Do Aten polecieliśmy jesienią, w październiku. Poza oczywistymi powodami (kolebka kultury europejskiej, liczne zabytki) kierowaliśmy się dwoma przesłankami, by wybrać się akurat do Aten. Po pierwsze bezpośrednie loty z Poznania, a po drugie duże prawdopodobieństwo dobrej pogody do zwiedzania. Latem w Grecji bywa nieznośnie gorąco, a aktywne zwiedzanie w upale przy 35 stopniach niekoniecznie jest przyjemne. My mieliśmy pogodę bardzo dobrą – kilkanaście stopni, czasem na krótki rękawek, czasem na długi, jedynie w jeden dzień popadywało, ale w Atenach i czasie deszczu jest co robić.
Gdyby ktoś chciał skupić się na zabytkach starożytnych, to nie wiem czy tydzień by na nie starczył. My chcieliśmy jednak mieć całościowe spojrzenie na Ateny, dlatego świadomie wybraliśmy tylko kilka miejsc związanych ze starożytnością, a poza tym połaziliśmy po dzielnicy Plaka, wybraliśmy się do Pireusu i na plaże, czy wreszcie zaliczyliśmy mecz Ligi Mistrzów, a nawet ligowy mecz koszykówki.
Ateny
Ateny z jednej strony były politycznym i kulturalnym centrum Europy przez setki lat, czego bardzo liczne ślady pozostały do dziś. Z drugiej jednak strony jest to dziś duże, zatłoczone, w wielu miejscach nieco zaniedbane miasto z typowym dla tego regionu Europy rozgardiaszem. Sami byliśmy ciekawi, czy nasze wrażenia po tygodniowym pobycie w stolicy Grecji będą pozytywne czy też przeważą ciemne strony tego miasta.
Nie widzieliśmy sensu w wypożyczaniu samochodu, biorąc pod uwagę kłopoty z parkowaniem, tłok na ulicach oraz nieźle funkcjonującą komunikację miejską. Sporo czasu spędziliśmy, spacerując po różnych zakamarkach Aten i wielokrotnie napotykaliśmy się na takie ładne miejsca.
Takie malunki na roletach napotkaliśmy w wielu miejscach, widać to ateńska specjalność. Naszą uwagę zwracała bardzo wysoka estetyka malowideł, choć zdarzały się też dzieła nieco mniej udane.
Tego typu kwiatki też się zdarzały, aczkolwiek w porównaniu z Neapolem poziom brudu i zaśmiecenia był znacznie mniejszy.
Dwa słowa o wielkości Aten. Samo miasto w granicach administracyjnych nie jest jakoś szczególnie imponujące pod względem liczby mieszkańców - niespełna 700 tys. ludzi, ot jak Wrocław. Jednak cała aglomeracja ateńska, czyli Ateny, Pireus wraz z miastami satelickimi liczy już 3,5-4 mln ludzi i jest to 10. pod względem wielkości aglomeracja w Unii Europejskiej. A pamiętajmy, że Grecja liczy tylko 10 mln mieszkańców.
Zasady drogowe w Atenach. Po kilku dniach załapaliśmy, że światło zielone dla pieszych oznacza: możesz iść, ale bądź bardzo ostrożny, a światło czerwone oznacza: możesz iść, ale bądź bardzo ostrożny.
Przyznanie Grecji organizacji igrzysk olimpijskich w 2004 roku miało spory wpływ na Ateny. Nie tylko zbudowano wiele obiektów sportowych, ale też postanowiono wprowadzić zieleń na ateńskie ulice. I w wielu miejscach te starania widać nawet po wielu latach.
Jako fani sportu chcieliśmy zwiedzić stadion najsłynniejszego greckiego klubu Panathinaikosu Ateny. 20-krotny mistrz Grecji, finalista Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych (poprzednik Ligi Mistrzów) przeżywa obecnie chude lata. Pogrążony w kłopotach finansowych klub ostatnie mistrzostwo zdobył w 2010 roku, a sam stadion i jego najbliższe otoczenie uwidacznia kryzys tego zasłużonego klubu.
Widok spod stadionu Panathinaikosu - obok względnie nowoczesnego biurowca rozsypujący się, i to dosłownie, blok mieszkalny.
Nie było opcji zwiedzenia stadionu, musieliśmy zadowolić się fotkami graffiti spod stadionu,
Choć zwiedzaliśmy Ateny w październiku, to na pogodę nie mogliśmy narzekać. Było względnie ciepło - my często chodziliśmy w krótkich rękawkach, choć miejscowi zazwyczaj w bluzach, a niejednokrotnie nawet w kurtkach, co już nas delikatnie bawiło. Do zwiedzania pogoda idealna.
Jak tak sobie chodziliśmy po Atenach, zastanawialiśmy się, jak stare jest to miasto. Okazało się, że bardzo stare - pierwsza osada powstała tu ok. 3,5 tys. lat temu, a znaleziono też ślady bytności ludzi z okresów jeszcze wcześniejszych.
Bardzo nam się podobało, że w wielu miejscach wystarczyło wejść w mniejsze uliczki, by natrafić na takie miejsca jak to - niby nic wielkiego, wystawione na sprzedaż obrazy, ale takie zakątki czy małe straganiki budowały fajny klimat.
Spacer po dzielnicy Plaka był bardzo przyjemny, aczkolwiek Plaka nie jest taką typową ateńską dzielnicą. Jest położona w niedalekim sąsiedztwie Akropolu, stąd też czasem określa się ten obszar 'sąsiedztwem bogów'. Jest to jedyna dzielnica Aten, gdzie zastosowano bardzo restrykcyjne zasady budownictwa, polegające między innymi na tym, że wszelkie media (prąd, woda, kanalizacja) muszą być poprowadzone pod ziemią. Dużo więcej rygorów jest też w kwestii budowy nowych domów.
Plaka jest też znana z tego, że w przeszłości mieszkali to arwanici, grupa etniczna pochodzenia albańskiego, używająca też swojego języka. Dziś jednak mniejszość ta została już w dużym stopniu zasymilowana.
Z racji tego, że Plaka jest położona w centrum Aten, blisko Akropolu, można by rzec na runiach starożytnych Aten, to przy sprzyjających okolicznościach można tu dokonać ciekawych odkryć archeologicznych. Taką okolicznością był choćby wielki pożar z 1884 roku, który dał możliwość zbadania wielu starożytnych obiektów, m.in. biblioteki Hadriana.
Łuk Hadriana, zbudowany 1900 lat temu. Niezwykłość tej budowli polega na tym, że ona nie została zasypana na setki lat i niedawno odkopana, tylko przez cały okres swojego istnienia była narażona na czynniki atmosferyczne, zanieczyszczenia, trzęsienia ziemi czy wreszcie zawieruchy historyczne. Pomimo tego Łuk zachował się do czasów dzisiejszych w znakomitym stanie. Dopiero zanieczyszczenia w ostatnich kilkudziesięciu latach spowodowały widoczne odbarwienia.
Odszukaliśmy też najstarszy pomnik w Atenach - zbudowany w 334 r. p.n.e. pomnik Lizykratesa. O dziwo, nie był to żołnierz, ani władca, ale.... artysta. Jego chór zwyciężył w Wielkich Dionizjach i w celu upamiętnienia tego wydarzenia wybudowano ten oto pomnik. Wiek budowli budzi szacunek, aczkolwiek połączenie wielkiego postumentu i małego pomnika właściwego było dość zaskakujące.
Natrafiliśmy też na coś w rodzaju Hyde Parku, z wypisanymi różnymi politycznymi hasłami.
Po drodze spotkaliśmy pana, który wytwarzał małe rowerki z drucików. Chwilę z nim pogawędziliśmy i trzeba przyznać, że wykazał się kumatością. Spytał skąd jesteśmy, powiedzieliśmy, a on na to: "Thanks God not German". W tej sytuacji nie mogliśmy nie kupić jednego z jego dzieł :).
Ateny – Anafiotika, Plac Monastiraki
Spacerując po dzielnicy Plaka szukaliśmy miejsca zwanego Anafiotika.
Ot, gdzieś wyczytaliśmy, że jest to fajne miejsce i tyle. Wiedzieliśmy, że Anafiotika jest położona na zboczu Akropolis.
Ewidentnie zeszliśmy z głównych traktów turystycznych, bo choć jest to centrum Aten, bardzo blisko Akropolu, w popularnej dzielnicy Plaka, to jednak turyści gdzieś zniknęli, a i lokalsów też nie było widać.
Te malunki na murach zdradzały, że zbliżamy się do wejścia do Anafiotiki.
Co to zatem jest ta Anafiotika? Aby poznać genezę powstania tego miejsca, trzeba cofnąć się do 1821 roku i greckiej wojny o niepodległość. Z małej wysepki Anafi wyprawiono do Aten dwie łodzie żołnierzy, by wesprzeć greckie dążenie do własnego państwa.
Po zakończeniu wojny część z tej ekipy z Anafi pozostała już w Atenach i zaczęła się osiedlać w zwartej grupie na uboczu dzielnicy Plaka, na północno-wschodnim zboczu wzgórza Akropol.
Tu na moment przerwiemy opowieść o początkach Anafiotiki, by zaprezentować rękodzieło pana od "Thanks God not German" w patriotycznych barwach :).
Wracając jednak do Anafiotiki, w kolejnych latach osiedle się rozrastało, a mieszkańcami byli najczęściej imigranci z Cyklad (archipelag na Morzu Egejskim).
Domki przez nich budowane były niezwykle charakterystyczne, budowane wedle wzorców z Cyklad właśnie. Jakie były wyróżniki tego stylu? Białe ściany, bardzo małe przestrzenie pomiędzy budynkami, często udekorowane różowymi kwiatami o nazwie bugenwilla, domy przeważnie są niewielkie i kwadratowe. Tarasy natomiast budowano w taki sposób, by był z nich dobry widok na Akropol.
W 1922 roku dokwaterowano w Anafiotice greckich uchodźców z Azji Mniejszej. W kolejnych dekadach fortuna nie sprzyjała temu skrawkowi ziemi, zupełnie niepasującemu do reszty Aten.
Najpierw w latach 50. ubiegłego wieku wysiedlono część mieszkańców, gdyż prowadzone w pobliżu wykopaliska wymagały wejścia na teren Anafiotiki.
Następnie od 1970 roku władze greckie zaczęły wykupywać kolejne domy i Anafiotika zaczęła tracić swój pierwotny charakter.
Dziś pozostało jeszcze 45 domów i labirynt fascynujących ścieżek, w których można się zagubić.
Adaś zawsze się bardzo ożywiał na widok flagi Grecji. Jak tylko gdzieś ją wypatrzył, to krzyczał na całe gardło: Flaga Grecji!!!, a wszyscy wokół patrzyli na niego ze zdziwieniem, czemu się tak wydziera 🙂
Kolejny człowiek, kolejna historia. Ten pan ma wspomnienie z Polski takie, że kiedy jechał autobusem z Tallinna do Aten (swoją drogą bardzo ambitna trasa 🙂), to autobus zepsuł się w Białymstoku i przymusowo spędził tam trochę czasu.
Pan ten grał na buzuki, tradycyjnym greckim instrumencie, podobnym do mandoliny.
Anafiotika spodobała nam się tak bardzo, że jeszcze raz tu wróciliśmy, by przejść się labiryntem uliczek, ale już po zapadnięciu zmroku. Gdybyśmy mieli wybrać jedno miejsce, które w Atenach zauroczyło nas najbardziej, to pewnie wybralibyśmy właśnie Anafiotikę.
Ruiny Rzymskiej Agory sprzed 2000 lat obejrzeliśmy zza płotu i stwierdziliśmy, że to nam wystarczy.
Patrząc na asortyment tego sklepu mieliśmy podejrzenia, że nastawił się on na rosyjskie turystki.
Plac Monastiraki, zawsze zatłoczony. I historyjka. Właśnie tu Adaś stwierdził, że szybko musi do toalety. Okej, poszliśmy na stację metra, szukamy WC na poziomie 0 i szukamy, i nic. Ale była sprzątaczka, poprosiłem o wskazówkę - "downstairs". Okej, zjechaliśmy poziom niżej, szukamy toalety w labiryncie korytarzy i nie widzimy. Ale jest inna sprzątaczka! Szybka prośba o pomoc i słyszymy - "above". Grecja 🙂.
Grecy postarali się o ładne podświetlenie Akropolu.
W centrum Aten było trochę tak, że wystarczyło przejść parę kroków, by z jednego cennego stanowiska archeologicznego wpaść na inne. A sam Akropol mieliśmy zwiedzić już wkrótce.
Ateny – Akropol
Nie można polecieć do Aten i nie zwiedzić Akropolu. Więc zwiedziliśmy 🙂. Na pierwszy rzut poszedł teatr Dioniziosa.
Zbudowano go, jeszcze w postaci drewnianej konstrukcji, w VI w. p.n.e, a w postaci kamiennej 200 lat później. Był to obiekt bardzo ważny w starożytnej Grecji - stanowił wzór dla innych, później budowanych teatrów w Grecji. Swoje sztuki wystawiali w nim m.in. Sofokles, Ajschylos czy Eurypides.
Szliśmy dalej mając świadomość, że kiedyś tętniło tu życie, potem przez setki lat większość tego terenu była skryta pod ziemią i dopiero wykopaliska z ostatnich 200 lat odkryły przed nami tajemnice starożytnych Aten.
Pierwsze ślady osadnictwa na Akropolu pochodzą sprzed 5-6 tys. lat, Świadczą o tym resztki naczyń ceramicznych z tego okresu, znalezione na wzgórzu.
A to odeon Heroda Attyka, miejsce, które nas zachwyciło. Odeon to budowla zbliżona do teatru, nieco mniejsza, zwykle przykryta dachem, przeznaczona na występy muzyczne i teatralne. Ten odeon powstał w 161 roku, mieści 5-6 tysięcy widzów i wyróżnia się znakomitą akustyką. Co ciekawe, jest wykorzystywany do czasów dzisiejszych, odbywają się tu koncerty największych gwiazd.
Po wdrapaniu się na Akropol (wysokość bezwzględna 157 m n.p.m. m względna nad Atenami 70 metrów) mieliśmy taki oto widok na metropolię ateńską. Budowla wyróżniająca się pośród zieleni to Hefajstejon, świątynia zbudowana w 425 r. p.n.e. Jest to jeden z najlepiej zachowanych zabytków starożytnej Grecji.
I jesteśmy już na Akropolu. Jest to sporych rozmiarów wzgórze - ma 270 metrów długości i 150 metrów szerokości. Istniejące obecnie na Akropolu budowle wzniesiono w odstępie ledwie kilkudziesięciu lat, mniej więcej 400-450 lat p.n.e. Na zdjęciu strzeżące wejścia na Akropol monumentalne Propyleje.
A to już najbardziej rozpoznawalny budynek Akropolu i pewnie całej Grecji - Partenon. Ta poświęcona Atenie świątynia została zbudowana pod nadzorem Fidiasza, uważanego za najwybitniejszego rzeźbiarza starożytnej Grecji. Budowlę wykonano z białego marmuru i stanowi ona wzorcowy przykład stylu doryckiego.
Losy Partenonu, co zresztą można z łatwością wywnioskować ze zdjęć, były skomplikowane i niekoniecznie dla tej ogromnej budowli łaskawe, A to przydarzył się spory pożar, a to Turcy zamienili świątynię w meczet, znaczącą ją przebudowując, a to zeskładowano w środku amunicję, w którą trafiła kula armatnia wystrzelona przez wenecjan (to zdarzenie poczyniło najwięcej szkód). Dzieła zniszczenia dokończyli Anglicy, rabując co cenniejsze rzeźby. Do dziś ich zresztą nie oddali, o co Grecy mają bardzo duży żal. Od 1975 roku trwa rekonstrukcja Partenonu - te jasne fragmenty kolumn to efekty tych prac.
A to widok z góry na Anafiotykę, która tak bardzo przypadła nam do gustu. Gdy się po niej przechadzaliśmy, wydawał nam się to całkiem spory obszar, natomiast z góry widać, jak bardzo ściśniętych jest tych kilkadziesiąt domków.
Widok na Erechtejon, kolejną świątynie na Akropolu. Jej losy też są dość burzliwe, po raz pierwszy została zburzona już kilkadziesiąt lat po powstaniu, ale została odbudowana. Potem stała się kościołem chrześcijańskim, tureckim haremem, już w czasach nam bliższych (XVII-XIX wiek) znów została zrujnowana, by w XX wieku przynajmniej częściowo znów powrócić do świetności.
Interesujący jest fakt, że podtrzymujące strop kariatydy są... kopiami. Spośród 6 oryginalnych rzeźb jedną zabrali Anglicy, a pozostałych pięć zostało przeniesionych do Muzeum Akropolu.
Dziś na Akropolu powiewa flaga grecka, ale jeszcze ciut ponad 200 lat temu były to terytoria pod kontrolą imperium osmańskiego.
Poza Akropolem w Atenach są jeszcze dwa znaczące wzgórza: Turkowunia oraz mający wielkie znaczenie dla Greków Likawitos (277 m n.p.m., najwyższy punkt w mieście). Z racji świetnej panoramy Aten to drugie wzgórze jest także bardzo popularne wśród turystów, zresztą i my się na nie wspięliśmy.
A tego pana spotkaliśmy dwa razy - raz "pracował" pod Akropolem, a przy okazji meczu Ligi Mistrzów pod stadionem olimpijskim.
Ateny – Stadion Panatenajski, muzea
Ateny oferują mnóstwo miejsc związanych ze starożytnością. Musieliśmy dokonać ostrej selekcji i jednym z miejsc, które po tej selekcji się ostały, był Stadion Panateński.
Stadion ten zapisał się w historii i to wiele razy. Zbudowano go w 330 r. p.n.e. na potrzeby starożytnych igrzysk olimpijskich. Po przebudowie w 144 r. n.e. mieścił 50 tys. widzów. Jako arena zmagań sportowych służył jeszcze kilkaset lat, ale w okolicach IV wieku n.e. został porzucony i zapomniany. Zwrócę jednak uwagę, że przez jakieś 600 lat służył ateńczykom. Porównajmy to z "żywotnością" współczesnych stadionów.
Pod koniec XIX wieku został na nowo odkryty i gruntownie odnowiony. Fundatorem prac był grecki filantrop Georgios Averof, który w naszej opowieści przewinie się jeszcze kilka razy. W 1896 roku na Stadionie Panateńskim rozegrano 4 z 9 konkurencji pierwszych nowożytnych igrzysk olimpijskich. Stadion mieścił wówczas aż 80 tys. widzów.
Obiekt wykorzystywany jest współcześnie, nie tylko do wyścigów dzieciaków ;). W 2004 roku rozegrano tu zawody łucznicze w ramach igrzysk olimpijskich, była tu też meta maratonu kobiet i mężczyzn. Obecnie na trybunach może zasiąść 45 tys. widzów.
Jest to jedyny stadion na świecie, który został wykonany w całości z marmuru.
Na Stadionie Panateńskim odbywają się nie tylko wydarzenia sportowe, ale też muzyczne (koncert Scorpionsów 2018 roku) i symboliczne (powitanie greckich piłkarzy po zdobyciu Mistrzostwa Europy w 2004 roku). Jest to miejsce dla Greków na tyle ważne, że wizerunek stadionu znalazł się na pamiątkowej monecie o wartości 100 euro, wybitej w 2003 roku, a także na medalach wręczanych sportowcom na igrzyskach w Atenach w 2004 roku.
Zwiedziliśmy też muzeum poświęcone ruchowi olimpijskiemu. I sympatyczny moment - na jednej z tablic zdjęcie Simona Ammana i Adama Małysza.
Bardzo fajnym pomysłem było zestawienie oficjalnych plakatów igrzysk olimpijskich na przestrzeni ponad 100 lat. Można zaobserwować, jak zmieniały się trendy w plakatach przez ten czas.
Cmentarz w Atenach - wedle przewodnika jedna z najładniejszych nekropolii w Europie. I faktycznie, jest ładny, a na zdjęciu pomnik Georgiosa Averofa, tego od stadionu. Zainteresowaliśmy się tą postacią ciut bardziej, bo mieszkaliśmy w Atenach przy ul. Averofa właśnie. Averof miał greckie pochodzenie, ale mieszkał i działał w Egipcie. Dzięki swoim talentom biznesowym dorobił się ogromnej fortuny, którą w końcowych latach swojego życia przeznaczał na różnorakie cele charytatywne.
Spuścizna Averofa, poza sifnansowaniem odbudowy Stadionu Panateńskiego to m.in. założenie szkoły rolniczej w Larisie, akademii wojskowej Evelpidon, ukończenie uniwersytetu technicznego w Atenach, a także przeznaczenie spadku na potrzeby greckiej marynarki wojennej. Ale do tej ostatniej sprawy jeszcze powrócimy.
Kilka razy w trakcie naszych wędrówek po Atenach natrafialiśmy na takie kameralne prawosławne kościółki. Szkoda jedynie, że poza jednym przypadkiem były zamknięte.
Grecy mają też swój Pomnik Nieznanego Żołnierza. Znajduje się on przed gmachem parlamentu, na placu Syntagma.
Udało nam się załapać na zmianę warty przed parlamentem. Chłopaków śmieszył zarówno ubiór żołnierzy ("jak dziewczyny!"), jak i bardzo specyficzny chód. A ci żołnierze to ewzoni - grecka reprezentacyjna formacja wojskowa. Ich rodowód sięga czasów Homera, a zarówno ich pełen symboliki ubiór, jak i musztra podlegają bardzo ścisłym regulacjom.
Jedyny pochmurny dzień w Atenach przeznaczyliśmy na zwiedzanie muzeów. Na pierwszy ogień poszło muzeum Akropolu. Główne pytanie brzmiało - na jak długo uda się utrzymać zainteresowanie chłopaków. Odpowiedź - na jakieś półtorej godziny.
Na drugi ogień poszło muzeum wojenne. Na zdjęciu kolejny polonik - pomnik Jerzego Iwanowa-Szajnowicza, który traktowany jest w Grecji jak bohater narodowy. W czasie II wojny światowej organizował ruch oporu, a także dokonywał śmiałych aktów sabotażu. Wedle tablic przy pomniku doprowadził do zniszczenia 400 samolotów niemieckich i 2 łodzi podwodnych.
Po tym muzeum chodziliśmy jeszcze dłużej niż po muzeum Akropolu. Adaś miał tysiąc pytań - a do czego to służy, a czy ten pan żyje, a co to za broń, a dlaczego, itd., itp. Przyznam, że musiałem wznieść się na wyżyny, żeby sprostać wyzwaniu 😉. Ale na koniec usłyszałem od Adasia coś, co wynagrodziło mi cały trud: "Jestem zachwycony!"
Aby obejrzeć panoramę Aten, najlepiej wspiąć się lub podjechać kolejką na wzgórze Likavitos. Dopiero z odpowiedniej wysokości widać, jak wielka jest aglomeracja ateńska. A pewnie, gdyby nie okoliczne wzgórza będące naturalną barierą dalszej ekspansji, miasto rozlałoby się jeszcze bardziej.
Na wzgórzu mieliśmy jeszcze okazję obejrzeć ceremonię ściągnięcia flagi i podziwiać piękny zachód słońca nad Atenami.
Ateny – kompleks olimpijski, mecz koszykówki i mecz piłki nożnej
Oddzielną galerię poświęcimy na obiekty sportowe. Ale zacznijmy od początku. W trakcie naszego pobytu w Atenach miał być rozegrany mecz AEK Ateny - Bayern Monachium. Dla nas to spora atrakcja - z całej rodziny jeden mecz LM na koncie miał tylko Andrzej (Manchester United - Trabzonspor), a taka okazja, żeby specjalnie gdzieś nie jechać, by taki mecz obejrzeć, rzadko się zdarza. Mieliśmy zatem misję - kupić bilety na ten mecz. Przez internet, jeszcze z Polski, nie dało rady - wymagali karty kibica i numeru ubezpieczenia greckiego.
W fan store AEK-u skierowano nas na stadion olimpijski, gdzie AEK rozgrywa mecze. Tam kupicie, ale spieszcie się, bo bilety dziś się skończą! Na pytanie, czy będziemy musieli wyrabiać karty kibica (jeśli tak - 40 euro w plecy) jeden sprzedawca twierdził, że nie, drugi, że tak 🙂. Na zdjęciu stadion olimpijski, na który wybraliśmy się w celu zakupu biletów.
Pod stadionem kas brak, w końcu dotarliśmy do budynku klubowego AEK-u. Spytaliśmy o bilety, to zapadła konsternacja, kilka minut pracownicy klubu coś ze sobą wyjaśniali, w końcu stwierdzili, że w pobliskim centrum handlowym jest sprzedaż. Poszliśmy - nic o tym nie wiedzieli 🙂.
Obok stadionu był cały kompleks innych aren z igrzysk z 2004 roku. Większość mocno podniszczona, ale chociaż używana. Na pływalni Jaś zaliczył doświadczenie kibicowskie - siedział sobie na uboczu, w ręku miał torbę AEK-u z jakimś gadżetem w środku. Nagle pojawił się przed nim jakiś koleś i wymachując pięścią powtórzył parę razy: PANATHINAIKOS!
Biletów ostatecznie nie kupiliśmy, ale nie żałowaliśmy tej dość długiej wycieczki (obiekty znajdowały się na dość dalekiej ateńskiej prowincji), gdyż kompleks olimpijski robił wrażenie.
Gdy opuszczaliśmy to miejsce, nie wiedzieliśmy, że jeszcze tu wrócimy, i to dwa razy!
Był problem z biletami na mecz piłki nożnej, to innego dnia poszliśmy na mecz koszykówki. Co prawda, też z biletami mieliśmy pewne perturbacje, ale ostatecznie trafiliśmy na mecz ligi greckiej Panathinaikos - Lavrio. Hala znajdowała się oczywiście w kompleksie olimpijskim.
Hala na 19 tys. widzów robiła wrażenie. Gra Panathinaikosu także. Nie wiem czy kiedykolwiek widziałem na żywo tyle efektownych podań, wsadów, bloków. Drużyna przeciwna głównie statystowała. A warto wiedzieć, że Panathinaikos to najlepszy grecki klub w kosza - 6 tytułów w Eurolidze, ponad 30 mistrzostw Grecji, w tym w ostatnich latach niemal seryjnie.
Jeśli cokolwiek nie dopisało, to kibice Panathinaikosu - nie było dopingu, frekwencja marna. Całościowo jednak byliśmy z tej atrakcji Aten bardzo zadowoleni. A przy okazji, zupełnie niespodziewanie, udało się w końcu zakupić bilety na mecz AEK - Bayern, bez żadnych zbędnych kart kibica :).
Zatem mieliśmy fantastyczny powód, by wybrać się na kompleks olimpijski trzeci raz. Tu jeszcze z godzinkę przed meczem AEK Ateny - Bayern Monachium, z okolicznościowymi flagami, które rozdawano pod stadionem.
Bardzo fajnie, że stadion był niemal wypełniony, nieczęsto bywa się na meczu z 61 tys. kibiców. W prawym górnym rogu fani Bayernu Monachium. Doszli do głosu w ostatnich 25 minutach, gdy ich drużyna prowadziła.
Pod nami znajdował się młyn AEK-u. O ile na meczu kosza dopingu zabrakło, to tu kibice stanęli na wysokości zadania. Dobrze też się stało, że długo Bayern nie mógł strzelić gola, bo od tego momentu Grekom odechciało się już dopingować.
Były też stroboskopy, świece dymne, race i nawet pożar serpentyn, którego przez dłuższy moment nie potrafiono ugasić. Działo się!
Piłkarsko Bayern był o dwie klasy lepszy, Lewy strzelił gola i choć nie był to mecz, który będziemy pamiętać do końca życia, to na pewno warto było się na niego wybrać.
Pireus
Jeden dzień poświęciliśmy na zwiedzenie portowej części aglomeracji ateńskiej, czyli Pireusu. Już na wstępie, ledwie wysiedliśmy z metra, Pireus zaczął odróżniać się od Aten na plus. Stadion Olympiakosu Pireus sprawiał wrażenie nowoczesnego, dobrze utrzymanego obiektu, w odróżnieniu od sypiącego się stadionu Panathinaikosu. Pod względem poziomu sportowego Olympiakos także w ostatnich sezonach bardzo zdystansował lokalnego rywala. Przy okazji rozmowy w restauracji w Pireusie wytłumaczono nam, że oni bardzo nie lubią Aten i bardzo dobrze pamiętają Michała Żewłakowa, który ma status legendy. Potem sprawdziłem i zdziwiłem się, bo grał u nich tylko 4 lata.
Głównym naszym celem był jednak nie stadion, a krążownik pancerny o nazwie, uwaga, Georgios Averof.
Jak wspomniałem w jednej z wcześniejszych galerii, Georgios Averoff swój niemały spadek przeznaczył na potrzeby greckiej marynarki wojennej. Za te środki Grecy zbudowali we Włoszech okręt, który stał się flagowym okrętem greckiej marynarki wojennej.
Okręt zwodowano w 1910 roku i służył do 1952 roku, uczestnicząc w obu wojnach światowych (choć raczej nie w bitwach morskich), a także wojnie grecko-tureckiej. W 1984 roku okręt odnowiono i zamieniono w muzeum, a w 2017 roku po kolejnym remoncie Averof jest w stanie znowu pływać.
Na okręcie można było połazić, pozaglądać w różne miejsca. Trudno nam było sobie wyobrazić, jak na w sumie nie tak wielkim statku mogło jednocześnie przebywać 1200 marynarzy. Przy czym standardowa załoga liczyła 670 marynarzy, ale była możliwość zwiększenia stanu osobowego do 1200.
I jeszcze parę danych technicznych. Averof mierzy 140 metrów długości i 21 metrów szerokości. Jego prędkość maksymalna to 23 węzły (43 km/h). Miał zasięg 4,5 tys. km, a jego największe działa miały kaliber 234 mm.
Obok Averofa stacjonuje replika triremy (ateńskiego statku wojennego) z V wieku p.n.e. Co ciekawe, Grecy zbudowali w 1987 roku replikę, nie mając żadnej dokumentacji technicznej pierwowzoru. Operacja udała się i dziś trirema Olympias, bo taką nosi nazwę, jest sporą atrakcją turystyczną.
Ateny i Pireus są świetnie skomunikowane - łączy je linia metra. Z Pireusu pojechaliśmy autobusem podmiejskim jeszcze dalej na południe, aby odpocząć na którejś z podateńskich plaż. Pomimo że był to już październik, to bez problemu można było wykąpać się w morzu.
Rzut oka na Pireus - miasto sąsiaduje z Atenami, ale różni się od niego i to znacznie. Był tu większy spokój, mniej zaniedbanych miejsc, porządniejsze domy.
Pireus od zawsze związany był z Atenami, oddalonymi raptem o kilka kilometrów, ale nie zawsze nosił nazwę Pireus. Jeszcze 200 lat temu było to Porto Leone lub zamiennie Porto Drako. Gdy w 1835 roku przywrócono starożytną nazwę Pireus, osada liczyła ledwie... 300 mieszkańców. Po odzyskaniu przez Grecję niepodległości Pireus zaczął się szybko rozwijać. Dziś jest to spore miasto, ważny ośrodek przemysłowy i port.
Warto poświęcić dwa słowa kuchni greckiej. Pod względem kulinarnym był to jeden z naszych najlepszych wypadów. Gdzie nie zaszliśmy, to było smacznie lub bardzo smacznie. Do jednej knajpki w Atenach wracaliśmy dwa razy na obiad, co zdarza się nam niezwykle rzadko.
O, taki piękny polonik znaleźliśmy na ulicy Pireusu. Ciekawe, czy dojechał tak daleko od Polski o własnych siłach.
Lew strzegący wejścia do portu w Pireusie. Oryginalnego lwa ukradli wenecjanie, w miarę wierna replika stoi w jednym z muzeów, a widoczna na zdjęciu replika ponoć jest dość nieudaną rekonstrukcją pierwotnej rzeźby
Jak wspomniałem wcześniej, Pireus jest dziś bardzo ważnym portem. Pod względem liczby pasażerów (8 mln rocznie) jest to szósty co do wielkości port w Europie. Obsługiwane tu są zarówno rejsy do licznych greckich wysp, jak i ogromne wycieczkowce, kursujące po Morzu Śródziemnym.
Równie ważny jest port cargo, jeden z trzech głównych portów greckich.
Na koniec wycieczki po Pireusie widok na kościół Świętej Trójcy, wzniesiony w 1956 roku w stylu neobizantyjskim.
Ateny mają turystycznie bardzo wiele do zaoferowania i nie jest to raczej kontrowersyjna opinia. Niektóre zabytki przetrwały niemal nienaruszone przez ponad 2000 lat, inne zrekonstruowano, jeszcze inne tylko we fragmentach. Poza antycznymi pozostałościami wiele innych miejsc w stolicy Grecji zrobiło na nas wrażenie. Pouczającą wycieczką było zwiedzenie kompleksu olimpijskiego, dobrze czuliśmy się wędrując przez Plakę, zauroczyła nas Anafiotika.
Czy wszystko nam się podobało w Atenach? No nie, choćby wydawałoby się prosta kwestia zakupu biletów na mecz piłkarski okazała się małą epopeją (choć zaznaczmy że z happy endem). Samo miasto też wymagałoby sporych nakładów, by zniknęło wrażenie zaniedbania. Jednak bez wątpienia warto Ateny zwiedzić, nie tylko z uwagi na historię, zabytki, smaczne jedzenie, ale też dlatego, że panuje tu nieco inny klimat niż w Polsce. Gwar, pośpiech, rozgardiasz, nieco chaosu, ale też dynamika to wszystko cechy współczesnych Aten.
Mapa