Do zwiedzenia Portugalii przymierzaliśmy się od dłuższego czasu, ale ciągle coś stawało na przeszkodzie. W zimowe ferie 2019 roku udało się w końcu te plany urzeczywistnić. Jeśli Portugalia, to oczywiście Lizbona. Miasto to jest ciekawe, bardzo fajnie położone (liczne pagórki, co skutkuje sporymi różnicami poziomów), oferuje bardzo dużo możliwości spędzania czasu. Paradoksalnie jednak, pomimo że cały nasz pobyt w Portugalii trwał 7 dni, to w Lizbonie spędziliśmy ledwie 4 dni. Jeden dzień postanowiliśmy przeznaczyć na Sintrę (świetny pomysł), a dwa kolejne dni na eksplorację Madery (jeszcze lepszy pomysł).
Lizbona
W trakcie naszego pobytu w Lizbonie zamieszkaliśmy w dzielnicy Alfama. To najstarsza dzielnica Lizbony, dawno, dawno temu cała Lizbona mieściła się w granicach Alfamy. W tej dzielnicy mieszkali głównie rybacy oraz ludzie biedni.
Cechą charakterystyczną Lizbony, a Alfamy w szczególności, są ciągłe zmiany wysokości. Rzadko kiedy można przez Alfamę iść prosto, zwykle jest albo pod górkę, albo w dół. Do tego uliczki i liczne schody są tak pokręcone, że nazwa labirynt, która często pojawia się przy opisach Alfamy, jest jak najbardziej uzasadniona. Jedyny sensowny sposób, żeby dojść do miejsca docelowego, to maszerowanie z odpaloną komórką i GPS-em 🙂. A i to nie zawsze zdawało egzamin.
Symbol Lizbony - słynny tramwaj nr 28. Jego trasa prowadzi przez Alfamę, dalej Baixe, Chiado i Bairro Alto, czyli najbardziej znane dzielnice Lizbony. Akurat egzemplarz ze zdjęcia nie jest do końca żółty, choć powinien taki właśnie być 🙂.
Alfama, jako jedna z nielicznych dzielnic Lizbony, niemal nie ucierpiała w potężnym trzęsieniu ziemi, które zniszczyło dużą część stolicy Portugalii. Wstrząs miał siłę 7,7 stopni w skali Richtera, a w jego następstwie powstało tsunami. W samej Lizbonie zginęło wedle różnych szacunków między 12 a 50 tysięcy ludzi, a zniszczenia były na tyle poważne, że spowodowały obniżenie znaczenia Portugalii na arenie europejskiej.
Gdy gdziekolwiek chcieliśmy pójść z naszego mieszkania, musieliśmy przemierzać zakamarki Alfamy. Często trafialiśmy, przypadkowo, na takie klimatyczne miejsca.
Bardzo typowe miejsce dla Lizbony - jedna ulica lekko w dół, druga ostro w górę, pomiędzy nimi wciśnięte budynki. A gdzieś tam pewnie jeszcze jakieś wąskie schody łączące obie ulice.
Aglomeracja lizbońska liczy blisko 3 mln ludzi i jest trzecia pod względem wielkości na półwyspie Iberyjskim (po Madrycie i Barcelonie) i jedenasta w Europie. Lizbona jest jednym z najstarszych europejskich miast, ze wszystkich stolic na Starym Kontynencie tylko Ateny zostały założone wcześniej.
Gdy pierwszy raz zobaczyliśmy tę konstrukcję, zaczęliśmy zastanawiać się, co to jest. Jakiś tunel na wielkich podporach, ale nad dachami domów.
Zagadka szybko się rozwiązała - to jedna z kilku wind w Lizbonie, które niegdyś służyły do transportu mieszkańców w górę i dół, a dziś raczej stały się atrakcją turystyczną.
To najsłynniejsza z kilku lizbońskich wind - Santa Justa. Zbudowana w 1901 roku. Wysokość tej konstrukcji to 45 metrów, a jej górny poziom służy też jako punkt widokowy.
Po wjechaniu na górę zobaczyliśmy taki oto widoczek na Lizbonę. Przed nami plac de Rossio oraz Teatr Narodowy.
Swoją drogą na przykładzie cennika za przejazd windą Santa Justa można zobaczyć, jak można "golić" turystów. Bilet na przejazd jednorazowy (czyli w domyśle dla turystów) kosztuje 5 euro, a dla posiadaczy karty prepaidowej na komunikację 1,33 euro.
Po wjechaniu 45 metrów do góry (odpowiednik 7 kondygnacji) zmysły lekko wariowały, gdy wychodziliśmy na dach domu - to jeszcze było ok - po czym szliśmy kilka metrów dalej i byliśmy na poziomie ulicy, a domy rosły kolejne kilka pięter w górę.
To malowidło bardzo kontrastowało z nieco zaniedbanym otoczeniem,
Lizbona w latach 90. XX wieku przeznaczyła spore środki na odnowienie historycznych budynków, impuls do rozwoju miasta dała też budowa mostu Vasco da Gamy oraz organizacja Expo w 1998 roku.
Zima w Lizbonie wygląda trochę tak jak wiosna w Polsce. Były momenty słoneczne i bardzo ładne, były też i deszczowe. Ale tylko raz deszcz nas bezdyskusyjnie pokonał 🙂.
Zaliczyliśmy też jazdę kultowym tramwajem 28. Zdumiewało to, jak blisko budynków w niektórych miejscach przejeżdżał tramwaj oraz to, jak pokonywał strome podjazdy. Mieliśmy też w pamięci, że raptem ze dwa miesiące przed naszym pobytem tramwaj tej linii wypadł z trasy na ostrym zakręcie, a w wypadku tym były ofiary śmiertelne.
Kolejny symbol Lizbony - owoce morza. Tu akurat sklep z puszkami węgorzy, ale najczęściej można było spotkać sardynki. W jednym ze sklepów pani z obsługi była tak wyszkolona, że gdy dowiedziała się, że jestem z Polski, zaczęła mi przedstawiać konserwy z poszczególnymi gatunkami ryb, przy czym nazwy ryb mówiła po polsku 🙂. Co najmniej 10 gatunków potrafiła wymienić. Imponujące.
Przejechaliśmy się też kolejką linową wzdłuż Tagu, mogąc podziwiać most Vasco da Gama oraz dzielnicę biznesową.
A to niezwykle charakterystyczny budynek - wieża Vasco da Gama. W momencie ukończenia (1999 rok) mierząca 145 metrów wysokości budowla była najwyższym tego typu obiektem w całej Portugalii. Dziś mieści się w tej wieży hotel.
Lizbona – Belém
Zapowiadał się dzień z ładną pogodą, co nie było regułą podczas naszego pobytu w Lizbonie, więc wybraliśmy się na wycieczkę do dzielnicy Santa Maria de Belem, znanej pod nazwą skróconą Belem. W tłumaczeniu na polski - Betlejem. Aby tam dotrzeć, skorzystaliśmy z bardzo popularnego w Lizbonie środka transportu, czyli tramwaju.
Belem od setek lat pełnił rolę portu dla Lizbony, znajduje się u ujścia Tagu. Na zdjęciu widać początek mostu 25 kwietnia. Łączy on Lizbonę z leżącą po drugiej stronie Tagu miejscowością Almada. Zbudowano go w 1966 roku, a 30 lat później dobudowano poniżej drogi tory kolejowe. Cała budowla przypomina Golden Gate z San Francisco. Codziennie mostem przejeżdża 150 tys. samochodów i 160 pociągów, a do 1998 roku i zbudowania mostu Vasco da Gamy był to element głównej drogi łączącej północną i południową Portugalię.
Jedyne miejsce w Lizbonie, w którym można dostać kultowy portugalski smakołyk Pastel de Belem. W smaku podobne do pastel de nata. W mojej opinii wyrób z Belem nieznacznie wygrywał z lizbońską masówką.
Pierwszy rzut oka na największą turystyczną atrakcję Belem i zarazem całej Lizbony - klasztor Hieronimitów. Ponoć w sezonie są ogromne kolejki, by się do niego dostać, ale w styczniu kolejek w ogóle nie ma 🙂. To są istotne plusy zwiedzania poza sezonem.
Budowa Klasztoru Hieronimitów rozpoczęła się w 1501 roku i została zakończona ponad 100 lat później. Budowa klasztoru została sfinansowana z zysków, które pochodziły z handlu przyprawami sprowadzanymi z basenu Oceanu Indyjskiego, a sam klasztor miał być wyrazem wdzięczności za odkrycie morskiego szlaku do Indii.
Klasztor Hieronimitów jest jednym z najpiękniejszych przykładów stylu manuelińskiego, z którego słynie Portugalia.
W klasztorze pochowano wielu wybitnych Portugalczyków. Spoczęli tu m.in. królowie Manuel I i Jan III, Vasco da Gama, narodowy wieszcz Luís de Camões, a także wybitny poeta Fernando Pessoa. W 2007 roku na terenie klasztoru podpisano trakt reformujący Unię Europejską, zwany Traktatem Lizbońskim.
W pomieszczeniach klasztornych znajdowała się też wystawa poświęcona historii Lizbony, Portugalii i świata, ustawiona chronologicznie wedle najważniejszych wydarzeń. Fantastyczna sprawa. Nie zdążyłem dokładnie przejrzeć całości, ale z wątków polskich wypatrzyłem wybór Jana Pawła II na papieża.
Adaś chwilę po swoim największym chuligańskim wyczynie podczas wyjazdu. Z nudów kopnął sobie spory kamień, który pechowo trafił w budkę z biletami na wieżę Belem. Pan w kasie był zdegustowany tym chuligańskim aktem, więc nie przyznałem się, że to moje dziecko 😉.
Torre de Belem, czyli wieża Belem. Początkowo pełniła funkcje obronne, potem była więzieniem, stacją telegraficzną, pocztą, a obecnie jest już jedynie atrakcją turystyczną. Zbudowano ją w 1520 roku na polecenie króla Manuela I Szczęśliwego. Podobnie jak klasztor Hieronimitów, także wieża Belem jest przedstawicielem stylu manuelińskiego.
W wielu miejscach Lizbony widać było dumę z tego, że Portugalczycy dokonali wielu odkryć geograficznych - choćby kwestia wykorzystywania nazwiska Vasco da Gamy w nazwach czy to centrum handlowego, czy wieży, czy mostu.
Jednym z bardziej dobitnych przykładów na to stwierdzenie jest Pomnik Odkrywców, górujący nad Tagiem. Tymczasowa konstrukcja pomnika powstała w 1940 rok, a po 20 latach wzniesiono ten monumentalny pomnik z betonu, w kształcie karaweli. Nad rzeką góruje natomiast wspomniany wcześniej most 25 kwietnia.
Z punktu widokowego doskonale widać też ogromną marmurową mozaikę o średnicy 50 metrów, przedstawiającą mapę świata i trasy podróży portugalskich odkrywców.
Na górze pomnika, z wysokości 52 metrów, można podziwiać panoramę dzielnicy Belem. Na pierwszym planie mamy klasztor Hieronimitów, a za nim stadion Belenenses. Z czego można kojarzyć ten klub? Z pucharowych bojów z Lechem Poznań w 2015 roku, gdy dwukrotnie padł wynik 0:0.
I na koniec spaceru po Belem ciekawa instalacja. Pierwszy raz zobaczyliśmy to dzieło, gdy staliśmy bezpośrednio pod nim - wydawało się, że ktoś powiesił na ścianie jakieś żelastwa, wręcz śmieci i wisi to bez większego sensu. Dopiero gdy odeszliśmy na kilkanaście metrów, ten sens się ujawnił.
Lizbona – oceanarium, stadion Benfiki
W Lizbonie mieści się największe oceanarium w Europie, a wedle niektórych opinii zarazem najlepsze na świecie. Choć ceny wstępu nie zachęcały - prawie 50 euro za rodzinę - była to wystarczająca rekomendacja, by zwiedzić to miejsce.
Przy zwiedzaniu oceanarium w wielu miejscach przebijała się myśl przewodnia, by chronić środowisko.
Zarówno w oceanarium, jak i w praktycznie wszystkich innych atrakcjach turystycznych, język angielski był traktowany na równi z portugalskim.
Ale przejdźmy do zwierzątek 🙂. Każdy z tych pingwinów ma swoje imię, jest oznaczony kolorową obrączką i na specjalnej tablicy można dowiedzieć się, kiedy się urodził, jakich ma rodziców i rodzeństwo.
Najważniejszym miejscem oceanarium jest gigantyczne, naprawdę gigantyczne akwarium, w którym żyją rozmaite rybki, ryby, płaszczki i pewnie wiele innych stworów. Niektóre z nich podpływały tak blisko, że obserwatorów dzieliła od nich tylko gruba warstwa szkła.
Choć co do zasady nie jesteśmy fanami takich miejsc jak to oceanarium, to obiekt w Lizbonie jest imponujący. Wszystko elegancko zaprezentowane, nie przeładowane zbytnio informacjami. Naszym chłopakom najbardziej przypadły do gustu foki. Największy mankament - sklep z pamiątkami na końcu z mocno zawyżonymi cenami.
Lizbońskie metro słynie z upiększeń w postaci mozaik z azulejos. Pomysł na takie dekoracje pochodził od żony architekta, który zaplanował system metra w stolicy Portugalii. Maria Keil sama wykonała prace na wielu stacjach, począwszy od 1959 roku. Fantastyczne jest to, że w latach późniejszych, w miarę rozwoju systemu metra, ten pomysł kontynuowano. Obecnie mozaiki z azulejos są obecne na ok. 50 stacjach. A Jaś ucieszył się, że udało mu się wypatrzeć na tej mozaice krewniaków kaczora Donalda :).
W Lizbonie mamy dwa bardzo dobre kluby piłkarskie - Benfikę i Sporting. Czasu na zwiedzanie Lizbony nie mieliśmy zbyt dużo, więc musieliśmy dokonać wyboru, który ze stadionów odwiedzić. Wybraliśmy Benfikę. Na zdjęciu imponujący malunek w tunelu prowadzącym na Estadio da Luz. Orzeł to jeden z symboli Benfiki.
Najpierw poszliśmy do muzeum. Na zdjęciu super koncepcja - przedstawienie historii klubu, miasta i kraju w postaci pionowych paneli. Jeden panel - jeden rok. I na każdym panelu najważniejsze zdarzenia z danego roku. Historia w pigułce.
Było nowocześnie, a zarazem bardzo ciekawie.
Był też hit dla chłopaków. Strzelanie rzutów karnych hologramowi bramkarza. I jak w życiu - dobrze strzelony karny to gol, marnie to zwykle obrona 🙂. Jedyne czego żałowałem, to że mieliśmy tylko godzinę na zwiedzenie tego oszałamiającego miejsca. Ja mógłbym tu spędzić pół dnia. A technicznie najciekawszym miejscem w muzeum była winda, dookoła której były ekrany jak w kinie. Jechało się dwa poziomy w górę, potem w dół, a na ekranach leciał film o kibicach Benfiki.
Przed stadionem jest pomnik najsławniejszego zawodnika w historii Benfiki Eusebio. Ten wybitny piłkarz urodził się w Mozambiku, nosił przydomek "Czarna Pantera", poprowadził Portugalię do 3. miejsca w MŚ i został królem strzelców MŚ w 1966 roku, a sam rok wcześniej zdobył Złotą Piłkę. W Benfice grał 14 lat i strzelił ponad 300 goli.
I wreszcie przyszedł czas na tour po Estadio da Luz. Obiekt zbudowano na Euro 2004, zatem już dobre kilkanaście lat temu, ale jest w znakomitym stanie. I to zarówno trybuny jak i wnętrza stadionu. Wszystko zadbane, wymuskane, ładne.
Przez te gogle można było zobaczyć hymn Benfiki w wykonaniu kibiców. Adaś tak się wczuł, że chodził z tymi goglami i omal nie rozbił się o ścianę. Jednak największą wesołość Adaś wzbudził w szatni. Pani przewodnik opowiadała o tym, jacy są najlepsi zawodnicy Benfiki. Tłumaczyłem jej słowa chłopakom, aż nagle Adasiowi nasunęło się pytanie - a którzy piłkarze Benfiki są nasłabsi? Pani przewodnik się zaśmiała i powiedziała, że nie da rady odpowiedzieć na to pytanie, ale jej kolega stanął na wysokości zadania i po chwili zastanowienia zaspokoił ciekawość Adama 🙂.
Adaś koniecznie chciał zobaczyć prawdziwe orły, które miały być na stadionie i doczekał się. I kolejny raz wzbudził wesołość wycieczki, oświadczając, że on chciałby być takim orłem 🙂. Całościowo muzeum i stadion były ponad nasze oczekiwania - szczerze zazdroszczę kibicom Benfiki takiego stadionu i takiego muzeum.
Sintra
Gdy tylko zapadła decyzja o wyjeździe do Lizbony, było jasne, że jeden dzień trzeba koniecznie poświęcić na odwiedzenie miasteczka Sintra, położonego jakieś 20 km od stolicy Portugalii. W dawnych czasach była to letnia rezydencja królów portugalskich.
Co jest w Sintrze fajne - cztery bardzo ciekawe atrakcje, każda nieco inna. Co jest nieco mniej fajne - nie są położone na tyle blisko siebie, by można na piechotę, z dziećmi, przemieszczać się między nimi.
Okolice Sintry są powszechnie uważane za jeden z najbardziej zamożnych obszarów nie tylko w Portugalii, ale na całym Półwyspie Iberyjskim. We wszelkich rankingach jakości życia też sytuuje się w ścisłej czołówce.
Dlatego też odpuściliśmy zwiedzanie widocznego na zdjęciu Pałacu Narodowego, by skupić się na pozostałych trzech miejscach. Widoczny na zdjęciu pałac jest najlepiej zachowaną średniowieczną królewską rezydencją w Portugalii. Został zbudowany na początku XV wieku, a z zewnątrz jego cechą charakterystyczną są odrobinę widoczne na zdjęciu dwie wieże przypominające kształtem kominy.
Zapowiadało się sporo chodzenia, więc nie zaszkodzi naładować akumulatory ;). Cukiernie w Portugalii były na każdym kroku i oferowały wiele smakołyków.
Pierwszą atrakcją, którą zwiedziliśmy, była Quinta de Regaleira. Jest to pałac wraz z wielkim ogrodem (4 hektary powierzchni) zbudowany przez brazylijskiego bogacza Monteiro nieco ponad sto lat temu. Sam pałac bywa też nazywany Pałacem milionera Monteiro.
Sam pałac jest efektowny, jednak o wyjątkowości tego miejsca przesądza coś innego. W ogrodzie wybudowano wiele różnych budowli, wieżyczek, tuneli, skrótów, schodów, a nawet jeziorka i wodospady.
Podniecenie chłopaków było na bardzo wysokim poziomie. - A mogę wejść na tą wieżę? O, tam są jakieś schody - chodźmy! Tunel, ciekawe, gdzie wyjdziemy!
Budowle wzniesione w ogrodzie miały nawiązania do alchemii, masonerii, templariuszy i różokrzyżowców. Można by rzec nawet - większość z nich wydawało się nie mieć żadnego celu - ot, fanaberia szurniętego bogacza. Wszystko to budowało aurę tajemniczości.
Zaopatrzeni w mapę ogrodu cały czas zmierzaliśmy do Studni Wtajemniczenia. Ale ciągle coś odkrywaliśmy po drodze, przy czym musieliśmy się zatrzymać.
Wreszcie jest! Dziura w ziemi głęboka na 27 metrów, do której można zejść. Ponoć służyła kiedyś jakimś tajemniczym obrzędom. Na dole niespodzianka - tunel. Poszliśmy w nieznane, a tam jedno rozwidlenie, drugie...
Aż w końcu doszliśmy, do takiego wyjścia 🙂. Jeden fałszywy krok i lądowanie w zielonej mazi. Najmłodsi uczestnicy naszej wycieczki stanowczo zażądali, by jeszcze raz zejść do studni i przejść pozostałymi wyjściami z tuneli. Podsumowując - Quinta de Regaleira wymiatała.
Po zwiedzeniu Quinta de Regaleira następnym celem był Palace Pena. Na piechotę - półtorej godziny, więc poszukaliśmy alternatyw. Padło na Ubera. Na ekranie komórki wszystko wydawało się proste - 3 km jazdy za rozsądną kwotę 7 euro. Tymczasem niekumający nawet słowa po angielsku Brazylijczyk zafundował nam liczącą 20 km przejażdżkę po okolicach Sintry 🙂. Ale żeby szukać pozytywów tej sytuacji - zobaczyliśmy po drodze miejsca, których nie mieliśmy w planie wycieczki 😉.
Oto i on - pałac Pena. Wedle jednych baśniowy zamek, mający sporo wspólnego z niemieckimi zamkami romantycznymi z XIX wieku, wedle innych kicz, nie mający zbyt wielkiej wartości. Zwolenników tej pierwszej tezy jest chyba jednak więcej, skoro w 2015 roku budowla ta została wybrana najpiękniejszym zamkiem na świecie.
Pomimo tych kontrowersji pałac ten stał się symbolem Sintry i jednym z symboli Portugalii. W sklepach z pamiątkami wizerunek zamku był wykorzystywany tylko trochę rzadziej niż tramwaj 28 czy klasztor Hieronimitów.
Z murów pałacu Pena można było zobaczyć ruiny zamku Maurów, leżące na pobliskim wzgórzu. To miał być nasz trzeci cel tego dnia.
Cechą charakterystyczną pałacu Pena jest to, że łączy on kilka różnych stylów architektonicznych, a każdy styl jest zaznaczony innym kolorem.
Czy ten pan istnieje naprawdę?? - to pytanie przez pewien czas nurtowało Adasia.
Na koniec wizyty w pałacu Pena zaszliśmy do restauracji. Na tablicy było rozpisane menu - kurczak przekreślony - skończył się, spaghetti przekreślone, coś tam jeszcze przekreślone. Słabo, została tylko zupa dnia. Trudno, coś trzeba zjeść. Poszliśmy zapytać co to za zupa, okazało się, że właśnie się skończyła, ale jeszcze nie zdążyli skreślić na tablicy.
Trzecią atrakcję Sintry stanowiły ruiny zamku Maurów. Powstał on naprawdę dawno temu, w VIII-IX wieku i był dziełem Maurów, którzy przez kilka setek lat panowali na tych terenach.
Po zdobyciu przez chrześcijan zamek tracił na znaczeniu, a jego upadek przyśpieszyły pożar w XVII wieku oraz wielkie trzęsienie ziemi w XVIII wieku. W tle widoczny pałac Pena.
Wycieczka do Sintry wręcz przewyższyła nasze oczekiwania. Jakie są atuty tego miasta? Wygodny dojazd koleją z Lizbony, różnorodność atrakcji, a już sama Quinta de Regaleira wystarczyłaby, aby uznać taką wycieczkę za udaną.
I choć pogoda nie była idealna, deszcz nieco nam przeszkadzał, to Lizbona w połączeniu z Sintrą bardzo nam się podobały. Zabytki (klasztor Hieronimitów, cała dzielnica Belem) nie nużyły, oceanarium robiło wrażenie, a stadion i muzeum Benfiki były przysłowiowym gwoździem programu. Do tego samo spacerowanie po takich dzielnicach jak Alfama czy Baixa stanowiło niemałą atrakcję.
Niewykluczone, że gdybyśmy jeszcze raz planowali taką wyprawę, to przeznaczylibyśmy na nią 2-3 dni więcej, by móc lepiej poznać Lizbonę.