Do Szkocji chcieliśmy się wybrać już latem, ale wówczas odstraszyły nas bardzo wysokie ceny noclegów i wynajmu auta. W październiku ceny spadły (choć nadal były raczej wyższe niż niższe), a jesień też jest polecana jako dobra pora na zwiedzanie północnych krańców wyspy Wielka Brytania.
Nasza podróż zaczęła się w Poznaniu, skąd samolotem dotarliśmy do Edynburga. Na lotnisku odebraliśmy wcześniej zamówione auto i ruszyliśmy w kierunku pierwszego zaplanowanego celu.
Plan był z grubsza taki: startujemy z Edynburga, jedziemy na wyspę Skye, a potem zmierzamy trasą North Coast 500 na północne krańce Szkocji, po czym wracamy na południe, robiąc pętlę przez niemal całą Szkocję. Oczywiście po drodze zatrzymując się w co ciekawszych miejscach.
Plan udało się zrealizować tak w 95% – z powodu deszczu zrezygnowaliśmy z wędrówki po Glencoe, czego bardzo żałujemy. Mimo tego na pogodę w niemal zawsze mokrej Szkocji nie mogliśmy narzekać, gdyż na 10 dni odczuwalny deszcz pojawił się tylko w 3 dni. Poza tym było cudnie! Zresztą zobaczcie sami!
The Kelpies, Luss, Inveraray, Kilchurn, Glen Etive, Glen Coe
Podróż zaczęliśmy w Edynburgu. Początek był średnio zachęcający. Na lotnisku mieliśmy wypożyczyć auto. Mieliśmy zaznaczoną lokalizację wypożyczalni - jak się okazało błędną. Trochę pobłądziliśmy z bagażami nim w końcu udało się wszystko załatwić.
Bardzo ostrożnie (pierwsze doświadczenia z ruchem lewostronnym) ruszyliśmy na zachód. Jak zwykle, z zamiarem zatrzymania się przy co ciekawszych miejscach. Pierwszy stop to The Kelpies.
Są to gigantyczne rzeźby (30 metrów wysokości, 300 ton każda z nich) dwóch koni. W zamierzeniu miejsce to ma podkreślać znaczenie tych zwierząt dla szkockiej gospodarki oraz rolnictwa. Wzniesiono je całkiem niedawno, bo w 2013 roku i bardzo szybko stały się miejscem tłumnie odwiedzanym przez turystów. Obok rzeźb zbudowano centrum dla turystów, sklep z pamiątkami, itd.
W znaczącej części nasza podróż była śladami jednego z podróżniczych blogów Idziemy Dalej. Była to wielka pomoc - dzięki doświadczeniom naszych poprzedników wiedzieliśmy, które "atrakcje" można beż żalu odpuścić, a które teoretycznie leżące na uboczu warto jednak odwiedzić. Do tej drugiej kategorii bez wątpienia należało małe miasteczko Luss.
Choć Luss liczy jedynie 450 mieszkańców i tak naprawdę ma 3-4 uliczki, to sprawia wrażenie, jakby czas zatrzymał się tutaj jakieś 150 lat temu. Zadbane domki, w większości z połowy XIX wieku, wielka dbałość o szczegóły wystroju ogródków, wszystko to dodawało temu miejscu uroku. Jedyny element burzący tę harmonię stanowiły auta parkujące przed domami.
Miejscowość stała się znana na skalę ogólnokrajową dzięki serialowi telewizyjnemu "Take the High Road", nadawanemu w latach 1980-2003. Liczba turystów odwiedzających tę maleńką wioskę sięgnęła 750 tys. rocznie, a serialowa nazwa Luss, czyli "Glendarroch" przyjęła się i widnieje nawet na niektórych budynkach.
Luss leży nad jeziorem Loch Lomond. Na przystani zauważyliśmy tabliczki poświęcone zmarłym, umieszczone na skraju pomostu. Zazwyczaj na tabliczce były dane zmarłego, zdjęcie, czasem 2-3 zdania o tym, kim był.
W Luss bardzo klimatyczny był też kościółek z 1875 roku i przykościelny cmentarz. Miejsce ewidentnie wymagające remontu, ale mimo to kościół jest bardzo pożądanym miejscem na ceremonie ślubne. Rocznie udziela się to ok. 100 ślubów, w zdecydowanej większości dla par spoza parafii.
To miejsce - brzeg głęboko wżynającego się w ląd fiordu - pokazało nam zjawisko odpływów. W Szkocji w wielu miejscach morze w trakcie odpływu potrafi się cofnąć o kilkadziesiąt, a czasem nawet i więcej metrów.
Jesteśmy już w Inveraray, kolejnej bardzo małej, ale historycznie ważnej mieścinie w regionie Argyll and Bute.
Miasto to powstało pod koniec XVIII wieku i do dziś zachowało się sporo budynków z tamtych czasów przy głównej ulicy miasta.
Choć Inveraray ma ledwie 570 mieszkańców, to ma dwie ciekawe atrakcje. Jedną z nich jest zamek, a drugą widoczne na zdjęciu więzienie. Jako że zamków w Szkocji jest około 3000, z czego 2000 można zwiedzać, to stwierdziliśmy, że ciekawsza będzie eksploracja więzienia 🙂.
Właściwie był to cały kompleks - stare więzienie z 1820 roku, nowe więzienie z 1848 roku oraz widoczna na zdjęciu sala sądowa. Co ciekawe, poważny sędzia przyjeżdżał tu tylko dwa razy w roku, by rozsądzić wszelkie grubsze sprawy, a pomiędzy jego wizytami sądzono tylko pomniejsze występki.
Na zdjęciu sala aktywności fizycznej - okratowana z góry, nadawała się chyba tylko do aerobiku 😉. Można było wejść do środka, wówczas widoczny na zdjęciu pan zamykał delikwenta, a potem na wyraźne życzenie go wypuszczał 🙂.
Warunki bytowe w starym więzieniu były po prostu straszne, a historie więźniów z reguły bardzo smutne. Nowe więzienie miało już znacznie wyższe standardy, a jak na ówczesne czasy było dość nowoczesne.
Pod koniec XIX wieku zaczęto zamykać małe więzienia, a więźniów przenoszono do większych ośrodków. Więzienie w Inveraray zamknięto jako ostatnie, w 1889 roku. Do 1954 roku działał jeszcze sąd, a dopiero pod koniec XX wieku obiekt udostępniono do zwiedzania.
Główna ulica miasta mogła się podobać. Wszystkie domy były pomalowane na biało, a szyldy drobnych biznesów były umiejętnie wkomponowane.
W Inveraray zajrzeliśmy jeszcze do sklepu z whisky. Mnogość rodzajów tego trunku oszałamiała, ceny niektórych butelek także. Chłopcy dostali bezwzględny zakaz dotykania czegokolwiek w tym sklepie 🙂.
Szkocja dzieli się na dwa zasadnicze obszary. Na południu mamy Midlands, obszar głównie nizinny, a na północy Highlands, obszar górzysty, z bardzo wieloma jeziorami. W Midlands znajdują się wszystkie większe miasta Szkocji, przemysł, rolnictwo, jest także sporo lasów. Z kolei w Highlands ludzi jest bardzo niewielu, roślinność uboższa, za to mamy sporo owiec i przepiękne krajobrazy. Na początku naszej wyprawy przejeżdżaliśmy przez Midlands, ale naszym głównym celem były Highlands.
Jak wspomniałem wcześniej, zamków w Szkocji nie brakuje. To był nasz pierwszy 🙂. Zamek Kilchurn nad Loch Awe.
Zbudował go w połowie XIV wieku klan Campbellów. W 1760 roku zamek został trafiony przez błyskawicę, a zniszczenia były na tyle poważne, że budowla została porzucona i tak sobie stoi do dziś.
Ten schemat powtarzał się w następnych dniach bardzo często. Na pierwszym planie jeziorko (tu akurat Loch Awe), a w tle góry, często naprawdę dość wysokie.
Ruch lewostronny póki co nie przysparzał zbyt wielu stresów. Drogi były puste, szerokie, w dobrym stanie. Jedyne co, to trzeba było pamiętać, aby jechać lewą stroną.
Spotkaliśmy się z opiniami, że sama jazda przez szkockie bezdroża jest sama w sobie atrakcją. A to dlatego, że widoki potrafią zachwycić i to nawet bez wysiadania z auta. Podpisujemy się pod tym stwierdzeniem!
Nasza wyprawa przypadła na październik. Termin ten powodował, że mogliśmy w krajobrazie podziwiać całą paletę barw, od niekiedy jeszcze zieleni, przez ciemny żółty, pomarańczowy aż po różne odcienie brązu.
Wielokrotnie zatrzymywaliśmy się, żeby ponapawać się widokami. Pomagały w tym punkty widokowe - niewielkie parkingi w szczególnie atrakcyjnych miejscach.
Gdy tak sobie jechaliśmy w kierunku wyspy Skye, mieliśmy po drodze dolinę Glen Etive. Nazwa pewnie niewiele mówiąca, ale to właśnie w tej dolinie kręcono bardzo znaną scenę z filmu Skyfall z Jamesem Bondem (a także sceny z Braveheart). Oczywiście chcieliśmy to miejsce znaleźć, ale okazało się, że aby tam dojechać, trzeba pokonać dobre kilka kilometrów wąską drogą (wąską to znaczy szeroką na jedno auto, z zatoczkami na mijanki co jakiś czas). Widoki były przednie, aczkolwiek stres związany z jazdą tą wąską drogą nieco zepsuł mi przyjemność podziwiania krajobrazów. Co ważne, miejsce z Bonda znaleźliśmy 🙂.
Góry w Szkocji - są, jest ich dużo i choć wysokości nie są imponujące (najwyższy Ben Nevis ma 1345 m n.p.m.), to jednak robią wrażenie. Szkoci wymyślili sobie termin Munrosy na wszystkie szczyty powyżej 3000 stóp (914 m). W Szkocji jest ich 282 i zdobycie wszystkich Munrosów jest czymś, do czego dąży wielu szkockich turystów.
Dolina Glen Coe jest uważana za jedno z najpiękniejszych miejsc w Szkocji. Jeziora, fiordy, liczne wodospady, pojedyncze domki na tle gór składają się na sielski krajobraz. Nam, niestety, kontemplację widoków nieco popsuła pogoda, która tego popołudnia niezbyt z nami współpracowała.
Glenfinnan, Loch Ness, Eilean Donan
Czasami, aby dotrzeć w interesujące nas miejsce, musieliśmy zjechać kilkadziesiąt kilometrów z naszej głównej trasy. Tak właśnie było w przypadku Glenfinnan. Naszym celem był wiadukt kolejowy, ale najpierw wspięliśmy się na punkt widokowy i rzuciliśmy okiem na jezioro Loch Shiel (jak prawie wszystkie szkockie jeziora wąskie i długie) oraz pomnik z 1814 roku poświęcony żołnierzom pochodzącym z okolicznych ziem.
A oto i słynny wiadukt. Fani Harrego Pottera znają go doskonale - to po nim jeździ pociąg do Hogwartu!
Do dziś funkcjonuje połączenie z Fort William do Mallaig, dwa razy dziennie pociąg ciągnięty przez parowóz przejeżdża przez wiadukt. Chęć uchwycenia przejazdu pociągu przyciąga, jak widać, liczne rzesze turystów.
Legenda miejska głosiła, że w trakcie budowy do wnętrza jednego z filarów spadł koń i już tam pozostał. Znaleźli się zapaleńcy, którzy postanowili rozstrzygnąć, czy legenda jest prawdziwa. Po kilkunastu (!) latach badań prześwietlenie skanerem jednego z filarów dało odpowiedź twierdzącą - znaleziono szczątki konia.
Gdy tak czekaliśmy na pociąg, na przemian pokazywało się słońce, zachodziły chmury i zaczynał siąpić deszczyk, potem znów słoneczko, itd. W przeciągu pół godziny, jakie tam spędziliśmy, cykl powtórzył się kilka razy 🙂. Ale oto jest i pociąg!
Sam wiadukt jest imponujący. Wzniesiono go w 1897 roku, ma 21 podpór o wysokości 30 metrów, a długość wiaduktu to 380 metrów, co czyni go najdłuższym tego typu obiektem w Wielkiej Brytanii. Miejsce to jest na tyle ważne dla Szkotów, że znalazło się nawet na szkockich banknotach.
Jakie jest najsłynniejsze jezioro w Szkocji? Oczywiście Loch Ness. Jest to bardzo duże jezioro, drugie największe w Szkocji. 37 km długości, do 2,7 km szerokości, głębokość maksymalna 230 metrów. Mieści się w nim więcej wody niż we wszystkich jeziorach Anglii i Walii razem wziętych. Największą atrakcją Loch Ness jest jednak jego domniemany mieszkaniec, czyli...
... potwór z Loch Ness. Z niewielkimi nadziejami na zobaczenie potwora zdecydowaliśmy się na rejs stateczkiem po jeziorze, coś tam nawet zobaczyliśmy (można poszukać na zdjęciu 🙂 ), ale koniec końców relacja cena/efekt za ten rejs nie była szczególnie korzystna, choć przewodnik na tym stateczku usiłował budować nastrój tajemniczości, a nawet grozy.
Co jest jeszcze charakterystyczne w Loch Ness? Względnie stała temperatura wody przez cały rok (6 stopni zimą i orzeźwiające 8-10 stopni latem), a także wyjątkowo niska przejrzystość wody. Ta ostatnia bierze się z drobinek torfu, które z okolicznych wzgórz spływają do jeziora.
Po rejsie przeszliśmy się po mieścinie Fort Augustus. Pierwszą myślą było to, że ta nazwa pewnie pochodzi z czasów rzymskich (choć Rzymianie aż tak daleko nie dotarli, bitnych Szkotów nigdy nie podbili). Jednak okazało się, że Augustus to był książę Cumberland i osada uzyskała obecnie obowiązującą nazwę dopiero w 1715 roku, a wcześniej nazywała się bardziej swojsko Kiliwhimin 🙂.
Przy tej okazji dwa słowa o języku. Formalnie w Szkocji obowiązuje język angielski. Jednak istnieje też język gaelicki, o czym przypominają dwujęzyczne tablice z nazwami miast. Język ten niemal wymarł, wedle ostatniego spisu potrafi się nim porozumiewać ledwie 1,1% ludzi w Szkocji, przede wszystkim na Hebrydach. Jednak w ostatnim czasie władze Szkocji czynią wiele wysiłków, by gaelicki ożył. Szkoły dostają dofinansowanie na naukę tego języka, wspierane są inicjatywy mające na celu zachowanie gaelickiego. Gdy porozmawiałem z właścicielką pensjonatu o tych kwestiach, z życzliwością odniosła się do tych starań, natomiast zaznaczyła, że język gaelicki jest naprawdę bardzo trudny
Nessie w całej okazałości 😉 A w tle Kanał Kaledoński. Pozwala on przepłynąć z jednej strony Szkocji na drugą, bez konieczności opływania lądu od północy. W tym przypadku imponująca jest data budowy - 1803-1822. Na cały kanał składa się 29 śluz, 4 akwedukty i 10 mostów.
Gdy tylko obwieściliśmy naszym chłopakom, że pojedziemy do Szkocji, Jaś od razu zgłosił chęć odwiedzenia zamku Eilean Donan. Dlaczego? Otóż rozgrywała się w nim akcja jednego z tomów książki Kroniki Archeo, którą niedawno czytał.
Dobrze się stało, że zamek ten leżał akurat przy naszej trasie, więc mogliśmy spełnić życzenie Jasia 🙂. Na miejscu spotkała nas miła niespodzianka - zajechaliśmy na tyle późno, że już nie sprzedawano biletów na zwiedzanie zamku, a jedynie na podejście do zamku od zewnątrz. Trudno, lepsze to niż nic. Gdy podeszliśmy pod sam zamek okazało się, że jednak można jeszcze go zwiedzać i nikt z obsługi nie zawracał sobie głowy takim drobiazgiem jak brak biletów.
Ciekawe jest położenie zamku Eilean Donan. Leży on na wysepce połączonej z lądem wąskim kamiennym mostem. W trakcie odpływu jednak most nie jest konieczny, by suchą nogą przejść na wyspę zamkową.
Warto dodać, że Eilean Donan jest jednym z ważniejszych szkockich zamków, z długą historią, sięgającą XIII wieku. Jest on też jednym z tych zamków, które popadły w ruinę, ale w XX wieku zostały pieczołowicie odbudowane.
Po trzech dniach podróży dotarliśmy do zachodnich skrawków Szkocji, skąd przez kolejne dwa dni mieliśmy eksplorować Isle of Skye.
Isle of Skye: Neist Point, Fairy Pools
Tworząc plan podróży, za miejsce "must see" uznaliśmy wyspę Skye. Leży ona po zachodniej stronie Szkocji, należy do grupy wysp zwanej Hebrydy Wewnętrzne. Z powierzchnią 1656 km2 jest to druga co do wielkości wyspa Szkocji, a jej kształt jest niezwykle fantazyjny. Wiedząc, ile wyspa Skye ma do zaoferowania pod względem turystycznym, zaplanowaliśmy na jej zwiedzanie dwa dni.
Jednak początkowo fortuna nam nie sprzyjała. Pierwszego dnia padało/lało/padało, i tak na przemian. Przy tej okazji dwa słowa o szkockiej pogodzie. Czy to prawda, że w Szkocji często pada deszcz? Tak, zdecydowanie. Czy to prawda, że w Szkocji ciągle tylko pada i pada? Absolutnie nie. Jedyny dzień, w którym padało niemal przez cały czas, to był właśnie pierwszy dzień na wyspie Skye. W pozostałe dni notowaliśmy sporo krótkich deszczyków, niewiele poważniejszych, a dwa dni były słoneczne i zupełnie bezdeszczowe. Sprawdziliśmy, jak to jest z opadami w Szkocji w innych porach roku i odpowiedź, niestety, albo stety, brzmi - podobnie.
W związku z cały czas padającym deszczem i marnymi prognozami na resztę dnia, podjęliśmy decyzję, aby na kolejny dzień pozostawić najbardziej atrakcyjne miejsce wyspy Skye, a pierwszego dnia obejrzeć drugorzędne atrakcje. Na początek pojechaliśmy do latarni Neist Point House, widocznej na zdjęciu. O ile sama wyspa Skye leży dość daleko od głównych szkockich miast i jest trochę odludziem, to ta latarnia jest na samym końcu wyspy, prowadzi do niej kilkanaście kilometrów bardzo wąskiej drogi, osad ludzkich ponad kilka domów w pobliżu nie ma, pustkowie totalne.
Poprzedniego wieczoru oglądaliśmy film youtubera podróżnika, który wybrał się do tej latarni, przejechał wiele kilometrów dość wymagającymi drogami, a gdy dojechał na parking i uświadomił sobie, że do latarni trzeba dojść jeszcze kawał drogi, a wiało i było trochę zimno, to ... zrezygnował i wrócił. My oczywiście takiej plamy nie daliśmy, mimo że wiało, lało, a w naszych butach już po kilku minutach chlupotało przy każdym kroku 🙂.
Tego dnia zaszliśmy do najbardziej nietypowej restauracji, jaką widzieliśmy w Szkocji. Na zdjęciu widoczne jest miejsce, w którym należy dokonać wyboru posiłku...
... po czym należało przejść do części jadalnej. Za stoły robiły beczki, jak ta widoczna na zdjęciu, miejsca przy tej beczce były stojące, a jedynym dodatkowym akcesorium był nieco odrapany... młotek, służący do rozbijania skorupiaków i innych owoców morza. Specyficzne miejsce, zwłaszcza że wśród klienteli przeważali Azjaci 🙂.
Wiele osób zwiedzających wyspę Skye latem było zauroczonych widokami, ale bardzo często wskazywano na jedną, ogromną wadę tej wyspy. Latem grasują tu niezwykle agresywne muszki, które potrafią bardzo mocno dokuczyć i popsuć wrażenia ze zwiedzania. My przez dwa dni na Skye nie spotkaliśmy żadnej muszki! 😉
Tymczasem my dotarliśmy do Glen Brittle, doliny, wokół której wyrastają jedne z najwyższych szczytów wyspy Skye (na wyspie jest 12 Munrosów, czyli szczytów powyżej 3000 stóp). Jednak największą atrakcją tego miejsca nie są góry, ale rzeczka o fenomenalnej nazwie Allt Coir' a' Mhadaidh 🙂
A będąc precyzyjnym nie tyle rzeczka, co wodospady, które noszą już bardziej przyjazną nazwę Fairy Pools.
Legenda głosi, że wykąpanie się w tych wodospadach przynosi szczęście, więc jakoś szczególnie nie zdziwiliśmy się, że znalazła się jedna pani, która mimo 10 stopni, deszczu i wiatru postanowiła tego szczęścia poszukać 🙂. My aż tak bardzo szczęścia nie potrzebujemy 😉.
Same wodospady bardzo się nam podobały, a dla młodzieży były przewidziane dodatkowe atrakcje 🙂.
Isle of Skye: Sligachan Bridge, The Quiraing, Kilt Rock, Old Man of Storr
Kolejny dzień, jak widać, przyniósł fantastyczną, słoneczną pogodę. Zaczęliśmy od pomnika Collie i MacKenziego. Miejscowi przeprowadzili zbiórkę pieniędzy na pomnik, zebrali 200 tys. funtów i w 2020 roku postawili pomnik z brązu upamiętniający przewodnika górskiego oraz naukowca, którzy w XIX wieku wytyczali górskie szlaki w Szkocji.
Pomnik zaliczyliśmy nieco przy okazji, bo naszym pierwszym celem był Sligachan Old Bridge z 1818 roku. Poprzedniego dnia przejeżdżaliśmy koło niego dwa razy, ale chmury i deszcz spowodowały, że nawet nie wysiadaliśmy z auta. Do trzech razy sztuka 🙂. A w tle najwyższy szczyt wyspy Skye o nazwie Sgurr Alasdair, o wysokości 992 m n.p.m.
Przed nami Quiraing, miejsce, które nas olśniło, oczarowało i zamurowało.
Trasa trekkingowa prowadzi pętlą o długości 7 km - najpierw wzdłuż podnóża widocznej za nami góry, a potem wdrapanie się na tę górę i powrót grzbietem (choć dość płaskim) góry.
Moją uwagę zwróciło to, że w odróżnieniu od wielu innych miejsc w Szkocji (choćby Fairy Pools z poprzedniego dnia) tutaj było zielono.
Był to chyba najcieplejszy i najładniejszy dzień podczas naszego pobytu w Szkocji.
Istotnymi punktami w Quiraing są pojedyncze skały wystające z gruntu, którym ponadawano różne nazwy na zasadzie skojarzeń (Więzienie - to skała ze zdjęcia, Stół, Igła).
Choć Quiraing dzieli od morza kilka kilometrów, to niekiedy można było dojrzeć taflę wody.
Dolna część pętli jest stosunkowo łatwa do przejścia. Idzie się wytyczoną ścieżką, czasem trochę pod górę, czasem w dół, niekiedy hop przez strumyczek.
Następnie trzeba podejść pod górę, która wznosi się na 543 m npm.
I tu się zaczęły małe schody. Na górze była płaska łąka, mniej więcej taka, jak widać na zdjęciu. Po deszczach z poprzedniego dnia trawy były bardzo nasiąknięte wodą. Co więcej, w niektórych miejscach wody było tyle, że po nadepnięciu but po kostki zanurzał się w wodzie. Ale najlepsze i tak jeszcze było przed nami.
Te chwilowe niedogodności były wynagradzane przez takie panoramki 🙂.
Tam w tle, na skraju cypelka, to ja z Adasiem, a w bezpiecznej odległości od nas Jaś 🙂.
Wracając jeszcze do tych schodów... Po jakimś czasie trawy się skończyły, a zamiast tego pojawiła się błotnista, śliska, prowadząca dość stromo w dół ścieżka. Piękne bęc zaliczyli obaj chłopacy, a i ja zbyt czysty nie dotarłem na dół. Gdy przy parkingu zagadnęła nas para trochę starszych turystów, czy polecamy przejście całej trasy, to w zasadzie nie musiałem nawet im tłumaczyć, wystarczyło, że popatrzyli na nas, by zrozumieć, że niekoniecznie jest to super pomysł 😉. Całościowo trekking na Quiraing po prostu wymiata, 10 na 10!
Jadąc na kolejną atrakcję zatrzymaliśmy się na moment, by rzucić okiem na Kilt Rock. To klif o wysokości 105 metrów, który robi wielkie wrażenie, gdy ogląda się go z drona umiejscowionego nad brzegiem morza. Jednak z punktu widokowego to wrażenie jest już znacznie mniejsze (klif na zdjęciu jest w dalekim tle).
Ten fantastyczny dzień trzeba było wykorzystać do końca. Co prawda bez porządnego obiadu (tak jak wspomniałem na początku, wyspa Skye to odludzie, więc z radością posililiśmy się w budzie z hamburgerami), ale z mocnym postanowieniem dotarcia do Old Man of Storr.
Old Man of Storr to skała wręcz ikoniczna, obecna na wielu pocztówkach ze Szkocji, "zagrała" też w filmie Prometeusz. Aby do niej dotrzeć, trzeba było podejść godzinę pod górę.
Wszyscy byliśmy nieco zmęczeni, ale mimo wszystko trochę nas zdziwiło, że w tym właśnie momencie chłopacy zbuntowali się i odmówili pójścia dalej 🙂. No dobra, mieli zaczekać przy tym kamieniu, a ja z Gosią mieliśmy "zdobyć" skałę, pofocić i wrócić po nich.
Okazało się, że skała była jakieś 15 minut dalej 🙂.
Więc my spokojnie napawaliśmy się widokami, a nasze pociechy zaczęły się trochę niepokoić. Gdy po godzinie do nich wróciliśmy, bezlitośnie obśmiałem chłopaków, że ponieśli 90% wysiłku, by dotrzeć do celu, a mieli może 10% widoków, jakie my mieliśmy.
I to już koniec naszego dwudniowego objazdu przez wyspę Skye. Miejsce absolutnie fantastyczne, przy czym stawiamy dużego plusa dla pogody, która drugiego dnia umożliwiła nam podziwianie tutejszych cudów natury. W następnej części zaprosimy do najbardziej niedostępnej, dzikiej części Szkocji - północnych skrajów Highlands.
Shieldaig, Gairloch, Inverewe Garden
Po 3 noclegach w jednym miejscu (jedyny taki przypadek w całej podróży) ruszyliśmy na północ. Mieliśmy zamiar pokonać wzdłuż i (częściowo) wszerz jeden z najmniej zaludnionych obszarów Europy - Highlands.
Cóż to takiego? Jest to trasa o długości 516 mil (stąd nazwa - North Coast 500), będąca pętlą wokół regionu Highlands. Co istotne, często nie prowadzi ona najkrótszą drogą, ale różnymi wąskimi, mało uczęszczanymi drogami, które jednak lepiej eksponują tutejszą przyrodę. Na zdjęciu jeden z takich właśnie odcinków - wąski, kręty, najpierw bardzo pod górę, potem mocno w dół. Na początku drogi był ciekawy znak - Droga niepolecana dla niedoświadczonych kierowców.
Highlands zajmują północną część Szkocji, jest to obszar ciut mniejszy od Wielkopolski, ale zamieszkały przez ledwie 235 tys. ludzi. Daje to średnią gęstość zaludnienia 9 osób/km2 - dla porównania w Polsce jest to 132 osób/km2, a w Anglii 432 osoby/km2. I te pustki odczuliśmy od razu po wjechaniu na NC500.
Nooooo, na ten moment czekaliśmy i się doczekaliśmy! Kilka razy widzieliśmy krowy rasy highland z daleka (bardziej po polsku - szkockie bydło górskie), ale ten jeden, jedyny raz mieliśmy okazję podziwiać tego stwora z bardzo, bardzo bliska. Przez chwilę miałem obawy, żeby nie zechciał nam rogiem przejechać po karoserii, ale na szczęście był neutralnie nastawiony 🙂.
I tak sobie pomału jechaliśmy drogą NC500 (inaczej zresztą się nie da), wypatrując różnych ciekawostek i atrakcji. Jedną z nich miał być Red roof cottage, widoczny na zdjęciu. Co prawda, opinie innych turystów były nieszczególnie entuzjastyczne, ale i tak był po drodze, więc na moment przystanęliśmy. Rzut oka na domek i nie zdecydowaliśmy się na wyjście z auta 😉.
W poszukiwaniu obiadu zjechaliśmy z głównej trasy do miejscowości Shieldaig. Jest to maleńka miejscowość, licząca 85 mieszkańców, ale ma swoją szkołę, no i bardzo dobrą restaurację.
Mieszkańcy mają widok na niewielką, zajmującą 13 hektarów, wyspę, o tej samej nazwie. Wyspa jest niezamieszkana, a liczne tabliczki zakazują nawet wstępu na nią przez większą część roku. Powodem jest obecność na wyspie orłów.
Jako że musieliśmy poczekać pół godziny na otwarcie restauracji, mieliśmy czas na zwiedzenie tej uroczej miejscowości, a także zakupy u lokalnego rybaka.
Następnie przemierzaliśmy masyw górski Beinn Eighe.
Jest on zbudowany z kwarcytów, co w odróżnieniu od większości gór w Szkocji, nadaje szczytom w tym masywie jasny kolor. W okolicach poprowadzonych jest wiele szlaków trekkingowych, a obszar ten jest rezerwatem przyrody.
Gdy tak jechaliśmy przez Beinn Eighe, doczytaliśmy, że na jednym z parkingów często można spotkać jelenie. Dobra, zjechaliśmy na parking, choć z niewielką nadzieją na bliskie spotkanie z tym zwierzem. A tu taka niespodzianka - jeden piękny osobnik sobie wypoczywał, a drugi, choć już bez rogów, leżał sobie kawałeczek dalej.
A tutaj widoczek na masyw Beinn Eighe na tle Loch Maree, czwartego co do wielkości jeziora w Szkocji. Jednocześnie jest to największe jezioro, które nie jest wykorzystywane gospodarczo i podlega ochronie.
My jechaliśmy nadal na północ, choć niezwykle krętą trasą. Zjechaliśmy na jedną z plaż, Gairloch Beach, z nadzieją, że może trafimy na foki, które niekiedy wylegują się na tutejszych plażach. Niestety, byliśmy tu zupełnie sami.
Na nieco dłużej zatrzymaliśmy się w Inverewe Garden. Jest to ogród botaniczny, założony w 1862 roku.
Założyciel zamarzył sobie zgromadzenie w tym miejscu tyle egzotycznych roślin, ile zdoła. I udało mu się to. Są tu krzewy i drzewa z tak różnych państw jak Brazylia, Chiny, RPA, Japonia, USA, Nowa Zelandia, Chile. Jak to możliwe, że te rośliny uchowały się na tak dalekiej północy? Przecież jest to szerokość geograficzna jak na granicy łotewsko-estońskiej.
Otóż jest to możliwe dzięki Golfstromowi, który na tyle ociepla tutejszy klimat, że radzą tu sobie rośliny z tak różnych miejsc na świecie.
Ogród był ogromny, bardzo ciekawy. Efektowne były rododendrony, ciekawy też las bambusowy, a najciekawsze były chyby liście jakiejś brazylijskiej rośliny, które osiągały jakieś 2 metry średnicy i mogły robić za parasole.
Czy to miejsce zaciekawiło naszych chłopaków? Otóż tak! Co prawda, same rośliny nieszczególnie ich zafascynowały, drzewo jak drzewo, roślina jak roślina. Ale mieli challenge. Dostali mapy z zaznaczonymi bodaj 10 krajami, z których pochodziły rośliny. Ich zadaniem było odnalezienie tabliczek z flagami, przy których dodatkowo były jeszcze proste zadania. Fenomenalny pomysł - tak się zaangażowali, że po paru minutach straciliśmy ich z oczu, gdy zaczęli biegać po labiryncie ścieżek, by znaleźć Chile, RPA, czy Japonię. Gdy chcieliśmy ich znaleźć, dzwoniliśmy do nich i pytaliśmy, w jakim kraju są. Aha, w USA? Ok 🙂
Młodzież biegała za flagami, a my mogliśmy podziwiać tutejszą roślinność 🙂. Do pełnego zadowolenia zabrakło jedynie fok, które niekiedy wygrzewają się na obrzeżach tego parku, ale tego dnia ich nie było.
Do kolekcji zwierząt, na jakie natrafiliśmy jadąc dalej, dołączyły dzikie kozy, ciekawie łypające na nas wzrokiem z bezpiecznej odległości.
Na chwilę jeszcze zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym Gruinard Bay. W zatoce znajduje się niesławna wyspa Gruinard Island. W czasie II wojny światowej Brytyjczycy prowadzili tu eksperymenty z bronią biologiczną, a konkretnie z wąglikiem, włącznie z eksplozją bomby wąglikowej. Broń okazała się na tyle skuteczna, że przez 40 kolejnych lat wyspa była skażona wąglikiem, którego nie potrafiono się pozbyć. Ostatecznie pod naciskiem opinii publicznej w 1986 roku przeprowadzono akcję odkażającą i po kolejnych 4 latach ogłoszono, że wyspa jest czysta od wąglika.
I wreszcie dotarliśmy do Ullapool, jednego z większych miasteczek północy Szkocji. Liczy ono 1500 mieszkańców, ale ma chociaż kilka ulic na krzyż. Tu mieliśmy też zdecydowanie najdroższy nocleg w Szkocji. Wiedziałem, że gdzieś w tej okolicy musieliśmy przenocować, ale oferta hotelowa w tej bezludnej okolicy była wyjątkowo skromna. W efekcie musieliśmy wziąć to, co było i zapłacić za jedną noc 250 funtów.
Na tle reprezentacyjnej ulicy Ullapool stoi nasze autko 🙂. Przy tej okazji parę słów o jeżdżeniu po Szkocji. Jest tam oczywiście ruch lewostronny, jak w całej Wielkiej Brytanii. Rodzi to pewne problemy, choć przy wzmożonej koncentracji można spokojnie jeździć. Szkoci generalnie jeżdżą spokojnie, są uprzejmi, a poza miastami ruch jest raczej niewielki. Najwięcej stresów przysparzało mi odruchowe zjeżdżanie na lewą stronę jezdni, zwłaszcza na wąskich drogach bez wymalowanych pasów ruchu (a taka właśnie w większości jest NC500). No i małe kamienne murki, zwłaszcza na zakrętach też potrafiły podnieść ciśnienie. I też trzeba pamiętać o innych jednostkach - mile, jardy, mile na godzinę. Ostatecznie żadnych niemiłych przygód na drodze nie zanotowaliśmy, choć jazda po tych drogach po zapadnięciu zmroku do najprzyjemniejszych nie należała.
W kolejnym dniu zmieniła się pogoda - nadciągnęły chmury i popadywało, ale nie zmienił się kierunek naszej jazdy - dalej jechaliśmy na północ. Niezrażeni deszczykiem zaczęliśmy dzień od trekkingu po rezerwacie Knockan Crag.
Ta niepozorna ścieżka prowadzi po miejscach, które okazały się kluczowe dla rozwikłania jednego z największych problemów geologicznych.
Problem brzmiał - czy starsze skały są położone nad młodszymi czy poniżej. Dwóch dżentelmenów widniejących na jednym z poprzednich zdjęć przez kilkanaście lat biegało po tych górach z młoteczkami i pobierali próbki skał. Na zdjęciu dzieło sztuki "The Globe" 🙂.
Tutejsza okolica wyjątkowo sprzyja tego rodzaju badaniom - w wyniku ruchów tektonicznych są tu odsłonięte różne warstwy skalne.
Dwóch naukowców badających tutejsze skały sporządziło też przy okazji tak dokładne mapy tych terenów, że przez wiele dekad nikt nie potrafił sporządzić lepszych.
I jeszcze rzut okiem na Lochan an Ais - jezioro o dość nietypowym kształcie, jak na Szkocję. Takim trochę fantazyjnym, z półwyspami i zatokami.
Większość mijanych przez nas domów w Szkocji była malowana na biało lub kamienna. I jedne, i drugie miały swój urok. Niekiedy jednak zdarzały się wyjątki.
W wiosce o nazwie Inchnadamph zjechaliśmy z głównej drogi, by rozejrzeć się po starym cmentarzu i kościółku z 1743 roku. Miejsce to upamiętnia smutną historię z II wojny światowej.
W 1941 roku na wzgórzach na wschód od tej miejscowości rozbił się samolot RAF, który odbywał lot treningowy. Zaskoczyła ich burza śnieżna, jeden z silników się zepsuł i samolot rozbił się w jednym z najbardziej odludnych miejsc w Szkocji. Tak odludnych, że wrak samolotu znaleziono dopiero po 6 tygodniach, a ciała lotników zostały pogrzebane na miejscu, w związku z niemożnością ściągnięcia ich do cywilizowanych rejonów. Przed cmentarzem w Inchnadamph postawiono tablicę upamiętniającą pechowych lotników.
Przed nami Calda House - ruiny domu zbudowanego dla rodziny Macleods w 1490 roku. Dom służył rodzinie przez ponad 200 lat, ale w XVIII wieku został spalony i w stanie zrujnowanym pozostaje do dziś.
Kilkaset metrów dalej kolejne ruiny, tym razem zamek Ardvreck. Datowanie podobne, jak Calda House, został spalony razem z tym domem. Co było fajne w tych ruinach - dojście do niego po wąskiej piaszczystej mierzei.
Gdy tak sobie jechaliśmy wzdłuż Loch Assynt (kolejne z wielkich jezior szkockich, 10 km długości), naszą uwagę przykuwały maleńkie wysepki, na których jakimś cudem rosły drzewa, podczas gdy w okolicy drzew niemal wcale nie było.
Dość mocno zboczyliśmy z trasy, by dotrzeć na plażę Achmelvich. Naszą uwagę zwróciły tu liczne domki letniskowe.
Plaży nic nie brakowało - duża, piaszczysta, nawet kolor wody taki śródziemnomorski. Temperatura latem o 10 stopni wyższa i byłby to hit wakacyjny 😉.
Uwaga, latający Adam 🙂.
Początkowo zwracaliśmy uwagę na takie widoki - samotny domek zagubiony pośród wzniesień, potem już nieco przywykliśmy do tego.
Godziny mijały, robiliśmy się coraz bardziej głodni. Początkowo bez większego stresu wrzuciliśmy na mapach google Restaurants i nawet było kilka miejsc w promieniu 50 km. Dobra, damy radę.
No niestety, to nie była restauracja, tylko bieda-sklepik.
Pojechaliśmy do pierwszej restauracji - zonk, tylko i wyłącznie dla gości tutejszego pensjonatu. Dobra, za 20 km ma być następna.
Pojechaliśmy do drugiej - zonk, kuchnia zamknięta. Zaczęła się już lekka desperacja i widmo głodu.
O, jest jakaś buda. Wygląda słabo, ale może można tu coś zjeść? No niestety, mają tylko rękodzieła.
Uffff, coś tam znaleźliśmy. Co prawda, tylko na wynos, smak taki sobie, ale humory od razu nam się poprawiły.
Takie znaki traktowałem bardzo poważnie. Owiec było w regionie Highlands zatrzęsienie i choć w większości pasły się spokojnie na łąkach, to potrafiły też niespiesznie łazić po drogach.
Na północnych skrawkach Szkocji taki lasek był raczej rzadkością. Dominowała tu roślinność pokroju traw i co najwyżej krzewów.
Dotarliśmy na samą północ Szkocji, to plaża Ceannabeinne. Podobnie ładnych w okolicy było jeszcze kilka. Kawałek dalej, w miejscowości Tongue, opuściliśmy drogę NC500. Z liczącej ponad 500 mil trasy przejechaliśmy 235 mil, które są najbardziej atrakcyjne. Pustkowia Highlands bardzo, ale to bardzo nam się podobały.
Dunrobin, Balmoral
Następnego dnia mieliśmy do przejechania najdłuższy odcinek w trakcie naszej podróży - mieliśmy przejechać z dalekiej północy z powrotem do Midlands, aczkolwiek inną drogą niż przyjechaliśmy. Tym razem stopów było mniej, raptem tylko dwa. Pierwszym był zamek Dunrobin.
Początki tego zamku sięgają średniowiecza, ale obecny kształt został mu nadany w 1845 roku. W tle widać piękne ogrody i Morze Północne.
Zamek Dunrobin był siedzibą rodu Sutherland. Jest to największa budowla na północy Szkocji.
Spóźniliśmy się na pokaz sokolnika, ale mieliśmy możliwość zrobienia fotki z sokołem. Adam pewnie podszedł i wystawił rękę, żeby sokół na niej usiadł. Pan się uśmiechnął i powiedział, że sokół może siedzieć tylko na jego ręce.
Z zewnątrz zamek prezentował się imponująco, ale przed nami było jeszcze zwiedzanie wnętrz.
Ten eksponat wzbudził spore ożywienie u chłopaków 🙂.
I znów, podobnie jak w ogrodzie botanicznym, przewidziano challenge dla dzieciaków. Wyjątkowo prosty - w kilku losowych komnatach postawiono małe figurki, a dzieciakom dano kartkę ze zdjęciami tych figurek. Zadaniem było odnalezienie figurek. O ile pamiętam, naszym chłopakom udało się znaleźć 5 na 6.
Zamek Dunrobin jest ogromny. Znajduje się w nim 189 pokojów!
A to już powiew nowoczesności - szyb windy. Całościowo Dunrobin bardzo nam się podobał.
Wróciliśmy jeszcze na 50 mil na trasę NC500, ale to już nie była ta sama trasa, co po zachodniej części Szkocji. Nasze wrażenia były całkowicie zgodne z opisami, że część wschodnia tej trasy jest znacznie mniej atrakcyjna.
Aby nie spędzić całego dnia w aucie, zatrzymaliśmy się jeszcze na krótki trekking do wodospadów Bruar. Na miejscu oczekiwaliśmy parkingu i początku ścieżki na wodospady, a tymczasem trafiliśmy na dość ekskluzywne i naprawdę rozległe centrum handlowe. Pośrodku lasów, w oddaleniu od większych miast.
Sklepy ominęliśmy, do wodospadów trafiliśmy 🙂. I na tym kończymy relację z Highlands, regionu fascynującego i na pewno wartego zwiedzenia. Ale to jeszcze nie koniec podróży - przed nami Midlands 🙂.
Po zjechaniu z Highlands naszą bazą na dwa kolejne dni stało się Kirriemuir. Do tej pory nocowaliśmy w pensjonatach w totalnej głuszy lub w małych miasteczkach. Kirriemuir to było całkiem spore miasto, jak na warunki szkockie, z 6 tys. mieszkańców.
Zatrzymaliśmy się w Airlie Arms Hotel, to ten biały budynek na drugim planie, zbudowanym w 1790 roku. Co ciekawe, hotel ten jest na sprzedaż 🙂.
Gdy tak przechadzaliśmy się po nieco mrocznych i pustych uliczkach Kirriemuir (zwłaszcza po zmroku można było poczuć lekki dreszczyk), powiedziałem chłopakom, że taka atmosfera była w Londynie za czasów Sherlocka Holmesa. Jaś już czytał książki o Holmesie, ale Adasia bardzo to zachęciło i kolejne wieczory spędziliśmy na czytaniu przygód Holmesa i Watsona 🙂
Zbliżające się Halloween było czuć na każdym kroku, tak samo jak klimat Świąt. Nie czekają z choinkami do 2 listopada i jak widać, jedno drugiemu nie wadzi 😉
Zupełnym przypadkiem w Kirriemuir znaleźliśmy taki sympatyczny symbol - nasi tu byli 🙂.
Gdy już opuszczaliśmy Kirriemuir, Gosia wyczytała, że znajduje się tu pomnik Bona Scotta, wokalisty AD/DC, najsłynniejszego mieszkańca tego miasteczka. Odsłonięto go w 2016 roku, a pieniądze, tak jak przy pomniku na wyspie Skye, zbierano w zbiórce publicznej.
Mieliśmy już na drodze owce, mieliśmy krowy, ale to towarzystwo było najlepsze. Kaczki nieszczególnie miały ochotę zejść z drogi i trzeba je było solidnie zdopingować do przemieszczenia się na pobocze 🙂.
Na tym zdjęciu zwracam uwagę na liczne murki na łące. Te murki chociaż są nieszkodliwe, w odróżnieniu od tych na skraju drogi.
Ta piękna droga prowadzi poprzez park narodowy Cairngorms do zamku królewskiego Balmoral. Park narodowy Cairngorms jest olbrzymi, zajmuje 4528 km2. Dla porównania, wszystkie 23 parki narodowe w Polsce razem zajmują powierzchnię 3290 km2. Ciekawe czy dostrzegacie żywy element na tym zdjęciu?
W Balmoral już przed wejściem do ogrodów widniały kwiaty złożone ku pamięci niedawno zmarłej królowej.
Już wcześniej wiedzieliśmy, że w Balmoral można zwiedzać ogrody i obejrzeć zamek z zewnątrz. Niekiedy można też zwiedzać salę balową.
Co ciekawe, zamek w Balmoral jest prywatną własnością rodziny królewskiej, a nie Korony. Oznacza to, że w przypadku utraty prawa do tronu przez Windsorów, zamek wraz z całą posiadłością pozostanie w rękach rodziny.
Posiadłość Balmoral, jeszcze bez zamku, zakupili królowa Wiktoria wraz z mężem, księciem Albertem w połowie XIX wieku. Bardzo szybko, już w 1855 roku, postawili tam zamek, który stał się letnią rezydencją rodziny królewskiej.
Ta całkiem solidna rzeka oddziela wielką posiadłość królewską od okolicznych terenów.
Gdy parę chwil później oglądaliśmy zdjęcia rodziny królewskiej w Balmoral, znaleźliśmy zdjęcie Elżbiety i Filipa zrobione dokładnie w tym samym miejscu nad rzeką, gdzie my sobie pstryknęliśmy fotkę 🙂.
Być jak rodzina królewska 😉 Elżbieta II lubiła fotografować się z rodziną w tej scenerii.
Ponoć Balmoral to był ulubiony zamek królowej Elżbiety II i księcia Filipa. Oboje chętnie spędzali tu letnie wakacje.
Zamek Craigievar zasadniczo różni się od innych szkockich zamków i dlatego zajechaliśmy go obejrzeć. Niestety, był w remoncie i do tego zamknięty. Zdarza się.
Ale zjazd do zamku Craigievar nie był zupełnie nieudany, bo znowu mogliśmy podziwiać ładne krajobrazy.
Dunnottar, Abroath Cliffs
Ten dzień śmiało można nazwać dniem zamków - kolejnym był położony na wysokiej skale zamek Dunnottar.
Zamek położony jest na wysokiej skale, więc cóż, trzeba się wdrapywać.
Jest to zamek z czasów średniowiecznych, XV-XVI wieku. Z powodu swojego strategicznego położenia i silnego ufortyfikowania przez wieki był to jeden z najważniejszych zamków w Szkocji.
Odegrał on też ważną rolę w historii Szkocji - to tu przez pewien czas ukrywano klejnoty koronne królów szkockich. Niestety, po ośmiomiesięcznym oblężeniu wojska Oliviera Cromwella zdobyły zamek i zniszczyły klejnoty.
Gdy zamek przestał mieć znaczenie wojskowe, zamieniono go w więzienie.
I tu także, podobnie jak we wcześniejszych tego typu miejscach, przygotowano zadanie dla dzieciaków- tym razem mieli szukać ukrytych miejsc. Zadanie było dość trudne, bo z 6 miejsc znaleźli tylko 3 🙂. I to pomimo połączenia sił z inną ekipą, która podjęła wyzwanie.
Zajechaliśmy też do pobliskiego Stonehaven.
Przeszliśmy się po tym 11-tysięcznym portowym miasteczku, ale jakoś szczególnie nas ono nie zauroczyło.
Choć dla tej łodzi znaleziono ciekawe zastosowanie 🙂.
Chłopaki w pewnym momencie naszej wycieczki nieco już zwątpili, że Szkoci w ogóle znają lody, ale w Stonehaven udało im się wypatrzeć lodziarnię, i to jeszcze działającą 🙂.
Te metalowe miniatury przy promenadzie to chyba próba uatrakcyjnienia tego niezbyt malowniczego miejsca.
Cóż, nie wszystko co w Szkocji, to ładne 🙂.
Na sam koniec dnia zajechaliśmy do Abroath Cliffs. O miejscu tym dowiedziałem się w samolocie do Edynburga - opowiedziała mi o tym Polka, mieszkająca w tej okolicy. Wzdłuż klifów prowadzi 5-kilometrowa ścieżka.
Powoli zaczynało zmierzchać, więc całej trasy nie udało nam się zrobić, ale starczyło czasu, by zejść na nadmorskie skały i ponapawać się widokami.
St. Andrews, Edinburgh
Ostatni dzień przeznaczyliśmy na zwiedzenie dwóch miast. Na początek St. Andrews - miasto z niezbyt imponującą liczbą mieszkańców (16 800, w rankingu szkockich miast daje to dopiero 46. miejsce), ale niezwykle ważne.
Pierwszym i może najważniejszym dowodem znaczenia St. Andrews jest uniwersytet. Na poprzednim zdjęciu oraz na tym są właśnie budynki uniwersyteckie. Otóż uniwersytet St. Andrews jest najstarszą uczelnią w Szkocji, został założony w 1413 roku. Jest uważany za najlepszy uniwersytet w Wielkiej Brytanii, ewentualnie jako jeden z najlepszych. To właśnie tu książę William poznał swoją przyszłą małżonkę Kate.
Drugą mocną stroną St. Andrews są bardzo wiekowe zabytki. Są tu ruiny zamku z XII wieku (to akurat nie jest wielkim wyróżnikiem, bo chyba w niemal każdej większej miejscowości w Szkocji jest zamek lub jego ruiny,).
Jednak kawałeczek dalej są też pozostałości kościoła St. Mary on the Rocks. Także i on jest datowany na XII wiek.
Niestety, przetrwał jedynie do XVII wieku, gdy wichry szkockiej reformacji doprowadziły do zniszczenia tej okazałej budowli.
Tego dnia czas nas trochę gonił, gdyż do 14.00 musieliśmy oddać auto do wypożyczalni, a mieliśmy w St. Andrews jeszcze jeden cel... Niby ciągle do tego celu zmierzaliśmy, ale ciągle coś nas od niego odciągało.
Tutaj chłopacy wypatrzyli lodziarnię, działającą od ponad 100 lat. I do tego ze znakomitymi opiniami. Tu też miała miejsca moja największa wtopa językowa w Szkocji. O ile zazwyczaj dogadywałem się ze Szkotami bez większych problemów, tak w tej lodziarni zapytałem, czy można kilka smaków w jednej kulce. Pani przytaknęła, więc dla pierwszego Adama wzięliśmy trzy smaki. A tu pani nałożyła mu trzy ogromne kulki. Adaś po prostu nie mógł uwierzyć w swoje szczęście - dostał największego loda w życiu, bo te kulki były naprawdę duże 🙂
W St. Andrews było po prostu ładnie, więc a to jakaś fotka, a to weszliśmy na chwilę do kościoła, a to znowu coś tam ciekawego.
Ale w końcu jest, dotarliśmy do pomnika Władysława Sikorskiego. Teraz mogliśmy z czystym sumieniem ruszać do Edynburga.
Na moment jeszcze zatrzymaliśmy się przy polach golfowych Old Course w St. Andrews. Bo to kolejne miejsce, z którego ta miejscowość słynie. To najstarsze pola golfowe na świecie, miejsce rozgrywania wielu prestiżowych zawodów. Co więcej, miejscowy klub golfowy do 2004 roku regulował przepisy gry w golfa na całym świecie, poza USA i Meksykiem, które nie uznawały jego zwierzchności.
Na koniec pozostał nam Edynburg, stolica i drugie co do wielkości miasto Szkocji, za Glasgow.
Na dalekim planie zamek Edinburgh. Zaczął powstawać w XI wieku i odegrał wielką rolę w historii Szkocji, będąc areną wielu konfliktów. W trakcie ok. 1000 lat istnienia zamku naliczono 26 oblężeń, co jest rekordem we wszystkich zamkach w Wielkiej Brytanii.
Od XVIII wieku zamek stopniowo tracił swoje militarne znaczenie i trochę podupadł, ale już w XIX wieku zorientowano się, jaką przedstawia wartość historyczną i podjęto prace naprawcze.
Wokół zamku jest spory park, a w nim pomnik, który nas bardzo zainteresował. Nasi chłopacy doskonale znali historię misia Wojtka, który przeszedł z naszymi wojskami szlak bojowy w czasie II wojny światowej. Po wojnie Wojtek trafił do zoo w Edynburgu i tu zakończył swój żywot. Ale pamięć o nim nie zginęła i Wojtek ma swój pomnik!
Jako że na Edynburg mieliśmy zaledwie jedno popołudnie, zwiedzanie zamku sobie odpuściliśmy na rzecz spaceru po mieście.
Postanowiliśmy się przejść tzw. Royal Mile - ulicą łączącą najważniejsze, historyczne miejsca w Edynburgu.
Na sam koniec naszego pobytu szkocka pogoda postanowiła nam przypomnieć, że jednak jesteśmy w Szkocji i zaczęło padać. A jak zaczęło, to już padało do wieczora.
A to zdjęcie łączy się z sympatyczną historią. Adaś zainteresował się pracami tego pana, który malował rysunki związane ze Szkocją. Szczególnie spodobał mu się rysunek krowy, jakie widywaliśmy na Highlandsach. Zachęcił mamę, żeby zapytała pana o cenę. A tu niespodziewanie pan czystą polszczyzną mówi do Adama, że sam może go zapytać 🙂. Wywiązała się rozmowa, pan zaproponował Adamowi, żeby negocjował cenę i ostatecznie Adam stał się dumnym posiadaczem rysunku krowy 🙂.
Po 10 dniach pobytu w Szkocji w końcu zobaczyliśmy faceta w spódniczce! 🙂
Warto też wspomnieć o jednej konstrukcji, której nie zdążyliśmy ustrzelić dobrej fotki, a która jest znana szeroko poza Szkocją. To most kolejowy Forth Bridge, taki czerwony, z trzema wysokimi filarami, o konstrukcji kratownicowej. Wzniesiono go w 1890 roku i była to konstrukcja zupełnie nowatorska w tamtych czasach. Niedawno wpisano go nawet na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Małgosię niezwykle urzekło to miejsce - targ rękodzieła urządzony w starym kościele z pięknymi witrażami. Oczywiście nie obyło się bez kupienia pamiątki w tym miejscu.
Jeden z wielu uroczych edynburskich zaułków.
Gdyby nie deszcz, to pewnie pochodzilibyśmy sobie jeszcze trochę po Edynburgu, a tak to podjęliśmy męską decyzję - dochodzimy do końca Royal Mile i wracamy do hotelu.
Pozostał nam jeszcze rzut oka na siedzibę szkockiego parlamentu....
... oraz na zamek Holyrood, rezydencję królewską, aktualnie zamkniętą, w remoncie.
I na tym kończymy naszą opowieść o Szkocji. W 10 dni przejechaliśmy ponad 2200 km, objechaliśmy dużą część Szkocji, zwiedziliśmy mnóstwo ciekawych miejsc, podziwialiśmy fantastyczną przyrodę. Czy warto było odwiedzić tak odległy kawałek naszego kontynentu? Bez wątpienia tak.
Na pokazaną powyżej wyprawę przeznaczyliśmy 10 dni. Zastanawialiśmy się, czy bardziej optymalny nie będzie wyjazd na 7 dni. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że aby zwiedzić i wyspę Skye i przejechać przez Highlands, tydzień czasu to za mało. A oba te miejsca na pewno są warte zwiedzenia.
Na co trzeba się nastawić przy zwiedzaniu Szkocji? Trzeba brać poprawkę na to, że pogoda może przeszkadzać, jak zdarzyło się nam pierwszego dnia na Skye. Gdyby kolejnego dnia pogoda nie zmieniła się, nasz odbiór tej fantastycznej wyspy byłby o wiele gorszy. Kolejna sprawa – Szkocja jest dość droga. Mimo że byliśmy tam poza sezonem, to ceny noclegów były dość wysokie (100 – 250 funtów za noc), wynajem auta też kosztował sporo. Na północy Szkocji osad jest niewiele i trzeba z wyprzedzeniem planować zakupy żywieniowe, obiad w restauracji czy tankowanie. Oczywiście też lepiej wziąć ze sobą adaptery do gniazdek.
Mając wszystko powyższe na uwadze Szkocja pod względem atrakcyjności turystycznej jest znakomita. Fantastyczna przyroda, jeziora, góry, piękne plaże (to było dla nas zaskoczenie), do tego liczne zamki, to składa się na sielski krajobraz północnej Szkocji.