Na Sardynię mieliśmy już lecieć w 2020 roku. Mieliśmy kupione loty, wynajęty apartament, samochód i… przyszła pandemia. Podróżnicze plany trzeba było odłożyć na jakiś czas. Minęły 2 lata i wróciliśmy do koncepcji spędzenia majówki na wyspie uważanej przez wielu za perłę Morza Śródziemnego.
Santa Lucia, Su Gorropu
Jak dostać się na Sardynię? Pomijając jakieś skomplikowane przeprawy promowe pozostaje przelot samolotem. Lotniska na Sardynii są trzy: Olbia na północnym wschodzie wyspy, Alghero na północnym zachodzie i Cagliari na południu. "Na papierze" najatrakcyjniej wyglądała północna Sardynia i tam też wynajęliśmy apartament, natomiast loty pod względem cen, terminów i dogodnego miejsca wylotu nakazały nam lecieć do Cagliari, czyli na samo południe. Cóż, w gratisie mieliśmy przejazd przez całą wyspę 🙂.
Należy zaznaczyć, że Sardynia jest dość dużą wyspą. Przejechanie wyspy wzdłuż zabiera ponad 2 godziny, wszerz podobnie. A jeśli się zjeżdża z głównych dróg, to czas jazdy jeszcze się wydłuża. W trakcie tygodniowych wakacji nie da rady zwiedzić całej wyspy, zwłaszcza że ciekawych miejsc jest na niej naprawdę dużo.
Na zdjęciu uroczy zaułek maleńkiej nadmorskiej miejscowości Santa Lucia.
Jak tam trafiliśmy? Zupełnym przypadkiem. Po przyjeździe do naszego apartamentu mieliśmy jeszcze 2-3 godzinki do zachodu słońca. Odpaliliśmy mapę, spojrzeliśmy, co jest wokoło i nasz wybór padł na oddaloną o parę kilometrów osadę Santa Lucia.
Miejsce to nas zachwyciło. Każdy znalazł tu coś dla siebie. Dorosłym najbardziej podobały się malowidła na budynkach i nieco senna atmosfera tej mieściny...
... dzieci za to z radością skakały po nadmorskich kamieniach przy promieniach zachodzącego słońca.
U nas taki pojazd robiłby za zabytek, tutaj od czasu do czasu trafialiśmy na takie okazy na ulicach.
Gdy oglądałem to zdjęcie, pierwsze skojarzenie to kadr z filmu o gangu Olsena 🙂.
Tu jeszcze wszyscy w dobrym humorze. Kilka chwil później Adam zaliczył pierwszą kontuzję na wakacjach - kamienie nad morzem bywają śliskie.
Jednym z miejsc, które przed wyjazdem określiliśmy jako 'must see' był kanion Su Gorropu. Do kanionu prowadzą trzy szlaki z trzech różnych stron. Którą drogę wybraliśmy? Oczywiście najbardziej malowniczą 🙂.
Rzeczywiście, po drodze atrakcji nie brakowało. O, Jasiu, tam się coś rusza! Co to może być?
Jaszczurka! Było ich mnóstwo, zarówno takich jak na zdjęciu, jak i jaskrawo zielonych. Wszystkie bardzo szybkie i niezbyt współpracujące z fotografem 😉.
Droga do kanionu okazała się nieco dłuższa i bardziej wymagająca niż sądziliśmy.
Wielkim plusem tego szlaku był różnorodny krajobraz. Były momenty, gdy szliśmy lasem, czasem las ginął i mieliśmy piękny widok na dolinę i góry, wreszcie były też momenty dość ostrego zejścia w dół.
Adam spodziewał się, że wąwóz tuż tuż, a tu znak nie pozostawił złudzeń - jeszcze 10 minut marszu.
Nareszcie dotarliśmy! Kanion Su Gorropu został wyrzeźbiony przez wody rzeki Rio Flumineddu. Wedle jednych źródeł to najgłębszy kanion w Europie, wedle innych drugi, za kanionem rzeki Tara w Czarnogórze.
Su Gorropu nie jest długi, liczy raptem 1,5 km, z czego ostatni fragment jest przeznaczony dla osób dysponującym odpowiednim sprzętem i doświadczeniem.
O jego atrakcyjności stanowi kilka rzeczy. Po pierwsze, Su Gorropu jest bardzo wąski. W niektórych miejscach szerokość kanionu wynosi ledwie 4-5 metrów. Po drugie, jego ściany są bardzo wysokie, miejscami wysokość ścian sięga aż 500 metrów.
Po trzecie, trasa po dnie kanionu jest bardzo urozmaicona. Można, a w wielu miejscach wręcz trzeba włazić na ogromne wapienne kamienie. Dla dzieciaków to fantastyczne miejsce.
Niekiedy trzeba było wręcz szukać drogi przejścia dalej. Tędy za wysoko, tędy też może być trudno, to próbujmy z innej strony.
Na zdjęciu najwęższe miejsce w kanionie Su Gorropu,
Zdjęcie Adama na mecie jest dowodem na to, że trasa nie była lekka, łatwa i przyjemna 😉. Ale nagrodą dla wszystkich za wymagającą wycieczkę był fantastyczny obiad w lokalnej knajpce.
Droga do Su Gorropu i sam kanion spełniły nasze oczekiwania w 100%. Ta wycieczka miała wszystko, co trzeba, aby mieć z niej fantastyczne wspomnienia. Szlak był chwilami trudny, ale nie bardzo trudny, krajobrazy po drodze piękne, finał w postaci kanionu rewelacyjny. Słabych punktów w tej wycieczce brak.
Isola Maddalena, Isola Giardinelli, Porto Cervo
Drugie miejsce z naszej listy 'must see' - Isola Maddalena, czyli wyspa Maddalena. Aby się na nią dostać, trzeba skorzystać z promu łączącego Palau na Sardynii z miejscowością La Maddalena. Organizacja przewozu bez zarzutu i mieliśmy 7 godzin na podziwianie przyrody Maddaleny.
Wyspa jest niewielka, ma 20 km kwadratowych, w całości jest parkiem narodowym i słynie z plaż. Mieliśmy wykaz kilku plaż, które warto zwiedzić. Zaczęliśmy od Spiaggia di Punta Tegge, małej, skalistej plaży położonej nieco na uboczu.
Adam jako pierwszy zaryzykował kąpiel w niezbyt ciepłym o tej porze roku morzu, co okazało się znakomitym pomysłem. Czemu? O tym za chwilę.
Na tej plaży, przynajmniej z tej strony, nie było nawet ziarnka piasku, sama skała. De facto więc nie jest to plaża.
Opuszczamy skalistą plażę i następnym punktem była Cala Francese. Tu z kolei pewną atrakcją było dojście do tej plaży. Wąska ścieżka przez jakiś kłujące krzewy, po drodze fragment jakiejś starej wąskotorowej linii kolejowej, do tego absolutny brak żywej duszy w zasięgu wzroku.
A to już sama zatoczka, choć niekoniecznie z najlepszej strony 🙂.
Kolejny punkt na liście - kapliczka Capella della Madonetta. Droga do niej była wąska, piaszczysta, chłopacy niezbyt entuzjastycznie zareagowali na hasło kapliczka, ale przeważyło zdanie dorosłych 😉. Ale kiedy już dojechaliśmy, w Adamie odezwał się duch odkrywcy i pobiegł do kapliczki. W klapkach. Po kamieniach. Cóż, przyznać trzeba, że rozbił się konkretnie.
Była chwila płaczu, potem jeszcze jedna chwila płaczu, gdy uświadomił sobie, że rozbite kolano oznacza koniec kąpieli w morzu, ale co tam, taki drobny wypadek nie zepsuje przecież wakacji, prawda?
O ile pierwsze dwie plaże były małe, to trzecia już była znacznie większa - to Cala Trinita. Tu zrobiliśmy sobie trochę dłuższego stopa, bo miejsce naprawdę było bardzo ładne.
Adam odpadł z kąpieli, ale ja i Jaś podjęliśmy rękawicę. Pierwszy moment niezbyt przyjemny, ale potem już było fajnie 🙂.
Trzeba też przyznać, że pogoda tego dnia fantastycznie z nami współpracowała. Z wszystkich dni, które byliśmy na Sardynii, akurat ten dzień najbardziej nadawał się na plażowanie, potem było już różnie.
Jeszcze tylko krótka przekąska w plażowym barze i udajemy się dalej, na wysepkę o nazwie Giardinelli.
Giardinelli jest niezamieszkana, jedyna droga na tej wyspie jest w stanie bardzo marnym, ale plaża na tej wyspie wynagrodziła te drobne niedogodności.
Każda kolejna plaża oferowała coś nowego, innego niż poprzednie.
W tym miejscu można się było zagubić, który z tych lądów to kolejna wyspa, a który to już Sardynia. Archipelag Maddalena składa się z 7 większych wysp (niekiedy o mocno fantazyjnych kształtach) oraz 60 małych wysepek, więc o zamieszanie nietrudno 🙂.
Co ciekawe, miejscowi nazywają to miejsce głową ośmiornicy, z uwagi na fantazyjne kształty skał.
Gdy zbieraliśmy się z tej plaży powstał dylemat. Albo zwiedzamy wyspę Caprera z muzeum Garibaldiego, ryzykując brak czasu na obiad przed powrotem (ostatni prom odpływał o 18.00) albo idziemy na obiad, a Garibaldi innym razem. W głosowaniu (choć niejednomyślnym) wygrał obiad 🙂.
Przy okazji szukania knajpki przeszliśmy się po największej miejscowości na wyspie, o nazwie La Maddalena. Tu na balkonie powitali nas piraci.
Wyspa Maddalena bardzo nam się podobała. Zróżnicowane plaże, były miejsca kameralne, były też takie pod bardziej masowego turystę, ale wszystkie atrakcyjne.
Wracając z Maddaleny zahaczyliśmy jeszcze o Costa Smeralda, czyli osławione Szmaragdowe Wybrzeże. To najbardziej luksusowa część Sardynii, miejsce, gdzie swoje posiadłości ma wielu bardzo majętnych ludzi. Na zdjęciu główne miasto Szmaragdowego Wybrzeża Porto Cervo.
Przeszliśmy się po tym miasteczku i zdecydowanie różniło się ono od innych małych miasteczek na Sardynii. Bardzo zadbane posiadłości, nietypowe ale bardzo ładne centrum handlowe, interesujący park w centrum miejscowości, wszędzie czysto, ale też i zupełnie pusto. Ewidentnie to jeszcze nie sezon.
Moją ciekawość wzbudziły gwiazdki Michelina. Rzuciłem okiem na ceny i... tak, zgodnie z oczekiwaniami było drogo. Nawet bardzo drogo.
Ostatni akord naszej wycieczki na północno-wschodnią Sardynię - Spiaggia di Capriccioli. Tu mieliśmy okazję obserwować zachód słońca.
Nuraghe di Noddule, Orgosolo
Chyba najbardziej charakterystyczną budowlą na Sardynii są nuragi. Nurag to stożkowa, kamienna wieża, o wysokości od kilku do 20 metrów. Budowle te pochodzą z bardzo odległych czasów, sprzed 3-4 tys. lat.
Najbardziej znane nuragi były od nas mocno oddalone, ale to nie problem, bo takich budowli odkryto na Sardynii 7000 🙂. Wybraliśmy więc taki, który byłby "po drodze". W ten sposób trafiliśmy do Nuraghe di Noddule.
Był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Byliśmy jedynymi gośćmi skansenu, po którym oprowadził nas niezwykle sympatyczny pan Lorenzo, gospodarz tego miejsca. Jego opowieść dodała temu miejscu mnóstwo uroku.
Jedną z ciekawostek tego miejsca były drzewa odarte z kory. Okazało się, że to drzewa korkowe, które raz na kilka lat odziera się z kory, pozyskując w ten sposób materiał na wyroby z korka.
Kolejnym miejscem, które przyciągnęło naszą uwagę, było miasteczko Orgosolo. Co nas zachęciło? Liczne murale o różnorakiej tematyce, powstające na przestrzeni wielu lat na budynkach tego miasteczka.
Gdy się przechadzaliśmy po zakamarkach Orgosolo, nie wiedzieliśmy jeszcze tego, co wiemy o tym miejscu dzisiaj...
Otóż jeszcze całkiem niedawno, ze 30-40 lat temu, była to jaskinia zła. To właśnie tu zmierzali rozmaici przestępcy, którzy mieli nadzieję na uniknięcie kary. Prawo bardziej tu nie działało niż działało.
Jeszcze pod koniec XX wieku zdarzały się tu porwania, zwłaszcza dzieci, dla okupu.
W końcu państwo włoskie postanowiło zrobić z tym porządek i dziś Orgosolo nie różni się pod względem przestępczości od innych sardyńskich mieścin.
Niemniej, jakiś taki ponury klimat, szczególnie w podniszczonych, bocznych uliczkach, dało się wyczuć.
Gdy się tak przechadzaliśmy po zakamarkach Orgosolo, zapytałem chłopaków, czy chcieliby tu zamieszkać. Odpowiedź brzmiała: No co Ty, przecież tu jest o wiele gorzej niż u nas.
I o ile zgadzam się z tym wnioskiem, to pod względem wrażeń poznawczych Orgosolo jest miejscem bardzo interesującym i na pewno warto tu zajrzeć.
Rejs po zatoce Orosei, Cala Luna, Cala Mariolu
Mniej więcej w połowie naszego pobytu na Sardynii pogoda zaczęła się psuć. Temperatura nieco spadła, pojawiła się groźba deszczu, zatem ostatni względnie ładny dzień przeznaczyliśmy na rejs stateczkiem po zatoce Orosei, położonej przy wschodnim wybrzeży Sardynii.
Trzeba przyznać, że rejs był bardzo dobrze pomyślany. Rano wypłynięcie z Cala Gonone, około godzinny przystanek na pierwszej plaży, potem nieco dłuższy na drugiej, wreszcie znów godzinka na trzeciej i pod wieczór powrót.
Pierwszy przystanek to Cala Luna, plaża znana przede wszystkim z licznych jaskiń.
Oczywiście jaskinie trzeba było dokładnie zbadać...
... aż w końcu trafiliśmy na miejsce, skąd są robione zdjęcia, widniejące chyba w każdym folderze o Sardynii.
Niestety, pogoda nie zachęcała do kąpieli w morzu.
Ostatni rzut oka na Cala Luna i płyniemy na następne atrakcje.
W kilku miejscach nasz statek podpływał bardzo blisko brzegu, by pokazać nam jaskinie czy jakieś ciekawe formy skalne.
I już jesteśmy na drugiej plaży - to Cala Mariolu.
Wcześniej byliśmy już na kilku plażach na Sardynii, ale Cala Mariolu była bez wątpienia absolutnym topem.
Cala Mariolu jest niezbyt szeroka, po części kamienista, ale kolor wody i wielkie głazy czy to na plaży, czy w wodzie, po prostu urzekają.
Będąc dokładnym, urzekały dorosłych oraz Adasia. Jasia bardziej urzekała książka 😉.
Wcześniej nieco ponarzekałem na pogodę, ale prawdopodobnie dzięki nienajlepszej pogodzie na plaży było bardzo niewielu ludzi - jedynie ekipa z naszego statku. Ponoć przy ładnej pogodzie statki co chwilę dobijają do tutejszych plaż, dowożąc kolejne tabuny turystów, co psuje nieco wrażenia.
Cechą wspólną plaż w zatoce Orosei jest to, że nie ma możliwości podjechania autem pod samą plażę. Do większości z nich prowadzą dość długie i meczące drogi (w necie znaleźliśmy opis trekkingu do jednej z plaż pt. Morderczy trekking na Cala Goloritze 🙂), a na niektóre można dotrzeć tylko łodzią.
I choć przystanek na tej plaży był najdłuższy, to opuszczaliśmy to miejsce z pewnym żalem.
Ostatni rzut oka na Cala Mariolu i w drogę.
To właśnie jest Cala Goloritze, ta od morderczego trekkingu 🙂. Ta skała to też bardzo rozpoznawalne miejsce.
Na koniec została ostatnia plaża, Cala Sisine. Tu już piasku nie było, typowo kamienista plaża, miała swój urok, ale porównania z Cala Mariolu nie wytrzymywała 🙂
A tak wyglądał rejs po zatoce Orosei na mapie. Gdybyśmy nie skorzystali z rejsu statkiem, dalibyśmy radę dotrzeć od strony lądu pewnie do jednej z tych plaż, może z dużym wysiłkiem do dwóch. Dzięki rejsowi mieliśmy okazję spokojnie pobyć na trzech plażach, a dwie kolejne obejrzeliśmy sobie z pokładu statku. To był świetny pomysł, by wybrać się na ten rejs!
Bosa, Bazylika Trinita di Saccargia, Posada, Spiaggia la Cinta
W pierwszych dniach naszego pobytu na Sardynii podziwialiśmy głównie naturę, ale chcieliśmy też poczuć odrobinę klimat sardyńskich miasteczek. Nasz wybór padł na dwa miasta leżące na zachodnim wybrzeży wyspy.
Pierwsze z nich to Bosa. Zachowało się w nim wiele średniowiecznych budynków i to właśnie one stanowią największą atrakcję tego miasta.
I faktycznie, dzielnica Sa Costa bardzo nam się spodobała. Wąskie uliczki są niedostępne dla ruchu samochodowego, jest tu spokój, cisza, dbałość o drobne szczegóły.
Udało nam się pokonać labirynt uliczek i zaczęliśmy się wspinać drogą prowadzącą do zamku. Tutaj widok z góry na dzielnicę Sa Costa.
Castello del Malaspina, czyli tutejszy zamek niestety był zamknięty, cóż, uroki podróżowania poza sezonem 😉. Ale już samo podejście pod zamek uliczkami takimi jak na zdjęciu, stanowiło pewną atrakcję.
Tego dnia miało padać, ale w Bosie jeszcze nas oszczędziło 🙂.
A tu niespodzianka. Stoję w drzwiach kościoła, a naprzeciw... bar, piwo.
Wspomnę o jeszcze jednej sympatycznej rzeczy, jaka nas spotkała w Bosie. Szukając miejsca na obiad znaleźliśmy knajpę ze świetnymi ocenami - sushi, all you can eat. Z pewną podejrzliwością wzięliśmy menu, niby za 17 euro od osoby można zamówić prawie wszystko, na co mamy ochotę (naprawdę wszystko za bodajże 21 euro). Okej, to się nie krępowaliśmy i zamówiliśmy naprawdę sporo. Jeszcze nigdy na żadnym sushi tak się nie najedliśmy, wszystko było przepyszne, a rachunek wyniósł tyle, co za przeciętny, zwykły obiad na Sardynii.
Z Bosy udaliśmy się do Alghero, polecanego jako najciekawsze miasto na Sardynii. Dajemy z tego miasta tylko jedną poglądową fotkę, ponieważ tutaj deszcz nas już nie oszczędził
Jako że po Alghero mieliśmy pewien niedosyt, w drodze powrotnej postanowiliśmy poszukać jeszcze czegoś ciekawego. I znaleźliśmy! Oto bazylika Trinita di Saccargia z 1116 roku.
Kościół porzucono w XVI wieku, ale odrestaurowano w XX wieku. Pobliski klasztor już tyle szczęścia nie miał i zostały po nim tylko ruiny.
Ostatnim miasteczkiem, jakie zwiedziliśmy, była Posada.
I znów, wąskie uliczki, ciekawe zaułki, z dala przebijające morze.
Podeszliśmy pod tutejszy zamek, Castello della Fava, z pewną dozą nieufności. Pamiętaliśmy kłódkę na bramie w Bosie. Nieufność okazała się w pełni uzasadniona - znów zamek zamknięty na cztery spusty
Posada z jednej strony ma morze, a z drugiej takie oto całkiem solidne pagórki.
Jeszcze rzut oka na taki cud natury...
... i ostatni spacer po plaży.
Spiaggia la Cinta była szeroka i bardzo długa. Tak sobie szliśmy tą plażą i obserwowaliśmy niebo, które przybierało coraz bardziej niepokojące barwy.
Ostatecznie chyba przechytrzyliśmy te chmury, gdyż zaliczyliśmy całkiem solidny spacer, a spadło na nas raptem parę kropel mżawki 🙂.
Sardynia pod względem infrastrukturalnym ma pewnie niedociągnięcia. Drogi są niedoinwestowane (nawet główna autostrada prowadząca z północy na południe), wiele domów mocno podniszczonych, ogólny poziom życia też nie jakiś imponujący. Niemniej, pod względem turystycznym jest to miejsce fantastyczne. Przyroda – rewelacja. Trochę górek, wąwozy, niesamowite plaże, na północ od Sardynii wiele małych wysepek, wszystko to tworzy harmonijną całość. Ponadto małe mieściny (Santa Lucia) czy te trochę większe (Bosa) są pełne uroczych zaułków, pięknych domów, często bogato zdobionych.
My byliśmy na Sardynii w maju i jest to ewidentnie okres poza sezonem. Turystów było bardzo niewielu, temperatura wody w morzu niespecjalnie zachęcała do kąpieli (choć jak najbardziej jest to możliwe), niektóre atrakcje, zwłaszcza zamki, były po prostu zamknięte. Z drugiej strony oznaczało to niższe kwoty za wynajem apartamentu czy wypożyczenie auta.
A na koniec ciekawostka. Adaś wysłał z Sardynii pocztówki do dziadków w Polsce. W maju 2022 roku. Po powrocie zapytał raz czy dwa, czy pocztówki doszły (nie doszły) i zapomnieliśmy o tym. A tu niespodzianka! W lutym 2023 roku, po 9 miesiącach, obie pocztówki dotarły do adresatów 🙂.