Wyjątkowo dużo rozterek mieliśmy co do wyboru miejsca na letnie wakacje. Jedna opcja zdyskwalifikowała się przez wojnę na Ukrainie, inna przez przerażające ceny, koniec końców stanęło na Słowacji. Wynajęliśmy apartament tuż przy Tatrach, ale nie chcieliśmy się ograniczać tylko i wyłącznie do chodzenia po górach. Okazało się, że wystarczy ruszyć się autem o pół godziny czy godzinę, by zwiedzać takie miejsca jak imponujące zamki, średniowieczne miasta, aquapark, Słowacki Raj czy Małą Fatrę (tu akurat było ciut dalej). Gdy pogoda dopisywała, wyprawialiśmy się też w Tatry.
Szlak Biela Voda – Zelene Pleso, Zamek Spiski, Spiska Sobota
W naszej wyprawie na Słowację za bazę obraliśmy miejscowość Stara Lesna pod Tatrami Wysokimi, ale w planach mieliśmy nie tylko góry. Co do zasady dopasowywaliśmy nasze plany do pogody. Jeśli prognoza była optymistyczna, ruszaliśmy w góry.
Przeglądając różne możliwe szlaki, na pierwszy dzień wybraliśmy taki niezbyt ambitny, trochę długawy, ale bez jakichś szalonych przewyższeń. Tak trochę na rozgrzewkę 🙂
Wystartowaliśmy z parkingu Biela Voda o godz. 6.36. Początkowo lekko utyskiwaliśmy na tę godzinę, ale koniec końców dobrze, że nie wyszliśmy później. Po 3 godzinach wędrówki dotarliśmy do pierwszego celu - oto Chata pri Zelenom Plese, czyli przy zielonym jeziorze.
Jest i Zelene Pleso (Zielone Jezioro). Mogliśmy wrócić tą samą drogą, ale jako że preferujemy pętle, a tu była taka możliwość, to poszliśmy dalej przed siebie.
Gdy weszliśmy ponad las, na wysokość mniej więcej 1600 m n.p.m., widoczki zaczęły wynagradzać długą wędrówkę.
Nie będę ukrywał, że im dalej szliśmy, tym było ciężej, a atmosfera gęstniała. Po 20 km, ponad 7 godzinach marszu, idąc w pełnym słońcu, niezbyt ciekawą w końcówce trasą, sfrustrowany Adam oświadczył: "Płacę wam 15 euro, tylko nie bierzcie mnie na następną wycieczkę w góry" 🙂.
Pierwsze śliwki robaczywki... Nie żeby wszystko było źle, bo gdy w końcu wyszliśmy z lasu, to przez może godzinkę widoczki były bardzo ładne, ale jednak relacja wysiłek/efekt w przypadku tego szlaku była mocno taka sobie.
Zamek Spiski. Jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych zamków na Słowacji. Przypomina nieco nasz zamek w Ogrodzieńcu. Zamek Spiski został zbudowany na przełomie XI i XII wieku, był to jeden z największych zamków w środkowej Europie, zajmuje obszar 25 hektarów. Od pożaru w 1780 roku stopniowo zaczął zamieniać się w ruinę. Jak widać na zdjęciu, Słowacy próbują coś tam reanimować.
Zamek jest widoczny z daleka, zajmuje całkiem spory obszar. Niestety, teoretycznie najciekawsza część zamku z powodu remontu była wyłączona ze zwiedzania.
Na plus tego miejsca (jak się później okazało, to w zasadzie standard w tego typu miejscach) zaliczamy fakt, że świetnie byli przygotowani na polskiego turystę. Audio guide po polsku, z obsługą po polsku bez problemu można się porozumieć, jest to pewna wygoda.
Szukając restauracji, trafiliśmy do Spiskiej Soboty. Kiedyś była to osobna miejscowość, bardzo zresztą prężna, obecnie jest to "tylko" dzielnica Popradu. Spiska Sobota stanowi jednak zupełnie wydzieloną część, żyje obok reszty miasta.
Benovsky bistro zachwyciło nas jedzeniem, ale i zaintrygowało. Nosiła imię Maurycego Beniowskiego, podróżnika, króla Madagaskaru. Mapa na ścianie z zaznaczonymi podróżami plus krótki opis na ścianie postaci Morica Beniovsky'ego upewniły nas, że chodzi o tego samego człowieka. Sprawdziliśmy, dlaczego Słowacy aż tak się nim zainteresowali i okazało się, że Beniowski pochodził z pobliskich terenów i ma korzenie polsko/węgiersko/słowackie.
Cicha, senna atmosfera Spiskiej Soboty, świetne jedzenie plus pobliska lodziarnia na tyle nam się spodobały, że jeszcze kilka razy tu wracaliśmy.
Ferrata Kysel, Klasztor Kartuziansky
Wiedzieliśmy, że na Słowacji są ferraty, więc wzięliśmy ze sobą cały potrzebny sprzęt. Wybraliśmy ferratę Kysel w Słowackim Raju, atrakcyjną, widowiskową i pełną przygód 🙂
Już samo dojście do ferraty było bardzo ciekawe. Szliśmy dnem potoku i raz po raz trzeba było ten strumyk przekraczać. Czasami było to proste - wystarczył większy krok. Czasami trzeba było pokombinować i podejmować pewne ryzyko. Sytuacji nie polepszał fakt, że całą noc lał deszcz i chyba miało to wpływ na poziom wody.
Jest i odcinek ferraty. Adam czuł się tu jak ryba w wodzie. Pędził jako pierwszy, wyszukiwał jak pokonać strumień, przy każdej możliwej okazji pozował do fotek.
Oj, przed nami chyba jakaś nieco poważniejsza przeszkoda.
Niby nic trudnego, ale... drewno mokre i śliskie, do tego niektóre bale mocno niestabilne. Słowem - trzeba uważać.
Tutaj, gdzie trzeba było zachować maksymalną czujność, Jaś poradził sobie doskonale, ale parę chwil później poślizgnął się w dość łatwym terenie i... skąpał się w strumieniu.
Urozmaiceniem i tak interesującej wędrówki były liczne wodospady.
Sama ferrata była stosunkowo prosta. W większości miejsc dość nisko nad gruntem, bez większych przewieszeń.
Chwilami wąwóz tak bardzo się zwężał, że może było oprzeć się o przeciwległą ścianę.
Całościowo ferrata Kysel nas zachwyciła - droga ciągle oferowała coś nowego, do tego emocje przy przekraczaniu strumienia, wodospady. Rewelacja. Nie omieszkałem uświadomić Adama, jak bardzo by się zgamonił, gdyby faktycznie zapłacił nam 15 euro, by na taką super wycieczkę nie pójść 🙂.
Wracając z ferraty zahaczyliśmy jeszcze o Kartuziansky Klastor.
Niegdyś był tu klasztor, który został jednak porzucony i... celowo zburzony przez władze kościelne, aby nie stał się ostoją rozbójników. Od pewnego czasu miejscowi w czynie społecznym prowadzą prace renowacyjne. I faktycznie, podczas naszej krótkiej wizyty w tym miejscu akurat kładziono dach w jednym z budynków.
W drodze powrotnej mogliśmy jeszcze wspiąć się na Tomasovsky Vyhled, bardzo widowiskową skałę, ale konieczność godzinnego podejścia skutecznie nas wyleczyła z tego pomysłu. Reasumując całą wycieczkę - 8 godzin wędrówki, pokonane 18 km, satysfakcja na bardzo wysokim poziomie.
Dystans jest ciut zaniżony, bo na parę minut Caynax się zagubił. Ten szlak znakomicie się sprawdzi w upalną pogodę. O ile na tatrzańskich szlakach ekspozycja na słońce może być bardzo dokuczliwa, tak tu przez całą drogę drzewa dają przyjemny cień. Szlak jest dość długi, ale nie bardzo trudny i daje mnóstwo satysfakcji.
Szlak Chata pod Soliskiem – Predne Solisko, Szlak Szczyrbskie Jezioro – Wodospad Skok, kopalnia Opali w Dubniku, Bardejov
Wyprawa nr 2 w Tatry Wysokie. Żeby uniknąć długiego marszu przez las, w wielu miejscach koniecznego, by dotrzeć do ładnych widoków, poszukaliśmy kolejki, żeby od razu zawiozła nas w wyższe partie gór 🙂
W trakcie przejażdżki Adam miał dobry humor. Aż za dobry. Gdy dobry humor przerodził się w klasyczną głupawkę, przywołałem go do porządku. W efekcie nasza młodsza latorośl obraziła się 🙂
Kolejka zawiozła nas ze Szczyrbskiego jeziora do Chaty pod Soliskiem. Stąd, z wysokości 1820 m n.p.m. podjęliśmy próbę zdobycia szczytu Predne Solisko, czyli Skrajne Solisko (2117 m n.p.m.).
Droga była niezbyt długa, ale cały czas pod górę. W bliskim tle widać stację kolejki, z której startowaliśmy, w dalekim tle Szczyrbskie jezioro i na tle jeziora skocznię narciarską. Skocznia ta kilka razy gościła zawody Pucharu Świata (ostatni raz w 1991 roku), ale od dawna jest już nieczynna.
Po ponad godzinie mozolnej wspinaczki jest! Szczyt zdobyty!
O takie widoczki nam właśnie chodziło 🙂
Ojej, co to za groźnie wyglądająca chmura? Akurat z tej chmury nic groźnego się nie urodziło, ale w kolejnych dniach niestety deszcz już się pojawił.
Po średniej prędkości łatwo wywnioskować, że nie jest to szlak łatwy. Niby tylko jeden kilometr do szczytu, ale cały czas mocno pod górę, bez chwili wytchnienia. Schodzi się za to znacznie łatwiej 🙂 Na krótką wycieczkę z bardzo ładnymi widokami jak najbardziej można ten szlak polecić.
Jako że zdobycie szczytu poszło szybko i sprawnie, wyznaczyliśmy sobie tego dnia jeszcze jeden cel - wycieczka ze Szczyrbskiego jeziora do wodospadu Skok.
Ciekawostką tej wycieczki było to, że mogliśmy oglądać te same miejsca, co ze szczytu Predne Solisko, tylko będąc umiejscowionym kilkaset metrów niżej.
Cel osiągnięty, za nami wodospad Skok. Ciekawa jest etymologia nazwy tego wodospadu, otóż w języku słowackim słowo Skok oznacza... po prostu wodospad. Skok jest specyficzny z tego względu, że bardzo zmienna jest ilość przepływającej przez niego wody - od bardzo skromnych 50 litrów/sekundę w marcu do 880 l/s w miesiącach letnich.
Obie wycieczki zajęły razem 5 godzin, przeszliśmy 10 km, wrażenia bardzo pozytywne, zarówno ze szczytu, jak i z okolic wodospadu. Przy czym naprawdę warto skorzystać z kolejki ze Szczyrbskiego Jeziora do Chaty pod Soliskiem. Zamiast żmudnego i średnio ciekawego marszu od samego początku szlak na szczyt jest ciekawy.
Gdy pogoda zapowiadała się niepewna, wybraliśmy się na zwiedzanie Kraju Preszovskiego. Na pierwszy ogień poszła kopalnia opali w Dubniku.
I znów fajnie, że dobrze przygotowali się na Polaków. Przewodnik nadawał po słowacku, my sobie słuchaliśmy audio guide po polsku. Treści były niemal identyczne. Najpierw odsłuchiwaliśmy treści po polsku, dzięki czemu łatwiej było nam zrozumieć, o czym mówi przewodnik po słowacku. Bez takiej pomocy z tym rozumieniem to już różnie bywało - czasem więcej, czasem mniej 🙂
Co do samej kopalni, to wszystkie te kopalnie złota, srebra, opali są do siebie mocno podobne 🙂 Niemniej, akurat ta słowacka przez kilka wieków była największą kopalnią opali na świecie. To niebieskie, błyszczące, to właśnie opale.
Jak widać, nie cały opal jeszcze wydobyto 😉.
Drugą, po kopalni opali, atrakcją kraju preszovskiego był Bardejov, czy bardziej po polsku Bardejów. Między XII a XVII wiekiem było to ważne, spore miasto, cieszące się licznymi przywilejami, sporą liczbą cechów i rzemieślników.
Jednak od końca XVII wieku szczęśliwa karta zaczęła się od Bardejowa odwracać. Miasto nawiedzały epidemie i kolejne pożary. Paradoksalnie, dzięki temu właśnie Bardejów uniknął gwałtownej urbanizacji, która bezpowrotnie zniszczyłaby historyczne centrum. Otoczone świetnie zachowanymi murami miejskimi centrum przetrwało w niemal niezmienionej postaci od kilku wieków.
Jednym z przywilejów, jakimi cieszył się Bardejów, było prawo miecza. Od 1365 roku miasto mogło wydawać wyroki śmierci, a kaci mogli je wykonywać. W tle widoczny jest ratusz z lat 1505-11, uznawany za najstarszy renesansowy budynek na Słowacji. Z kolei za ratuszem widnieje najcenniejszy kościół w mieście - bazylika św. Idziego.
Naszą uwagę zwróciły dachy kamienic przy głównym placu. Niektóre z nich zostały przebudowane już w XX wieku na taki właśnie spadzisty styl.
Na koniec wdrapaliśmy się na wieżę bazyliki, aby spojrzeć z góry na zabytki Bardejowa. Wewnątrz bazyliki zachowało się 11 późnogotyckich ołtarzy z lat 1460-1520, które są ewenementem na skalę europejską.
Szlak Hrebenok – Chata Tery’ego, Tricklandia
Prognozy pogody na kolejne dni nie były specjalnie optymistyczne (choć z reguły pogoda w rzeczywistości była lepsza od prognoz), więc gdy któregoś dnia szykowała się ładna pogoda, ruszyliśmy na wyprawę nr 3 w Wysokie Tatry. Początek szlaku - stacja kolejki linowej Hrebenok.
Lubię czasem nieco podpuścić naszą młodzież, więc wskazałem im cel tej wycieczki. Po szoku, jakiego doznali, z wielką ulgą przyjęli informację, że jednak idziemy do chaty Tery'ego, do której są "tylko" niespełna 3 godziny 🙂.
W pewnym momencie Adam stwierdził, że chce iść z kijkami. Niestety, zawodziła go technika. Raz kijek zaatakował go w brzuch, a kolejny raz prosto w zęby. Rozbita warga, krew, spora frustracja. A tatuś ułożył nawet zgrabny rym na tę okazję:
Idzie Adam w góry z kijkami,
Pytanie czy wróci z wszystkimi ząbkami.
🙂
Po drodze zahaczyliśmy o wodospad Dlhy (Długi), jeden z czterech wodospadów Zimnej Wody, położony na wysokości 1150 m. n.p.m. Na zdjęciu widnieje tylko wycinek tego bardzo efektownego wodospadu.
Do celu było jeszcze sporo drogi, więc się posililiśmy w Chacie Zamkovskeho. Chłopacy zamówili sobie parove buchty, czyli pyzy na słodko. O dziwo, okazało się to kluczowe dla dalszego przebiegu naszej wyprawy.
Po konsumpcji obaj nabrali takiej energii, że po prostu nie mogliśmy za nimi nadążyć. Idąc rozprawiali sobie o niuansach Minecrafta i tak mijał kilometr za kilometrem.
Widoczny w tle wodospad był oznaką, że cel już niedaleko. Trzeba jeszcze tylko wspiąć się trochę do góry.
Za mną Mala Studena dolina, z której przyszliśmy.
Im wyżej wchodziliśmy, tym robiło się chłodniej.
I w końcu dotarliśmy! O ile na drodze do schroniska Tery'ego było sporo turystów (bez wątpienia był to najbardziej zatłoczony szlak spośród wszystkich, jakie przeszliśmy), to wystarczyło pójść 50 metrów za schronisko, by podziwiać bardzo efektowne widoki bez towarzystwa innych ludzi. A to już wysokość ponad 2000 m n.p.m.
Choć miejsce to wydaje się być skrajem skały, za którą jest przepaść, to w rzeczywistości można spokojnie zeskoczyć z tej skały na kolejną skałkę. Adam oczywiście skorzystał z okazji, po czym przybiegł do nas i pyta: "Nagraliście, jak skaczę w przepaść?"
Energii po pyzach starczyło chłopakom na drogę powrotną (miałem nawet podejrzenie, że do tych pyz dodali sok z gumi jagód 😉).
Cała wycieczka trwała nieco ponad 6 godzin, w nogach kolejne 15 kilometrów, przewyższenie prawie 1000 metrów. Z trzech tatrzańskich szlaków ten podobał nam się najbardziej - bardzo ciekawa, zróżnicowana droga, nagroda w postaci fantastycznych widoków na końcu.
Jak pada deszcz, szukamy atrakcji pod dachem. Tak trafiliśmy do Tricklandii, centrum rozrywki opartego na iluzjach. Niektóre z patentów tu wykorzystanych znaliśmy z innych tego typu miejsc, ale były też nowości.
Fajną opcją była aplikacja w telefonie, przez którą było widać dodatkowe efekty, których nie było w rzeczywistości.
Zamek Orawski, Janosikowe Diery, Szlak przełomem Hornadu
Drugi zamek, jaki wybraliśmy do zwiedzenia, diametralnie różnił się od pierwszego. Zamek Orawski pochodzi z nieco późniejszego okresu niż zamek Spiski, a swój ostateczny kształt zyskał po przebudowie w 1611 roku.
Pomysł na to zdjęcie dał Adam. "Mamo, zrób tak, żeby było dwóch Adamów na zdjęciu." No to mama spełniła życzenie synka 🙂.
Czytając wcześniej opinie o tym zamku w kilku komentarzach natrafiłem na zdania typu - zamek spoko, ale mnóstwo wchodzenia po schodach. Są to na pewno opinie nieco uproszczone, ale faktycznie coś w nich jest 😉.
Choć aktualny kształt zamku pochodzi z 1611 roku, należy jednak wiedzieć, że dwieście lat później zamek został w dużym stopniu zniszczony przez pożar i dopiero dwudziestowieczna rekonstrukcja przywróciła mu część dawnego blasku.
Zamek Orawski stanowił miejsce akcji wielu filmów, w tym naszego Janosika.
Na zamku kręcono też "Nosferatu", niemy film o wampirach z początków kina. W jednym z pomieszczeń zamku można nawet obejrzeć obszerne fragmenty tego filmu.
Opuszczając zamek Orawski stanęliśmy przed poważnym dylematem. Byliśmy dość daleko od naszego mieszkania, a jednocześnie dość blisko Małej Fatry. Mieliśmy tam upatrzony niezbyt długi, ale efektowny szlak. Były jednak dwa ale...
Po pierwsze godzina robiła się już dość późna, a po drugie zaczął lać deszcz. Zaryzykowaliśmy, pojechaliśmy na Małą Fatrę, poczekaliśmy pół godziny i ruszyliśmy.
Naszym celem był szlak zwany Janosikowe Diery, prowadzący przez kaniony i wąwozy Małej Fatry. Całość tego obszaru znajduje się w Parku Narodowym Mała Fatra.
Pomysł polegał na przejściu korytem strumieni, często przy pomocy pomostów, lin, schodków.
Gdy były wspomniane pomoce, poziom trudności nie był wysoki. Ale w wielu miejscach takich pomocy brakowało i trzeba było się napocić, by pójść dalej. A przez niedawną ulewę wszystko było mokre i śliskie.
Ruszyliśmy z parkingu o 16.30, więc nie traciliśmy czasu na głupoty, bo chcieliśmy wrócić z powrotem przed zapadnięciem ciemności.
Po drodze mieliśmy delikatny moment zwątpienia, gdy znów naszła ciemna chmura i zaczęło padać. Może lepiej wrócić? Ale przeczekaliśmy deszczyk i ruszyliśmy dalej.
Warto też wyjaśnić skąd wzięła się nazwa Janosikowe Diery. Otóż Słynny rozbójnik urodził się w pobliskiej miejscowości Terchova, gdzie mieści się dziś muzeum Janosika. Niestety, na tę atrakcję nie starczyło nam już czasu. Diery natomiast w języku słowackim oznacza dziury.
Zdecydowanie najtrudniejszym odcinkiem tej wyprawy było przejście przez las. Liczne korzenie, podejścia pod górę, raptowne zejścia w dół, wąska ścieżka w normalnych warunkach zmuszałaby do sporej ostrożności. A po deszczu było do tego mokro i ślisko. Ale udało się uniknąć wypadków 🙂.
Po wyjściu z lasu powitał nas taki widoczek na szczyty Małej Fatry. Oczywiście nie są to Tatry, ale też jest bardzo ładnie 🙂.
Ostatecznie udało nam się wrócić po jasnemu.
To była bardzo dobra decyzja, by jeszcze spróbować pójść na ten szlak, mimo późnej pory i niepewnej pogody. Janosikowe Diery bardzo nam się podobały.
Ostatni dzień przeznaczyliśmy na wizytę w Słowackim Raju. Chcieliśmy przejść szlak przełomem Hornadu.
Znakiem rozpoznawczym tej trasy są stupacky - platformy przytwierdzone do skały, umieszczone niekiedy dość wysoko nad rzeką. Tu już nie było asekuracji, więc trzeba było naprawdę uważać.
Choć trasa była ciekawa, to jednak widokowo ustępowała poprzednim naszym wycieczkom.
Na duży plus zapisujemy jednak wynik naszych potyczek z deszczem. Przy pierwszym deszczu akurat przechodziliśmy koło małej jaskini, gdzie znaleźliśmy schronienie. Przy drugim deszczu, a w zasadzie potężnej ulewie, akurat dochodziliśmy do mini schroniska i też uniknęliśmy totalnego przemoczenia 🙂.
Być może największą atrakcją, a na pewno znakiem rozpoznawczym trasy przełomem Hornadu były metalowe mosty nad rzeką. Wąskie, trzeszczące, z limitem 5 osób jednocześnie, takie klimatyczne.
Na pewno podczas naszych wakacji na Słowacji mieliśmy bardziej atrakcyjne wyprawy niż przełomem Hornadu. Ferrata Kysel czy Janosikowe Diery postawilibyśmy znacznie wyżej, jeśli chodzi o frajdę z przejścia, a szlak do Chaty Tery'ego znacznie wyżej, jeśli chodzi o widoki. Zatem przełom Hornadu przejść można, ale szału nie należy się spodziewać.
Szczerze mówiąc, nie mieliśmy przed tymi wakacjami jakichś szalonych oczekiwań. Tatry to nie Alpy (i faktycznie, Tatry to nie Alpy, choć oczywiście mają swój urok), sama Słowacja też nie jest raczej celem turystycznych pielgrzymek. Tymczasem okazało się, że spędziliśmy tam bardzo ciekawe półtora tygodnia. Przede wszystkim bardzo różnorodnie dobieraliśmy aktywności. Trochę z przymusu (nieco dokuczały nam deszcze), ale też trochę aby uniknąć monotonii. Bardzo nam się podobało, że Słowacy byli doskonale przygotowani na polskiego turystę. Niemal wszędzie były informacje po polsku, często też menu w restauracjach, a w sklepach niedaleko granicy można nawet było płacić w złotówkach. Plusem Słowacji jest też to, że dojazd z większości terenu Polski jest stosunkowo łatwy i szybki, w porównaniu z innymi wakacyjnymi destynacjami.
Reasumując Słowacja bardzo nam przypadła do gustu.