wody w Morzu Martwym jest alarmujące. Być może to za sprawą tej właśnie wysokości w okolicach Morza Martwego panowała zupełnie inna pogoda niż w innych regionach Jordanii. Było gorąco, nawet po zachodzie słońca temperatura przekraczała 30 stopni, na dłuższą metę były to warunki dość uciążliwe. A przecież był to przełom października i listopada, gdy jest tu znacznie chłodniej niż latem. Wówczas temperatury często przekraczają 40 stopni.
Zatrzymaliśmy się na Salt Beach, by z bliska przyjrzeć się formacjom solnym. Plaża hotelowa pod tym względem była dość skromna, dlatego poświęciliśmy godzinę, by poznać lepiej te dziwy natury.
Okolice Morza Martwego charakteryzują się bardzo niewielkimi opadami deszczu (od 100 mm w części północnej do ledwie 50 mm rocznie w południowej), a także wielkimi zmianami poziomu wody w krótkich okresach czasu. Szacuje się, że jeszcze kilkadziesiąt tys. lat temu poziom lustra wody był o 250 metrów wyższy niż obecnie! A potem nastąpił radykalny spadek poziomu wody, aż do poziomów znacznie niższych niż dziś. Jedynym istotnym dopływem do Morza Martwego jest rzeka Jordan, do tego dochodzi kilka rzek okresowych (np. rzeka Mujib). Jako że jest to najniższy punkt na Ziemi, nie ma żadnego odpływu z tego akwenu.
Warto też wiedzieć, że wybrzeże Morza Martwego po stronie jordańskiej jest niemal niezamieszkane. W części północnej jest trochę luksusowych hoteli, w części południowej jest kilka zakładów przemysłowych i to wszystko. Żadnych sklepów, stacji benzynowych, osad. Są za to takie efektowne wytwory natury, jak na zdjęciu.
Choć w Morzu Martwym nie ma żywych organizmów, to pełni on istotną rolę gospodarczą. Jadąc wzdłuż akwenu widzieliśmy wielkie fabryki wydobywające z jeziora potaż, chlorek sodu i brom. Ta gałąź przemysłu generuje 4% jordańskiego PKB.
Takie sytuacje zdarzają się w Jordanii i nie są niczym nadzwyczajnym 🙂.
Niezwykle charakterystyczną formacją terenu w Jordanii są wadi. Cóż to takiego? To wąskie doliny wyżłobione przez rzeki. Co ważne, często jest tak, że przez większą część roku te doliny są suche lub też ich dnem ledwie sączy się strumyczek, natomiast po deszczach woda gwałtownie przybiera i staje się wówczas niezwykle niebezpieczną pułapką. Na zdjęciu wejście do Wadi Numeira, którą to dolinę wybraliśmy na trekking.
Za najciekawsze i dostarczające najwięcej adrenaliny wadi w Jordanii uchodzi Wadi Mujib. Oglądaliśmy zdjęcia tej doliny, czytaliśmy relacje i bardzo żałowaliśmy, że nie mogliśmy tam pójść. A to dlatego, że ze względu na miejscami bardzo silny prąd rzeki, którą trzeba przekraczać, wejście jest tylko dla osób dorosłych. Kilka dni później spotkaliśmy turystów, którzy przeszli Wadi Mujib, co jeden z nich okupił kontuzją. Potwierdzili, że zdecydowanie nie jest to atrakcja dla dzieci. Zatem, Wadi Mujib może kiedyś.
Wadi Numeira idealnie nadaje się dla rodzin z dziećmi, nawet tymi niedużymi. Droga jest płaska, łatwa, niekiedy trzeba przeskoczyć na drugą stronę niewielkiej rzeczki.
Do tego Numeira oferuje bardzo efektowne widoki, wysokie ściany, chwilami dość wąskie przejścia. Jedyny mankament stanowiły śmieci. Przy wejściu do doliny było ich mnóstwo, co bardzo psuło wrażenia, potem już znacznie mniej. Niepotrzebne były też jakieś malunki na ścianach, ale one ponoć są regularnie zmywane przez deszcze i wzbierającą rzekę.
Za to dużym, nawet bardzo dużym plusem tego wadi, położonego w bardzo bliskiej odległości od depresji Morza Martwego, była ulga od upału. Przed wejściem do doliny z nieba lał się żar, natomiast w środku wysokie ściany dawały cień i było przyjemnie ciepło.
W pewnym momencie strumyk zrobił się nieco większy i zajął całą szerokość dna doliny. Do tego w niektórych miejscach woda zaczęła sięgać ponad kostki. Nie byliśmy na to przygotowani, ale nie poddaliśmy się. ściągnęliśmy buty i próbowaliśmy iść dalej na boso.
Niestety, po kamienistym podłożu na boso szliśmy wolno i z dużym dyskomfortem. Zrobiliśmy głosowanie i stosunkiem głosów 3:1 zdecydowaliśmy, że wracamy. Trochę żałowaliśmy, że nie wzięliśmy obuwia do zamoczenia, ale wyciągnęliśmy wnioski i do następnej doliny poszliśmy już lepiej przygotowani 🙂.
W Wadi Numeira przeszliśmy 1,5 km w jedną stronę, tyle samo z powrotem, zatem był to nie za długi, bardzo przyjemny (poza fragmentem na boso) spacer, bez żadnych trudności technicznych, za to z bardzo ciekawymi widokami. Do tego jest to miejsce nieoblegane przez turystów. Gdyby jeszcze uprzątnięto śmieci...
Zamek Montreal, Wadi Musa, Wadi Ghuweir
Aby wyjechać z największej depresji na Ziemi, trzeba przejechać przez pasmo górskie ciągnące się przez większą część Jordanii, z północy na południe. Nie są to góry szczególnie wysokie, sięgają mniej więcej 1200 metrów, ale przejazd przez nie jest ciekawy. Są to okolice zupełnie bezludne, ziemia jest jałowa (w całej Jordanii tylko 3% powierzchni nadaje się do celów rolniczych), ruch na drodze znikomy, można mieć poczucie, że jest się tu zupełnie samemu.
W kilku miejscach zorganizowano punkty widokowe z kawiarnią. Kawa nie spełniła naszych oczekiwań (Nescafe z torebki w jednorazowym kubku), za to widoki były świetne.
Jako że do zmierzchu pozostały jeszcze 2 godziny, postanowiliśmy zwiedzić jeden z najważniejszych zamków w Jordanii - zamek Montreal, zwany też Shobak. Popularnością zamek ten ustępuje nieco zamkowi Al-Karak, natomiast ze względów logistycznych postawiliśmy na zwiedzenie właśnie Montreal.
Z zamku mieliśmy widok na takie malowidło na pobliskim płaskowyżu - jak widać 5 lat erozji zrobiło swoje. Zamek Montreal został zbudowany w 1115 roku przez krzyżowców. I w tym miejscu zrobimy mały, ale ważny wtręt historyczny.
Od 1095 roku rycerze z Europy Zachodniej, na wezwanie papieża, organizowali wyprawy krzyżowe. Oficjalnie celem było odbicie z rąk muzułmanów Ziemi Świętej z Jerozolimą na czele. Przez blisko 200 lat zorganizowano 7 głównych wypraw i kilka pomniejszych. Całkowitym sukcesem militarnym zakończyła się tylko pierwsza wyprawa krzyżowa - w jej wyniku na terenach dzisiejszego Izraela, Libanu i części Jordanii utworzono Królestwo Jerozolimskie. Haniebnie, nawet z ówczesnego punktu widzenia, zakończyła się IV wyprawa krzyżowa. W jej trakcie zdobyto i zniszczono chrześcijański Konstantynopol.
Na terenie dzisiejszej Jordanii krzyżowcy zbudowali zamki, m.in. Montreal i Karak i przez kilkadziesiąt lat kontrolowali pobliskie tereny. Ostatni chrześcijański właściciel zamku, Renald de Chatillon prowadził awanturniczą politykę (napadał na karawany, planował militarną ekspansję na wschód), co sprowadziło na niego atak wojsk Saladyna w 1187 roku. Twierdza Montreal broniła się dwa lata, ale ostatecznie została zdobyta przez muzułmanów, a sam Renald został ścięty przez Saladyna jeszcze na początku konfliktu.
Na zdjęciu widzimy ślady muzułmańskiego panowania w zamku Montreal - po krzyżowcach nastali tu mamelucy (muzułmańskie państwo ze stolicą w Kairze) i to oni pozostawili po sobie sporo arabskich inskrypcji. Dziś zamek Montreal jest w znacznej mierze zniszczony, ale jego imponujące mury i doskonałe położenie strategiczne pozwalają na wyobrażenie sobie, jak trudny był do zdobycia.
Same wyprawy krzyżowe, w Europie niemal zapomniane i uważane za prehistorię, są na Bliskim Wschodzie niezwykle ważnym elementem tożsamości arabskiej. Pamięć o tych wyprawach jest wśród Arabów żywa, cały czas istnieje poczucie doznanych krzywd ze strony chrześcijan, a gdy tylko jakiś zewnętrzny wróg zagraża Arabom (czy to Izrael, czy USA, czy ktoś inny), niemal automatycznie bywa on nazywany krzyżowcami.
Pod wieczór zajechaliśmy do miasteczka Wadi Musa, czyli w tłumaczeniu doliny Mojżesza. Wedle legendy Mojżesz przechodził tędy i uderzył laska w skałę, z której trysnęło źródło wody dla jego ludzi. Na zdjęciu jeden z bardziej efektownych meczetów w mieście. Bardzo charakterystyczne jest podświetlenie w kolorze zielonym. Gdy się ściemniło, zielone światło z minaretów wskazywało, gdzie są zlokalizowane meczety.
Na kolację zatrzymaliśmy się w restauracji Beit Al-Barakah. O ile dania główne nie do końca nam podeszły, to widoczne na zdjęciu przystawki były fenomenalne! Na zdjęciu widzimy dwa rodzaje hummusu, sałatkę beduińską, sałatkę tahini i coś tam jeszcze. I przy tej okazji nadmienimy, że jedzenie w Jordanii jest bardzo, bardzo dobre. Bywało, że najedliśmy się już świetnymi przystawkami i dania głównego nie daliśmy rady skonsumować. Okazało się, że falafele w Jordanii smakują o wiele lepiej niż w Polsce, podobnie bardzo tu popularne hummusy, desery są nieco inne niż u nas, często bardzo słodkie, ale też bardzo smaczne. O ile nasze poprzednie wypady do Szkocji czy Islandii pod względem kulinarnym były niezbyt udane, to Jordania całkowicie spełniła nasze oczekiwania.
Nasz młodszy chłopak, Adaś, jest bardzo wyczulony na punkcie luksusu, prestiżu, liczby gwiazdek w hotelach, itd. W tej kawiarni stracił czujność i nie zauważył, że jego brat rozsiadł się w loży VIP. Gdy po powrocie przeglądaliśmy wspólnie zdjęcia, na widok tej fotki Adaś ze złości aż się zapowietrzył 🙂.
Pewnie z racji ubogich i jałowych gleb hodowle zwierząt nie są zbyt rozpowszechnione. Jeśli już napotykaliśmy jakieś zwierzęta, to przeważnie były to owce, a w okolicach Wadi Rum można też trafić na wielbłądy.
Kolejnym naszym celem była eksploracja Wadi Ghuweir. W trakcie robienia researchu napotkaliśmy kilka opinii, że jest to niezbyt popularny, ale fantastyczny szlak trekkingowy. Być może jedną z przyczyn mniejszej komercjalizacji tej doliny jest jej położenie - leży ona z dala od głównych komunikacyjnych szlaków, w niemal bezludnej okolicy.
Nikt nie wspominał jednak, że dojazd do Wadi Ghuweir będzie tak niesamowicie widowiskowy. Kilka razy nawet zatrzymaliśmy się, by chłonąć widoki.
Wadi Ghuweir leży na terenie rezerwatu Dana. To największy rezerwat w Jordanii, ma powierzchnię 320 km2 i oferuje liczne szlaki trekkingowe po niewysokich górach i dolinach. Co jest mankamentem tej okolicy - niezbyt rozwinięta baza noclegowa. Po dość długich poszukiwaniach wynająłem nocleg w miejscowości Dana, ale nawarstwiające się negatywne komentarze odnośnie tej miejscówki i brak sensownych alternatyw spowodował, że ostatecznie przenocowaliśmy w okolicach Wadi Musa.
Podstawowe informacje o Wadi Ghuweir. Jest to dolina o długości ok. 12 km. Można do niej wejść od strony wioski Al-Mansoura lub od strony Feynan Ecolodge. Dojazd z tej drugiej strony wymaga samochodu terenowego, co rozstrzygnęło, że wystartowaliśmy od strony wioski.
Przejście całej doliny to 12 km w jedną stronę, dlatego raczej nie zakładaliśmy przejścia całości. Naszym celem była oaza z palmami. Od samego początku wędrówka była bardzo atrakcyjna, a to za sprawą ciągle zmieniających się krajobrazów.
Po drodze mijaliśmy przeróżne formacje skalne o niezwykle fantazyjnych strukturach.
Szlaki w wąwozach uwielbiamy nie tylko dlatego, że zwykle jest tam bardzo widowiskowo, uczą pokory i przypominają o potędze natury, ale spacer nimi jest po prostu dużo przyjemniejszy niż na otwartym terenie, gdzie słońce mocno grzeje. A nasza czwórka zgodnie preferuje jednak niższe temperatury.
Widoczne na zdjęciu ułatwienia są nowością w Wadi Ghuweir. Raptem kilka miesięcy temu zainstalowali je Włosi, o czym zaświadcza odpowiednia tabliczka. Trzeba przyznać, że w kilku miejscach w znakomity sposób ułatwiają one pójście dalej. Bez tych ułatwień pewnie też dalibyśmy radę przejść, ale byłoby znacznie trudniej.
Mając w tle piękne ujęcia z Wadi Ghuweir, nakreślimy w kilku słowach historię kształtowania się granic Jordanii, bo działy się w tym temacie rzeczy ciekawe. Gdy w 1946 roku Jordania uzyskała niepodległość od Wielkiej Brytanii, nie miała dostępu do Morza Czerwonego. W efekcie wojny z 1948 roku państwowość uzyskał Izrael, ale Jordania (wówczas pod nazwą Transjordania) choć militarnie poległa, to zajęła obszar Zachodniego Brzegu. Podczas wojny w 1967 roku Zachodni Brzeg został przejęty przez Izrael, a Jordania ostatecznie zrzekła się wszelkich praw do tego obszaru na rzecz Palestyńczyków w 1988 roku.
A co z dostępem do Morza Czerwonego? Jordania uzyskała okno na świat w postaci 19-kilometrowego dostępu do Morza Czerwonego w wyniku umowy o zamianę ziem z Arabią Saudyjską w 1965 roku. W wyniku tej umowy 7 tys. km2 zostało scedowanych przez Jordanię na rzecz Arabii, a 6 tys. km2 przeszło z Arabii na rzecz Jordanii.
Zatem jeszcze 60 lat temu Akaba czy najwyższy szczyt Jordanii Jabal umm ad Dami należały do Arabii Saudyjskiej. Warto też dodać do tego rysu historycznego, że w pierwszych latach po uzyskaniu niepodległości Jordania była pod silnymi wpływami brytyjskimi. Dopiero wojna izraelsko-arabska z 1956 roku te więzy definitywnie zerwała.
Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Nauka wyniesiona z Wadi Numeira nie poszła w las! Tym razem wzięliśmy klapki. Oczywiście nie jest to optymalne obuwie na brodzenie po strumykach, ale w porównaniu z chodzeniem na boso po kamykach było to genialne rozwiązanie 🙂.
Bardzo mocno zwraca się uwagę na zagrożenie tzw. flash floods, powodzi błyskawicznych. Zjawisko to występuje głównie w miesiącach zimowych, po ulewnych deszczach. W tym miejscu na ścianach porośniętych mchem było widać, do jakiego poziomu może sięgnąć woda. My szliśmy bez stresu związanego z flash floods, gdyż w trakcie naszego pobytu w Jordanii spadło może raz kilka kropel deszczu.
Po ponad dwóch godzinach wędrówki dotarliśmy do oazy z palmami! Spotkaliśmy tam grupkę naszych rodaków, która miała dylemat - wracać z powrotem, czy próbować iść dalej. Oni poszli dalej, my po dłuższym odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną.
Podsumowując wycieczkę do Wadi Ghuweir - jest to fantastyczny pomysł na bardzo ciekawy, chwilami ciut wymagający trekking w przepięknej scenerii. W naszej opinii jest to jedno z miejsc "must see" w Jordanii, choć znikoma liczba turystów, jakich spotkaliśmy w dolinie może wskazywać, że jesteśmy w tej opinii odosobnieni 🙂.
Petra
Petra bez wątpienia jest celem nr 1 dla każdego turysty zwiedzającego Jordanię. Na początek kilka informacji organizacyjnych. Wstęp do Petry na 1 dzień kosztuje 50 JOD (ok. 300 zł), można też kupić niewiele droższy bilet na 2 lub 3 dni. Zdecydowana większość turystów zaopatruje się jednak w Jordan Pass, w którego cenie (70 JOD) jest jordańska wiza, wstęp na 1 dzień do Petry i licznych pomniejszych atrakcji. Osobno wiza kosztuje 40 JOD, więc już po wejściu do Petry Jordan Pass zwraca się z nawiązką. Ale poza Petrą właściwą jest też tzw. Mała Petra, bezpłatna i to do niej skierowaliśmy się najpierw.
Mała Petra daje lekki przedsmak tego, co oferuje Petra właściwa. Choć dzień zmierzał ku końcowi, kręciło się po niej całkiem sporo turystów, nie brakowało też stoisk z pamiątkami, kawą czy chustami na głowę.
Są tu też wykute w skale pomieszczenia. Niektóre z nich są na poziomie dna doliny, niektóre są położone nieco wyżej. Do jednego z nich prowadziły tak strome i podniszczone schody, że nie zaryzykowaliśmy karkołomnej wspinaczki.
Wąwóz, którym prowadzi droga po Małej Petrze, nosi nazwę Siq al-Barid. Sama zaś Mała Petra według domysłów archeologów służyła głównie handlarzom na Jedwabnym Szlaku.
To chyba najefektowniejsza budowla w Małej Petrze - Painted House, czyli Malowany Dom. Odnaleziono w nim freski z czasów nabatejskich. Podsumowując Małą Petrę - szlak jest tu stosunkowo krótki, można tu zajrzeć, ale najwyżej na godzinę, może półtorej. Jeśli jednak ktoś ma w planie zwiedzanie Petry, to Mała Petra niekoniecznie jest punktem obowiązkowym.
W samej Petrze i okolicach bardzo popularne są osły. Na przedmieściach Wadi Musa kilka razy trafiliśmy na takie obrazki.
Tuż koło Petry znajduje się miasto Wadi Musa, widoczne na zdjęciu. Trzeba przyznać, że zwłaszcza centrum tej miejscowości prezentuje się na wskroś nowocześnie i mocno różni się od innych jordańskich miasteczek. Nie brakuje tu porządnych restauracji i miejsc noclegowych - można odnieść wrażenie, że to miejsce żyje z turystyki.
Napawając się kolejnym pięknym zachodem słońca, zbieraliśmy już siły na kolejny dzień, który zapowiadał się bardzo ambitnie.
Aby względnie dobrze zwiedzić Petrę, potrzeba całego dnia. Dlatego pobudkę zaplanowaliśmy na 6 rano (choć dla tych z naszej rodziny, którzy mają nieco lżejszy sen, pobudka miała miejsce godzinę wcześniej - wzywania muezina do modlitwy skutecznie wyrwały nas z objęć Morfeusza), dzięki czemu jeszcze przed 8 zameldowaliśmy się przy wejściu do Petry.
Zaopatrzeni w mapki ruszyliśmy podziwiać jeden z siedmiu cudów nowożytnego świata. Czym zatem jest Petra? Jest to miasto wykute w skale, stworzone przez starożytny lud Nabatejczyków. Nabatejczycy przybyli w rejon dzisiejszej południowej Jordanii z półwyspu Arabskiego w VI w. p.n.e., a od III w. p.n.e. na cztery kolejne stulecia stworzyli dobrze prosperujące królestwo.
I to właśnie wówczas, od III w. p.n.e. Nabatejczycy budowali Petrę. Pod względem militarnym lokalizacja Petry była fenomenalna. Do miasta prowadził tylko jeden wąski wąwóz Al-Siq (sama końcówka tego wąwozu na zdjęciu), a dzięki zmyślnemu systemowi irygacyjnemu miasto miało zapewnioną wodę.
Po półgodzinnym marszu doszliśmy do najbardziej znanej budowli w Petrze. To Al-Chazna, czyli Skarbiec Faraona, zbudowany w I-II w. n.e. Przeznaczenie tej imponującej budowli nie jest do końca jasne. Obecnie przeważa pogląd, że jest to grobowiec jednego z nabatejskich władców. Imponujące są rozmiary tej budowli - wysokość 40 metrów, szerokość 25 metrów.
Skarbiec został wykuty w różowym piaskowcu i charakteryzuje się tym, że w zależności od pory dni i kąta, pod jakim pada na niego słońce, przybiera różne odcienie.
Tuż za Skarbcem rozstawili się lokalsi ze swoimi stoiskami z pamiątkami. Takich stoisk w całej Petrze były nie dziesiątki, ale raczej setki. Na nasz gust było ich zdecydowanie za dużo, trochę psuło to odbiór tego miejsca.
Nie brakowało też ofert jazdy na osiołkach lub wielbłądach. Naganiacze przekonywali, że droga przed nami długa i męcząca, a oni dają good price. Nie skorzystaliśmy z ich oferty i bez pośpiechu zmierzaliśmy w kierunku Klasztoru.
Choć droga do Klasztoru faktycznie była długa, to trzeba przyznać, że nie sposób było się nudzić. Co chwilę przechodziliśmy obok coraz to innych budowli. Były "zwykłe" pomieszczenia, były takie bardziej zdobione, był teatr, były też resztki świątyń.
Wracając do historii Petry - na początku II w. n.e. kontrolę nad skalnym miastem przejęli Rzymianie, którzy jeszcze je rozbudowali. W Petrze mieszkało wówczas 30-40 tys. ludzi. W III w. w Petrze nastało chrześcijaństwo, czemu kres położył dopiero podbój arabski w VII w. Warto też zaznaczyć, że miasto było wielokrotnie nawiedzane przez trzęsienia ziemi, a szczególnie dużo szkód poczyniło to z 363 r. n.e.
Na chwilę Petra została przejęta przez krzyżowców, którzy dobudowali tu dwie cytadele. Krzyżowcy zostali jednak wyparci przez Saladyna, a zniszczenia podczas tych walk okazały się gwoździem do trumny dla samej Petry. Miasto zostało opuszczone i przez setki lat o jego istnieniu wiedzieli tylko lokalni Beduini.
Wracając do naszej trasy - po dokładnej analizie mapki stwierdziliśmy, że pójdziemy tzw. Main Trail, który potem przechodzi w Monastery Trail do Klasztoru, ale po drodze zboczymy nieco, by pójść kawałek szlakiem zielonym Al Kubtha Trail. Chcieliśmy zobaczyć tzw. Ścianę Królewską, której fragment widać na zdjęciu. Na wielkiej ścianie skalnej wykuto obok siebie kilka imponujących grobowców.
Po powrocie na Main Trail zobaczyliśmy ruiny Kasr al-Bint, czyli Zamku Córki Faraona. Wedle legendy w tej świątyni uwięziona była córka egipskiego faraona. Sama budowla była zbudowana na planie kwadratu o boku 32 metry, a jej wysokość wynosiła co najmniej 23 metry.
Dla dzieci chwila radości, dla nas kolejny napiwek w wysokości 1 JOD 🙂.
Na mapce mieliśmy zaznaczone miejsce, gdzie rosło ponad 400-letnie drzewko pistacji, nawet było ładne zdjęcie tego drzewka. Ależ się rozczarowaliśmy, gdy doszliśmy do wskazanego miejsca i okazało się, że roślina... uschła.
Wiedzieliśmy, że ostatni kilometr trasy do Klasztoru jest bardzo wymagający. Niektórzy próbowali liczyć schody, które należy pokonać - wedle jednych rachunków było ich ponad 800, a niektórzy upierają się, że nawet 1000. Tak czy siak, trochę wysiłku trzeba w to wejście włożyć.
Trzeba jednak przyznać, że za wysiłek jest na końcu nagroda. Ad-Dajr, Klasztor to największa budowla w całej Petrze. Ma 47 metrów wysokości i 48 metrów szerokości. Swoim wyglądem przypomina nieco Skarbiec, przy czym jest od niego większy. Podobnie jak w przypadku Skarbca, niejasna jest jego funkcja - mogła to być świątynia lub grobowiec.
Klasztor ma dwie przewagi nad Skarbcem. Po pierwsze, z racji na dość wymagające dojście jest tu znacznie mniej ludzi niż przed Skarbcem, do którego docierają absolutnie wszyscy zwiedzający Petrę. Po drugie, Klasztor jest znacznie lepiej eksponowany - można zrobić mu zdjęcie z bliska, z daleka, nawet wejść na punkt widokowy, możliwości jest znacznie więcej niż w przypadku Skarbca.
W drodze powrotnej z Klasztoru mieliśmy do wyboru: powrót Main Trail (krótszy, łatwiejszy) lub pójście High Place of Sacrifice Trail (dłuższy, spore przewyższenia, ale odkrywanie kolejnych budowli Petry). Wybraliśmy opcję numer 2, choć słońce nie pomagało, a w zakamarkach Petry za wiele cienia nie ma.
Wybrany przez nasz szlak charakteryzował się stromymi podejściami, co miało ten plus, że na wiele miejsc można było popatrzeć z góry.
Ostatni raz sięgnijmy do historii Petry. W XVIII wieku Petra krążyła w beduińskich opowieściach jako zaginione miasto. Była jednak całkowicie nieznana cywilizacji europejskiej. Zmieniło się to w 1812 roku. Szwajcarski podróżnik Johann Ludwig Burckhardt zaciekawił się beduińskimi legendami o zaginionym mieście i przekonał Beduinów, by pokazali mu to miejsce. Burckhardt na Bliskim Wschodzie i w Egipcie spędził wiele lat, nauczył się arabskiego i nawet przeszedł na islam. Inną zasługą Szwajcara było odwiedzenie Mekki i Medyny, które w tamtym czasie były niedostępne dla Europejczyków.
Prace archeologiczne w nowoczesnym wydaniu ruszyły w Petrze w 1965 roku i trwają do dziś. Nie dalej, jak kilka lat temu ogłoszono, że odkryto ślady ogromnej budowli o wymiarach 100x50 m, co świadczy o tym, że Petra może jeszcze niejeden raz zaskoczyć naukowców.
Pomarańczowy szlak, czyli High Place Of Sacrifice Route, zasadniczo różni się od szlaku głównego. Przede wszystkim jest na nim niewielu turystów, nagle znikają stoiska, naganiacze, jest tu miejsce na chwilę kontemplacji i zastanowienia. Mamy tu Petrę w jej mniej komercyjnym obliczu. Choć same budowle wykute w skale są bez wątpienia mniej imponujące niż te przy szlaku głównym.
W Petrze przeszliśmy 16 km, poświęcając na to 7 godzin. Kosztowało nas to wiele wysiłku. Niemniej, przeszliśmy trzy z czterech głównych szlaków (jest też kilka pomniejszych), a czwarty w jego najciekawszej części. Oczywiście budowle Petry robią ogromne wrażenie, będąc w Jordanii trzeba to miejsce zobaczyć na własne oczy. Przy czym trzeba być gotowym, że wielu innych ludzi będzie miało ten sam pomysł, w związku z czym będzie tłoczno, mnóstwo stoisk, naganiaczy i tego typu wątpliwych atrakcji. Czy jeden dzień na Petrę wystarczy? Aby zobaczyć wszystko, co najważniejsze - tak. Aby w spokoju obejść wszystko - raczej nie. Nam jednodniowe zwiedzanie wystarczyło. I jeszcze tytułem przestrogi - po wyjściu z Petry jest kilka restauracji. Radzimy omijać szerokim łukiem pizzerię - mocno średnie jedzenie i próba trzykrotnego zawyżenia rachunku to nie było miłe zakończenie tego ciekawego dnia.
Wadi Rum
Miejscem, które koniecznie chcieliśmy odwiedzić, była pustynia Wadi Rum. W zasadzie jest jeden model zwiedzania pustyni - nocleg w jednym z licznych campów, a potem zwiedzanie pustyni wraz z beduińskim przewodnikiem, który zapewnia też auto. Do wyboru są wycieczki krótsze, 4-godzinne, a także całodniowe. Na pustyni jest kilka miejsc, do których wszystkie te wycieczki trafiają. Z kolei na campach mamy zwykle do wyboru "namioty" (widoczne na zdjęciu), choć tak naprawdę są to normalne, betonowe konstrukcje, jedynie stylizowane na namioty, oraz bańki, często z przeszklonymi ścianami lub sufitem, opcja bardziej luksusowa i zarazem droższa.
Jak zarezerwować nocleg i wycieczkę? Najlepiej poczytać w internecie polecenia i potem bezpośrednio kontaktować się z właścicielem campu. Nie jest polecane rezerwowanie noclegów przez booking, gdyż cena wynajmu zdaje się być niska, ale potem na miejscu okazuje się, że trzeba do niej doliczyć różne koszty dodatkowe. My wybraliśmy Faisala Almazanaha i zamówiliśmy 2 noclegi dla 4 osób z pełnym wyżywieniem (2 kolacje, 2 śniadania i 1 obiad), całodzienną wycieczkę wraz ze zdobyciem szczytu Jabal umm ad Dami. Ile to kosztowało? 230 JOD, czyli ok. 1400 zł.
Wadi Rum w tłumaczeniu oznacza Dolinę Piasku. Dla nas była to pierwsza styczność z prawdziwą pustynią. Musimy przyznać, że trochę inaczej wyobrażaliśmy sobie pustynię. Mając w pamięci filmy np. z Sahary oczekiwaliśmy piasku po horyzont, jakichś wydm i gdzieś na środku pustyni jakiejś oazy. Tymczasem pustynia Wadi Rum jest inna. Piasek przybiera różne barwy - od żółtej, przez ciemnożółtą aż po czerwonawą. Z piasku co chwilę wyłaniają się skały o fantazyjnych kształtach. Do tego na pustyni są niskie krzaki i to w całkiem sporych ilościach.
Po noclegu w campie dzień rozpoczęliśmy od dwugodzinnej jazdy przez pustynię, by dotrzeć do podnóża najwyższego szczytu Jordanii. Jabal umm ad Dami jest położony na południowych krańcach Jordanii, tuż przy granicy z Arabią Saudyjską. Z dołu góra ta nie wyglądała jakoś bardzo groźnie. A więc w drogę!
Szliśmy w nieco większej grupie, obok nas było kilku naszych rodaków, którzy także chcieli zdobyć szczyt, nasz przewodnik Faisal i jego dzieciaki, które wprawiały się w roli przewodników.
Poczytałem nieco wcześniej o tej górze i napotkałem na skrajnie różnie opinie o "łatwości" zdobycia szczytu. Ci, którzy wchodzili z miejscowym przewodnikiem, zgodnie twierdzili, że wejście jest niezbyt trudne, przynosi satysfakcję i twa nie więcej niż półtorej godziny. Z kolei ci, którzy zdobywali szczyt na własną rękę, narzekali, że ścieżka często gdzieś ginie, bardzo trudno znaleźć optymalną trasę, niekiedy trzeba zawracać i próbować inaczej. Bywało, że wejście zajmowało 3 godziny i z racji opisanych powyżej okoliczności powodowało nieco frustracji.
Przewyższenie w Jabal umm ad Dami wynosi 450 metrów. Wystarczająco, by trochę się zmęczyć i poczuć satysfakcję ze zdobycia szczytu. Wystarczająco, by móc podziwiać piękne widoki i to na wszystkie strony świata. Tutaj widok na zachód na pustynię Wadi Rum.
Sam szczyt Jabal umm ad Dami ma wysokość 1854 m n.p.m. Co ciekawe, w pogodne dni, gdy powietrze jest przejrzyste, ze szczytu widać odległe stąd o 20 km Morze Czerwone. Natomiast te wzniesienia za Małgosią to już Arabia Saudyjska.
Choć dzień był bardzo ciepły, zarówno Faisal, jak i jego synowi byli ubrani tak, jakby było co najmniej kilka stopni mniej. Co nas zdziwiło, Adaś postanowił dostosować się do tych zwyczajów i mimo ostrzeżeń, że się ugotuje, twardo chodził w zestawie ciepłych ciuchów.
Często nagrodą za zdobycie szczytu w górach są piękne widoki. W przypadku tego jordańskiego szczytu było ponadstandardowo pięknie. W jedną stronę - pustynia, w drugą - efektowne pasmo górskie, w trzecią - także góry, ale zupełnie inne od tych poprzednich.
To był znakomity pomysł, by skorzystać z opcji wspinania na Jabal umm ad Dami. Pozwoliło nam to przejechać przez cała pustynię, z północy na południe, zażyć nieco ruchu (w standardowej wycieczce wszędzie dojeżdża się autem), podziwiać fantastyczne widoki i jeszcze ta satysfakcja związana ze zdobyciem najwyższego szczytu w Jordanii.
Gdy zeszliśmy na dół, czekał już na nas lunch, a tak naprawdę porządny obiad. Kurczak z ryżem, do tego kilka sałatek, herbata i, ku uciesze dzieciaków, coca-cola. Po takiej wędrówce wszystko smakowało wyśmienicie!
Dwa słowa o przemieszczaniu się po pustyni. Generalnie zwykłymi osobówkami nie wolno wjeżdżać na pustynię. Nasze auto musieliśmy zostawić na parkingu na skraju Wadi Rum, skąd odebrał nas Faisal. Wszelki transport po pustyni odbywa się terenówkami. Najbardziej popularne auto to Toyota Hilux, choć niekiedy można też spotkać Nissany. Przewodnik siedzi za kierownicą, natomiast turyści na pace, na ławeczkach w 6 (opcja względnie wygodna) do 8 (lekko na ścisk) osób. Oczywiście o udogodnieniach typu pasy bezpieczeństwa można zapomnieć, a komfort jazdy jest hm... taki sobie. Ale widoki wynagradzają te drobne niedogodności w dwójnasób.
Wadi Rum zajmuje obszar 720 km2. Okolice te były zamieszkane przez ludzi co najmniej od 2 tysięcy lat. Na skałach znaleziono inskrypcje i petroglify wykonane przez Nabatejczyków. W czasach nowożytnych pustynię upodobali sobie Beduini Zalabieh.
Postacią niezwykle mocno związaną z Wadi Rum jest Thomas Edward Lawrence, brytyjski archeolog, oficer, dyplomata i poszukiwacz przygód, przemierzający te okolice pod koniec I Wojny Światowej. Lawrence, znany później jako Lawrence z Arabii, przyczynił się do Arabskiej Rewolty, która pomogła wyzwolić te tereny spod władzy Imperium Otomańskiego. Mamy więc na Wadi Rum "domek Lawrence'a" (choć nigdy w nim nie mieszkał), źródło Lawrence'a, a już w latach 80. ubiegłego wieku jedną z formacji skalnych nazwano na cześć Anglika "Siedem filarów mądrości" (fraza z jednej z książek Lawrence'a).
Podpytałem naszego przewodnika, czy na pustyni żyją jakieś zwierzęta. Okazało się, że owszem, zdarzają się tu lisy, a nawet wilki, aczkolwiek raczej chowają się w mniej eksplorowanych turystycznie miejscach i są małe szanse, by je spotkać. Natomiast kilka razy spotkaliśmy wielbłądy, które przewoziły turystów. Dla tutejszych Beduinów są to ważne zwierzęta, a jednym z istotniejszych wydarzeń kulturalnych są dla nich wyścigi wielbłądów.
Kolejna rzecz, która nas zaciekawiła - czy zdarza się, by na pustyni padał śnieg? I lekka niespodzianka - tak, zdarza się. Nie jest to zjawisko częste, ale w grudniu czy styczniu Wadi Rum może na krótki czas stać się białe.
Łuk skalny Umm Fruth to jedno z bardziej znanych miejsc na Wadi Rum. Ma wysokość kilkunastu metrów, jak widać, można się na niego wspiąć. Choć tak patrząc z dołu, to ten łuk nie wygląda jakoś szczególnie stabilnie. Za to widoki z góry są całkiem fajne.
Przy okazji kolejnego stopu nasz przewodnik wraz ze swoimi kumplami/braćmi/kuzynami (mieliśmy wrażenie, że oni wszyscy nie tylko się znają, ale są jedną wielką rodziną) zagrali w siatkówkę, natomiast my pochylimy się na chwilę nad tożsamością narodową mieszkańców Bliskiego Wschodu czy też - patrząc nieco szerzej - świata arabskiego.
Jest to temat niezwykle interesujący. Jeszcze jakieś sto lat temu dominowała na tych terenach tożsamość arabska. Przeciętny mieszkaniec dzisiejszej Jordanii, Syrii, Arabii Saudyjskiej czy Libii czuł się przede wszystkim Arabem, a potem dopiero członkiem lokalnej społeczności/plemienia. Arabów spajała wspólna religia i wspólny język (choć oczywiście występuje mnóstwo różnych dialektów). Jednak wykształcenie państw narodowych w XX wieku, jednych wcześniej, jak np. Egipt, Irak czy Jordania, innych później, jak np. Oman, Bahrajn czy Katar (lata 70. XX wieku) spowodowało bardzo poważne zmiany w tożsamości arabskiej.
Otóż przez te dekady istnienia niepodległych państw, często ze sztucznymi, wyznaczonymi jeszcze przez Brytyjczyków i Francuzów granicami, zaczęła dominować tożsamość narodowa, która stała się ważniejsza od tożsamości arabskiej. A jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku idee panarabskie były bardzo żywe. Próbowano nawet łączyć kraje (Egipt z Syrią oraz Jordanię z Irakiem), ale były to twory bardzo krótkotrwałe. Gorącym zwolennikiem idei panarabskiej był przywódca Libii Kaddafi.
A przed nami źródełko Lawrence'a. Samo źródełko było ledwie większą kałużą, ale ten zakątek pustyni oferował bardzo wymyślne kształty skał i bardzo nam się spodobał.
Co można jeszcze robić na Wadi Rum, poza zdobywaniem szczytów oraz jazdą po pustyni? Można uprawiać wspinaczkę skałkową, widzieliśmy śmiałków, którzy pokonywali drogi skalne. Można zjeżdżać na desce z góry piachu (tzw. sandboarding). Można też przejechać się na wielbłądzie - rekreacyjnie, w pobliżu campu, albo bardziej ambitnie - na pustyni. Oferta dla twardzieli przewiduje biwakowanie pod gołym niebem.
Synowie Faisala usiłowali komunikować się po angielsku z naszymi chłopakami. Szło to ciężko, nie tylko z powodu mankamentów językowych obu stron, ale też z powodu, nazwijmy to - różnic kulturowych. Chłopacy Faisala pytali naszych "Can you drive?". Nasi niby rozumieją, ale nie wiedzą, czy to żart, czy co. Później okazało się, że pytanie nie było wcale bezzasadne. W pewnym momencie Faisal zatrzymał auto, przesiadł się na fotel pasażera, a kierowcą został jego mniej więcej 12-letni syn. Z nami na pace. Jechał bardzo ostrożnie, niemniej ucieszyliśmy się, gdy dojechał do campu 🙂.
Warto też zaznaczyć, że Wadi Rum było miejscem kręcenia kilku kultowych filmów. Począwszy od "Lawrence'a z Arabii", którego akcja w przeważającej części była kręcona na Wadi Rum, przez liczne filmy, w których pustynia grała jako Mars ("Czerwona planeta", "Ostatnie dni na Marsie", "Marsjanin") aż po "Transformers" i jeden z odcinków "Gwiezdnych wojen".
W czasie całodziennej jazdy zajechaliśmy dwa razy w miejsca, gdzie można było napić się herbaty i kupić pamiątki. Co nas jeszcze na pustyni zaskoczyło? W miejscach nieco zacienionych potrafiły urosnąć całkiem spore krzewy.
Tego dnia na pace pickupa przejechaliśmy 90 km, przemierzyliśmy pustynię Wadi Rum wzdłuż i prawie wszerz 🙂. Musimy przyznać, że pod koniec dnia byliśmy zmęczeni. Gdy Faisal zapytał, kto chce jechać na zachód słońca, a kto do obozu, nasze pociechy od razu zgłosiły się na powrót do obozu. My wybraliśmy zachód słońca 🙂.
Na Wadi Rum jest skała określana jako Sunset viewing point. Tuż przed zachodem słońca zjeżdżają się w to miejsce wszystkie pickupy z całej pustyni. Niesamowity był to widok, jak z filmu "Mad Max", gdy pickupy ze wszystkich stron zmierzały w to jedno miejsce.
Kilka słów o naszym obozie. Spędziliśmy dwie noce w Osama Sunrise Camp. Pierwszej nocy byliśmy w nim zupełnie sami, co też miało swój urok, a obóz liczy 18 domków. Drugiej nocy gości było więcej, a kolacja była na pełnym wypasie, przygotowana w tradycyjny, beduiński sposób. Opuszczaliśmy nasz camp bardzo zadowoleni.
Gdy byliśmy na Fuertaventura, mieliśmy okazję jeździć na wielbłądach. Dorosłym i Jasiowi wystarczyło już tego typu doświadczeń, ale Adaś pragnął jeszcze się przejechać. Więc przed wyjazdem z Wadi Rum spełniliśmy jego marzenie.
Tym razem nie była to jazda w koszach, ale w siodle. Adaś był bardzo zadowolony, wielbłąd też zdawał się nie wnosić pretensji 🙂.
Pożegnalna fotka z naszym przewodnikiem Faisalem. Dwie noce i cały dzień spędzone na Wadi Rum były fantastyczne. Faisal wszystko dobrze zorganizował, a my mieliśmy jeden dzień, w którym nie musieliśmy nic planować, o niczym myśleć. Do tego poznaliśmy coś zupełnie nowego. Bez wahania dopisujemy Wadi Rum do miejsc, które w Jordanii koniecznie trzeba zobaczyć!
Drogi w Jordanii często są szerokie, ale ten odcinek przebijał wszystko (na zdjęciu widać drogę tylko w jednym kierunku!). Jak się jeździ po Jordanii? Wyłączając miasta, jeździ się spokojnie, drogi są przyzwoite, od nowiutkich odcinków autostrady, po odcinki nieco podniszczone i trochę dziurawe. Cechą wyróżniającą drogi w Jordanii są przede wszystkim bardzo liczne, do tego czasami nieoznaczone, garby. Po kilku dniach dostrzegliśmy pewne prawidłowości z garbami - często pojawiały się w okolicy jakichś zabudowań i zwykle występowały w parach. Niemniej, zwłaszcza w ciemnościach stanowiły niebezpieczną pułapkę. Druga ciekawostka drogowa - w okolicach turystycznych sporo jest patroli policyjnych, które zatrzymują auta z turystami. Zwykle policjanci tylko pozdrawiali (Welcome to Jordan, how are you, where are you from!), czasami prosili o dokumenty, a niekiedy od razu machali, by jechać dalej. Któregoś dnia mieliśmy aż 6 takich kontroli.
To też zdjęcie z autostrady. Wielbłąd nie wydawał się być speszony autami, majestatycznie przechodził sobie z jednej strony na drugą. Zdarzało nam się w innych krajach, że przejazd blokowały nam owce, krowy, raz nawet kaczki, ale nigdy wielbłąd, i to na autostradzie!
As-Salt
Zwykle w trakcie naszych wypraw mamy zaplanowane główne punkty do zwiedzenia, natomiast mniejsze atrakcje wyłaniają się w trakcie takiej wyprawy. O tym, co wybierzemy, a co pominiemy, często decyduje logistyka, pogoda, czasem też nasze zmęczenie. Po kilku dniach zwiedzania głównie atrakcji przyrodniczych oraz starożytnych postanowiliśmy ostatnie półtora dnia naszego pobytu w Jordanii poświęcić na zapoznanie się z arabskimi miastami. Na zdjęciu panorama z drogi między Ammanem i As-Salt.
Z całą pewnością As-Salt nie jest oczywistym celem dla turysty przybywającego do Jordanii. Ot, 100-tysięczne miasto niedaleko od Ammanu. Nie ma tu takich "gwoździ" jak ruiny miasta rzymskiego w Jerash czy skalne miasto w Petrze. Jednak po wgłębieniu się w historię Jordanii okazało się, że miasto to wcale nie tak dawno pełniło ważną rolę, ba, było istotniejsze od Ammanu!
As-Salt, w tłumaczeniu z arabskiego 'las', może pochwalić się bardzo długą historią. Został założony ok. 300 r. p.n.e. W czasach bizantyjskich osada była siedzibą biskupa, co świadczy o jej roli. Jak wiele innych miast w regionie, As-Salt zostało zniszczone podczas najazdów mongolskich w XIII wieku, ale wkrótce potem odbudowane.
W kolejnych wiekach As-Salt było najważniejszym ośrodkiem pomiędzy doliną Jordanu a pustyniami na wschodzie. To tu krzyżowały się szlaki komunikacyjne. Największy rozkwit miasto to przeżyło jednak pod koniec panowania Turków, na przełomie XIX i XX wieku. Turcy ustanowili w tym mieście stolicę regionu, co przyczyniło się do gwałtownego rozwoju As-Salt.
Do miasta sprowadzili się bogaci kupcy z Nablusu, wzniesiono wiele efektownych budynków, które w dużej części przetrwały do dziś. Znaczenie miasta było tak duże, że gdy po I Wojnie Światowej powstał emirat Transjordanii (to jeszcze nie było niezależne państwo, ale krok ku takiemu), emir i późniejszy król Transjordanii Abdullah I wybrał As-Salt na stolicę emiratu. Szybko jednak pokłócił się z miejscowymi notablami i przeniósł stolicę do Ammanu. Skutkiem tej decyzji prowincjonalny do tej pory Amman zaczął się szybko rozwijać, a As-Salt popadło w stagnację.
Po tym rysie historycznym przejdźmy do naszego spaceru po As-Salt. Na początek przeszliśmy się Hammam Street, główną ulicą handlową w mieście.
Hammam pełni funkcje handlowe od 140 lat. Przez prawie półtora wieku dzień w dzień dziesiątki kupców wystawia swoje towary, a miejscowi dokonują zakupów. A jeszcze wcześniej w tym miejscu istniał rynek.
Na zdjęciu Abu Jaber House, jeden z najładniejszych budynków powstałych na przełomie XIX i XX wieku w As-Salt. Przez pewien czas mieszkał w nim emir Abdullah I, a obecnie mieści się tam muzeum. Budynek ten jest uważany za najwspanialszy przykład kupieckiego domu z przełomu XIX i XX w. w całym regionie.
As-Salt jest położone na trzech wzgórzach. Widać to niemal na każdym kroku, a i spacery po śródmieściu wiążą się z częstym pokonywaniem schodów.
Przed nami Sahet Al-Ain, główny plac starego miasta oraz Wielki Meczet. Pierwszy meczet w tym miejscu powstał w XIV wieku, a budulcem było... błoto. Kolejna budowla powstała za czasów Turków ok. 1860 r., a dzisiejszy wygląd meczet uzyskał w 2007 roku, gdy został gruntownie przebudowany. Niestety, dla nas był do obejrzenia tylko z zewnątrz.
Przy placu Al-Ain mieści się też najbardziej znana i zarazem najstarsza kawiarnia w As-Salt. Rok jej założenia zdradza już sama nazwa kawiarni - Aktham's 1881 Cafe. Kilka kolejnych zdjęć pozwoli nam wczuć się w nawiązujący do złotych czasów miasta wystrój tego miejsca.
Przy tej okazji przytoczę nasze doświadczenia z miejscowym policjantem, co oddaje podejście Jordańczyków do turystów. Gdy po wyjściu z auta w centrum miasta debatowaliśmy, w którą stronę pójść, podszedł do nas policjant, łamaną angielszczyzną przedstawił się, powiedział, że jest sierżantem i w czym nam może pomóc. Komunikacja po angielsku była trudna, ale z uśmiechem oznajmił, że żaden problem - mówił po arabsku do telefonu i tłumacz wszystko zamieniał na angielski. Z dużą życzliwością zaprowadził nas na początek Hammam Street, pokazał, gdzie powinniśmy iść dalej. Gdy godzinę później znów spotkaliśmy go w muzeum, aż się rozpromienił na nasz widok i radośnie nas pozdrowił.
No, na to zdjęcie naszego małego króla nie trzeba było ani chwili namawiać 🙂. Dyskusja dotyczyła tylko tego, które nakrycie głowy było ważniejsze 🙂.
Zamówione przez nas gorące czekolady, shake'i i mrożone kawy były przepyszne i dodały nam sił przed dalszą eksploracją zaułków As-Salt.
A to rzeczona Aktham's Cafe z zewnątrz. Gdy tak sobie siedzieliśmy w kawiarni, z ulicy dochodziły do nas przede wszystkim dźwięki klaksonów. Non stop ktoś na kogoś trąbił. Taki mały klaksonowy savoir vivre mieliśmy okazję poznać w Ammanie, gdy przeciskaliśmy się taksówką przez zakorkowane ulice. Nasz kierowca używał klaksonu, gdy chciał kogoś przepuścić, także używał klaksonu, gdy sam się wpychał przed kogoś, wreszcie zdarzało mu się też trąbić bez jakiegoś wyraźnego powodu.
Wystarczyło odejść kilkadziesiąt metrów od gwarnej i zatłoczonej Hammam Street, by znaleźć się w równie ciekawym, ale znacznie bardziej spokojnym i kameralnym miejscu.
W As-Salt wyznaczono szlak turystyczny, którym postanowiliśmy się przejść. Po drodze jednak skusiła nas świetnie wyglądająca knajpka, w której zatrzymaliśmy się na małe co nieco. I nie zawiedliśmy się - jedzenie było przepyszne, niestety na jego podanie czekaliśmy tak długo, że słońce zaczęło zachodzić.... I przy okazji mała dygresja - w Jordanii mieliśmy kłopot z zamawianiem odpowiedniej ilości jedzenia, zwykle było tego za dużo i nie dawaliśmy rady zjeść wszystkiego. Wynikało to z tego, że po pierwsze chcieliśmy jak najwięcej spróbować, a po drugie porcje okazywały się znacznie większe niż przypuszczaliśmy.
Bardzo charakterystyczny widok, nie tylko dla As-Salt, ale dla całej Jordanii. Obok najważniejszego meczetu w mieście, niemal po sąsiedzku funkcjonuje kościół. Taka ciekawostka - wedle spisu przeprowadzonego w 1596 roku w As-Salt zanotowano 40 gospodarstw muzułmańskich i 25 gospodarstw chrześcijańskich. Dziś proporcje są nieco inne, ale miejscowi chrześcijanie cieszą się swobodą, której nie mają chrześcijanie w wielu innych krajach regionu.
Jednym z fajniejszych elementów podróży w egzotyczne miejsca jest degustacja miejscowych specjałów. W Jordanii do takowych na pewno należy kunafa - arabski deser z nadzieniem serowym. Kolebką kunafy jest Palestyna, ale specjał ten rozprzestrzenił się na cały świat arabski. Głównym jego składnikiem są dwa rodzaje sera, które są następnie polewane zimnym syropem cukrowym, a na koniec przystrajane np. siekanymi pistacjami. Pycha!
Pewnie jeszcze poszwendalibyśmy się trochę po As-Salt, gdyby nie konieczność przemieszczenia się do hotelu w Ammanie. A chcieliśmy tam dotrzeć przed zapadnięciem zmroku - z naszego researchu wynikało, że jazda po Ammanie w dzień jest bardzo wymagająca, więc woleliśmy nie podnosić sobie poprzeczki jeszcze wyżej 🙂.
Z As-Salt wyjeżdżaliśmy bardzo zadowoleni. Mieliśmy okazję zobaczyć, jak żyje arabskie miasto, jak wyglądają ulice handlowe, ruch uliczny, kawiarnie. A przed nami był już tylko ostatni akord naszej jordańskiej przygody - stolica kraju, Amman!
Amman
Po zameldowaniu się w hotelu, wzięliśmy taksówkę, kurs do centrum i zrobiliśmy sobie wieczorny spacer po Ammanie. Od Rainbow Street począwszy (zdjęcie właśnie z uliczki prostopadłej do Rainbow Street), poprzez Downtown aż do Teatru Rzymskiego. Było to niezwykle ciekawe doświadczenie, zwłaszcza handel uliczny w Downtown to było coś, czego u nas już się nie spotyka.
Kolejny, ostatni już dzień w Jordanii rozpoczęliśmy od zwiedzenia Meczetu Króla Abdullaha. Został on wybudowany przez króla Husajna na cześć swojego dziadka w latach 80. XX wieku.
Meczet znajduje się poza ścisłym centrum Ammanu i w jego otoczeniu znajdują się takie wysokie biurowce.
Po drugiej stronie ulicy, tuż obok meczetu, powstał w 2005 roku ortodoksyjny, koptyjski Kościół Maryi Dziewicy. Powstanie tego kościoła zbiegło się z wizytą papieża, ale nie tego z Watykanu, bo Koptowie (chrześcijanie z Egiptu) mają swojego. Do Ammanu zawitał wówczas Shenouda III, 117. patriarcha Aleksandrii.
Meczet Króla Abdullaha jest jedynym meczetem w Ammanie, do którego w miarę nieskrępowany (poza porami modlitw) dostęp mają innowiercy.
Aby wejść do środka, trzeba było zakupić bilet, a Małgosia musiała przywdziać strój zakrywający całe ciało i włosy. Reszta naszej ekipy miała długie spodnie i to spełniało tutejsze wymogi. Gdybyśmy mieli szorty, także musielibyśmy założyć strój. Oczywiście wszyscy musieliśmy przed wejściem zdjąć buty. Zabawna historia przy zakupie biletu - pan sprzedający bilety usiłował nam wytłumaczyć zasady, np. z tymi butami. Niestety, nie znał angielskiego, co nas mocno zdziwiło, bo w takim miejscu akurat mógłby te parę zwrotów się nauczyć. Ale okazało się, że zna... hiszpański i w tym języku powiedział nam, co trzeba 🙂.
Główna sala w meczecie jest zbudowana na planie koła i jest wyłożona bardzo miękkim i przyjemnym w dotyku dywanem. Na specjalnych podestach jest wyłożony Koran. Można podejść i zatopić się w lekturze.
Choć na zewnątrz było słonecznie, wręcz upalnie, to wewnątrz meczetu było znacznie chłodniej, wręcz orzeźwiająco. Kilka sporych klimatyzatorów robiło dobrą robotę. W meczecie Małgosia radziła sobie opatulona w ten muzułmański strój, ale zaraz po wyjściu na zewnątrz buchnęła duchota i musiała czym prędzej się go pozbyć
Z zewnątrz meczet prezentował się bardzo dobrze, natomiast w środku spodziewaliśmy się przepychu, a zastaliśmy raczej skromne wyposażenie. Na pewno jest to miejsce warte odwiedzenia.
Widok na górującą nad Ammanem Cytadelę jest dobrym momentem, by zapoznać się z kilkoma faktami odnośnie historii tego miasta. Amman jest jednym z najstarszych, nieprzerwanie zamieszkałych miast na świecie (za najstarszy uważany jest Damaszek). 10 tys. lat temu obszar ten zamieszkiwało ok. 3 tys. ludzi! Przez kolejne tysiąclecia Amman, pod różnymi nazwami, stanowił bardzo ważne miejsce na Bliskim Wschodzie.
Amman był stolicą Królestwa Ammonitów (jako Rabbat Ammon), potem był poddany wpływom kultury greckiej i rzymskiej (jako Philadelphia), czego efekty widać na zdjęciu. Czasy arabskie nie okazały się dla Ammanu specjalnie korzystne. Miasto miało swoje lepsze i gorsze chwile, kilka razy padało ofiarą wojen, a w XV wieku zostało w dużej części opuszczone i przez kolejne 400 lat było prowincjonalną, niewiele znaczącą miejscowością, choć z piękną historią.
O Teatrze Rzymskim jeszcze wspomnimy, natomiast datą przełomową dla Ammanu był rok 1879. Wówczas zamieszkiwało go 500 osób, ale do miasta zaczęli napływać Czerkiesi. Była to pierwsza duża fala napływowa do Ammanu, ale nie ostatnia. W XX wieku w kilku dużych falach do miasta przybyło wielu Palestyńczyków, a w XXI wieku zanotowano dużą imigrację najpierw z Iraku, a ostatnio też z Syrii. Ludność miasta wzrastała błyskawicznie. Na początku XX wieku było to 5 tys., w połowie wieku już 100 tys., w latach 80. pękła bariera 1 mln, a obecnie jest to już 4,5 mln ludzi!
Amman jest tym samym piątym co do liczby ludności miastem w świecie arabskim. Większe są jedynie Kair, Bagdad, Rijad i Aleksandria. W Ammanie żyje też prawie połowa obywateli Jordanii.
Auto zostawiliśmy na parkingu zlokalizowanym blisko głównych atrakcji Ammanu - Raghdan Tourist Terminal. Nasze kroki skierowaliśmy na lokalny targ, położony wokół meczetu Grand Husseini. Mnogość towarów, feeria kolorów, bardzo wąskie przejścia, wszystko to składało się na to nieco chaotyczne, ale też bardzo ciekawe miejsce.
Gdy szukaliśmy ciekawych miejsc w Ammanie, które moglibyśmy zwiedzić, lista polecanych miejsc była zadziwiająco krótka. Teatr Rzymski, Cytadela, Meczet Króla Abdullaha I, Downtown - to polecali wszyscy. Co niektórzy dorzucali jeszcze Rainbow Street i właśnie ten targ. Jeszcze mocno na siłę jakieś Muzeum Samochodów (jednak położone na peryferiach) i może coś tam jeszcze. No nie za wiele jak na 4,5-milionowe miasto z historią sięgającą 10 tys. lat wstecz.
Na tym targu wśród oferowanych produktów przeważała żywność. Innym targiem, na którym wystawiane jest głównie rękodzielnictwo, antyki, odzież jest Souk Jara w okolicach Rainbow Street. Tam już jednak nie dotarliśmy.
Następnym naszym celem była Cytadela. Aby tam dotrzeć, musieliśmy wspiąć się na szczyt wzgórza. Początkowo Amman zajmował 7 wzgórz, natomiast obecnie tak się rozrósł, że zajmuje 19 wzgórz. Wiele dzielnic wzięło swoje nazwy od nazw wzgórz lub dolin pomiędzy nimi. Drogę na Cytadele urozmaicały nam efektowne murale.
Powróćmy na chwilę do widocznego na zdjęciu Teatru Rzymskiego z II wieku n.e. Zbudowano go w taki sposób, by słońce nie raziło w oczy widzów na trybunach, a obiekt charakteryzuje się znakomitą akustyką. Ponoć nawet szept aktorów na scenie można usłyszeć na najwyższych rzędach. Teatr został odrestaurowany w 1957 roku, mieści 6000 widzów. Plac przed teatrem jest popularnym miejscem spotkań Jordańczyków, co też mieliśmy okazję dłużej poobserwować zarówno w dzień, jak i wieczorem.
Po wspięciu się na Cytadelę mogliśmy się rozejrzeć po okolicy. Co się rzucało w oczy, to dość jednolity kolor ammańskich budynków (poza nowoczesnymi wieżowcami). Spotkaliśmy się z określeniem Ammanu jako "białe miasto", ale jak wyraźnie widać na tym zdjęciu, ale i na innych, jest to bardziej kolor żółtawy.
Przed wejściem na Cytadelę widniała tablica z opłatami za wejście. Takiej dyskryminacji, jak tu, nie przypominam sobie nigdzie indziej. Jordańczycy płacą za wejście 0,25 JOD, obcokrajowcy 3 JOD. Posiadacze Jordan Pass nie płacili nic, dzięki czemu uniknęliśmy tej dyskryminacji. Na zdjęciu historia nazw Ammanu, chronologicznie po prawej stronie nazwa najstarsza, w środku rzymska, po lewej arabska.
Na chwilę pozostaniemy jeszcze przy temacie cen. Co do zasady za większość rzeczy (benzyna, restauracje, noclegi) płaciliśmy ceny zbliżone do polskich. W większości sklepów spożywczych, w których kupowaliśmy różne drobne rzeczy, przy towarach nie było metek z cenami. Przy kasie okazywało się, że prawie wszystko kosztowało 1 JOD lub 2 JOD (przypomnijmy, że 1 JOD to ok. 6 zł). Batonik, woda mineralna, jakaś drożdżówka, prawie wszystko po 1 JOD. Ale pewnego razu, w jakiejś wiosce położonej na kompletnym uboczu, zrobiliśmy ciut większe zakupy w miejscowym sklepie. Mieliśmy już pewną orientację co do jordańskich cen, więc oczekiwaliśmy rachunku rzędu 12-15 JOD. Pan przy kasie wszystko podliczył i wyszło 3 JOD. Dochodząc do sedna - mamy silne podejrzenie, że w tym jednym sklepie policzyli nam jak miejscowym, a we wszystkich pozostałych płaciliśmy ceny dla turystów, znacznie wyższe od normalnych.
Wzgórze, na którym w VIII wieku zbudowano Cytadelę Jabal Al-Qal’a (choć niektóre budowle w Cytadeli powstały znacznie wcześniej), było zamieszkane od tysiącleci. Najpierw urzędowali na nim Ammonici, a potem kolejno Asyryjczycy, Babilończycy, Seleucydzi, Rzymianie i wreszcie Arabowie.
Odwiedziliśmy Jordanię w nieco niespokojnych czasach. Kilka tygodni przed naszą wyprawą rozgorzał konflikt w Strefie Gazy, pojawiły się też niepokoje w graniczącym z Jordanią Zachodnim Brzegu. W samej Jordanii nie odczuliśmy w ogóle trwającej nie tak daleko stąd wojny, poza tym jednym momentem. Na niebie pojawił się ogromny wojskowy samolot transportowy, który dość nisko przeleciał nad Ammanem.
Jakie są najważniejsze budowle na Cytadeli? Mamy tam świątynię Herkulesa, zbudowaną przez Rzymian. Powstała ona w tym samym czasie, co Teatr Rzymski. Dziś za wiele z niej nie zostało, raptem kilka kolumn. Oryginalna budowla miała rozmiary 30x24 metry oraz 10 metrów wysokości. Ciekawym artefaktem są trzy palce z rzeźby Herkulesa. Nic więcej z posągu nie pozostało, ale na podstawie tych palców szacuje się, że rzeźba mogła mieć 12 metrów wysokości.
Drugą ważna budowlą na Cytadeli jest pałac Umajjadów z VII lub VIII wieku n.e. Niestety, trzęsienie ziemi z 749 r. zniszczyło budowlę, po której pozostały jedynie fundamenty. Widoczny na zdjęciu budynek w kształcie krzyża i z kopułą jest jedynie rekonstrukcją (choć z niektórymi elementami oryginalnymi) niewielkiej części pałacu.
Jednak Amman to nie tylko tradycyjne budynki w żółtawym kolorze i ruiny antycznych budowli. To także nowoczesne wieżowce, biurowce, hotele w wysokim standardzie. 6 wieżowców liczy ponad 100 metrów wysokości, wszystkie zostały wybudowane w ostatnich 20 latach. W zachodniej części Ammanu przejeżdżaliśmy przez dzielnicę willową, która sprawiała wrażenie luksusowej. Wszystkie domy były zadbane, ładne i duże. Mieliśmy też ochotę na wizytę w znacznie biedniejszej, wschodniej części miasta, ale ostatecznie nie udało nam się tam dotrzeć.
Oglądając wnętrze zrekonstruowanego pałacu Umajjadów, wspomnimy jeszcze o Muzeum Archeologicznym, które znajduje się na terenie Cytadeli. Nie jest ono ani duże, ani jakoś specjalnie efektowne, niemniej w pigułce przedstawiono w nim kilka tysięcy lat Ammanu i Jordanii. No i można było w nim nieco odetchnąć od panującego na zewnątrz upału 🙂.
O ile kopuła tej budowli jest całkowitą rekonstrukcją, tak w ścianach zachowało się całkiem sporo oryginalnych elementów. Dynastia Umajjadów, która zbudowała ten pałac, panowała dość krótko, raptem przez mniej więcej 100 lat (661-750 r. n.e.), ale w tym czasie zbudowała prawdziwe imperium na terenie 13 mln km2. Obejmowało ono Półwysep Arabski, Bliski Wschód, tereny dzisiejszego Iranu, Afganistanu i Pakistanu na wschodzie, do Kaukazu na północy, całą północną Afrykę i Półwysep Iberyjski. O ile ich panowanie nad całym światem islamskim zakończyło się dość szybko, to na Półwyspie Iberyjskim Umajjadowie panowali jeszcze kolejne trzy stulecia.
Obecnie w Jordanii rządzi dynastia Haszymidów (w pierwszej połowie XX wieku królowie z tej dynastii rządzili też Irakiem i przez krótki moment także Syrią), a pełna nazwa Jordanii to Haszymidzkie Królestwo Jordanii.
W Jordanii bardzo zaciekawiły nas białe, duże zbiorniki na dachach domów. Zastanawialiśmy się nad przeznaczeniem tych zbiorników i - jak doczytaliśmy później - służą one magazynowaniu wody. W wielu jordańskich miastach woda jest dostarczana do gospodarstw domowych nieregularnie, stąd też, jeśli już pojawi się w kranie, zapobiegliwi ludzie gromadzą ją na zapas, bo za chwilę może jej już nie być.
Przejście przez ulice to kolejny ciekawy temat. Oczywiście żadne zasady nie obowiązują (choć kilka razy zdarzyło nam się przyuważyć przejście dla pieszych), a ludzie chodzą jak chcą. Trzeba jednak przyznać, że jordańscy kierowcy jeżdżą raczej wolno, my wariata na drodze nie spotkaliśmy ani razu.
Jadąc do Jordanii i wiedząc, że spora część ludności tego kraju to Palestyńczycy, spodziewaliśmy się licznych wyrazów poparcia dla Palestyny czy to w postaci napisów na murach, czy pamiątek. Tymczasem poza Ammanem na tego typu rzeczy w ogóle nie trafiliśmy, a i w samym Ammanie nie było tego wiele. Ot, jakiś jeden czy drugi napis w jakimś miejscu na uboczu, w jakiejś restauracji była kartka z apelem o ratowanie dzieci z Gazy, kilka miejsc z ciuchami z flagami Palestyny i to w zasadzie tyle.
Na sam koniec naszego pobytu w Ammanie zaszliśmy raz jeszcze do Downtown. Klimat tego miejsca wieczorem poprzedniego dnia był inny niż tym razem. Wtedy rozłożone stragany, mnóstwo ludzi sprawiały, że to miejsce tętniło życiem. W ciągu dnia ruch uliczny też był bardzo duży, sklepy były otwarte, ale jednak ludzi było mniej.
Zaszliśmy też do kultowej restauracji oferującej street food, o nazwie Hashem. Przybytek ten działa od 1952 roku i choć oferuje proste jedzenie w dość spartańskich warunkach, to bywają tu jordańscy celebryci, z parą królewską włącznie. Zamiast obrusa, mamy tu jednorazową folię, która razem z wszystkimi odpadkami po każdym kliencie ląduje w koszu. Zamiast talerza dostajemy chlebek pita, do którego można dobrać rożne hummusy, falafele i inne dodatki. Było smacznie, a zarazem trochę nietypowo.
Warto też wspomnieć o największym jordańskim lotnisku - Queen Alia International Airport, położonym 30 km od stolicy kraju. Prezentuje się ono świetnie, jest nowoczesne, przestronne, z atrakcyjną architekturą. Może obsłużyć nawet 16 mln pasażerów rocznie. W 2014 i 2015 roku zostało nawet uznane za najlepsze lotnisko na Bliskim Wschodzie, co przy konkurencji tureckiej i zwłaszcza krajów Zatoki Perskiej należy uznać za spore wyróżnienie.
W trakcie półtora dnia w Ammanie chłopcy kilka razy zaciągnęli nas do przybytków oferujących mrożone soki w wielu wymyślnych smakach. Andrzejowi z kolei bardzo przypadł do gustu sok wyciskany z trzciny cukrowej.
To właśnie wspomniane przez nas kilka zdjęć temu stoisko z akcentami palestyńskimi. Choć w Jordanii nie brakuje problemów wewnętrznych (gospodarczych, społecznych i także dynastycznych (kilka lat temu syn króla Hamza został oskarżony o przygotowywanie zamachu stanu), to jednak jest to kraj będący oazą stabilności w bardzo niestabilnym otoczeniu. Ukuto nawet powiedzenie, pewnie trochę przesadzone, że Jordania jest jedynym krajem między Indiami a Morzem Śródziemnym, w którym przez ostatnie sto lat nie było żadnego przewrotu.
Dziś Amman uważany jest za jedno z najbardziej liberalnych miast świata arabskiego. Poza wspomnianą już tolerancją religijną, dotyczy to także takich sfer życia jak nocne kluby, bary, restauracje, miejsca, w którym pali się shishę, także przepisy dotyczące kupna i spożywania alkoholu są dość liberalne. Kwitnie też życie kulturalne, a najbardziej znaną imprezą jest Amman Summer Festival. Wszystko to sprawia, że Amman przyciąga wielu studentów i turystów. I nie przeszkadza temu fakt, że samo miasto ma opinię miejsca niezbyt ładnego. Spotkaliśmy nawet w internecie określenie Ammanu jako "najbrzydszej stolicy świata".
I na tym kończymy naszą opowieść o Jordanii. Nam kraj ten bardzo się spodobał, zmienił nieco nasze wyobrażenia o Arabach, zachwycił nas przyrodą, zaciekawił gastronomią. Jeśli tylko sytuacja geopolityczna pozwoli, warto tam pojechać i poznać Jordanię bliżej!
Przed wyjazdem weź pod uwagę…
Nie będziemy ukrywać – to było 7 intensywnych dni. Opuszczaliśmy Jordanię bardzo zadowoleni – z tego co zobaczyliśmy, co przeżyliśmy, co zjedliśmy. Poza jednym incydentem w restauracji w Petrze nie mieliśmy żadnych negatywnych przygód. Na co warto zwrócić uwagę przy planowaniu wyjazdu do Jordanii?
Zdecydowanie warto zaopatrzyć się w jordańskie karty SIM. Rozmowy w roamingu są drogie (6 zł/min), a dane mobilne potrafią doprowadzić do bankructwa. Karty jordańskie można bez problemu kupić na lotnisku, są stoiska Orange oraz Zain. Najtańsze karty kosztują ok. 15 JOD i spokojnie wystarczają.
W Jordanii potrzebna jest gotówka. W wielu miejscach nie można płacić kartą. Gotówkę najlepiej wymienić na lotnisku – za dolary lub euro można kupić JOD. Warto przejść się po okienkach bankowych, gdyż różnią się one pobieraną prowizją.
W niektórych lokalizacjach gniazdka były typu brytyjskiego i były potrzebne adaptery. W większości hoteli były gniazdka naszego typu, ale warto te adaptery ze sobą mieć.
Bardzo polecamy zawsze mieć przy sobie drobne banknoty 1 JOD lub 2 JOD na napiwki. W wielu sytuacjach warto było dać drobne za jakąś drobną przysługę.
Nie należy stresować się bardzo częstymi kontrolami policyjnymi. W większości wypadków zaczynały i zarazem kończyły się pytaniem „Where are you from?”, po czym następowało „Welcome to Jordan!” i w drogę. Może ze dwa razy musieliśmy pokazać dokumenty i tyle.
Kwestia ubioru – generalnie panuje w tym względzie spora swoboda, a w miejscach turystycznych jak Petra czy Morze Martwe to już była pełna dowolność. Czytaliśmy, że zdrowy rozsądek, zwłaszcza w przypadku kobiet, wskazany jest na publicznych plażach, ale nie mieliśmy okazji na żadnej takiej plaży być.
Żeby sensownie zwiedzić Jordanię, niezbędne jest wypożyczenie auta. Można to zrobić w sieciówkach międzynarodowych (opcja nieco droższa, blokada na karcie kredytowej), my wypożyczyliśmy w lokalnej wypożyczalni Al Salehin (koszt 175 JOD, pełne ubezpieczenie, minimum formalności) i byliśmy z niej super zadowoleni. Przez tydzień przejechaliśmy 1000 km.
Niezwykle popularną platformą komunikacji w Jordanii jest WhatsApp. W ten sposób dogadywaliśmy wypożyczenie auta, komunikowaliśmy się z wynajmowanymi apartamentami, negocjowaliśmy kwestie wycieczki po Wadi Rum.
Miejscowi generalnie potrafili w większości coś powiedzieć po angielsku. Gdy brakowało im słów, wyciągali telefon, mówili po arabsku, a tłumacz google wszystko błyskawicznie przekładał na angielski. Tak więc bariery językowej nie było.
W większych miejscowościach należy się przygotować na pobudkę o 5 rano z powodu wezwań do modlitwy. W jednej z lokalizacji było to tak głośne, że aż świdrowało w głowie, o śnie nie było mowy. Wadi Rum i Morze Martwe to strefy wolne od muezinów.
Te noclegi polecamy!
Poniżej podamy też namiary noclegów, z których byliśmy zadowoleni (czyli ze wszystkich poza jednym w okolicach Wadi Musa). Może ktoś skorzysta:
Black Iris Hotel w Madabie (60 JOD za 4-osobowy pokój, 1 JOD = ok. 6 zł) – super opcja, jeśli ktoś ląduje w Ammanie o późnej porze. My dotarliśmy do hotelu po północy i nie było żadnego problemu. W cenie jest też smaczne śniadanie.
Elite Apartment Dead Sea Samara Resort nad Morzem Martwym (140 JOD za duży apartament) – luksusowy hotel z basenem, prywatną plażą, restauracją. Śniadanie mogliśmy zrobić sami ze składników pozostawionych w lodówce przez wynajmującego. Hotele przy Morzu Martwym są bardzo drogie, ten oferował bardzo dobry kompromis ceny i jakości.
Obóz u Faisala Almazanaha na Wadi Rum (230 JOD za 2 noce, pełne wyżywienie i całodzienna wycieczkę po pustyni) – wszystko było tak, jak się umówiliśmy, bardzo dobry kontakt przez WhatsApp.
Amman Paradise Hotel (80 JOD za executive lounge) – hotel na pełnym wypasie, rewelacyjne śniadanie w cenie. Jedyny mankament, że leży poza centrum, trzeba wziąć taksówkę, aby dojechać do atrakcji.
Wszystkie rezerwacje hoteli robiliśmy przez Booking.
Te restauracje polecamy!
Na koniec jeszcze polecimy restauracje, które nas zachwyciły:
Beit Sweimeh nad Morzem Martwym – restauracja prowadzona przez kobiety, rewelacyjne jedzenie w rozsądnych cenach
Beit Al-Barakah w Wadi Musa – świetne przystawki, dostaliśmy w gratisie desery i herbatę, wyszliśmy stamtąd najedzeni i bardzo zadowoleni
City Balcony w As-Salt – tu trochę naczekaliśmy się na jedzenie, ale warto było czekać. Pycha, zwłaszcza kunafa!
Aktham’s 1881 Cafe w As-Salt – to dla odmiany kawiarnia, kawy i czekolady super, ale najlepsze są wnętrza tego miejsca, super klimatyczne
Bedouin House Restaurant w Wadi Musa – tu zdania mamy podzielone – jedzenie bardzo smaczne, ale dość długi czas oczekiwania i ciut wyższe ceny.
Podsumowanie wyjazdu
I na koniec zdanie podsumowania. Jordania jest bardzo ciekawą opcją na poznanie świata arabskiego od tej lepszej strony. Oferta zarówno odnośnie przyrody, jak i zabytków powinna zadowolić każdego podróżnika. Warto dobrze wybrać termin wyjazdu – latem w Jordanii zwykle jest nieznośnie gorąco, za to zimą jest bardziej deszczowo i zwłaszcza nocami po prostu zimno. My tydzień spędzony w Królestwie Haszymidzkim uważamy za bardzo udany i będziemy go bardzo sympatycznie wspominać.
Jeśli zaś kogoś tematyka arabska zaciekawiła, to polecamy niesamowicie ciekawe i wciągające audycje na YouTube – Opowieści arabskie Jana Natkańskiego.
Dodaj komentarz