Pomysł na zwiedzenie Czeskiej Szwajcarii zrodził się nam całkiem niedawno, gdy poznawaliśmy uroki Parku Mużakowskiego. „Na papierze” Czeska Szwajcaria wydała się na tyle interesująca, by spędzić tu 4 dni. Ponadto, jako że po drugiej stronie granicy czesko-niemieckiej także znajduje się Szwajcaria, tyle że Saska, to jeden z dni przeznaczyliśmy na niemiecką część Szwajcarii.
Panska Skala, Wąwóz Edmunda, Pravcicka Brama
Zwiedzanie Czeskiej Szwajcarii zaczęliśmy od miejscowości Kamenicky Senov i miejsca zwanego Panska Skala, niesamowitego wytworu przyrody sprzed 30 mln lat.
Skała ta składa się z tysięcy pionowych (niektóre były nieco pochylone) słupów bazaltowych, które są efektem działalności wulkanicznej. Słupy te mają do 20 metrów wysokości, a to, że można na nie włazić znacząco podnosi atrakcyjność tego miejsca 🙂.
Sporą część tej skały zniszczono, gdy działał tu kamieniołom, ale już kilkadziesiąt lat temu zrozumiano, że jest to miejsce szczególne i zaprzestano dalszej dewastacji.
Początek najbardziej ambitnej wyprawy - najpierw trzeba było pokonać wąwóz Edmunda, a potem wrócić nieco nadkładając drogi, by zobaczyć Pravcicką Bramę. Ewidentnie przechodziła tędy niedawno jakaś większa wichura, czego efektem były m.in. takie widoki. I tak przechodząc koło tych drzew kołatały się po głowie niezbyt przyjemne myśli - zsunie się to drzewo na ścieżkę czy nie zsunie...
Ja na tym zdjęciu na górze widzę wielką zieloną jaszczurkę, ale możliwe są i inne interpretacje 🙂.
W końcu jest wąwóz, a w nim rzeka. To oznaczało, że coraz bliżej do przeprawy łodziami. W dwóch miejscach wąwozu Edmunda ścieżka się urywa i jedyną możliwością kontynuowania trasy jest skorzystanie z transportu wodnego.
Jednak najpierw trzeba było iść taką malowniczą ścieżką wzdłuż rzeki. Nazwa wąwozu Edmunda wzięła się od imienia księcia Edmunda Clary-Aldringen. Pod koniec XIX wieku wpadł on na pomysł utworzenia szlaku turystycznego wzdłuż widocznej na zdjęciu rzeki Kamenice. Aby zbudować ścieżki oraz wykuć tunele w skałach książę zatrudnił 200 włoskich robotników i w 1890 roku otworzył trasę dla turystów.
Przejażdżki łodzią stanowiły całkiem przyjemny przerywnik w marszu. Raz że można było nieco odsapnąć, dwa że widoki zdecydowanie dawały radę.
Nim wyruszyliśmy, obiecałem chłopcom, że będą fajne tunele. Ale idziemy, płyniemy, znów idziemy, a tuneli nie ma. Zaniepokojony Adaś dopytywał się co chwilę - tata, kiedy będą tunele? No i w końcu się doczekał. Na szczęście tunele spełniły jego oczekiwania 🙂.
Ściany wąwozu były strome i wysokie. Tu w przeszłości chyba był wodospad.
Podczas drugiej przejażdżki łodzią mieliśmy zobaczyć czeską Niagarę. Czyli wodospad uruchamiany przez flisaka - pociągnięcie za linę powoduje gwałtowny wypływ wody. Jak to flisak podsumował - niemiecki pomysł, japońska technologia, czeskie wykonanie 🙂.
W momencie gdy trasa lekko zaczynała nam się nużyć, doszliśmy do końca wąwozu. Teraz trzeba było jeszcze wrócić do auta 🙂.
Była szansa, by jakieś 1,5 km pod górę podjechać autobusem, niestety rozkład jazdy okazał się być fikcyjny i po półgodzinnym oczekiwaniu zapadła decyzja, że idziemy. Reakcja dzieciaków była mniej więcej taka jak na tym zdjęciu 😉.
Co jednak w tym zdjęciu najistotniejsze, to tło, a konkretnie Pravcicka Brama, największy skalny łuk w Europie, o wysokości 21 metrów. Podejście do tej bramy było dość trudne, zwłaszcza że mieliśmy już w nogach sporo kilometrów, ale widoki rekompensowały te drobne niedogodności.
Pravcicka Brama to symbol Czeskiej Szwajcarii i największa atrakcja tego regionu. Budynek po lewej to letni pałacyk Sokole Gniazdo, obecnie przerobiony na restaurację.
Widoczna na zdjęciu skała to piaskowiec, który dość łatwo ulega erozji. Akurat w regionie Gór Połabskich piaskowiec jest bardzo rozpowszechniony i w dużej części to on stanowi o atrakcyjności tego regionu.
Aby droga powrotna szybciej mijała, dzieciaki poprosiły o quizy. Więc były quizy żużlowe (dla Adasia), o ekstraklasie (dla Jasia), geograficzne (dla obu) i chyba jeszcze jakieś.
Duża połać uschniętych drzew. Ewidentnie jest z tym jakiś poważniejszy problem, bo w kilku miejscach widzieliśmy takie smutne widoki.
Pogoda dopisywała, a w tego typu wyprawach to jest podstawa.
Po zaliczeniu najważniejszych punktów tej wycieczki, czyli wąwozu i łuku skalnego, niestety, trzeba jeszcze było wrócić na parking. Zawsze powroty najbardziej się dłużą i pojawiają się nieśmiertelne pytania "Ile jeszcze?".
Łącznie przeszliśmy tego dnia 18 km, z czego 3-4 km były mocno pod górę. Oznaki zmęczenia były więc zrozumiałe 🙂.
Dolsky Mlyn
Kolejną wycieczkę zaplanowaliśmy do Dolsky'ego Mlyna. Leży on na terenie Parku Narodowego Czeska Szwajcaria, nad rzeką Kamenice.
Samo dojście do młyna ostro w dół, po korzeniach, kamieniach, wśród skałek było całkiem fajną atrakcją. Jedyny minus - świadomość, że będzie trzeba tą samą drogą wrócić 🙂.
I w końcu dotarliśmy do rzeczki Kamenice i do ruin młyna.
Młyn na pewno istniał w 1515 roku. Były w nim zamontowane trzy koła wodne. Dwa służyły do mielenia ziaren, jedno do przecierania drewna.
Młyn był kilkakrotnie przebudowywany. Najpierw w 1727 roku na styl barokowy, a potem jeszcze raz w latach 1819-1845. Przez ten cały czas była to własność jednej rodziny.
Pod koniec XIX wieku przy młynie uruchomiono gospodę, co zaczęło napędzać ruch turystyczny, potem jeszcze funkcjonowała tu straż celna. Po 1945 roku młyn opustoszał i szybko zaczął popadać w ruinę.
I dziś tyle pozostało z budowli, która przez 400 lat służyła ludziom. Dziś jest to atrakcja turystyczna, a także plener do kręcenia filmów.
Kto jest kozakiem i przejdzie przez lodowaty strumyk? Mama i Adaś się odważyli, reszta naszej ekipy dopingowała z brzegu 🙂.
Saska Szwajcaria
Z Czeskiej Szwajcarii jest rzut beretem do Saskiej Szwajcarii, czyli niemieckiej części Gór Połabskich. Zrobiliśmy zatem krótki wypad do Niemiec, by zobaczyć dwie największe atrakcje tego regionu. Na początek zamek Konigstein. Powyższe zdjęcie pokazuje ogrom tego zamku. Zbudowano go na górze, wykorzystując skały i dobudowując do nich mury.
Teren zamku jest ogromny, zajmuje 9,5 hektara i umieszczono na nim 50 budynków. Czyli de facto było tu małe miasto.
Gdy zaczęliśmy zwiedzać zamek, okazało się, że kręci się tu mnóstwo dziwnie ubranych ludzi, którzy porozkładali namioty i szykowali broń. Napięcie wśród chłopaków rosło 🙂. Adaś odważył się podejść do zdjęcia, a w nagrodę dostał do ręki rusznicę większą niż on, co bardzo mu się spodobało 🙂.
"Mamo, tato, czy tu będzie wojna?!?!? Taka prawdziwa???"
W sumie sami nie wiedzieliśmy, ale faktycznie wyglądało na to, że kroi się jakaś grubsza akcja.
Przy okazji dwa słowa o samej twierdzy. Budowę twierdzy Konigstein rozpoczęto w 1559 roku i ukończono dopiero w 1731 roku. Twierdza pełniła nie tylko funkcje obronne, ale była też więzieniem. Jeszcze w czasie II wojny światowej był tutaj Oflag - obóz jeniecki dla polskich oficerów.
Wracając jednak do wydarzeń bieżących - żołnierze gdzieś zniknęli...
... więc chwilowo skupiliśmy się na podziwianiu widoków. Widoczna rzeka Łaba leży 240 metrów poniżej zamku Konigstein. Twierdza ta nigdy nie została zdobyta i trudno się temu dziwić, patrząc tylko i wyłącznie na jej gabaryty
Ale żołnierze nie zniknęli, tylko zajmowali pozycje 🙂. Wkrótce wojna się rozpoczęła i było w niej wszystko. Walka wręcz, strzały z karabinów, niesamowicie głośne wystrzały z armat. Co chwilę padały pytania - kto wygrywa?
Jak to na wojnie, były i ofiary. Ten fragment wojny chłopcy mogli obejrzeć z bardzo bliska i stanowiło to dla nich spore przeżycie.
A już tak na poważnie - trafiliśmy, zupełnym przypadkiem, na jakąś grubszą rekonstrukcję historyczną, z udziałem setek osób. Była to duża, niespodziewana atrakcja.
Specjalnie poszukaliśmy też elementu polskiego w tej twierdzy. To dwa orły w godle, pamiątka po czasach Augusta II Mocnego, który był królem Polski i elektorem Saksonii.
Drugą atrakcją Saskiej Szwajcarii było Bastei, czyli formacje skalne leżące u brzegów Łaby.
Już z naszych wcześniejszych wypraw wiemy, że takie miejsce oznaczają jedno. "Ja się muszę tutaj wspiąć!" i kilka minut przymusowej przerwy.
I znów efektowne piaskowce niszczone przez wiatr i wodę.
Pomiędzy tymi skałami w XII wieku zbudowano drewniany zamek Neurathen. Wedle tablic niedawno przeprowadzono rekonstrukcję tego zamku, ale rekonstrukcja to zdecydowanie zbyt mocne słowo, bardziej adekwatne byłoby odkrycie pojedynczych resztek tego zamku.
Pod widocznymi na poprzednim zdjęciu ścieżkami było kilkadziesiąt metrów przepaści. Nie zrażało to Adasia, który miał ochotę przejść na widoczną na zdjęciu skałę, bo leżało tam mnóstwo pieniążków 😉.
Na przełomie XVIII i XIX wieku odkryto walory turystyczne Bastei (tak zwą się formacje skalne w okolicy). W 1826 roku w miejscu widocznego mostu zbudowano most drewniany, który umożliwiał dotarcie do bardzo efektownych punktów widokowych. W połowie XIX wieku, z uwagi na zwiększający się ruch turystyczny, rozebrano most drewniany, a w jego miejscu wzniesiono widoczny na zdjęciu most z piaskowca. Liczy on 76 metrów długości, ma wysokość 40 metrów i bardzo ładnie komponuje się z okolicznymi skałami.
Jeszcze ostatni rzut oka na Saską Szwajcarię i wracamy na stronę czeską.
Kamenicky Motoracek, Mumlovsky wodospad
Do tej pory stawialiśmy bardziej na atrakcje przyrodnicze, więc aby było różnorodnie, chłopcy z mamą przejechali się Kamenickym Motorackiem, czyli lokomotywą motorową, która kursowała między dwoma sąsiednimi miejscowościami. Ja w tym czasie pojechałem autem na stację końcową w Kamenickym Senovie.
Jak zeznali chłopcy - było fajnie i głośno, jak zeznała Gosia - było tak głośno, że nikt w wagoniku nie zwrócił uwagi, że Adaś i Jaś się pokłócili 🙂.
Linia kolejowa z Ceska Kamenice do Kamenicky Senov o długości 4,5 km powstała w 1886 roku i była eksploatowana do 1979 roku. Obecnie po tej trasie jeździ tylko widoczny na zdjęciu Hurvinek, bo tak nazywana jest ta lokomotywa motorowa.
Z Czeskiej Szwajcarii mogliśmy wrócić prosto do domu albo nadłożyć półtorej godziny i zaliczyć Mumlavsky wodospad, będący jedną z największych atrakcji kraju libereckiego. Nietrudno zgadnąć, że wygrała opcja nr 2.
Na zdjęciu droga do wodospadu. Rodzice kulturalnie przez mostek, chłopcy na skróty przez strumień.
I hop na kolejny kamień. Tak się zastanawialiśmy - wpadnie czy nie wpadnie do lodowatej wody. Nie wpadł.
Po co iść ścieżką, jak można brzegiem takiej fajnej rzeczki? A rzeczka nazywała się Velka Mumlava.
A oto i Mumlavsky wodospad, przekładając na polski - mruczący wodospad. Nie jest to najwyższy wodospad w Karkonoszach, ale o jego atrakcyjności przesądza dochodząca do 10 metrów szerokość i piękna najbliższa okolica.
W kwestii wpadnie czy nie wpadnie - co się odwlecze... Nie minęło parę minut i obaj chłopacy byli całkowicie mokrzy 🙂. Ale trudno ich winić - było naprawdę ślisko.
Trzeba przyznać, że Mumlovsky wodospad był wyjątkowo urokliwy.
Całościowo obie Szwajcarie - i ta Czeska, i Saska - zdecydowanie dały radę i jest to świetne miejsce na aktywny wypoczynek na długi weekend.
Na zwiedzanie Czeskiej i Saskiej Szwajcarii przeznaczyliśmy 4 dni i w tym czasie bez problemu zwiedziliśmy największe atrakcje tego regionu. Jako że większość ciekawych miejsc wymaga krótszych lub dłuższych spacerów i znajduje się na powietrzu, bardzo pożądana jest dobra pogoda. I taką też mieliśmy. Zaletą tego regionu jest też względna bliskość od naszych granic. My opuszczaliśmy Czeską Szwajcarię z bardzo sympatycznymi wspomnieniami i bardzo zadowoleni. Super pomysł na lekko przedłużony weekend!