Czy Islandia to dobry kierunek na rodzinne wakacje?
Wybierając Islandię za cel naszej wakacyjnej podróży mieliśmy pewne wątpliwości. Czy nasze dzieci nie będą się nudzić? Czy lepiej objechać Islandię dookoła czy też lepiej skupić się na atrakcjach w południowo-zachodniej części kraju? Jak przygotować się do podróży, mając na uwadze mocno nieprzewidywalną pogodę? Czy spróbować wjechać w interior? Wiele z tych kwestii postaraliśmy się rozwinąć w poniższych galeriach.
Gdyby ktoś chciał podążyć naszymi śladami, podaliśmy też nazwy naszych noclegów – wszystkie spełniły nasze oczekiwania, a niektóre szczególnie polecamy.
Na jak długo jechać?
Jedną z ważniejszych kwestii do rozstrzygnięcia jest to, ile dni potrzeba do objechania Islandii dookoła. Oczywiście każdy ma swoje tempo, ale z naszych doświadczeń wynika, że aby przesadnie nie gonić, mieć czas na zwiedzanie także tych mniej oczywistych miejsc, dobrze jest mieć na to 9-10 dni.
Nasz pomysł na Islandię
My mieliśmy 12 pełnych dni i udało nam się w tym czasie objechać Islandię dookoła, ponadto zwiedziliśmy półwysep Snæfellsnes, dość gruntownie zbadaliśmy obszar Złotego Kręgu, a także kilka razy wjechaliśmy nieco w interior.
Czego nie zwiedziliśmy? Po głębszej analizie ominęliśmy Fiordy Zachodnie. Gdybyśmy mieli jeszcze 2-3 dni, to pewnie byśmy je uwzględnili, ale leżą one nieco na uboczu, odległości na Fiordach są znaczne, dlatego też zdecydowaliśmy się je pominąć.
Pogoda na Islandii
Musimy jednak zaznaczyć, że poza jednym dniem współpracowała z nami pogoda, co nawet latem wcale nie jest takie oczywiste. Można trafić na słoneczną pogodę i temperaturę +20 stopni, ale można też cierpieć przy deszczach, silnym wietrze i temperaturze nieznacznie powyżej zera. Co gorsza, taka pogoda może utrzymywać się przez kilka dni z rzędu. Niestety, jest to kwestia szczęścia.
Zobacz naszą relację wideo!
Zapraszamy do obejrzenia naszej podróży, dzień po dniu.
Fotorelacja z podróży dzień po dniu
Dzień 1 – półwysep Reykjanes, Reykjavik
Po perypetiach związanych z mocno opóźnionym lotem i związaną z tym bardzo skróconą nocą ruszyliśmy z Keflaviku w stronę Reykjaviku. Można tę drogę pokonać jedyną na Islandii autostradą lub też nieco nadkładając drogi, ale po drodze zajeżdżając w różne ciekawe miejsca. Kto nas zna, ten łatwo się domyśli, że wybraliśmy tę drugą opcję 🙂. Na początek przystanęliśmy przy moście łączącym kontynenty. To dumne miano nosi widoczna na zdjęciu kładka.
O co tu chodzi? Otóż Islandia jest położona dokładnie na granicy dwóch płyt tektonicznych - północno-amerykańskiej i euroazjatyckiej. Pod względem geologicznym zatem północno-zachodnia część Islandii znajduje się na kontynencie amerykańskim, a południowo-wschodnia na europejskim. Obie te płyty odsuwają się od siebie w tempie 2 cm rocznie, co prowadzi do trzęsień ziemi i aktywności wulkanicznej. Zbyt długo tu nie zabawiliśmy, gdyż wiedzieliśmy, że w innej części Islandii jest miejsce, gdzie owa granica płyt jest o wiele bardziej efektowna.
Wkrótce trafiliśmy na pierwsze źródła geotermalne o nazwie Gunnuhver. W tym miejscu wszystko się zgadzało - efekty zapachowe (zgniłe jaja) były konkretne, para buchała tak bardzo, że gdy się weszło w tę chmurę, to widoczność spadała do zera, a drobne kropelki wody z powodzeniem zastępowały deszczyk.
Poprzednie atrakcje zajmowały nam może 15 minut, ale przy wulkanie Fagradalsfjall postanowiliśmy nieco rozprostować kości i zrobiliśmy trekking wzdłuż pól lawowych powstałych po erupcjach tego wulkanu z 2021 oraz 2022 roku. Wówczas jeszcze było tam spokojnie, można było (nieoficjalnie ;)) wejść na zastygłą lawę. Trzy dni później ziemia w okolicy tego wulkanu zaczęła się trząść, co zwiastowało bliską erupcję.
Jeszcze w trakcie naszego pobytu na Islandii, dokładnie 9 dni po zrobieniu tego zdjęcia, wulkan Fagradalsfjall ponownie wybuchł. Zastanawialiśmy się, czy nie wybrać się raz jeszcze w to miejsce, by z bliska oglądać potoki lawy, ale wizja dość dalekiej wyprawy (ok 20 km tam i z powrotem) oraz duże ryzyko wdychania dymów i gazów z powodu zmiennego wiatru spowodowały, że zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. A gdy już podjęliśmy tę decyzję, to władze islandzkie i tak czasowo zakazały podchodzenia pod wulkan.
Na koniec dnia zajechaliśmy do stolicy i największego miasta Islandii - Reykjaviku. Wiedzieliśmy, że w Islandii atrakcji typowo dla dzieciaków jest naprawdę niewiele, dlatego pierwsze kroki skierowaliśmy do muzeum Perlan. Ma ono przedstawiać w atrakcyjnej, nowoczesnej formie charakterystyczne cechy Islandii - lodowce, wulkany, zorze polarne, jaskinie lodowe. Wielką atrakcją dla naszych chłopaków była możliwość zwiedzenia jaskini lodowej - wąskie przejścia, chłód, różne rodzaje lodu, labirynt ścieżek, obaj byli zachwyceni!
U Adama i tak wysoki poziom ekscytacji jeszcze bardziej wzrósł, gdy odkrył lodowy tron 🙂. Innym ciekawym miejscem w muzeum było planetarium, gdzie można było obejrzeć film o zorzach polarnych. Latem nie ma szans na obejrzenie zorzy na żywo, podobnie zresztą jak na odwiedzenie prawdziwej jaskini lodowej, więc chociaż mieliśmy namiastkę tych atrakcji w Perlanie.
Resztę wystaw przeszliśmy raczej szybko, bo choć można tu spędzić pół dnia, to chcieliśmy jeszcze coś zobaczyć w Reykjaviku. Czy warto poświęcić nieco czasu i sporo pieniędzy (bilet rodzinny ok. 400 zł) na to muzeum? W przypadku deszczowej pogody na pewno tak, natomiast przy ładnej pogodzie nie jest to punkt obowiązkowy.
Popołudnie przeznaczyliśmy na spacer po Reykjaviku. Osada ta została założona w 874 roku przez norweskiego wikinga Ingólfura Arnarsona. Nazwa Reykjavik oznacza 'dymiącą zatokę', a te dymy pochodziły od pobliskich źródeł geotermalnych. Przez setki lat Reykjavik był bardzo skromną osadą - jeszcze pod koniec XVIII wieku liczył ledwie 167 mieszkańców, a w połowie XIX wieku 1000 ludzi. W XX wieku nastąpił dynamiczny rozwój miasta i dziś Reykjavik liczy 130 tys. mieszkańców, a cała aglomeracja 220 tys., co stanowi 2/3 ludności Islandii. Na zdjęciu: mural, jeden z wielu, w Reykjaviku.
Reykjavik leży na 64. stopniu szerokości geograficznej północnej i jest najbardziej na północ wysuniętą stolicą na kuli ziemskiej (kolejne są Helsinki, Oslo i Tallinn). Pomimo tego, dzięki ciepłemu Prądowi Północnoatlantyckiemu, klimat wcale nie jest tak surowy, jak mogłoby się zdawać. Najniższa zanotowana tu temperatura to "tylko" -24 stopnie Celsjusza, a od 50 lat nie zanotowano w Reykjaviku temperatury niższej niż -20 stopni. Na zdjęciu okolice portu, w tych domkach można wykupić wycieczki 'na wieloryby'.
W poszukiwaniu czegoś do jedzenia zaszliśmy do absolutnie kultowej knajpy o nazwie Sægreifinn. Serwują tu świeże ryby, kotlet z wieloryba oraz zupę z homarów. Kilkanaście lat temu był w niej Robert Makłowicz i zachwycił się tymi smakami. Jak widać, kolejka była spora (a jeszcze dodatkowo w środku), czas nas gonił, więc ze sporym żalem odpuściliśmy to miejsce i zjedliśmy gdzieś indziej. Choć, jak się później okazało, co się odwlecze...
Ten budynek to... burgerownia. Przy tej okazji kilka słów o restauracjach w Islandii. Nie ma co ukrywać - jest drogo, nawet bardzo drogo. Zwykle ceny samego drugiego dania zaczynały się od 100 zł, zupy to koszt 60-80 zł, pizza Margerita 80 zł, a z jakimiś dodatkami ponad 100 zł. Na tym tle burgery za 70-90 zł wydawały się jeszcze w miarę ekonomiczne. Najtańsze były hot dogi, choć tu jedna sztuka nie wystarczała, by się najeść 🙂. Na plus tutejszych restauracji zapiszemy natomiast to, że z reguły jedzenie było smaczne.
Sala koncertowa i centrum konferencyjne Harpa to jeden z najbardziej charakterystycznych budynków w Reykjaviku. Został oddany do użytku w 2011 roku, a jego szklana fasada wzorowana jest na bazaltowych słupach, które można spotkać w wieku miejscach w Islandii.
W tle Harpa z innej strony, a na pierwszym planie rzeźba Wind Harp - pole do interpretacji, co autor chciał przekazać, jest bardzo szerokie 🙂.
Przechadzając się po Reykjaviku naszą uwagę przykuwała mnogość kolorów. Wiele budynków, a czasem tylko okiennic czy drzwi, albo jak w tym wypadku ogródek, było pomalowanych w żywe kolory, co dawało ciekawe efekty.
Wokół placu Ingólfura koncentruje się życie w Reykjaviku. Na placu odbywają się różne festiwale, kiermasz świąteczny, a w najbliższej okolicy jest sporo restauracji i kawiarni.
Naszą uwagę zwróciły elewacje domów. Bardzo powszechnie wykorzystywanym materiałem jest blacha falista. Przy braku odpowiedniej konserwacji gdzieniegdzie było widać pojawiającą się rdzę, ale większość domów była zadbana.
I choć Reykjavik nas jakoś specjalnie nie oczarował, to jednak uważamy, że będąc na Islandii warto tu zajrzeć. Choćby dlatego, że to miasto wygląda inaczej niż przeciętne europejskie miasto - bardziej w stylu skandynawskim, dość kolorowe, niezbyt wysokie, z kilkoma charakterystycznymi miejscami. Nie wszystkie zdążyliśmy zobaczyć w pierwszym dniu, ale nadrobiliśmy to w ostatnim dniu naszego pobytu na wyspie.
Już wyjeżdżając z Reykjaviku na moment przystanęliśmy, by obejrzeć Höfði. Budynek ten wzniesiono na początku XX wieku, a sławny stał się w 1986 roku, gdy spotkali się w nim przywódcy USA i ZSRR - Ronald Reagan i Michaił Gorbaczow. Spotkanie to było ważnym krokiem do zakończenia zimnej wojny.
Dzień 2 – półwysep Snæfellsnes
Po noclegu w Hvita Guesthouse kolejny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie półwyspu Snæfellsnes, położonego w zachodniej Islandii. Półwysep ten reklamowany jest jako Islandia w pigułce. Zachęciło nas to na tyle, by uwzględnić to miejsce w naszych planach. Zaczęliśmy od klifów Gerðuberg.
Klify Gerðuberg są to bazaltowe słupy o wysokości do 14 metrów, ciągnące się przez ponad kilometr. Jest to efekt wybuchu wulkanu i kontaktu lawy z zimną morską wodą. Podobne formy widzieliśmy już kiedyś w Czeskiej Szwajcarii, a w Islandii są one w wielu miejscach. Tu jednak są bardzo ładnie wyeksponowane.
Gdy kilka miesięcy temu zwiedzaliśmy Szkocję, mieliśmy nadzieję na zobaczenie fok. Kilka razy nawet specjalnie zjeżdżaliśmy w miejsca, gdzie była duża szansa na ich spotkanie. Nie udało się. W Islandii szczęście o wiele bardziej nam sprzyjało. Plaża Ytri Tunga słynie jako miejsce wylegiwania się dwóch gatunków fok (foka pospolita oraz foka szara) i wypatrzyliśmy dwie foki odpoczywające na skałach i jeszcze jedną pływająca w oceanie.
Byliśmy przygotowani i mieliśmy nawet lornetkę, aby wyszukiwać foki. A nie było to takie łatwe, gdyż nieruchomo leżące zwierzaki bardzo mocno wtapiały się w nadbrzeżne skałki. Na tym zdjęciu zwrócę uwagę na widoczny w oddali szczyt. To wulkan Snæfellsjökull, którego sylwetka towarzyszyła nam niemal przez cały dzień. Po raz pierwszy dostrzegliśmy go z odległości ok. 80 km, potem podjeżdżaliśmy coraz bliżej (na zdjęciu jest oddalony o ok. 30 km), wreszcie objechaliśmy go dookoła i pożegnaliśmy.
Trzeba przyznać, że droga nr 54, potem przechodząca w drogę nr 574, prowadząca przez półwysep Snæfellsnes jest bardzo malownicza. Po jednej stronie mamy ocean, a po drugiej góry, przy których od czasu do czasu pojawiały się pojedyncze domostwa.
Islandia słynie z wodospadów, jest ich na tej wyspie ok. 10 000, zatem czas na eksplorację pierwszego z nich. Przed nami wodospad Bjarnarfoss. Liczy on imponujące 79 metrów wysokości, a spośród setek innych wodospadów wyróżnia się po pierwsze tym, że doskonale widać go z głównej drogi, po drugie jest możliwość, by podejść pod sam wodospad (co wcale nie jest regułą), a po trzecie sam wodospad jest jeszcze upiększony pionowymi bazaltowymi kolumnami. Jak widać, pogoda dopisywała, więc postanowiliśmy podejść pod wodospad.
Wodospad z bliska bardzo nam się podobał, ale równie fajny był widok w drugą stronę po podejściu kilkudziesięciu metrów pod górę. Rzeczka Landakotsgil efektownie meandrowała na tle zielonej łąki, a gdzieś w oddali wiła się droga nr 574.
Gdy podeszliśmy bliżej, ujrzeliśmy bazaltowe kolumny, kształtem podobne do tych z klifów Gerðuberg, przy czym tu kolumny były znacznie węższe.
Gdy podeszliśmy naprawdę blisko, poczuliśmy krople rozbryzgującej się wody, a kamienie nagle stały się bardzo śliskie. Zupełnie inaczej odbiera się ten sam wodospad z oddali, z parkingu, a zupełnie inaczej, gdy słychać huk spadającej wody i wyraźnie czuć ścianę kropelek wody.
Uważany za najpiękniejszy kościółek w Islandii Búðakirkja jest fantastycznie położony. Tuż nad oceanem, obok pól lawowych Búðahraun widocznych nieco pomiędzy trawą a górą, a w tle majaczy się sylwetka wulkanu Snæfellsjökull. Sam kościółek też ma ciekawą historię - początkowo stał tu kościół zbudowany w 1703 roku, który jednak popadł w ruinę. Jedna z parafianek, Steinunn Sveinsdottir, przez długie lata walczyła o możliwość budowy nowego kościoła i po wielu staraniach, w 1848 roku, dopięła swego.
A to taki maleńki zwiastun (o czym jeszcze wówczas nie wiedzieliśmy) zjawiskowych Gór Tęczowych, chyba najpiękniejszego miejsca na całej wyspie.
Wąwóz Rauðfeldsgjá z daleka wygląda jak szczelina w skale i takową w istocie jest. Z parkingu cała skała przypomina nieco palce dłoni. Już samo wejście do wąwozu wiązało się z pewnymi emocjami - nie było tam żadnej ścieżki, tylko strumyk, a w nim kamienie, po których trzeba było przeskakiwać, aby dotrzeć do suchego miejsca, z którego można było podjąć próbę dalszej eksploracji wąwozu.
Ku naszemu lekkiemu rozczarowaniu okazało się, że stosunkowo łatwo można podejść kilka, najwyżej kilkanaście metrów. Niemniej, dzięki temu, że wąwóz był bardzo wąski i bardzo wysoki, to robił spore wrażenie.
Pomału zbliżaliśmy się do końca półwyspu Snæfellsnes. Na chwilę zatrzymaliśmy się w Arnarstapi. To miejsce wyróżnia się granitowymi klifami, na których schronienie znalazło mnóstwo ptaków. Poprowadzona jest tu wzdłuż brzegu ścieżka spacerowa, która prowadzi do dwóch mostów skalnych.
My jednak skupiliśmy się na obserwowaniu ptaków, które popisywały się akrobacjami.
Snæfellsjökull był coraz bliżej, choć chyba lepiej prezentował się z oddalenia, gdy nic nie zasłaniało widoku na wulkan.
Jedną ze specjalności kuchni islandzkiej jest zupa z jagnięciny. Spróbowaliśmy, była smaczna, choć raczej nie warta swojej wygórowanej ceny.
Bazaltowe skały Lóndrangar widać już daleka. Mają one imponujące rozmiary, wyższa skała ma 75 metrów wysokości, a niższa 61 metrów.
Także i na tych skałach mnóstwo ptaków znalazło schronienie, a wedle lokalnych przesądów te okolice są zamieszkane również przez elfy. Ptaki widzieliśmy, elfy nie za bardzo 🙂.
Wracając jednak do skał Lóndrangar zastanawiało nas, jak to jest możliwe, by sama erozja - wiatr i woda, zdołały doprowadzić te skały do takich wymyślnych kształtów. A co więcej, jak to się stało, że ta skała się nie zawaliła.
Kolejny przystanek to plaża Djúpalónssandur. Nim jednak doszliśmy do samej plaży, przeszliśmy obok pola lawowego oraz fantazyjnych skał.
Niegdyś miejsce to było wykorzystywane przez miejscowych rybaków. Znajdowała się tu rybacka osada o nazwie Dritvik, a przy plaży miejsce cumowania łodzi. Dziś już nie ma po tym śladu.
No, jeśli chłopacy potrzebowali challenge'u, to tu go znaleźli. Przy wejściu na plażę znajdują się cztery kamienie o różnej wielkości. Każdy z nich ma swoją nazwę, a ważą kolejno od największego 154 kg, 100 kg, 54 kg i 23 kg. Na zdjęciu widzimy dwa najmniejsze. Służyły one do sprawdzenia siły kandydatów na rybaków. Jeśli kandydat nie potrafił podnieść najmniejszego kamienia, był dyskwalifikowany do roboty na morzu. Chłopacy podeszli do próby 'na pewniaka', w końcu te kamienie nie wydawały się zbyt duże. A tu niespodzianka 🙂. Cóż, mają jeszcze czas na trenowanie 🙂.
Kamienie nie były jedyną atrakcją tej plaży. Można na niej znaleźć fragmenty wraku statku Epine GY7, który rozbił się nieopodal w 1948 roku. Z 19-osobowej załogi uratowało się jedynie 5 marynarzy.
Islandczycy pozostawili na plaży resztki trawlera, które z biegiem czasu stały się... turystyczną atrakcją. Trzeba przy tym przyznać, że zardzewiałe fragmenty statku bardzo ciekawie komponują się pod względem kolorystycznym z czarnym piaskiem na plaży.
W islandzkich legendach i podaniach takie skały jak ta widoczna na zdjęciu powstały w ten sposób, że kiedyś były to trolle, które zostały zamienione w kamienie.
Na plażach z czarnym piaskiem bardzo ważne jest, by świeciło słońce. Zwłaszcza, gdy jest już dość nisko na niebie, odbijające się czy to w oceanie, czy to w wilgotnym piasku promienie słoneczne bardzo pozytywnie wpływają na odbiór takiego miejsca.
Przy większości naszych noclegów mieliśmy check-in do godziny 22:00 i to był nasz deadline na dotarcie do miejsca noclegowego. Drugiego dnia akurat tego ograniczenia nie mieliśmy, gdyż wracaliśmy z powrotem do Hvita Guesthouse, zatem nie musieliśmy nerwowo spoglądać na zegarki i mogliśmy trochę poleniuchować.
Standardowym elementem wizyty na niemal każdej plaży podczas każdych wakacji są pojedynki Adasia z falami. Jeśli wyjdzie z tego suchy, to wygrywa, jeśli fala go przechytrzy, to przegrywa. Na Djúpalónssandur to Adam był górą, choć do końca wakacji nie udało mu się utrzymać czystego konta 🙂.
Na plaży spotkaliśmy wycieczkę seniorów z Polski. Nasz rodzimy język słyszeliśmy na Islandii bardzo często - bardzo wielu pracowników restauracji, hotelików, sklepów to Polacy, a i spośród turystów z pewnością stanowimy jedną z liczniejszych nacji. W jednym ze sklepów w kasie samoobsługowej, obok islandzkiego i angielskiego, do wyboru był język polski.
Ta skała ma nawet swoją nazwę - Söngklettur, co oznacza Śpiewającą Skałę. Przez Islandczyków jest też określana jako kościół elfów. Nie powinno zakłócać się spokoju elfów, zatem włażenie na tę skałę jest niewskazane. Niestety, dowiedzieliśmy się o tym dopiero po wizycie na tej plaży, mamy nadzieję, że elfy nie będą chciały się odegrać na Adasiu za to faux pas 🙂.
Jako że to ostatnie zdjęcie wulkanu Snæfellsjökull, to w kilku słowach przedstawimy tę górę. Wznosi się ona na wysokość 1446 m n.p.m. i jest uważana za jedną z najbardziej malowniczych gór na wyspie. To właśnie ten wulkan jest odpowiedzialny za uformowanie większości formacji, które tego dnia oglądaliśmy na półwyspie Snæfellsnes. My zobaczyliśmy ten wulkan z odległości 80 km, ale przy dobrej pogodzie bywa on widoczny nawet z odległego o 115 km Reykjaviku.
Na sam koniec zwiedzania półwyspu Snæfellsnes podjechaliśmy pod szczyt Kirkjufell. Choć jest to góra o wiele niższa (ledwie 463 m n.p.m.) od pokrytego śniegiem wulkanu, to jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych gór w Islandii. "Grała" w wielu filmach, znajduje się na wielu pocztówkach i innych pamiątkach. Powstała na skutek działania okolicznych wulkanów oraz lodowca, co sumarycznie dało jej taki charakterystyczny kształt. Niejako uzupełnieniem Góry Kościelnej, bo tak należy tłumaczyć tę nazwę (ponoć kształtem przypomina ona dach kościoła) jest wodospad o nazwie Kirkjufellsfoss. Tym miłym akcentem zakończyliśmy zwiedzanie półwyspu Snæfellsnes. Bez wątpienia warto poświęcić jeden dzień na spokojne objechanie tutejszych atrakcji. A że przez cały dzień towarzyszyła nam słoneczna, choć nieco wietrzna pogoda, to wracaliśmy z tej wycieczki bardzo usatysfakcjonowani.
Dzień 3 – Islandia północna
Dzień trzeci był przeznaczony głównie na jazdę przez nieco mniej ciekawe rejony północnej Islandii. Poruszaliśmy się drogą nr 1, która jest najważniejszą drogą na wyspie, prowadzącą dookoła Islandii. Najpierw jednak z naszego położonego na głębokiej prowincji hoteliku musieliśmy dostać się do drogi nr 1. Pojechaliśmy najkrótszą drogą, przez super wąski mostek, by w końcu ujrzeć znak "Droga zamknięta" 🙂. Trzeba było się cofać, ale nie ma tego złego, gdyż dzięki temu mogliśmy zobaczyć tak fantastycznie położony domek.
Aby nieco urozmaicić długą jazdę, najpierw podeszliśmy pod wodospad Glanni, a po chwili wybraliśmy się na króciutki spacer po wulkanie Grábrók. Ścieżka była przygotowana perfekcyjnie - na górę prowadziły schody, po obszarze bardziej płaskim wygodna ścieżka. Do tego specjalne punkty widokowe. Ten wulkan zapamiętaliśmy z tego, że swoje rogi pokazał nam tu wiatr. Wiało naprawdę mocno. Sam wulkan Grábrók jest stosunkowo młody, powstał ledwie 3600 lat temu.
Po wulkanie przez kolejne 200 km nie było nic ciekawego, krajobrazy dość monotonne, osady ludzkie można było policzyć na palcach jednej ręki, a atrakcji turystycznych nie było wcale. Z uczuciem ulgi zajechaliśmy zatem pod kościół w Víðimýri. Nie trzeba być wybitnym znawcą architektury by zauważyć, że jest to budowla niezwykła.
Jego konstrukcja jest drewniana, ale dach pokryty jest torfem, który służy też jako izolacja ścian bocznych. Jeszcze 100-150 lat temu taki widok na prowincji islandzkiej nie był niczym niezwykłym, ale postęp spowodował, że dziś coraz rzadziej można spotkać takie budowle.
Kościół w Víðimýri zbudowano w 1834 roku i jest jednym z zaledwie sześciu tego typu kościołów w całym kraju, a tylko jednym z dwóch, które jeszcze służą do odprawiania nabożeństw. Choć, jak ustaliłem po rozmowie z opiekunem tego miejsca, było to stwierdzenie ciutkę naciągane, gdyż msze odprawiane są już tylko dwa razy w roku. Ten kościółek to bardzo klimatyczne miejsce, tym bardziej warte odwiedzenia, że okolica nie obfituje w ciekawe miejsca.
Temat domów z dachami z torfu postanowiliśmy zgłębić bardziej, w czym miała nam pomóc wizyta w skansenie Glaumbær. Na zdjęciu widoczne są dwa domy - żółty pochodzi z lat 1884-86 i został przeniesiony do skansenu, natomiast szary jest rekonstrukcją budynku z 1849 roku.
Dziś w obu budynkach są wystawy, sklepy z pamiątkami i mała kawiarnia.
Ten skansen zaimponował nam przygotowaniem bardzo dokładnego przewodnika w języku polskim. Zwłaszcza dla chłopaków było to wielkie ułatwienie.
A oto i największa atrakcja skansenu - gospodarstwo rolne, pokryte dachem z torfu. Na gospodarstwo składało się 13 oddzielnych budynków, spośród których niektóre były połączone systemem korytarzy.
Tu można zobaczyć, jak grube były warstwy torfu. Dachy z torfu i darni miały swoje ograniczenia technologiczne, stąd też stawiano raczej więcej mniejszych budynków niż pojedyncze, ale większe budowle.
I już jesteśmy w korytarzu łączącym różne budynki w gospodarstwie. Pomieszczenia gospodarcze, a także korytarz nie wyglądały specjalnie luksusowo...
... ale część mieszkalna prezentowała się już całkiem nie najgorzej. To akurat mieszkanie pastora, a więc wyjątkowo luksusowe 🙂
Przy właściwym obchodzeniu się z takim dachem, jego wytrzymałość szacowana jest na ok. 100 lat. Gospodarstwo to było użytkowane aż do 1947 roku i było już wówczas takim rarytasem, że ledwie 5 lat później przeznaczono je na muzeum. Jeszcze na przełomie XIX i XX wieku 80% budynków w regionie było zbudowanych w takiej technologii.
A dlaczego zaprzestano budowy takich domów? Jednym z głównych powodów był deficyt drewna. Jeszcze kilkaset lat temu na Islandii rosło wiele lasów, ale stopniowy wyręb spowodował, że wycięto niemal wszystkie drzewa na wyspie. Obecnie prowadzone są próby ponownego zalesiania, ale zaledwie niespełna 2% obszaru kraju stanowią lasy, więc jeszcze długa droga przed Islandczykami.
To zdjęcie nie jest przypadkowe! Szukając ciekawostek o Islandii znaleźliśmy gdzieś informację, że w mieście Akureyri czerwone światła na sygnalizacjach są w kształcie... serduszek! Zatem od wjazdu do Akureyri czatowaliśmy na czerwone światło i jest! W tle widać stację benzynową, zatem przy tej okazji wspomnimy, że prawie wszystkie stacje w Islandii są automatyczne. Opcje tankowania są dwie - albo za ustaloną z góry kwotę lub do pełna. Mieliśmy obawy, czy na islandzkiej prowincji jest wystarczająca liczba stacji, ale okazały się one nieuzasadnione - stacji jest dosyć. Choć w interiorze spotkaliśmy znak "następna stacja benzynowa za 243 km" 🙂.
Akureyri zwane jest też stolicą północy, ze swoimi niespełna 20 tysiącami mieszkańców stanowi drugi zespół miejski w kraju, po Reykjaviku. Chcieliśmy coś tu zobaczyć i tak trochę z braku lepszych opcji wybór padł na ogród botaniczny o nazwie Lystigarðurinn.
Okazało się to przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Ogród zajmuje bardzo niewielki obszar, wystarczy pół godziny, by spokojnie się po nim przejść, a można w nim obejrzeć florę z obszarów alpejskich, z różnych regionów Islandii, a także z obszarów arktycznych.
Lystigarðurinn jest najstarszym ogrodem botanicznym w Islandii, został założony w 1912 roku. Zarazem jest to jeden z najbardziej na północ wysuniętych obiektów tego typu na świecie.
Na koniec dnia został nam wodospad Goðafoss, jeden z najbardziej znanych w całym kraju. Spokojnie, na zdjęciu to nie jest jeszcze Goðafoss 🙂, to miejsce położone kawałek dalej w dół rzeki Skjálfandafljót. W tłumaczeniu nazwa tego wodospadu oznacza Wodospad Bogów. Skąd ta nazwa?
Legenda głosi, że w roku 1000 Islandczycy mieli zdecydować czy przyjmują chrześcijaństwo, czy pozostają przy wierze w dotychczasowych bogów. Ostatecznie wybrano chrześcijaństwo, a posągi dotychczasowych bogów wrzucono do tego właśnie wodospadu. Goðafoss nie jest specjalnie wysoki (12 metrów), ale jego szerokość (30 metrów) oraz ciekawy kształt podkowy stanowią o jego atrakcyjności.
Wiele mostów w Islandii wygląda właśnie tak 🙂. Szerokość na jedno auto, wjeżdża ten, kto pierwszy podjedzie pod most. Nawet na drodze nr 1 większość mostów była zbudowana w podobny sposób. Tutaj jeszcze się lekko stresowaliśmy przejazdem, ale potem przywykliśmy. Noc spędziliśmy w Kiðagil Guesthouse. Chcieliśmy znaleźć nocleg bliżej jeziora Myvatn, ale ceny były tam wyjątkowo wysokie, dlatego zdecydowaliśmy się na tę lokalizację.
Dzień 4 – okolice jeziora Myvatn
Czwarty dzień przeznaczyliśmy na atrakcje położone w okolicy jeziora Myvatn. Najważniejszym miejscem w tej okolicy są źródła geotermalne Hverir (w tłumaczeniu gorące źródła), uważane za najbardziej efektowny obiekt tego typu w całym kraju.
Występuje tu wiele zjawisk związanych z geotermią - bulgoczące sadzawki, buchająca para ze szczelin, różnokolorowe nacieki, a także niewielkie piramidy, które emitują parę wodną. Wszystko to jest w otoczeniu zupełnie pozbawionych roślinności wzniesień. Nie jest to najbardziej gościnne miejsce 🙂.
Przy tej okazji dwa słowa o pobliskim jeziorze Myvatn. Ma ono powierzchnię 37 km2 i jest trzecim co do wielkości jeziorem w Islandii. Ze względu na składniki mineralne w wodzie oraz liczne gatunki glonów woda przybiera niekiedy zielonkawy odcień. I choć jezioro to jest bardzo cenne pod względem przyrodniczym (głównie za sprawą ptactwa), to wielu turystów odwiedzających to miejsce nie zabiera ze sobą miłych wspomnień. Wszystko za sprawą... muszek. Już sama nazwa jeziora (w tłumaczeniu jezioro muszek lub jezioro komarów) wskazuje, że te owady mogą solidnie uprzykrzać kontemplację pięknych widoków i bardzo często tak faktycznie właśnie jest. My mieliśmy szczęście - ani w Hverir, ani nad jeziorem Myvatn tych uciążliwych stworzeń nie uświadczyliśmy.
Elementem towarzyszącym źródłom geotermalnym jest silny zapach siarkowodoru. Nie inaczej było w Hverir, a największe natężenie te nieprzyjemne zapachy miały w obłokach buchającej pary.
Po naszych ubiorach można wywnioskować, że tego dnia było zimno. I będzie to wniosek prawidłowy - w Hverir zanotowaliśmy 4 stopnie Celsjusza, a silne podmuchy wiatru jeszcze obniżały temperaturę odczuwalną. Czy taka pogoda była przez cały nasz pobyt w Islandii? Absolutnie nie! Mieliśmy przekrój temperatur od 4 do 25 stopni, ubrania od termociuchów i kilku warstw ubrań z czapkami i rękawiczkami włącznie do krótkich rękawków i okularów przeciwsłonecznych. Jednak temperatura to nie wszystko - niekiedy towarzyszył nam silny lub nawet bardzo silny wiatr.
Następnym naszym celem był najpotężniejszy wodospad Islandii i pierwszy lub drugi (zależnie od metodologii liczenia oraz momentu w roku) najpotężniejszy wodospad Europy, obok Rheinfall, leżącego na granicy Niemiec i Szwajcarii. Niestety, przy Dettifoss pogoda z nami nie współpracowała. Najpierw pojechaliśmy obejrzeć go ze wschodniej strony, fatalną, dziurawą, szutrową drogą nr 864. Na miejscu przywitał nas deszcz i ograniczona widoczność. Nie zmartwiliśmy się tym jakoś specjalnie, bo w planach mieliśmy jeszcze podjazd za kilka godzin z zachodniej strony...
... tam dojazd był luksusowy nowiutko zrobioną drogą nr 862, ale co z tego, skoro na miejscu była taka mgła, że odpuściliśmy podejście pod Dettifoss. Na zdjęciu zatem widok ze strony wschodniej.
A sam Dettifoss ma 100 metrów szerokości, jest wysoki na 45 metrów, a zasilają go wody z największego lodowca Europy Vatnajökull. Gdy podeszliśmy bliżej do wodospadu, poczuliśmy jego moc i potęgę.
O ile Dettifoss jest punktem obowiązkowym dla turystów objeżdżających Islandię dookoła, to znacznie mniej ludzi zajeżdża do kanionu Ásbyrgi. Powód jest bardzo prosty - trzeba jeszcze odjechać kolejne 30 km od drogi nr 1. Kanion ma kształt podkowy i rozmiar 3,5 na 1 kilometr.
Wiedzieliśmy, że są tu dwa stosunkowo krótkie trekkingi - jeden na końcu kanionu do jeziora Botnstjörn oraz drugi na cypel Eyjan, z którego można obejrzeć kanion z góry. Nie mogąc się zdecydować, który będzie lepszy, poszedłem do informacji turystycznej, by przedyskutować ten temat. Wróciłem do chłopaków i oznajmiłem, że mam fantastyczną wiadomość - pani przekonała mnie, że trzeba przejść obie trasy! Miny chłopaków bezcenne 🙂.
Jeziorko Botnstjörn było miejscem, które bardzo nam się spodobało. Otoczone lasem (co już jest rzadkością), potężnymi skałami, z zielonkawą, bardzo przejrzystą wodą sprawiało wrażenie miejsca nieco baśniowego.
Podczas spaceru przez kanion spotkaliśmy różne ptaki - ten osobnik był sam, ale minęliśmy się też z całą kaczą rodziną. O ile spacer do jeziora Botnstjörn był bardzo ciekawy, to wyprawa na cypel Eyjan zakończyła się porażką. Wstępny rekonesans i nisko zawieszone chmury nie dawały wielkich nadziei na spodziewane fantastyczne widoki, zatem podjęliśmy decyzję o szukaniu dobrej pogody w najbliższej okolicy jeziora Myvatn.
Grjótagjá to niewielka jaskinia lawowa wypełniona bardzo ciepłą wodą o błękitnym odcieniu. W jaskini nakręcono scenę miłosną w jednym z odcinków "Gry o tron". Od tego momentu popularność tego miejsca bardzo wzrosła. Ciekawostką jest fakt, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu można się było w tym jeziorku kąpać, ale na skutek podwyższenia poziomu magmy temperatura wody okresowo wzrasta do niebezpiecznych poziomów i obecnie kąpiel jest zakazana.
Jako że pogoda w końcu dała za wygraną i się rozpogodziło, nad jeziorem Myvatn zrobiliśmy dwa niedługie spacery. Pierwszy po parku Höfði, utworzonym na niewielkim cyplu na wschodnim brzegu jeziora Myvatn. Ciekawa jest historia utworzenia tego miejsca. Na początku XX wieku teren ten był własnością prywatną (podobnie zresztą jak wiele innych ważnych turystycznie miejsc w Islandii). Właściciel chciał utworzyć tu park i wraz z żoną latami sadził kolejne drzewa i krzewy.
Gdy ten człowiek zmarł, wdowa przekazała teren na cele publiczne i park został udostępniony turystom. Takiego widoku, jak na zdjęciu, nie uświadczyliśmy w żadnym innym miejscu w Islandii!
Kratery Skútustaðagígar to miejsce wyglądające, jak na Islandię, dość zwyczajnie, ale którego geneza powstania jest zupełnie wyjątkowa. Otóż choć te wzniesienia wyglądają jak kratery pochodzenia wulkanicznego, to jednak nie są to pozostałości po wulkanach. Jak zatem powstały?
Gdy wybuchł pobliski wulkan, lawa przykryła tutejsze cieki wodne, także te podziemne. Rosnąca temperatura spowodowała, że uwięziona pod lawą woda zmieniła się w parę i w końcu wybuchła, tworząc kratery, zwane obecnie dla odróżnienia od "prawdziwych" kraterów wulkanicznych pseudokraterami. Tego dnia pogoda nieco nam przeszkadzała, ale na szczęście był to pierwszy i ostatni taki dzień podczas całego naszego pobytu w Islandii.
Dzień 5 – Islandia północno-wschodnia
Po drugim noclegu w Kiðagil Guesthouse mieliśmy mały dylemat - cofnąć się 30 km w interior, aby zobaczyć dwa wodospady, czy od razu jechać na wschód Islandii. Zdecydowaliśmy się na wodospady. Wiedzieliśmy, że ostatnie kilka kilometrów to będzie droga F26, czyli najniższej kategorii, ale ten znak wzbudził w nas pewien niepokój 😉. Wiedzeni ciekawością pojechaliśmy jednak dalej.
Dotarliśmy na miejsce! Byliśmy tu niemal sami, jedynie w towarzystwie samotnego Japończyka. Nie ma się co dziwić, od głównej drogi jest tu godzina jazdy w jedną stronę.
Brzegi kanionu przy wodospadzie Aldeyjarfoss były wręcz nieprawdopodobnie wyrzeźbione przez naturę. O ile takie bazaltowe słupy można spotkać w wielu miejscach w Islandii (choć poza Islandią jest to rzadkość), to unikalna jest taka kompozycja kolorystyczna słupów i takie wyszukane wzorki skalne, jak na zdjęciu.
A oto i sam wodospad Aldeyjarfoss. Sam w sobie może nie jest super imponujący (20 metrów wysokości), ale jego otoczenie jest fantastyczne.
Kilka kilometrów i kilkanaście minut stresującej jazdy dalej jest drugi wodospad o nazwie Hrafnabjargafoss, także na rzece Skjálfandafljót.
Wielkim plusem tego wodospadu było możliwość podejścia do miejsca, z którego woda spada w dół. Ten wodospad jest też znacznie bardziej rozległy niż jego sąsiad.
A to jedna z pomniejszych odnóg tego wodospadu. Przez pierwsze cztery dni zobaczyliśmy mnóstwo bardzo fajnych i ciekawych miejsc. Brakowało nam jednak czegoś, co by nas olśniło i oczarowało, takiego efektu 'WOW'. Te dwa wodospady nam to wynagrodziły. Być może przez swoją niedostępność, dzikość, ale także naturalne piękno. I choć są mniejsze i zdecydowanie mniej popularne niż Goðafoss czy Dettifoss, to nam podobały się bardziej.
Widok takich fioletowych kwiatów na rozległych terenach nie jest niczym niezwykłym. To łubin alaskański, z którym wiąże się ciekawa historia. Jest to gatunek całkowicie obcy dla Islandii, został sprowadzony w latach 70. XX wieku, w celu zatrzymania erozji gleby. Sadzono go wyłącznie na terenach przybrzeżnych, jednak łubin zaaklimatyzował się na wyspie znakomicie i już samoistnie rozprzestrzenił się na spore połacie w interiorze. Wśród Islandczyków trwają obecnie dyskusje, co z tym fantem począć. Wskazuje się na plusy istnienia łubinu (użyźnianie gleby, piękny widok kwitnących kwiatów), ale dostrzega się też minusy (mało estetyczny widok obumarłych roślin jesienią, inwazyjność łubinu i zaburzenie lokalnej równowagi w przyrodzie). Pomysły są różne - od pozostawienia stanu obecnego takim, jaki jest, aż do próby wyplenienia łubinu z Islandii. Dyskusje trwają, a my wielokrotnie mogliśmy nacieszyć oczy fioletowym dywanem 🙂.
Parę słów o islandzkich drogach. Najważniejsze drogi są asfaltowe, z reguły w dobrym stanie technicznym (z zastrzeżeniem - mosty przez rzeki są zazwyczaj na szerokość jednego auta). Drogi drugorzędne, o numeracji trzycyfrowej, bywają asfaltowe, bywają też szutrowe, aczkolwiek przejezdne każdym autem - taka właśnie droga jest na zdjęciu. Wreszcie są też drogi z oznaczeniem F - tutaj z reguły wymagane są auta z napędem na 4 koła, a w wielu przypadkach auta terenowe przystosowane do przejazdu przez rzeki. W interiorze mostów nie ma, trzeba przekraczać rzeki, od niewielkich strumieni, do poważnych rzek. Adrenalinę może podnosić fakt, że żadne ubezpieczenie nie obejmuje szkód powstałych przy przejazdach przez rzeki. My nie ryzykowaliśmy i tak wybieraliśmy drogi, aby uniknąć przekraczania rzek. Drogami F zrobiliśmy pewnie ze 100 km i są to drogi wymagające - dziurawe, pełne kamieni, zdarzają się wielkie kałuże i strome podjazdy. Jazda nimi jest dla aut typu SUV bardzo powolna. Mieliśmy jedną emocjonującą przygodę na takiej drodze, ale o tym w jednej z kolejnych galerii.
Gdy kierowaliśmy się na wschód Islandii, zachwyciła nas ta majestatyczna góra. Znajdowała się ona w niewielkim paśmie górskim w East Iceland, do którego kierowaliśmy się na trekking.
Główną atrakcją dnia był trekking do Stórurð. Jest to miejsce położone na wschodnich krańcach Islandii. Zamysł z grubsza był następujący - zostawiamy auto na parkingu, idziemy ok. 4,5 km, cały czas lekko pod górę, dochodzimy do kotliny, w której znajduje się jeziorko i z powrotem. Są też dwie inne możliwości dojścia do jeziorka, ale droga jest w nich dłuższa, a było już popołudnie, więc wybraliśmy opcję krótszą.
Niewątpliwą atrakcją tego szlaku były liczne strumienie, które trzeba było przekraczać. Niektóre wąskie i niegroźne, na niektórych trzeba już było uważać.
Trasa cały czas prowadziła pod górę, a największym wyzwaniem była wilgoć. W wielu miejscach ścieżka stawała się rozmokła i śliska.
To właśnie na tym trekkingu, choć kilka kilometrów dalej, skończyła nam się woda w bidonach. Co zrobiliśmy? Uzupełniliśmy zapasy wodą ze strumyka - była chyba jeszcze lepsza niż i tak bardzo dobra kranówka. Bez żadnych obaw przez cały wyjazd piliśmy wodę z kranu, co - biorąc pod uwagę ceny wody butelkowanej w sklepach - oznaczało zauważalne oszczędności.
Jasnozielony odcień mchu wokół strumyków nadawał temu miejsce aurę tajemniczości i baśniowości.
Gdy zbliżaliśmy się do celu, pojawił się śnieg (ku radości dzieci) i mgły (ku niezadowoleniu rodziców). W tej okolicy spotkaliśmy parę turystów z Hiszpanii, która właśnie z powodu mgły zawróciła z powrotem, nie widząc nadziei na piękne widoki na końcu trasy.
My na szczęście nie popełniliśmy takiego gigantycznego błędu 🙂. Oto nasz cel! Jeszcze tylko trzeba zejść ostro w dół, ale widok z góry był nader obiecujący.
Jak powstało to miejsce? Kilka tysięcy lat temu krajobraz był tu kształtowany przez przesuwające się lodowce. W którymś momencie doszło do wielkiego osuwiska skał, którego efekt widzimy na zdjęciu. Połączenie błękitnych wód jeziorka z ogromnymi blokami skalnymi, a to wszystko w otoczeniu zieleni i pasm górskich dookoła daje niesamowity efekt.
Chmury nieco zasłaniały szczyty, ale grzechem byłoby na to narzekać, zwłaszcza w obliczu tego, co nastąpiło pół godziny później.
Dookoła jeziorka poprowadzona jest ścieżka, dzięki której można poznać zakamarki tej kotliny.
A co nastąpiło pół godziny później, gdy już zaczynaliśmy drogę powrotną? Nad kotlinę i jeziorko naszły takie chmury, że literalnie nie było widać nic. Widoczność może ze 20 metrów. Po raz kolejny na tych wakacjach mieliśmy trochę szczęścia. Cały trekking liczył 12 km, zajął nam niespełna 5 godzin i pozostawił niezapomniane wrażenia.
Na sam koniec dnia zajechaliśmy jeszcze do Borgarfjarðarhöfn. Jest to jedno z dwóch miejsc w całej Islandii, gdzie są najlepsze warunki do obserwacji maskonurów. Nie spodziewaliśmy się, że będzie można obserwować te poczciwie wyglądające ptaki z tak bliska. Były one na wyciągnięcie ręki. Trafiliśmy też na dobrą porę do obserwacji, gdyż w ciągu dnia maskonury w większości latają nad oceanem i dopiero pod wieczór przylatują na ląd.
Oglądanie maskonurów z bliska było wielką frajdą. Ptaki te są jednym z symboli Islandii, wiele pamiątek wykorzystuje wizerunek maskonurów.
I jeszcze rzut oka na tradycyjny dom Lindarbakki w miejscowości Bakkagerði. A na noc zatrzymaliśmy się w miejscu o nazwie Skorrahestar, prowadzonym przez niezwykle sympatyczne, starsze małżeństwo. Polecamy!
Dzień 6 – Islandia wschodnia
Jednym z najważniejszych miejsc we wschodniej części Islandii jest kanion Stuðlagil. Można go podziwiać z dwóch stron i warto się zastanowić, którą stronę wybrać.
Opcja nr 1 to widoczna po lewej stronie platforma widokowa. Plusem tego wyboru jest łatwe dojście z parkingu, który znajduje się tuż przy drodze nr 923. Minusem brak możliwości zejścia na dno kanionu. Opcja nr 2 to przejechanie na drugą stronę rzeki, pokonanie kilku kilometrów wyjątkowo nieprzyjemną, kamienistą drogą, a następnie pokonanie pieszo, widoczną po prawej stronie ścieżką, kolejnych 2,5 kilometra. Minusy są oczywiste, plusem natomiast jest możliwość zejścia na dno kanionu i znacznie lepsze widoki na kanion. Jako że tego dnia nigdzie się nie spieszyliśmy, to wybraliśmy drugą opcję.
Niektórzy czują się nieco rozczarowani tym kanionem. Jest on dość krótki, a sam widok z platformy faktycznie może pozostawiać lekki niedosyt. Nam jednak to miejsce bardzo się podobało.
Spróbujmy wyjaśnić, jak dochodzi do uformowania się takich niezwykłych formacji. Kolumny bazaltowe (zwane też ciosami lub słupami) są efektem stygnięcia lawy i mogą mieć kształt czworo-, pięcio- lub sześcioboczny. Warunkami sprzyjającymi powstaniu kolumn jest wolne, równomierne stygnięcie lawy oraz jednorodna, bazaltowa lawa. Zazwyczaj kolumny są pionowe, ale zarówno w tym kanionie, jak przy wodospadzie Aldeyjarfoss widzieliśmy kolumny poskręcane.
Następnym naszym celem były gorące źródła Laugarvellir. Był to jedyny przypadek podczas naszej podróży, gdy mieliśmy problem z dotarciem do celu. Źródła były zlokalizowane na kompletnym pustkowiu, wedle mapy powinny być kilkaset metrów za Adamem, a tu nic. Ani drogi, ani źródeł. I tu ważne zastrzeżenie. W Islandii surowo zabronione jest zjeżdżanie autem z dróg, zwłaszcza w interiorze. Często przypominają o tym znaki, a za złamanie zakazu grożą wysokie kary. Część ekipy wysiadła więc z auta, by iść na przełaj, ale szybko okazało się, że jest droga do źródeł, tyle że mocno naokoło i nasz GPS nie miał jej zaznaczonej, stąd wyniknęły nasze problemy.
Udało się, dotarliśmy! I choć dotarcie tu stanowiło poważne wyzwanie, to kąpiel w tych sadzawkach była jednym z najfajniejszych przeżyć na tych wakacjach.
Na zewnątrz było 10 stopni, dość chłodno. Woda w tych źródłach była ciepła/bardzo ciepła. Dodatkową atrakcją były naturalne bicze wodne w postaci tego niewielkiego wodospadu. Do tego krajobrazy tego miejsca urzekały, a byliśmy tu zupełnie sami. Mieliśmy pewne obawy, czy moment wyjścia z wody nie będzie lekko traumatyczny, ale o dziwo zupełnie nie.
We wcześniejszych galeriach opisywałem, jak to drogi F mogą prowadzić przez rzekę, to tu jeden z takich przypadków. Tuż przed gorącymi źródłami był taki przejazd. Rozsądnie zostawiliśmy auto przed rzeką.
Kanion Hafrahvammagljúfur jest jednym z najgłębszych (200 metrów głębokości) i najdłuższych (15 km długości) w Islandii. Na południowym krańcu kanionu w latach 2003-06 zbudowano potężną zaporę, przez co powstało sztuczne jezioro. Woda z tego jeziora zasila największą elektrownię wodną w Islandii, a energia z tego źródła niemal w całości przeznaczana jest na potrzeby huty aluminium.
Tego miejsca nie mieliśmy w naszej rozpisce na ten dzień. Po prostu jechaliśmy sobie drogą nr 939 i zobaczyliśmy niezwykle ciekawe zbocze góry, niewielki wodospad (Folaldafoss) i mały parking, na którym można na chwilę stanąć i podziwiać krajobraz.
A to był jeszcze większy przypadek. Jechaliśmy spokojnie, a tu auto na poboczu i jakiś człowiek stoi z teleobiektywem w ręce. Zainteresowało nas to, patrzymy, a może z 30 metrów od drogi renifery skubią sobie trawę! Renifery są zwierzęciem zaimportowanym na Islandię w XVIII wieku. Wypuszczono grupy reniferów w czterech regionach Islandii z nadzieją, że staną się zwierzętami hodowlanymi. Okazało się, że reniferom surowy klimat wyspy niezbyt odpowiada i w trzech lokalizacjach wyginęły. Uchowały się jedynie na wschodzie wyspy i dziś żyje około 7 tysięcy osobników. Kilka z nich widzieliśmy na własne oczy 🙂.
Dzień 7 – Islandia południowa
Kolejną noc spędziliśmy w absolutnie fantastycznym domku Krákhamar apartments - polecamy! Tutaj widoczek z okna naszego domku na ocean, a po drugiej stronie efektowne góry 🙂.
Przed nami była tego dnia długa droga przez południową Islandię. Mieliśmy w planie zatrzymywać się przy ciekawych miejscach i pierwszym z nich była Mierzeja Hvalnes. Przez kilka kilometrów ciągnie się wąski, czarny pas lądu oddzielający ocean od laguny. Fajne miejsce na krótkiego stopa.
Po chwili wyłoniła się przed nami góra o bardzo charakterystycznym kształcie. Panuje pewne zamieszanie co do nazwy tego masywu, spotkaliśmy dwie możliwe formy, więc na wszelki wypadek podajemy obie: Vestrahorn oraz Vesturhorn. Miejsce to, tyle że od drugiej strony, określane jest jako mekka dla fotografów. Zachęciło nas to do ponownego zjechania z drogi nr 1 🙂. Trzy widoczne szczyty to Leitishamar (650 m n.p.m.), Klifatindur (847 m n.p.m.) i Teitsbrekkutindur (674 m n.p.m.).
Co ciekawe, wydmy i plaże, z których są najlepsze widoki na Vestrahorn, są terenem prywatnym i właściciel pobiera opłatę od osoby za wstęp.
Vestrahorn często przewija się jako miejsce akcji w filmach... bolywoodzkich. Tak, to nie pomyłka, właśnie Hindusi upodobali sobie to miejsce.
I tu do gry wchodzi trzecia nazwa - Stokksnes. To z kolei nazwa cypla, na którym znajduje się plaża i wydmy, z których można robić najlepsze ujęcia masywu Vestrahorn.
Tuż obok jest też rozpadająca się wioska Wikingów, zbudowana na potrzeby filmu, jednak w dość zgodnej opinii blogerów i turystów jest to atrakcja mocno przereklamowana, więc zamiast tego woleliśmy podziwiać takie zjawiskowe wydmy.
Laguna Jökulsárlón jest najdalej wysuniętym na wschód punktem, do którego zapuszczają się turyści eksplorujący Złoty Krąg i okolice, a nie planujący jazdy dookoła wyspy drogą nr 1. Odczuliśmy to natychmiast - liczba turystów była wielokrotnie większa niż na atrakcjach z ostatnich dni. Bardzo ciekawa jest historia powstania tej laguny.
Otóż laguna Jökulsárlón powstała w 1934 roku, na skutek cofania się lodowca Breiðamerkurjökull. Co więcej, laguna wciąż się powiększa, w ciągu ostatnich 50 lat jej powierzchnia wzrosła z 8 km2 do 32 km2. Dalej, jest to najgłębsze jezioro w całym kraju, z głębokością 248 metrów. Laguna Jökulsárlón uważana jest za najlepsze w Europie miejsce do obserwowania cielenia się lodowca.
Choć zdjęcie przedstawia już leżącą nieopodal Plażę Diamentową, to jeszcze moment pociągniemy temat laguny. Do 2017 roku teren laguny należał do prywatnego właściciela i dopiero wtedy za 12 mln euro wykupiło go państwo islandzkie. Były już właściciel nadal przy lagunie działa - do niego należy firma oferująca rejsy dużą łodzią lub małym pontonem po lagunie. Ceny (odpowiednio 200 zł i ponad 400 zł od osoby) raczej nie zachęcają 🙂.
Fragmenty cielącego się lodowca najpierw pływają po lagunie, potem wąskim kanałem wypychane są do oceanu, a fale wyrzucają kawałki lodu na plażę. Stały się one taką atrakcję, że plaża zyskała nazwę Diamond Beach, czyli Diamentowa Plaża.
Największą (acz nie jedyną!) atrakcją tej plaży są fantazyjne bryły lodu. Często też w sąsiedztwie plaży można spotkać foki. I znów uśmiechnęło się do nas szczęście, bo zobaczyliśmy fokę i to całkiem blisko nas!
Była plaża, na której Adaś przechytrzył fale, była też plaża, która przechytrzyła Adasia 🙂.
Nie jest jednak tak, że diamenty są na tej plaży zawsze. W zależności od temperatury, prądów i pewnie jeszcze paru innych czynników niekiedy na plaży kawałków lodu po prostu nie ma. Można sobie wyobrazić rozczarowanie turystów, którzy przyjeżdżają tu specjalnie, by podziwiać diamenty, a tu tylko czarna plaża, jakich na Islandii wiele.
A diamenty były różne. W kolorze białym, lekko niebieskawym, były też przeźroczyste (te najbardziej przypominały diamenty). Niektóre niewielkie, a niektóre ogromne.
To chyba największy kawał lodu, na jaki natrafiliśmy na Diamentowej Plaży. Miejsce to, wraz z sąsiadującą laguną wpisujemy na listę fantastycznych i wartych odwiedzenia miejsc w Islandii.
Kawałek dalej znajduje się laguna Fjallsárlón, znacznie mniejsza od Jökulsárlón, ale także bardzo ładna.
Plusem tego miejsca jest znacznie bliższe czoło lodowca oraz dużo mniejszy natłok turystów.
Lodowce są niezwykle ważnym elementem Islandii. Zajmują 10% powierzchni kraju, a Vatnajökull (8300 km2) oraz Langjökull (953 km2) są dwoma największymi lodowcami w Europie. Ostatnie 100 lat to zmniejszanie się lodowców, zarówno pod względem zajmowanego obszaru (z 12 tys. km2 do 10 tys. km2), jak i objętości. Szacuje się, że gdyby wszystkie lodowce Islandii stopiły się, co może nastąpić w przeciągu kolejnych 100 lat, poziom oceanu wzrośnie o 1 cm.
Jeszcze raz zjechaliśmy z głównej drogi, by obejrzeć jęzor lodowca Svínafellsjökull. Ponoć można tu podziwiać lodowiec w pięknych biało-błękitnych barwach, gdzieniegdzie poprzecinanych żyłami czarnego popiołu wulkanicznego.
Cóż, popiołu faktycznie było sporo, błękitu nie zauważyliśmy 🙂.
Pamiętacie jeszcze nasze zdjęcie z Hverir, gdy byliśmy ubrani w najcieplejsze kurtki, czapki i rękawiczki? Minęły 3 dni, temperatura wzrosła do ponad 20 stopni i chwilami mogliśmy sobie pozwolić na krótki rękawek. Nie ukrywamy, była to całkiem sympatyczna odmiana 🙂.
Jadąc przez islandzkie pustkowia wiele razy dostrzegaliśmy jakąś ciekawą górę, efektowny wodospad, jakiś odległy wulkan albo księżycowe pola lawy. Szybko wówczas patrzyliśmy w telefon, co to też ciekawego. Może warto się na chwilę zatrzymać? Może z tym miejscem wiąże się jakaś ciekawa historia? Tak właśnie było z Lómagnúpur, potężną skałą o wysokości 764 m n.p.m. Jest to najchętniej fotografowana góra w całym kraju! Widać ją z ponad 30 km i warto obejrzeć ją o różnych porach dnia, gdyż oferuje zupełnie inne widoki przy wschodzie słońca, w trakcie dnia i przy zachodzie.
Fjaðrárgljúfur jest długim na 2 kilometry i wysokim na 100 metrów, krętym, niezwykle malowniczym kanionem. Do 2015 roku było to miejsce raczej omijane przez turystów. Co się stało, że nagle miejsce to stało się jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc w południowej Islandii?
Otóż Justin Bieber nakręcił tu zdjęcia do swojego teledysku 'I'll show you'. Nagle kanion stał się sławny, a co więcej, pewnie z uwagi na wyjątkowo trudną w wymowie islandzką nazwę (Fjaðrárgljúfur), przyjęła się nowa nazwa tego miejsca - kanion Justina Biebera.
Jest też ciemna strona tej popularności - natłok turystów poczynił na tyle duże szkody na dnie kanonu, że zostało ono zamknięte i kanion można podziwiać wyłącznie z platform widokowych. Na zdjęciu jeden z cieków wodnych przy kanionie, prawdopodobnie zabarwiony od żelaza.
Od czasu do czasu można spotkać na Islandii pola lawowe. Były one bardzo podobne do tych, jakie spotkaliśmy na Lanzarote na Wyspach Kanaryjskich. Wulkanów na Islandii jest ok. 200, a najbardziej znane to Hekla, Katla, sprawca wstrzymania ruchu lotniczego nad Europą Eyjafjallajökull oraz gwiazda ostatnich 2 lat Fagradalsfjall.
Przy okazji tego pięknego krajobrazu wspomnimy, na co naszym zdaniem warto zwrócić uwagę przy wypożyczeniu auta na Islandii. Po pierwsze, jeśli chcemy zjeżdżać z głównych dróg na drogi F (a wiele atrakcji tego wymaga), koniecznie trzeba wziąć auto z napędem na cztery koła. Po drugie, na islandzkich drogach niezwykle przydatny jest tempomat, najlepiej aktywny tempomat. W całym kraju obowiązuje ograniczenie prędkości do 90 km/h, mandaty są wysokie, a tempomat pozwala ustawić odpowiednią prędkość i można część uwagi skupić na pięknych krajobrazach za oknem, zamiast na trzymaniu przepisowej prędkości. Po trzecie, bardzo przydatny jest modem wifi, który można wypożyczyć razem z autem. W naszych telefonach co chwilę rwała się transmisja danych, internet był niestabilny. W interiorze pożyczony modem też poległ, ale w nieco bardziej zaludnionych obszarach dawał radę.
Plaża Reynisfjara uważana jest za obowiązkowy punkt w południowej Islandii. Co stanowi o wyjątkowości tego miejsca? Jest to plaża z czarnym piaskiem, w tym nie ma jeszcze nic nadzwyczajnego, ale towarzyszą jej widoczne na zdjęciu bazaltowe słupy. Są one ukształtowane w ten sposób, że możliwe jest wspinanie się po kolumnach, co część turystów ochoczo wykorzystuje. Nam bardzo spodobał się też kolor zbocza - jasna zieleń trawy wspaniale kontrastowała z czernią plaży.
Kolejnym rodzynkiem przy Reynisfjara jest też niewielka jaskinia Hálsanefshellir. Nieopatrznie wyczytałem przed wizytą na plaży, że kilka lat temu w tej jaskini oderwał się kawałek bazaltu i poturbował turystów, dlatego mocno zerkałem w górę, czy coś tam czasem się nie obluzowuje 🙂.
Nie na każdej plaży mamy też skały wystające z wody. Oczywiście mają one swoją nazwę - Reynisdrangar i oczywiście są to trolle zamienione w kamienie 🙂. Wyjątkowy jest też system ostrzegawczy na Reynisfjara. Jest to plaża niebezpieczna, nagłe, wysokie fale potrafią wciągnąć nieostrożnych plażowiczów. Początkowo postawiono tablice ostrzegawcze, ale niewiele to dało. W 2019 roku zamontowano zatem system sygnalizatorów świetlnych, wzorowany na sygnalizacjach przy skrzyżowaniach, a plaże podzielono na strefy dostępu. Czy to spowodowało stosowanie się do nakazów? Raczej nie.
Zupełnie nas nie dziwi, że Reynisfjara znalazła się w czołowej dziesiątce rankingu najpiękniejszych nietropikalnych plaż na świecie. W oddali widać przylądek Dyrholay - jest to jedno z dwóch najlepszych stanowisk do obserwacji maskonurów na wyspie. Jako że pierwsze stanowisko Borgarfjordur usatysfakcjonowało nas w 100%, to nie mieliśmy wielkiej motywacji, by zboczyć do Dyrholay.
Czy latem w Islandii zapadają ciemności? My byliśmy w tym kraju w pierwszej połowie lipca. O tej porze roku słońce zachodzi za horyzont dopiero o 1 w nocy, a o 4 nad ranem już pojawia się ponownie. Czy to oznacza, że przez te 3 godziny jest ciemno? Nie, nadal jest dość jasno, tak jakby zaczynał się zmierzch. Wielu nieprzyzwyczajonym do tego turystom brak ciemności utrudnia spanie, ale nam to zupełnie nie przeszkadzało. W niektórych miejscach noclegowych były zasłony, które znacznie ograniczały dopływ światła, ale nawet przy braku zasłon zasypialiśmy szybko i bez problemów. Długi dzień traktowaliśmy jako fajny bonus. Choćby w Szkocji o godz. 18 robiło się ciemno i oznaczało to konieczność zjazdu na nocleg, a w Islandii często kończyliśmy zwiedzanie o 21-22.
Koń bez wątpienia jest zwierzęciem bardzo ważnym dla Islandczyków. Wiele razy mijaliśmy konie na ogromnych łąkach, spokojnie pojadające trawę, widzieliśmy też jeźdźców na koniach, a także liczne stadniny. A te konie to konie islandzkie, osobno wyhodowana rasa koni. Aby utrzymać czystość rasy, nie wolno importować koni na Islandię, a jeśli jakiś koń opuści wyspę, nie ma już na nią powrotu. Konie islandzkie są mniejsze od swoich kuzynów, długo żyją i są wytrzymałe. W Islandii żyje ok. 80 tys. koni tej rasy (przy ledwie niespełna 300 tys. ludzi), natomiast poza wyspą kolejne 100 tys. Nocowaliśmy w Lindartún Guesthouse, ponownie polecamy!
Dzień 8 – okolice Złotego Kręgu
Poprzedniego dnia wieczorem przejeżdżaliśmy obok wodospadu Skogafoss, ale musieliśmy już zmierzać na nocleg. Kolejnego dnia nadrobiliśmy zaległości. Skogafoss nie jest ani najwyższym (60 metrów wysokości) ani najszerszym (25 metrów szerokości) wodospadem na wyspie. Pomimo tego jest niezwykle popularny, gdyż można podejść tak blisko wodospadu, jak chyba nigdzie indziej.
Ale nim doszliśmy do wodospadu, przytrafiła nam się taka tęcza. A nawet dwie tęcze, jeśli się dobrze przyjrzeć.
Będąc uzbrojonym w wodoodporne ubrania próbowaliśmy podejść jak najbliżej. Już z tego zdjęcia można łatwo wywnioskować, że to nie takie proste. I faktycznie, gdy podeszliśmy bliżej, natrafiliśmy na ścianę drobnych kropelek wody. Z takim żywiołem nie mieliśmy szans i musieliśmy się wycofać. Skogafoss można też obejrzeć z góry, ale zamiast wspinania się 60 metrów pod górę wybraliśmy zwiedzenie mniejszego sąsiada Skogafoss. Dla nas Skogafoss to ścisła czołówka wodospadów w Islandii i 'must see'.
O ile Skogafoss jest oblegany przez turystów, to jego znacznie skromniejszy sąsiad Kvernufoss nie cieszy się już takim zainteresowaniem. Ma on tylko 30 metrów wysokości i jest raczej wąski, ale ma inną, bardzo dużą zaletę.
Można przejść "za wodospad" i obejrzeć spadającą wodę od tyłu. Tutaj zagrało wszystko - był strumień spadającej wody, po lewej deszcz spadających kropelek, a do tego wszystkiego zza chmurek przedzierały się promienie słońca.
Podejście pod oba wodospady były jedynym momentem podczas całego naszego pobytu w Islandii, gdy przydały się nam ubrania wodoodporne. A przed wyjazdem mieliśmy obawy, że mogą być znacznie częściej w użyciu.
Jaka pora roku jest najlepsza do zwiedzania Islandii? My byliśmy na początku lipca i wydaje nam się, że jest to optymalna pora do eksplorowania tego pięknego kraju. Po pierwsze poza sezonem letnim zamykane są drogi w interiorze. A zimą zdarza się nawet, że nieprzejezdne są główne drogi. Po drugie, pogoda latem jest najlepsza. Może niepewna, ale i tak szanse na ładne, słoneczne i względnie ciepłe dni są znacznie większe w lipcu i sierpniu niż choćby w maju. Po trzecie, bardzo długi dzień (podczas naszego pobytu słońce zachodziło o 1 w nocy, a wschodziło o 4 nad ranem, przy czym i w środku nocy było jasnawo), co umożliwia znacznie dłuższe zwiedzanie niż wiosną czy jesienią, nie wspominając już o zimie. A jakie są minusy lata w Islandii? My znaleźliśmy dwa - brak możliwości eksploracji jaskiń lodowych (z powodu topnienia lodu) oraz brak w tym okresie zorzy polarnej.
Przed nami wulkan Hekla. Ma on wysokość 1491 m n.p.m. i jest stratowulkanem. Oznacza to, że kolejne erupcje powodowały, że na stożku wulkanu odkładały się kolejne warstwy lawy i popiołu. Hekla jest niezwykle aktywnym wulkanem, jeszcze w XX wieku wybuchała średnio co dekadę. Ostatni wybuch miał miejsce w 2000 roku i od tego czasu Hekla drzemie. Szacuje się, że w przeciągu ostatniego tysiąca lat Hekla był tym wulkanem na świecie, który wyrzucił z siebie najwięcej magmy - ok. 8 km sześciennych. Nie powinien więc dziwić fakt, że w średniowieczu Heklę zwano 'Bramą do piekieł'.
Po zwiedzeniu wodospadów, lodowców, wąwozów nabraliśmy chęci na odkrycie czegoś nowego. Sporą część Islandii zajmuje tzw. interior. Jest to centralny obszar wyspy, który charakteryzuje się niemal zupełnym brakiem osad ludzkich, drogami typu F, przejezdnymi tylko przez 3-4 miesiące w roku, bardzo skromną florą i nieomalże księżycowymi krajobrazami. Na zdjęciu droga F225.
Teoretycznie możliwe jest wejście na Heklę, ale końcowy fragment podejścia wymaga specjalistycznego sprzętu i rekomendowane jest towarzystwo przewodnika. Wybraliśmy zatem trekking na mniejszego kuzyna Hekli, wulkan Rauðaskál.
Rauðaskál słynie z tego, że mieni się różnymi kolorami - od żółtego po czerwony. Robi to niesamowity efekt, zwłaszcza na zdjęciach z drona.
Rauðaskál znajduje się 7 km od Hekli, ma wysokość 630 metrów, a jego nazwę można przetłumaczyć jako 'czerwona misa'.
Tak wygląda okolica - pola lawowe po horyzont. To efekt setek albo i tysięcy lat działalności Hekli.
W tym miejscu było odrobinę emocji. Przy każdym kroku kamienie mocno się obsuwały i groził zjazd w dół. Trzeba było poszukać odpowiedniej ścieżki.
Kamienie pochodzenia wulkanicznego wcale nie są nudne i monotonne! Dwa dni później na wystawie widzieliśmy o wiele więcej rodzajów skał i kamieni, ale i tutaj były ich różne rodzaje.
Ta góra przy użyciu odrobiny wyobraźni przypominała twarz. Śnieg to oczy, mały grzbiet pomiędzy nimi to nos.
Po mniej więcej półgodzinnym podejściu meldujemy się na szczycie Rauðaskál. Ukształtowanie krateru pozwala na bezpieczne obejście go dookoła.
W takich momentach czuć było, jak nieprzyjemne w dotyku, szorstkie i ostre są te brązowe kamyki.
Jeszcze parę słów o islandzkich wulkanach. Jest ich na wyspie ok. 200, większość wzdłuż granicy płyt tektonicznych. Islandczycy doskonale wiedzą, że z wulkanami nie ma żartów. O ile obecna erupcja wulkanu Fagradalsfjall jest traktowana jako atrakcja turystyczna i organizowane są wycieczki, by oglądać erupcję, to już wybuch wulkanu Eyjafjallajökull w 2010 roku spowodował poważne zakłócenia w ruchu lotniczym w większości Europy. Ale to i tak nic przy wybuchu wulkanu Laki w 1783 roku. Erupcja trwała nieprzerwanie przez 8 miesięcy, a na jej skutek zmarła 1/4 mieszkańców Islandii i padło 3/4 zwierząt hodowlanych. Ci, którzy przeżyli, w następnych latach cierpieli głód i nędzę.
I jeszcze wracając na chwilę do widocznej w tle Hekli. Jest to wulkan, który potrafi wybuchnąć zupełnie niespodziewanie, bez ostrzeżenia. O ile w przypadku innych wulkanów lokalne trzęsienia ziemi pojawiają się kilka dni przed wybuchem, to w przypadku Hekli jest to mniej więcej godzina pomiędzy pierwszymi symptomami a erupcją. Dlatego też jest ona uważana za wulkan bardzo niebezpieczny.
To był lekki, niedługi (2,6 km), krótki (1,5 h) trekking po bardzo ciekawej okolicy. Bardzo zadowoleni byli dorośli, a i chłopakom dopisywały humory. Wymyślili sobie zabawę polegającą na podawaniu nazw geograficznych na literę, na którą kończyła się poprzednia nazwa. Jaś z racji zainteresowania geografią miał tu pewne fory, ale Adaś walczył dzielnie, a gdy kończyły się pomysły, szukał pomocy u rodziców.
O, niespodzianka! Nie jesteśmy tutaj sami, ktoś jeszcze wpadł na pomysł trekkingu na Rauðaskál.
Ale rodzynek nam się trafił pośród tego zupełnie nieprzyjaznego roślinom terenu! Poza mchami było tu bardzo niewiele innych roślin.
Wodospad Háifoss jest trzecim co do wysokości wodospadem w Islandii (128 metrów wysokości), ale jedynym spośród tej trójki, który jest łatwo dostępny. Lider, Morsárfoss, jest położony w wysokich górach i w zasadzie jest niedostępny (zresztą odkryto go całkiem niedawno). Drugi, Glymur, wymaga kilkugodzinnego podejścia.
Háifoss jest fantastycznie położony, spada do głębokiego kanionu. Trzeba jednak bardzo uważać, gdyż nie ma tu żadnych zabezpieczeń, a ścieżka prowadzi niebezpiecznie blisko krawędzi, za którą jest ponad stumetrowa otchłań. Na koniec dnia zjechaliśmy do miejscowości Flúðir, gdzie w Nortia Luxury Apartments mieliśmy bazę przez następne 4 dni. Ten nocleg także polecamy!
Dzień 9 – Złoty Krąg
Cały kolejny dzień przeznaczyliśmy na atrakcje tzw. Złotego Kręgu. Są to cztery miejsca, które łatwo można zwiedzić w trakcie jednodniowej wycieczki z Reykjaviku, co powoduje, że Złoty Krąg jest obowiązkowym punktem dla niemal każdego turysty przyjeżdżającego na Islandię. Zaczęliśmy od gejzeru o nazwie Geysir. Brzmi trochę jak masło maślane? Jeśli tak, to bardzo słusznie. Od nazwy Geysir wzięła się nazwa gejzer dla fontann gorącej wody wystrzeliwanej pod ogromnym ciśnieniem z wnętrza ziemi.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Geysir był jednym z najpotężniejszych gejzerów na świecie. W XIX wieku fontanna wody sięgała nawet 170 metrów! W XX wieku jego aktywność drastycznie zmalała (do kilku niewielkich wyrzutów wody rocznie), wzrastając jedynie na krótko po niewielkich trzęsieniach ziemi.
Gdyby to była cała historia, to miejsce to byłoby raczej ciekawostką niż wielką atrakcją. No, kiedyś tu był gejzer. Ale na szczęście kilkadziesiąt metrów od Geysiru utworzył się inny gejzer, Strokkur. Jest on znacznie mniejszy od Geysiru w czasach jego świetności - słup wody sięga 25-30 metrów, ale za to wybucha co kilka minut.
Byliśmy świadkami kilku wybuchów - badaliśmy, z której strony jest najlepszy widok, a także czy jakieś zachowanie wody przepowiada nadchodzący wybuch. Fajnie, że można podejść dość blisko - raz nie pomyślałem o zbadaniu kierunku wiatru i słup wody opadł prosto na mnie 🙂.
Gejzery są bardzo rzadkim zjawiskiem. Na całym świecie jest ich ok. 400, z czego bardzo wiele jest wygasłych lub bardzo niewielkich. Trzy główne obszary występowania gejzerów to Park Yellowstone w USA (200 gejzerów), półwysep Kamczatka w Rosji (100 gejzerów) oraz Islandia (40 gejzerów). W Islandii efektowny i regularny jest tylko Strokkur. Jest to też zarazem jedyny działający gejzer w Europie. Pierwszy raz widzieliśmy gejzer na własne oczy i bardzo nam się to zjawisko podobało.
Taki monstrualny autobus służy do wypraw na lodowce. Szkoda, że nie ma w pobliżu auta osobowego, bo to by pokazało, jak potężny jest ten pojazd. Pali ok. 45 l/100 km, ale niestraszne mu nawet szczeliny na lodowcu.
Wodospad Gullfoss jest bez wątpienia jedną z ikon Islandii. Tymczasem bardzo niewiele zabrakło do tego, by to piękne miejsce zostało bezpowrotnie zniszczone. Upór jednej kobiety uratował ten wodospad od destrukcji. Zacznijmy od początku. Na początku XX wieku okolice Gullfoss należały do prywatnych właścicieli. W 1907 roku podpisali oni umowę zezwalające na wybudowanie wielkiej elektrowni wodnej na rzece Hvita, co skutkowałoby powstaniem sztucznego jeziora i zatopieniem wodospadu.
Sprzeciwiła się temu córka jednego z tych właścicieli, Sigríður Tómasdóttir. Protestowała przeciw budowie elektrowni na wszelkie możliwe sposoby - organizowała protesty, wstąpiła także na drogę prawną. Wielokrotnie wybierała się do odległego o 120 km Reykjaviku, by walczyć o ochronę Gulfoss. Legenda głosi, że nawet na piechotę. Gdy wszystkie sposoby zawiodły, zagroziła, że rzuci się do wodospadu.
Na gruncie prawnym dzielna Islandka, uważana dziś ze prekursora wszystkich obrońców środowiska, przegrała. Ale zdołała na tyle zainteresować społeczeństwo tematem ochrony dziedzictwa i natury, że w efekcie wygrała. Elektrownia nigdy nie powstała, a już po śmierci Tómasdóttir, państwo islandzkie w 1971 roku odkupiło te tereny i zachowało je dla przyszłych pokoleń. Dla porządku jeszcze kilka liczb - Gullfoss ma 70 metrów szerokości, dwa stopnie (pierwszy o wysokości 11 metrów i drugi o wysokości 21 metrów. Bez wątpienia jest to ścisła czołówka islandzkich wodospadów!
W poszukiwaniu nietypowych miejsc trafiliśmy do jaskini urządzonej jako dom. Jest to właściwie rekonstrukcja domu z 1910 roku. Wówczas to para młodych ludzi, nie mogąc sobie pozwolić na zbudowanie czy też wynajem domu, postanowiła przystosować do swoich potrzeb jaskinię.
Jaskiniowy dom nie był duży, ale wystarczający na ich potrzeby. Problemem z pewnością było oddalenie od ludzkich siedzib - do najbliższej osady były stąd 4 kilometry, a zwłaszcza zimą komunikacja była bardzo utrudniona. Po roku para opuściła jaskinię.
To jednak nie koniec tej historii. W 1918 roku kolejna młoda para, tym razem z dziećmi, ale za sprawą biedy, wprowadziła się do jaskini. Dokonali oni ulepszeń, mieli ogrzewanie, pomieszczenie dla krowy. Otworzyli nawet sklepik z poczęstunkiem dla odwiedzających.
Co ciekawe, zarówno pierwszych mieszkańców, jak i kolejnych odwiedził.... król Danii. Już wówczas jaskiniowy dom traktowano jako ewenement i atrakcję. Legenda głosi, że król został poczęstowany, a zapłacił za to stukrotność zwykłej opłaty. Pozyskane środki pozwoliły rodzinie wyprowadzić się z jaskini.
Pewne natomiast jest to, że w jaskini urodziło się dziecko. Po 1922 roku dom jaskiniowy niszczał, a częściowo nawet zawalił się. Dopiero niedawno został odrestaurowany i dziś można go zwiedzać.
Dużą rolę w Islandii odgrywają uprawy w szklarniach. W szczególności dotyczy to pomidorów i ogórków. Zajrzeliśmy do Friðheimar, które jest zarazem wielką szklarnią, w której uprawia się pomidory, a także restauracją, która serwuje potrawy i napoje na bazie świeżo zerwanych pomidorów. Bardzo nam tam smakowało!
Kerið to przykład kraterowego jeziora wulkanicznego. Na zdjęciach w internecie ma intensywny niebieski kolor, niekiedy przechodzący nawet w biel (wpływ okolicznych minerałów), ale gdy my odwiedziliśmy to miejsce, kolor wody był zupełnie zwyczajny.
Można sobie obejść jezioro dookoła ścieżką widoczną w tle, a także koroną wulkanu.
Kerið jest zaskakująco głęboki - jego dno znajduje się 55 metrów poniżej poziomu wody. Wulkan swój czerwony kolor zawdzięcza rudom żelaza.
Niespodziewanie na szczycie wulkanu urzędowały kuliki mniejsze. Zupełnie nie przejmowały się obecnością ludzi i chętnie pozowały do zdjęć.
Ten dzień potraktowaliśmy nieco ulgowo, bez żadnych dłuższych spacerów. Zbieraliśmy siły na kolejny dzień, na najbardziej ambitny trekking podczas naszych wakacji.
Dzień 10 – Landmannalaugar (Góry Tęczowe)
Długo zastanawialiśmy się, na co możemy sobie pozwolić w eksploracji interioru. Wiele potencjalnie super ciekawych miejsc musieliśmy odrzucić. Albo były zbyt daleko albo dotarcie do nich było zbyt trudne. Tak było z pasmem górskim Thorsmork. Po głębokim namyśle postanowiliśmy pojechać do Landmannalaugar, czyli Gór Tęczowych i to raczej tej drugiej nazwy używaliśmy z dość oczywistych względów 🙂.
Ledwo zjechaliśmy z asfaltówki na drogę F208, a tu już problem. Autobus wożący turystów z Reykjaviku do Landmannalaugar utknął na podjeździe pod górkę. Nocne opady deszczu wyżłobiły takie koryto w drodze, że autobus nie był w stanie przejechać. Wszyscy musieli wysiąść, kierowca autobusu wraz z kierowcami aut osobowych, które musiały czekać, aż autobus ruszy, wzięli w rękę łopaty i szuflowali. Pierwsze próby nie przyniosły efektu i dopiero po 15 minutach wzmożonej pracy kilku osób autobus ruszył dalej, a my za nim.
Przyznam, że mieliśmy wątpliwości czy jechać dalej. Przed nami było jeszcze 30 km takiej drogi. Miejscami zalanej, z kilkoma stromymi podjazdami, chwilami bardzo dziurawej. Ostatecznie pojechaliśmy, choć przejechanie tych 30 km zajęło nam grubo ponad godzinę i trochę nerwów. Chcieliśmy jechać zaraz za autobusem, żeby wiedzieć jak pokonywać zalane fragmenty drogi, ale nie byliśmy w stanie utrzymać jego tempa. Z ciekawości sprawdziłem, ile naszą rodzinę 2+2 kosztowałaby jazda autobusem w obie strony. Tanio nie jest - ok. 1700 zł.
Doskonale wiedzieliśmy, że tuż przed miejscem docelowym czyli campingiem Landmannalaugar jest przejazd przez 2 rzeczki. Wiedzieliśmy też, że jest możliwość zostawienia auta przed rzekami na parkingu i ochoczo z tego skorzystaliśmy. Te rzeczki nie są bardzo głębokie (mnie więcej na średnicę koła) i takie auta jak nasz Outlander dawały sobie radę, ale wystarczy zjechać z optymalnej ścieżki jazdy i auto może utknąć na środku przeprawy.
Na stronie https://epiciceland.net/ w bardzo drobiazgowy sposób omówiono zarówno dojazd do Landmannalaugar (są trzy możliwe drogi, dwie z przejazdami przez rzeki i trzecia, który my wybraliśmy) jak i wiele tras trekkingowych po okolicy.
Punktem początkowym wszystkich tras jest widoczny w tle camping. Potem można już wybierać - dla leniwych jest opcja podejścia do pola lawowego, widocznego po lewej stronie zdjęcia. Opcje na 2-3 godzinny trekking to podejście na jeden z dwóch szczytów w okolicy campingu. Za rekomendacją autora wspomnianej strony, zdecydowaliśmy się na opcję ambitniejszą - zdobycie obu szczytów.
Oto jeden z tych dwóch szczytów - Brennisteinsalda. Dla nas - góra pomarańczowa, choć mieniła się różnymi kolorami. Najpierw jednak szlak prowadził przez górę niebieską i to na nią należało się najpierw wspiąć.
Pochodzenie okolicznych gór jest, nie ma tu żadnej niespodzianki, wulkaniczne. Góry tęczowe zbudowane są głównie z ryolitu. Ten rodzaj skały występuje też w kilku miejscach w Polsce, m.in. w Górach Kaczawskich i na Pogórzu Izerskim.
Specyfika Landmannalaugar polega na tym, że ryolit przybrał tu niemal pełną paletę kolorów. Mamy tu różne odcienie żółci, róż przechodzący w czerwień, wreszcie też dość niespodziewanie błękity i zielenie. Do tego dochodzą jeszcze ośnieżone, białe szczyty. W połączeniu z fantazyjnymi kształtami gór, strumieniami oraz skromną, ale ładnie komponującą się roślinnością daje to oszałamiający efekt.
Wróćmy jednak do naszego trekkingu. Najpierw musieliśmy wspiąć się na górę Bláhnúkur (wysokość 940 m n.p.m.). Właściwie jest to wulkan, który ostatnio wybuchł w 1477 roku. Przewyższenie wyniosło tu 300 metrów, wejście wymagało zatem nieco wysiłku.
Na ścieżce były dość sypkie kamienie i trzeba było ostrożnie stawiać kroki, a im bliżej szczytu, tym mocniej wiał wiatr. Dobrze, że wiał w plecy, bo nawet trochę pomagało to w wejściu 🙂.
Bláhnúkur zdobyty, a oto nagroda!
Nieprzypadkowo akurat ten dzień wybraliśmy na wyprawę w Góry Tęczowe. Wiedzieliśmy, że kluczem do udanej wycieczki w to miejsce będzie odpowiednia pogoda. Dzień wcześniej było 25 stopni i pełne słońce - przy górskich trekkingach nie są to idealne warunki. Na kolejny dzień zapowiadano już tylko 20 stopni i nieco chmurek na niebie, więc postanowiliśmy to wykorzystać. I bingo - z małym zastrzeżeniem odnośnie silnego/bardzo silnego wiatru na szczytach pogoda była wręcz wymarzona do takiej wyprawy.
Wyprawy w te okolice możliwe są mniej więcej przez 3 miesiące w roku. W zależności od ustępowania pokrywy śnieżnej drogi do Landmannalaugar są zwykle otwierane pod koniec maja/na początku czerwca, natomiast zamknięcia należy się spodziewać w okolicach października.
Po zdobyciu niebieskiego szczytu należało z niego zejść - tu widać ścieżkę w dół, a następnie pokonać kolejne 250 metrów przewyższenia i wspiąć się na szczyt pomarańczowy.
Ten intensywny, jasnozielony kolor widzieliśmy już wcześniej, podczas trekkingu Stórurð.
W tym miejscu nie musieliśmy przekraczać strumienia. Po krótkiej rozmowie z turystką idącą w przeciwnym kierunku wiedziałem jednak, że przed nami jest wymagające przejście przez szeroki strumień. I faktycznie, nie obyło się bez skakania po kamieniach, niekoniecznie zawsze zakończonego sukcesem.
Dodatkowym urozmaiceniem i tak ciekawego trekkingu było przejście przez pole lawowe Laugahraun. Powstało ono na skutek erupcji z 1477 roku. To przez te pole prowadzi najkrótsza trasa spacerowa, polecana dla rodzin z mniejszymi dziećmi. I tu pewne spostrzeżenie. Przez 12 dni naszego pobytu w Islandii widzieliśmy bardzo wielu turystów. Stosunkowo niewiele było wśród nich rodzin z dziećmi. I to specjalnie nie dziwi, gdyż atrakcji typowo dla dzieci na Islandii jest bardzo mało. Za takowe można uznać muzeum Perlan w Reykjaviku i wioskę Wikingów w Stokksnes. Place zabaw, parki rozrywki - tego raczej w Islandii się nie uświadczy.
Pomimo tego nasi chłopacy generalnie byli zadowoleni z atrakcji oferowanych przez Islandię. Pod koniec wakacji nieco już kręcili nosem na dziesiąty, fantastyczny wodospad, ale chyba doceniali niezwykłą islandzką przyrodę.
To miejsce, a także para buchająca z ziemi kawałek dalej uświadamiają, że pod ziemią cały czas coś się dzieje. Zresztą ostatnia erupcja pomarańczowej góry, czyli Brennisteinsalda miała miejsce względnie niedawno, w 1961 roku.
Tutaj aż przystanęliśmy na parę chwil, Trzy góry, każda w odmiennym kolorze, a do tego jeszcze czerń lawy.
Wejście na Brennisteinsalda było krótsze i łatwiejsze niż na pierwszy szczyt. Nazwa tego szczytu w tłumaczeniu to 'Wydma siarki'.
A skąd się biorą te wszystkie kolory na zboczach tej góry? Wszystko da się wytłumaczyć 🙂. Dominujący żółto-pomarańczowy kolor to wpływ siarki, zieleń pochodzi od mchów, kolory niebieski i czarny to ślady popiołów wulkanicznych, natomiast czerwień należy wiązać z rudami żelaza. Szczyt wznosi się na 855 m n.p.m.
Kilka razy w różnych miejscach Islandii spotkaliśmy takie niepozorne kwiaty. To wełnianka Scheuchzera. Roślina ta występuje na arktycznych i umiarkowanie chłodnych obszarach Europy, Azji i Ameryki Północnej, raczej na terenach górskich. Kwitnie od czerwca do sierpnia, w Polsce nie występuje.
Po zdobyciu drugiego szczytu pozostało już tylko powrócić do punktu wyjścia. Cały trekking liczył ok. 9 km i zajął nam 5 godzin. Byliśmy tą wycieczką zachwyceni. Zdjęcia w bardzo niewielkim stopniu oddają piękno tego miejsca. Jesteśmy nawet skłonni zaryzykować twierdzenie, że Landmannalaugar to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widzieliśmy.
Gdy dwie godziny wcześniej przechodziliśmy przez inny fragment pola lawowego, to kawałki zastygłej magmy były znacznie mniejsze. Od tej strony wydawały się gigantyczne.
Przy campingu jest jeszcze możliwość zażycia kąpieli w gorącym źródle (temperatura 36-40 stopni), ale wiedząc, że czeka nas jeszcze dość długa i trudna droga powrotna autem, odpuściliśmy tę atrakcję. I choć wróciliśmy do naszego apartamentu zmęczeni, to z poczuciem, że to był fantastyczny dzień!
Dzień 11-12 – okolice Złotego Kręgu, Reykjavik
Wyprawa w Góry Tęczowe kosztowała nas sporo wysiłku, dlatego kolejny dzień potraktowaliśmy zupełnie ulgowo. Głównym punktem dnia była wycieczka do gorącej rzeki Reykjadalur. Zdecydowana większość islandzkich atrakcji, przynajmniej tych dla masowego turysty, znajduje się tuż przy parkingu, ewentualnie z 10-15 minutowym spacerkiem z parkingu. Gorąca rzeka jest wyjątkiem - tu trzeba iść 3,5 kilometra, nieco pod górkę, zatem trzeba liczyć około godziny na dojście do rzeki.
Czy gorąca rzeka faktycznie jest gorąca? Oj, tak. W górnym jej biegu woda jest tak ciepła, że niemal parzy i nikt tam się nie kąpie. Ale już 100 metrów dalej woda była tylko bardzo ciepła, a jeszcze kawałek dalej już tylko ciepła. Każdy mógł sobie wybrać miejsce, które mu odpowiadało. I choć ludzi było sporo, to dostępny do kąpieli odcinek rzeki był na tyle długi, że każdy spokojnie mógł znaleźć miejsce dla siebie. Po wyprawie z poprzedniego dnia takie niespieszne pomoczenie się w rzece było odprężające.
Tego dnia zajrzeliśmy jeszcze do elektrowni geotermalnej, gdzie była ciekawa wystawa dotycząca geotermii oraz spędziliśmy godzinkę w basenach Secret Lagoon. Te bardziej znane baseny - Blue Lagoon, Sky Lagoon czy Myvatn Nature Baths - są naprawdę drogie (wstęp dla naszej rodziny to koszt rzędu 800-1000 zł), dlatego wybraliśmy opcję znacznie skromniejszą. Dodatkowym smaczkiem jest to, że Secret Lagoon to najstarszy tego typu obiekt w Islandii. No, ale nas nie oszołomił, zajść można, efektu wow zdecydowanie nie było.
Ostatni dzień naszej wyprawy rozpoczęliśmy od "poprawienia" atrakcji, do której dotarliśmy kilka dni wcześniej, ale brak czasu spowodował, że nie zeksplorowaliśmy jej tak jak chcieliśmy. To najważniejszy w Islandii punkt styku płyt tektonicznych o nazwie Thingvellir. Wokół tego miejsca wytyczono nawet park narodowy. Bardzo nam się spodobała wystawa dotycząca historii Islandii w Thingvellir Visitor Center - tam warto zajrzeć (historii, gdyż to w tym miejscu w 930 roku po raz pierwszy zebrał się Althing, parlament będący jedną z najstarszych tego typu instytucji na świecie). Potem przeszliśmy się pęknięciem pomiędzy płytami. Ciekawostką był fakt, że jeszcze w latach 50. i 60. poprzedniego wieku prowadziła tędy droga samochodowa. Potem uznano jednak, że miejsce to jest zbyt cenne, by rozjeżdżały je auta i zbudowano nową drogę w innym miejscu, tu natomiast poprowadzono ścieżkę edukacyjną. O tym, że to płyty faktycznie się przesuwają zaświadcza to, że niedawno ścieżka zapadła się, wobec czego wybudowano widoczny na zdjęciu podest.
Jako że wylot z Keflaviku był zaplanowany dopiero o północy, mieliśmy jeszcze do dyspozycji większość dnia. Zgodnie stwierdziliśmy, że atrakcji przyrodniczych już wystarczy i chcemy trochę lepiej poznać Reykjavik. Pierwszego dnia byliśmy już w islandzkiej stolicy, ale wtedy wszystko było szybko. Zaczęliśmy od Hallgrímskirkja. Jest to drugi co do wysokości budynek w Reykjaviku (ma 74 metry wysokości, tylko jeden z biurowców jest o kilka metrów wyższy), został zbudowany w latach 1945-86. Z zewnątrz jego konstrukcja ma przypominać kolumny bazaltowe, które wielokrotnie widzieliśmy w różnych miejscach Islandii.
W środku Hallgrímskirkja jest nawet nie skromna, ale absurdalnie skromna. Nie ma tam witraży, obrazów, ściany są gołe, ołtarz nie ma żadnych zdobień. Poza efektownymi organami z każdego innego miejsca w tym kościele bije prostota, wręcz ubóstwo. Na zdjęciu natomiast nietypowy dom w pobliżu Hallgrímskirkja.
Część naszej ekipy wjechała na wieżę kościoła Hallgrímskirkja, skąd mieliśmy świetny widok na Reykjavik. Od razu można zauważyć, że w stolicy Islandii dominuje niska zabudowa, a domy są często kolorowe.
Bardzo niewiele tu wysokich budynków. Widoczne na zdjęciu biurowce to raczej wyjątek. Cechą charakterystyczną samego Reykjaviku, jak i zwłaszcza reszty Islandii jest bardzo ograniczony transport publiczny. Oczywiście nie ma tu metra, nie ma tramwajów, są jedynie linie autobusowe. Poza Reykjavikiem (wyłączając może połączenie z lotniskiem) autobusy jeżdżą rzadko i na niewielu trasach.
To chyba najfajniejszy przykład różnorodności kolorystycznej domów, na jaki trafiliśmy w Reykjaviku. To ulica Njardargata, po sąsiedzku z kościołem Hallgrímskirkja.
Reykjavik to trochę miasto, a trochę miasteczko. Nie uświadczyliśmy tu mas ludzkich, korków na ulicach, takiego gwaru typowego dla centrów dużych miast. Wydawało się, że życie toczy się tu spokojnym, powolnym rytmem.
Często, z racji naszych zainteresowań futbolowych, przy okazji zwiedzania miast oglądamy miejscowe stadiony. W Reykjaviku nie czuliśmy takiej potrzeby 🙂, niemniej opowiedziałem chłopakom o licznych starciach Lecha Poznań z islandzkimi klubami. A wyniki tych starć były różne, dwa razy na wozie (IBV Vestmannaeyjar i całkiem niedawno Vikingur Reykjavik) i raz pod wozem (niesławne Stjarnan). Raz też przejeżdżaliśmy obok stadioniku, na którym akurat trwał jakiś mecz i Jaś znalazł na Flashscore, że to mecz drugiej ligi islandzkiej 🙂.
Nieco nas zaskoczyło, że bardzo często używanym materiałem w elewacjach domów jest blacha falista. Na przykładzie niektórych domów widać było wyraźnie, że o taki rodzaj elewacji trzeba dbać, inaczej nawet w takim klimacie pojawia się rdza.
Motyw tęczy jest widoczny w wielu miejscach w Reykjaviku, ale to miejsce jest najbardziej znane. To tęczowa ulica, która swoje barwy zyskała przy okazji jednej z parad równości. W tle zaś mamy znany nam już Hallgrímskirkja.
Budynek Harpy widzieliśmy półtora tygodnia temu z bliska, teraz mogliśmy spojrzeć na niego z odpowiedniej perspektywy. Z lewej strony widać kawałek także bardzo charakterystycznego budynku, wykończonego w kamieniu.
Podążając śladami Makłowicza trafiliśmy do Bæjarins Beztu Pylsur, kultowej budy z hot-dogami, założonej w 1937 roku! Poprosiliśmy, tak jak Makłowicz, hot-doga "ze wszystkim". Jak smakował ten hot-dog? Tak jak zwyczajny hot-dog 🙂.
Austurvöllur - jeden z większych skwerów w Reykjaviku. Jest to miejsce, w którym Islandczycy zbierają się, gdy chcą przeciw czemuś zaprotestować. Nieco zaskakująco, jedne z większych protestów w XX wieku były wywołane... sprzeciwem wobec wejścia Islandii do NATO.
Zabytkowy budynek islandzkiego parlamentu Alþingishúsið. Żadnych płotów, murów, ochrony. Gdy odrobinę zagłębiliśmy się w historię Islandii, spotkało nas kolejne zaskoczenie. Od czasu zasiedlenia wyspy przez wikingów w 874 roku przez trzy stulecia Islandia zachowywała niezależność. Potem została podbita przez Norwegów, których w pewnym momencie zastąpili Duńczycy. Dopiero pod koniec XIX wieku Islandia zaczęła zyskiwać coraz większą autonomię, by w 1918 roku stali się niemal osobnym państwem, ale jeszcze z królem Danii jako władcą i oddaniem pewnych dziedzin (np. polityki zagranicznej) pod kontrolę Kopenhagi. Dopiero w 1944 roku, korzystając z zawieruchy wojennej i okupacji Danii przez Niemcy, Islandia stała się w pełni suwerennym i niezależnym państwem. Po niemal 700 latach obcych rządów.
Choć jadąc do Islandii nie potrzebujemy paszportu (Islandia jest członkiem grupy Schengen), to kraj ten nie należy i nie chce należeć do Unii Europejskiej. Dlaczego? Powodów jest kilka, ale najważniejszym jest kwestia rybołówstwa i dostępu do łowisk. Islandczycy uważają, że te kwestie nie mogą podlegać żadnym negocjacjom, co w zasadzie zamyka im drogę do Unii. Są jednak partie opowiadające się za wstąpieniem do Unii i w 2009 roku Islandia złożyła wniosek o członkostwo, ale brak perspektyw na dogadanie się w kwestiach rybnych doprowadził do wycofania tego wniosku w 2015 roku. W efekcie, Islandia ma status podobny do Norwegii i Szwajcarii - jest pod wieloma względami mocno zintegrowana z Unią, ale nie jest zainteresowana wstąpieniem do Unii.
Przy okazji widoku na port wspomnimy o wojnach dorszowych - ciekawym aspekcie walki Islandczyków o swoje interesy. W XX wieku Islandia trzy razy poszerzała strefę wyłącznych połowów. Jest to odległość od wybrzeża, w której wyłączne prawa do połowów przysługują danemu krajowi. Za każdym razem traciła na tym głównie Wielka Brytania i można zrozumieć irytację Brytyjczyków, gdyż ta strefa została poszerzona, w kilku etapach, z 4 do 200 mil morskich. Przy każdym poszerzeniu dochodziło do konfliktu Islandii z Wielką Brytanią. Ale jak prowadzić konflikt, gdy nie posiada się armii ani floty wojennej? Islandczycy pokazali, że można. Brytyjczycy musieli dawać swoim trawlerom eskortę okrętów wojennych (co było bardzo kosztowne), dochodziło do wzajemnego taranowania statków, islandzkie lodzie patrolowe nie były uzbrojone, ale miały narzędzia do przecinania sieci rybackich i z tego korzystały. W pojedynczych przypadkach padały też strzały ostrzegawcze. W 1976 roku wkurzeni Islandczycy zagrozili wyrzuceniem NATO-wskiej bazy w Keflaviku i to okazało się przełomowym momentem. Brytyjczycy ustąpili, zadowalając się zezwoleniem dla 24 kutrów na połowy w strefie. Był to wielki sukces małej Islandii.
Rzeźba Słonecznego Podróżnika została postawiona w 1990 roku z okazji 200-lecia przyznania praw miejskich Reykjavikowi. Rzeźba całkiem fajna, ale jako że straszliwie tam wiało, to czym prędzej wróciliśmy w obszar gęstszej zabudowy, gdzie było spokojniej.
Generalnie Reykjavik sprawiał korzystne wrażenia estetyczne, ale i tam można było znaleźć miejsca nieco odstające.
Półtora tygodnia temu nie udało nam się dostać do tej knajpy - długa kolejka nas zniechęciła. O mało co, i za drugim razem mielibyśmy pecha. O 17 zaszliśmy z myślą o obiedzie, a tu.... przerwa, od 16 do 18. Coś jak sjesta, tyle że późniejsza. Ale że tego dnia nie spieszyło się nam, to pokręciliśmy się po okolicy o po godzinie tu wróciliśmy.
A dlaczego nam zależało na wizycie akurat w Sægreifinn? Także i to miejsce polecał Makłowicz, słynie ono z zupy z homara, steku z wieloryba oraz szaszłyków z kilku rodzajów ryb. Wszystko zamówiliśmy, zupa była pyszna, szaszłyki jeden bardzo dobry, drugi taki sobie, a wieloryb nam nie podszedł zupełnie. Interesująca jest też historia założenia tej knajpy. Dwóch emerytowanych rybaków po 60tce postanowiło założyć restaurację. Sami wymyślili potrawy, proste, ale ze świeżych owoców morza i pomysł chwycił. Prowadzili restaurację przez kilkanaście lat, a przed śmiercią zdążyli przekazać biznes, który nadal się kręci.
Reykjavik zrobił na nas korzystne wrażenie. Oczywiście trudno porównywać atrakcyjność tego miasta do wulkanów, gejzerów, lodowców czy lodowców, niemniej naszym zdaniem warto zajrzeć tu na kilka godzin.
Z autostrady Reykjavik - Keflavik wypatrywaliśmy śladów trwającej erupcji wulkanu Fagradalsfjall, który jest położony niespełna 10 km od autostrady. Widać było słup dymu, ale niewiele więcej. Ostatnim akordem naszej podróży było odwiedzenie Blue Lagoon.
Do właściwego kompleksu nie weszliśmy (drogo i trzeba do tego rezerwować ze sporym wyprzedzeniem), ale można przejść się ścieżką pomiędzy basenami z jasno-błękitną wodą, dającą namiastkę Blue Lagoon.
Blue Lagoon zaczęła się formować w 1976 roku, jako produkt uboczny sąsiedniej elektrowni geotermalnej Svartsengi. Wykorzystaną przez elektrownię ciepłą wodę wylewano na pobliskie pola lawowe. Woda wsiąkała w grunt. Obecne w wodzie minerały krystalizowały się i z biegiem czasu zablokowały możliwość przesiąkania wody. W ten sposób powstała laguna. W latach 90. ubiegłego wieku dostrzeżono potencjał biznesowy tego miejsca. Umiejętnie wykorzystano pola lawowe, zainwestowano w hotel i całą otoczkę, w efekcie czego miejsce to stało się niezwykle popularne i znalazło się nawet w rankingu 25 cudów świata.
Kompleks ostatnio nawet rozbudowano i powiększono. My natomiast nacieszyliśmy oczy lazurowym kolorem wody...
... i pożegnaliśmy krainę lodu i ognia.
Wnioski i podsumowania
Islandia jest fantastycznym miejscem na letnie wakacje. Przyroda tego kraju jest urzekająca, zarazem całkowicie odmienna od naszej. Większość najbardziej znanych atrakcji jest łatwo dostępna – tuż przy parkingu, ewentualnie do 15 minut dojścia. Jeśli jednak ktoś lubi trekkingi, to też na pewno znajdzie mnóstwo ciekawych opcji.
Planując wakacje na Islandii trzeba nastawić się na to, że jest to drogi kraj. Zawsze można spróbować nieco zaoszczędzić, czy to na obiadach, czy na niektórych bardzo drogich atrakcjach (najbardziej prestiżowe baseny, rejsy łodziami wśród lodowców, rejsy na wieloryby), niemniej na wynajem auta, benzynę, żywność, noclegi prawdopodobnie wydamy więcej niż w innych europejskich krajach.
Dużym plusem Islandii jest bezpieczeństwo. Bez obaw zostawialiśmy w bagażniku naszego auta choćby laptopa, czego nigdy byśmy nie zrobili we Włoszech czy Hiszpanii. Wreszcie też pod względem językowym trudno o kraj bardziej przyjazny dla Polaków – po angielsku mówią tu wszyscy, a nie raz i nie dwa można się było dogadać po… polsku.
Kolejna rzecz – wszędzie, bez żadnych wyjątków, można płacić kartą. Gotówka była niepotrzebna i nawet nie mieliśmy okazji wymienić euro na korony islandzkie.
I choć z racji klimatu czy brakiem pewnych udogodnień cywilizacyjnych poza Reykjavikiem Islandia nie jest naszym zdaniem najlepszym na świecie miejscem do osiedlenia się, to jako cel wakacyjnej eskapady powinna spełnić oczekiwania nawet tych bardziej wymagających podróżników.
Krzysztof Trybulski
Bardzo fajny wpis! Masz talent do pisania w prosty sposób o rzeczach, które dla innych są trudne.