Łódź nie uchodzi za miasto, należące do pierwszego wyboru miast atrakcyjnych turystycznie. Spośród największych polskich miast (a Łódź nie tak dawno spadła na 3. miejsce pod względem liczby mieszkańców, za Kraków) Łódź byłaby pewnie ostatnim wyborem jako miejsce do zwiedzenia.
My jednak postanowiliśmy to miasto odwiedzić. Spędziliśmy w Łodzi dwa fajne dni. Zajrzeliśmy do interesujących muzeów, wstąpiliśmy do zoo, gdzie wrażenie robi niedawno oddane do użytku Orientarium, a także pospacerowaliśmy po ul. Piotrkowskiej, Księżym Młynie i cmentarzu żydowskim. Przeszliśmy się też po jednym z najbardziej znanych centrów handlowych w Polsce – Manufakturze.
Manufaktura, ul. Piotrkowska, Księży Młyn
Zwiedzanie Łodzi rozpoczęliśmy od chyba najbardziej charakterystycznego miejsca w mieście - Manufaktury. Dziś jest to wielkie centrum handlowo-usługowe. Jego wygląd jest jednak ściśle powiązany z historią tego miejsca. A historia ta zaczęła się w 1871 roku.
Wówczas to żydowski przedsiębiorca Izrael Poznański zakupił tereny w zachodniej części ówczesnej, bardzo szybko rozwijającej się Łodzi, wzdłuż ul. Ogrodowej. Poznański nie był przedstawicielem biznesmena "od pucybuta do milionera", już jego ojciec był dość zamożny, posiadał w Łodzi kamienicę, a sam Izrael bardzo też zyskał na ożenku z Leonią Hertz, która wniosła znaczący posag oraz, co może najistotniejsze, wiele kontaktów biznesowych w środowisku warszawskim.
Przez ostatnie 30 lat XIX wieku Poznański budował swoje imperium. Najważniejszą fabryką była widoczna w tle przędzalnia, ale poza tym działały tu też farbiarnia, tkalnia, wykańczalnia, ślusarnia, odlewnia i wiele, wiele innych. Fabryka przędzalni Poznańskiego była jednym z największych tego typu zakładów w kalisko-warszawskim okręgu przemysłowym.
Oglądając imponujące budowle fabryczne, dziś w dużej części zrewitalizowane i działające w nowych funkcjach (np. w widocznym na zdjęciu budynku przędzalni działa hotel) trzeba jednak pamiętać, że bogactwo rodziny Poznańskich wzięło się w dużej mierze za sprawą wyzysku tysięcy pracowników. Praca 12-15 godzin dziennie, bardzo niskie pensje, złe warunki pracy to niestety była codzienność, nie tylko w zakładach Poznańskiego, ale w całej przemysłowej Łodzi w XIX wieku.
Imperium Izraela Poznańskiego trwało niespełna 50 lat. Od I Wojny Światowej i utraty wschodnich rynków zbytu fabryki zaczęły podupadać. W międzywojniu potomkowie Poznańskiego utracili swoje udziały w spółce na rzecz Włochów, a w 1945 roku fabryka została znacjonalizowana. Pod nazwą Poltex działała do początku lat 90., gdy, podobnie jak wiele innych łódzkich zakładów, ostatecznie upadła.
Cieszyć jednak może to, że kompleks fabryk, który jest bardzo ważną częścią historii Łodzi, nie został pozostawiony na zniszczenie i zapomnienie. Najpierw na części terenu w 2006 roku otwarto centrum handlowe Manufaktura, kilka lat później w największym budynku kompleksu, czyli w przędzalni otwarto hotel, a obecnie trwa remont chyba już ostatniej części fabryki, kantoru Poznańskiego. Mają się w nim znaleźć biura.
Park Źródliska (obecnie podzielony na Źródliska I i Źródliska II) był pierwszym parkiem miejskim w Łodzi (założono go w 1840 roku), a do 1875 roku także jedynym. Jeszcze w XIX wieku podzielono go na dwie części - jedną z nich sprzedano fabrykantowi Karolowi Scheiblerowi, a druga pozostała miejska, choć była dzierżawiona różnym podmiotom. Ten podział widać do dziś - część parku należąca niegdyś do Scheiblera, dziś jest to Park Źródliska II, jest bardziej dzika, nieuregulowana, chwilami nawet bardziej przypominająca las niż park. Z kolei Park Źródliska I jest zadbany, ma bogatą infrastrukturę. Przyrodniczo najcenniejszym elementem obu parków są 300-letnie dęby, które pamiętają jeszcze czasy, gdy Łódź była małą osadą, licząca kilkuset mieszkańców. Obie części parku są wpisane do rejestru zabytków.
Z Parku Źródliska skierowaliśmy się do Księżego Młyna, kolejnego kompleksu dawnych fabryk włókienniczych. Charakterystyczne dla Łodzi jest to, że na przełomie XIX i XX wieku tego typu fabryk było mnóstwo, nie były to tylko dwa czy trzy kompleksy. Szczególne wrażenie zrobiły na nas zdjęcia panoramy Łodzi sprzed nieco ponad 100 lat. Panorama północnej części Łodzi - fabryki, kominy, smog. Panorama wschodniej części - fabryki, kominy, smog. Czy w zachodniej było inaczej? No nie. Ciekawe było też ujęcie jednego z kościołów - sama budowla całkiem ładna, ale tło stanowiły kominy fabryczne.
Po krótkim spacerze dotarliśmy do Księżego Młyna. Historia tego miejsca ma wiele wspólnych wątków z Manufakturą Izraela Poznańskiego. Nazwa pochodzi od młynów (Wójtowskiego, Księżego i Lamusa), które były zlokalizowane w tej okolicy jeszcze w okresie przedprzemysłowym. W 1823 roku, mając na celu industrializację miasta, młyny przeszły pod patronat miejski i służyły potrzebom przędzalni, które wkrótce tu pobudowano.
Przędzalnie te działały przez kilkadziesiąt lat, lepiej lub gorzej, ale w 1870 roku spłonęły. Tak naprawdę pożar był jednak początkiem Księżego Młyna w obecnej formie. Zapuszczone tereny kupił bowiem uznany już łódzki przedsiębiorca niemieckiego pochodzenia Karol Scheibler.
W ciągu 10 lat zbudował on miasto w mieście. Postawił nie tylko ogromną fabrykę (widoczną daleko w tle), ale także domy dla robotników (widoczne na pierwszym planie), zwane famułami, szkołę, szpital, remizę straży pożarnej i sklepy. W założeniu pracownicy mieli nie odczuwać potrzeby opuszczania Księżego Młyna, który miał zaspokajać wszystkie ich potrzeby.
Jeszcze kilkanaście lat temu famuły były miejscem, które raczej należało omijać. Zaniedbane budynki, przestępczość i wszelkie inne plagi były tutaj codziennością. Część budynków odnowiono, pozostałe aktualnie przechodzą remont i dziś miejsce to stało się popularne. Są tu restauracje, boiska, a same famuły stały się turystyczną atrakcją. Miejsce to trochę przypominało nam katowicki Nikiszowiec.
W famułach przeciętne mieszkanie ma 35 metrów kwadratowych powierzchni, są tu też wspólne toalety. Do dziś w Łodzi przetrwały 83 famuły, liczące ponad 1100 mieszkań. Osiedle Księży Młyn było uważane na przełomie XIX i XX wieku za wzorcowe pośród innych tego tupu osiedli, wzniesionych przez Poznańskiego czy Grohmana.
Wróćmy jednak do fabryk Karola Scheiblera. Był on zwany "królem bawełny" i miał niewątpliwie smykałkę do interesów. Przewidział możliwe problemy z dostępnością bawełny w latach 60. XIX wieku i zgromadził ogromne zapasy tego surowca. Gdy w USA wybuchła wojna secesyjna, wiele fabryk w Europie stanęło z powodu braku bawełny. Scheibler miał tak duże zapasy, że nie tylko starczało bawełny na jego potrzeby, ale jeszcze sprzedawał bawełnę konkurencji z kilkukrotną przebitką.
W chwili śmierci w 1881 roku Karol Scheibler miał majątek rzędu 14 mln rubli i był najbogatszym przemysłowcem w całym Królestwie Polskim. Nazwisko Scheiblera zachowało się w nazwie firmy do 1946 roku. I znów, jak w przypadku Manufaktury, fajnie, że obiekty w Księżym Młynie odzyskują dawny blask.
Jako że tło tego zdjęcia nie jest szczególnie porywające, dwa słowa o rywalizacji kibicowskiej w Łodzi. Z jednej strony lokalne derby, chęć udowodnienia wyższości nad drugą stroną rodzą emocje, których nie ma np. w Szczecinie, Wrocławiu czy Poznaniu. Z drugiej jednak strony w wielu, bardzo wielu miejscach w Łodzi na murach są oznaki tej rywalizacji, najczęściej w bardzo mało estetycznej formie. W centrum, po którym najwięcej chodziliśmy, zdecydowanie przeważały malunki ŁKS-iackie i antywidzewskie. Za to gdy przechadzaliśmy się po dzielnicy Bałuty, role odwróciły się. A na zdjęciu, tuż przy ul. Piotrkowskiej, dość niespodziewanie trafiliśmy na takie napisy 🙂.
Najbardziej znaną ulicą Łodzi bez wątpienia jest Piotrkowska. Jest to reprezentacyjna ulica miasta, o długości 4,2 km, z czego mniej więcej połowa jest deptakiem. Na krańcach Piotrkowskiej są place, od północy plan Wolności, a od południa plac Niepodległości.
Przy skrzyżowaniu Piotrkowskiej i Mickiewicza stoi takie straszydło. Na szczęście, to raczej incydentalny przypadek, przynajmniej na Piotrkowskiej.
Wróćmy jednak do początków Piotrkowskiej. Ulicę tę wytyczono w 1821 roku i od początku stała się ona centralną osią miasta. Zresztą właśnie wtedy, a dokładnie w 1820 roku, władze rosyjskie zdecydowały o włączeniu Łodzi do kalisko-mazowieckiego okręgu przemysłowego, co spowodowało w przeciągu ledwie kilkudziesięciu lat zmianę małej, prowincjonalnej mieściny w jedno z największych miast w kraju.
Część parceli przy Piotrkowskiej oddano w użytkowanie sukiennikom, a część tkaczom lnu i bawełny. Z rozwojem miasta wiązała się wielka imigracja. Do Łodzi przybywali rzemieślnicy i robotnicy z Wielkopolski, Dolnego Śląska, Czech, Saksonii i Prus.
Na moment przerwiemy wątek historyczny, by zwrócić uwagę na OFF Piotrkowską. Niegdyś była tu fabryka Franciszka Ramischa, która w szczytowym momencie rozwoju zatrudniała ok. 1000 robotników. Wraz z upadkiem PRL-u zakłady także zakończyły swój żywot, a ten fragment miasta zyskał nazwę Chinatown, od tanich, chińskich knajpek, które tu powstały. Swoje interesy prowadzili tu też drobni handlarze, a miejsce to nie cieszyło się dobrą sławą.
Od 2011 roku przeprowadzono rewitalizację tego miejsca, znalazło się tu miejsce dla startupów, restauracji, pojawiają się też inicjatywy kulturalne i artystyczne. OFF Piotrkowska stała się miejscem modnym i znalazła się nawet w gronie 7 nowych cudów Polski.
Wróćmy jednak do ulicy Piotrkowskiej. Początkowo przy tej ulicy powstawały drewniane domy, a samo tempo zabudowy wydzierżawionych działek było niezadowalające. Pod koniec lat 20. XIX wieku zaczęły w końcu powstawać przy nowej ulicy pierwsze murowane zakłady, zwane manufakturami.
Pierwszą manufakturę otworzył w 1827 roku Jan Krystian Rundzieher, a kolejną kilka lat później Ludwik Geyer. I przy tej postaci warto się na chwilę zatrzymać. Geyer był jednym z najważniejszych budowniczych współczesnej Łodzi (nazywano go wręcz "ojcem Łodzi"). To on uruchomił pierwszą w Królestwie Polskim fabrykę włókienniczą o napędzie parowym. Jego fabryka na pierwszy rzut oka różniła się od wielu innych łódzkich fabryk - była otynkowana i z tego tytułu nazywano ją "białą fabryką".
Od mniej więcej 1830 roku sukiennicy opuścili ulicę Piotrkowską, która została opanowana przez fabryki lnu i bawełny. Pomału rosła też liczba domów murowanych - w 1830 roku było ich 35, w 1840 roku 51, a w 1850 roku już 85. I choć teoretycznie przy głównych ulicach miasta (a taką była ulica Piotrkowska) nie wolno było stawiać domów drewnianych, to większości przybyłych do Łodzi tkaczy nie było stać na dużo droższy dom murowany. Miasto potrzebowało fachowców, stąd też władze nie egzekwowały przepisów i zezwalały na stawianie drewnianych, nie spełniających nawet ówczesnych wymagań bezpieczeństwa konstrukcji.
Ciekawostką na deptaku jest ścieżka na środku. Są na niej tabliczki fundatorów rewitalizacji ulicy. Setki, tysiące tabliczek z imionami i nazwiskami. Podobny zamysł, co w bazylice w Licheniu.
Najbardziej efektowne kamienice przy Piotrkowskiej pochodzą z okresu nieco późniejszego, końcówki XIX wieku oraz początku XX wieku. Jedną z takich imponujących budowli jest kamienica Salomona Bahariera przy Piotrkowskiej 107.
Początkowo Żydzi mieli zakaz osiedlania się przy ul. Piotrkowskiej. Stopniowo jednak znoszono ograniczenia i od 1862 roku Żydzi mieli takie same prawa w kwestii osiedlania się, jak Polacy czy Niemcy.
I kolejna bardzo charakterystyczna kamienica, pod Gutenbergiem, przy Piotrkowskiej 86. Nazwa wzięła się stąd, że w tej kamienicy była siedziba najstarszej łódzkiej gazety, "Lodzer Zeitung".
Ta drewniana konstrukcja o nazwie kuczka służyła Żydom. Obchodzono w niej święto Sukkot. Bogaci Żydzi budowali takie kuczki przy swoich domach, by unikać bratania się z biedniejszymi współwyznawcami.
W trakcie II Wojny Światowej Niemcy zmienili nazwę Łodzi na Litzmannstadt, a ulicę Piotrkowską na Adolf Hitler Strasse. Okres PRL-u nie był dla tego fragmentu Łodzi zbyt łaskawy. Następowała stopniowa degradacja kamienic, niektóre z nich nawet rozebrano, stawiając w ich miejsce nowe, nie pasujące charakterem do tego miejsca budynki. Dopiero od 1990 roku dostrzeżono potencjał tej ulicy. Część Piotrkowskiej zamieniono w deptak, odnowiono wiele kamienic, zainwestowano w elementy małej architektury. Piotrkowska stała się centrum życia łodzian, jest tu mnóstwo restauracji, kawiarni. Piotrkowska pełni rolę rynku lub starówki.
Bardzo charakterystycznym i jedynym w swoim rodzaju miejscem przy Piotrkowskiej jest pasaż Róży, przy Piotrkowskiej 3. Jest to podwórze, przy którym elewacje domów zostały obłożone fragmentami rozbitych luster. Instalacja ta powstała w 2014 roku, a jej autorką jest Joanna Rajkowska.
Skąd pomysł na taką instalację? Córka artystki, o imieniu Róża, cierpiała na nowotwór oczu. Na skutek tego częściowo utraciła wzrok i widziała świat trochę w taki sposób, jakby był on częścią rozbitych fragmentów. I właśnie taka jest symbolika tego miejsca.
Z Piotrkowską żegnamy się zdjęciem Jednorożca. Ciekawa jest historia powstania tego pomnika. Po wybudowaniu widocznego w tle dworca tramwajowego o nazwie Stajania Jednorożców powstała obywatelska inicjatywy postawienia interaktywnego pomnika poświęconemu tym mitycznym zwierzętom. Zebrano podpisy, był konkurs na pomnik, ale proponowane prace nie spodobały się lokalnej społeczności, a prezydent Łodzi anulowała cały konkurs. Pomysł jednak powrócił, ale w nieco zmienionej formie. W ramach budżetu obywatelskiego za 400 tys. zł zamówiono pomnik Jednorożca u japońskiego artysty Tomhioro Inaby. W 2019 roku pomnik został odsłonięty i stanowi charakterystyczny punkt miasta.
Muzeum Miasta Łodzi, Muzeum Kinematografii, Orientarium
Jako że nie było z nami naszej najmłodszej pociechy, to postanowiliśmy pozwiedzać nieco muzea. Na pierwszy ogień poszedł pałac Izraela Poznańskiego, czyli łódzki Wersal, jak niekiedy zwana jest ta budowla. Brzmiało obiecująco 🙂.
W 1877 roku Izrael Poznański kupił skromną kamienicę i budynek magazynowy z myślą o budowie rezydencji dla swojej rodziny. Miejsce to sąsiadowało z fabrykami Poznańskiego. Wkrótce powstał tu pałac w stylu neobarokowym. Początkowo Poznański nie był chyba do końca zadowolony, gdyż pod koniec XIX wieku obiekt kilka razy był przebudowywany i ostateczny swój kształt zyskał w 1903 roku.
Pałac Poznańskiego jest dziełem sztuki. Z zewnątrz robi duże wrażenie, w szczególności licznymi zdobieniami i wielkością, wnętrza także ociekały przepychem. Co więcej, była to budowla, jak na ówczesne czasy, bardzo nowoczesna. Był to jeden z pierwszych zelektryfikowanych budynków w Łodzi.
Pałac Poznańskiego był największą fabrykancką rezydencją na ziemiach polskich. Widoczne na zdjęciu rzeźby z literą P stanowiły coś w rodzaju logo firmy Poznańskiego. Po rozpadzie imperium Poznańskiego pałac był wykorzystywano jako Urząd Wojewódzki (1927-1939), a w 1975 roku przejęło go miasto Łódź.
Część pomieszczeń ogromnego pałacu przeznaczono muzea. Kilka izb poświęcono urodzonemu w Łodzi wybitnemu pianiście Arturowi Rubinsteinowi. Po tym, jak w trakcie II Wojny Światowej Niemcy wymordowali niemal całą rodzinę Rubinsteina, powziął on postanowienie, że nigdy nie będzie koncertował w Niemczech, ani wschodnich, ani zachodnich. Słowa dotrzymał.
Z Rubinsteinem wiąże się jeszcze jedna ciekawa historia. W 1945 roku w San Francisco odbywał się koncert dla delegatów i gości Konferencji Pokojowej, na której powołano do życia Organizację Narodów Zjednoczonych. Polska na skutek sprzeciwu Stalina, nie wzięła w niej udziału. Podczas koncertu Rubinstein zabrał głos, wyraził oburzenie z powodu braku polskiej flagi i ostentacyjnie zagrał Mazurka Dąbrowskiego.
W podziemiach pałacu umiejscowiono Muzeum Historii Miasta Łodzi. Już w drodze do Łodzi poznaliśmy najważniejsze fakty z historii tego miasta, a w tym muzeum wszystko sobie fantastycznie uzupełniliśmy. Wręcz niesamowity wydaje się fakt, że jeszcze pod koniec XVIII wieku mieścina Łódź liczyła zaledwie 250 mieszkańców, a władze pruskie (przez chwilę Łódź była w zaborze pruskim) rozważały odebranie jej praw miejskich. Tak naprawdę historia nowoczesnej Łodzi rozpoczęła się nie 600 lat temu, jak się oficjalnie obchodzi, ale 200 lat temu, w 1820 roku. Od tego momentu datuje się nieprawdopodobny wręcz rozwój tego miasta. Niewiele jest w Europie przykładów budowy miasta niemal od zera, w tak krótkim czasie.
Oczywiście tak szybki rozwój ma pewne konsekwencje. Brak jest w Łodzi zabytków starszych niż sto kilkadziesiąt lat. Rozwój infrastruktury nie nadążał za szybko rosnącą liczbą mieszkańców, co powodowało wiele problemów. Wielka liczba fabryk wiązała się z dużym zanieczyszczeniem środowiska, a po 1989 roku i upadku wielu zakładów nastąpiło wyludnienie Łodzi. Przez ostatnie 35 lat liczba mieszkańców Łodzi zmniejszyła się z 850 tys. do 650 tys. i tendencja nadal jest spadkowa. Tego wszystkiego, podanego w przystępny i atrakcyjny sposób, dowiedzieliśmy się w Muzeum Historii Miasta Łodzi.
Drugim muzeum w Łodzi, do którego zajrzeliśmy było Muzeum Kinematografii. Mieści się ono w pałacu Scheiblera, innego łódzkiego fabrykanta z końcówki XIX wieku. Choć Karol Scheibler uchodził za najbogatszego fabrykanta w Łodzi i w całym Królestwie Polskim, to siedzibę miał znacznie skromniejszą od Izraela Poznańskiego.
Muzeum Kinematografii jest jedynym tego typu obiektem w Polsce. Ekspozycja jest bardzo rozległa i dotyczy wielu dziedzin sztuki filmowej. Przedstawiono rozwój filmu i kina, ze szczególnym uwzględnieniem początków (na zdjęciu urządzenie, które po samodzielnym kręceniu korbką z kilkuset zdjęć robiło "film")...
... zaprezentowano jedyny w Polsce działający fotoplastikon. Został on zbudowany około 1900 roku przez Augusta Fuhrmanna i zyskał nazwę Panorama Cesarska. Na początku XX wieku większość dużych miast posiadało taką atrakcję. Fotoplastikon polega na tym, że na 25 stanowiskach mogą siedzieć ludzie, a w środku urządzenia obracają się zdjęcia. W lustrze nad fotoplastikonem można zobaczyć, jak to urządzenie wygląda od środka.
W Muzeum przedstawiono też tajniki pracy montażysty, reżysera, scenarzysty...
... zgromadzono scenariusze czy stroje z najbardziej znanych polskich filmów, m.in. Seksmisji, Krzyżaków....
... wiele uwagi poświęcono też znaczeniu Łodzi dla przemysłu filmowego. Tu jest szkoła filmowa, tu było/jest wiele studiów filmowych, tu kręcono dziesiątki polskich filmów.
Już na zewnątrz budynku Muzeum Kinematografii pewną atrakcją są rekwizyty z filmu Kingsajz. But, telefon, widelec, wszystko w wersji bardzo maxi 🙂.
Jedno piętro poświęcono bajkom, ale były to bajki z czasów na tyle odległych, że dorosła część naszej ekipy kojarzyła niektóre z nich, ale nie wszystkie, a dziecko nie znało nawet misia Uszatka, o innych nawet nie wspominając.
Jeśli ktoś interesuje się tematyką filmową, to spokojnie może spędzić w Muzeum Kinematografii pół dnia, albo i więcej. My interesujemy się tylko trochę, ale i tak uważamy czas w nim spędzony za bardzo bardzo interesujący.
Trzecią atrakcją, którą wybraliśmy było łódzkie zoo, ze szczególnym uwzględnieniem Orientarium. Świetnym pomysłem było zameldowanie się na miejscu o 9 rano, gdy zoo jest otwierane - jeszcze można było zaparkować pod muzeum, a liczba zwiedzających w zoo nie przeszkadzała. Po 2,5 godzinie sytuacja uległa radykalnej zmianie i zwiedzanie stało się dużo mniej przyjemne. Na zdjęciu jedna z największych atrakcji Orientarium - słonie. Punktem kulminacyjnym odnośnie słoni jest ich codzienna kąpiel o godz. 11.00. Tłok przy basenie był naprawdę niesamowity 🙂.
Trzeba przyznać, że Orientarium robi bardzo pozytywne wrażenie. Zwierzęta mają obszerne wybiegi, które są bardzo urozmaicone.
To akurat jest szakal, nam bardzo spodobały się pingwiny (głównie dzięki temu, że przez przeszkloną ścianę basenu można było obserwować jak zwinnie pływają).
Możliwość obejrzenia, co się dzieje pod wodą, była kluczowa w przypadku krokodyli. Na zewnątrz wystawiały tylko łeb, a reszta ciała było pod powierzchnią.
I chociaż schowały się przed nami i lwy i tygrysy, a bilety nie były tanie, to jednak opuszczaliśmy zoo zadowoleni.
Cmentarz Żydowski
Cmentarze często wiążą się ze smutnymi historiami, skłaniają do zadumy. Nowy cmentarz żydowski, nazywany tak dla odróżnienia od starego cmentarza, jest miejscem naznaczonym straszliwą tragedią w przeszłości, a dziś zaniedbanym i nieco zapomnianym. Na zdjęciu dom przedpogrzebowy. W nim przygotowywano zwłoki do pochówku, m.in. poprzez rytualne obmycie. Dom ten ma 850 m2 powierzchni i jest największym tego typu obiektem w Polsce.
Zacznijmy jednak od tego, jak ten cmentarz powstał. Pod koniec XIX wieku stary cmentarz żydowski przy ul. Wesołej (dziś już nieistniejący) został zapełniony grobami i powstała pilna potrzeba zbudowania nowego cmentarza. Doskonale nam już znany Izrael Poznański sfinansował zakup 10 hektarów gruntu z przeznaczeniem na nowy cmentarz.
W 1892 roku władze gubernialne wyraziły zgodę na lokalizację nowego cmentarza. W 1898 roku wybudowano dom przedpogrzebowy.
Najbardziej imponującym grobowcem na tym ogromnym cmentarzu (obecnie ma on powierzchnię 42 hektarów i jest największym żydowskim cmentarzem w Polsce) jest secesyjny grobowiec rodziny Poznańskich. Wybudowano go w 1903 roku, 3 lata po śmierci nestora rodu, Izraela.
Widoczna mozaika, znajdująca się pod sklepieniem kopuły, składa się z 2 milionów części! Mauzoleum Poznańskich uważane jest za największy żydowski grobowiec na świecie, przy czym jego powstanie wiązało się ze złamaniem wielu religijnych przepisów. Ale bogatemu wolno więcej.
Bardzo ciekawe były podpisy na grobach Izraela i Leonii. Sporządzono je w języku polskim, co na tym cmentarzu wcale nie jest normą. Wiele grobów ma napisy w języku hebrajskim, a gdzieniegdzie można też było spotkać cyrylicę. Ale już datowanie śmierci jest w kalendarzu żydowskim. Same sarkofagi wykonano z czerwonego marmuru.
Ozdobne kraty są elementem współczesnym, wstawiono je w 1993 roku.
Wokół mauzoleum są groby innych przedstawicieli rodu Poznańskich. Co ciekawe, najskromniejszy jest najpóźniej datowany grób, z lat 30. XX wieku, co może wiązać się z upadkiem imperium Poznańskich.
Widoczny na zdjęciu fragment cmentarza nie jest, niestety, jakimś szczególnie mocno zaniedbanym zakątkiem. Tutaj można chociaż zobaczyć nagrobki, spróbować coś odczytać...
... w niektórych miejscach jest to już niemożliwe. Tutaj przyroda wygrała i bez gruntownych porządków/renowacji trudno będzie choćby odnaleźć jakiś grób.
Jednak najbardziej zaniedbaną częścią tego wielkiego cmentarza są pola gettowe. Na niewielkim obszarze pochowano tu 45 tys. ludzi, zmarłych w trakcie II wojny światowej w łódzkim getcie. Jest to obszar z daleka przypominający łąkę, a o tym, że jest to miejsce pochówku, świadczą jedynie małe tablice nagrobne, ginące pośród traw. Obecnie prowadzony jest projekt rewaloryzacji tego miejsca. Planuje się identyfikację ofiar, umieszczenie kamiennych macew z danymi pochowanych ludzi oraz budowę pomnika. Aktualnie trwa poszukiwanie funduszy na renowację pól gettowych.
Na nowym cmentarzu żydowskim pochowano łódzkich fabrykantów, lekarzy, rabinów, a także rodziny poety Juliana Tuwima i kompozytora Artura Rubinsteina.
Na cmentarzu pochowanych jest ok. 230 tys. osób. Niestety, wiele z nich w bezimiennych grobach. Dotyczy to przede wszystkim ofiar z getta. Aby zachować o nich pamięć, ich rodziny umieszczają tablice pamiątkowe na murze cmentarza.
Każda taka tablica to osobna, tragiczna historia jakiejś rodziny.
W 1980 roku nowy cmentarz żydowski został wpisany do rejestru zabytków, a w 2015 roku został pomnikiem historii. Na razie w niewielkim stopniu przełożyło się to na odnowienie tego miejsca. A jest tu naprawdę bardzo wiele do zrobienia.
Jak oceniamy Łódź po tych dwóch dniach? Na pewno miasto to różni się od wielu innych dużych miast. Nie ma bardzo długiej historii, tak naprawdę rozwój miasta zaczął się ledwie 200 lat temu. Nie ma wielu zabytków, zwłaszcza starszych niż 150-180 lat. Brak tu rynku. Nawet na reprezentacyjnej ulicy Piotrkowskiej ciekawe, bogato zdobione kamienice potrafią sąsiadować z nieciekawymi, zaniedbanymi budynkami. Spacerując po Łodzi trafiliśmy w wiele miejsc, które wymagają gruntownego remontu. Ale też nie sposób nie dostrzec, że wiele, nawet bardzo wiele zostało w ostatnich latach zrobione. Odrestaurowano okolice Manufaktury Izraela Poznańskiego, kończy się renowacja Księżego Młyna Karola Scheiblera, na Piotrkowskiej ciekawym miejscem stała się OFF Piotrkowska. Wielkie wrażenie robi też pałac Poznańskiego, także niedawno odnowiony.
Czy warto poświęcić weekend na zwiedzanie Łodzi? Bez wątpienia tak!
Dodaj komentarz